|
ROZDZIAL DWUNASTY
Przez ten czas,
kiedy Pentuer objezdzal panstwo wybierajac delegatow, Ramzes XIII mieszkal w
Tebach i zenil swego ulubienca Tutmozisa.
Przede wszystkim
wladca dwu swiatow, otoczony wspanialym orszakiem, pojechal na zlocistym wozie
do palacu najdostojniejszego Antefa, nomarchy Teb. Magnat wybiegl naprzeciw
pana az przed brame i, zdjawszy z nog kosztowne sandaly, na kleczkach pomogl
Ramzesowi wysiasc.
W zamian za ten
hold faraon podal mu do ucalowania reke i oswiadczyl, ze od tej pory Antef
staje sie jego przyjacielem i ma prawo wchodzic w obuwiu nawet do sali
tronowej.
Gdy zas znalezli
sie w ogromnej komnacie palacu Antefa, pan wobec calego orszaku odezwal sie:
- Wiem, dostojny
Antefie, ze jak czcigodni przodkowie twoi mieszkaja w najpiekniejszych grobach,
tak ty, potomek ich, jestes najprzedniejszym miedzy nomarchami Egiptu. Tobie
zas zapewne wiadomo, ze na moim dworze i w wojsku, jak rowniez w moim
krolewskim sercu, pierwsze miejsce zajmuje ulubieniec moj i dowodca gwardii -
Tutmozis.
Wedlug zdania
medrcow: zle czyni bogacz, ktory najdrozszego klejnotu nie osadza w
najpiekniejszy pierscien. A ze twoj rod, Antefie, jest mi najdrozszy, a
Tutmozis najmilszy, wiec umyslilem - polaczyc was ze soba. Co latwo moze sie
stac, jezeli corka twoja, piekna i madra Hebron, przyjmie za malzonka
Tutmozisa.
Na co dostojny
Antef odparl:
- Wasza
swiatobliwosc, wladco zywego i zachodniego swiata! Jak caly Egipt i wszystko,
co w nim jest, nalezy do ciebie, tak ten dom i wszyscy jego mieszkancy sa twoja
wlasnoscia. Skoro zas pragniesz w swym sercu, aby moja corka, Hebron, zostala
zona ulubienca twego, Tutmozisa, wiec niech tak bedzie...
Teraz faraon
opowiedzial Antefowi, ze Tutmozis ma dwadziescia talentow rocznej placy ze skarbu
i znaczne dobra wlasne w roznych nomesach. Zas dostojny Antef oswiadczyl, ze
jego jedyna corka Hebron bedzie miala piecdziesiat talentow rocznie tudziez
prawo korzystania z dobr ojca w tych nomesach, w ktorych na dluzszy czas
zatrzyma sie dwor krolewski.
A poniewaz Antef
nie mial syna, wiec caly jego ogromny i nie zadluzony majatek musial kiedys
przejsc na Tutmozisa wraz z urzedem nomarchy Teb, o ile zgadzaloby sie to z
wola jego swiatobliwosci.
Po ukonczeniu
ukladow wszedl z dziedzinca Tutmozis i podziekowal Antefowi naprzod za to, ze
takiemu jak on nedzarzowi oddaje swoja corke, a po wtore - ze ja tak pieknie
wychowal. Zarazem umowiono sie, ze ceremonia zaslubin odbedzie sie w ciagu
kilku dni. Tutmozis bowiem, jako dowodca gwardii, nie ma czasu na zbyt dlugie
uroczystosci wstepne.
- Zycze ci
szczescia, moj synu - zakonczyl z usmiechem Antef - tudziez wielkiej
cierpliwosci. Albowiem ukochana corka moja, Hebron, ma juz dwadziescia lat,
jest pierwsza elegantka w Tebach i przywykla posiadac swoja wole...
Na bogi!... mowie
ci, ze moja wladza nad Tebami zawsze konczyla sie przy furcie ogrodow mojej
corki. I lekam sie, ze twoje jeneralstwo nie wieksze zrobi na niej wrazenie.
Z kolei
szlachetny Antef zaprosil swoich gosci na wspaniala uczte, w czasie ktorej
ukazala sie piekna Hebron z wielkim orszakiem towarzyszek.
W sali jadalnej
stalo mnostwo stolikow na dwie i cztery osoby tudziez jeden wiekszy stol na
wzniesieniu dla faraona. Aby uczcic Antefa i swego ulubienca, jego
swiatobliwosc zblizyl sie do Hebron i zaprosil ja do swego stolu.
Panna Hebron byla
rzeczywiscie piekna, a robila wrazenie osoby doswiadczonej, co w Egipcie nie
stanowilo osobliwosci. Ramzes predko spostrzegl, ze narzeczona wcale nie zwraca
uwagi na przyszlego malzonka, ale za to posyla wymowne spojrzenia w strone
jego, faraona.
I to takze nie
bylo dziwem w Egipcie.
Gdy goscie
zasiedli przy stolikach, gdy odezwala sie muzyka, a tancerki zaczely roznosic
miedzy biesiadnikami wino i kwiaty, Ramzes odezwal sie:
- Im dluzej
patrze na ciebie, Hebron, tym wiecej zdumiewam sie. Gdyby tu wszedl kto obcy,
uwazalby cie za boginie albo arcykaplanke, ale nigdy za szczesliwa narzeczona.
- Mylisz sie,
panie - odparla. - W tej chwili jestem szczesliwa, ale nie z mego
narzeczenstwa...
- Jak to moze
byc?... - przerwal faraon.
- Malzenstwo nie
neci mnie i z pewnoscia wolalabym zostac arcykaplanka Izydy anizeli zona...
- Wiec dlaczego
wychodzisz za maz?
- Robie to dla
ojca, ktory koniecznie chce miec spadkobierce swej slawy... Glownie zas
dlatego, ze ty tak chcesz, panie...
- Moglzeby ci sie
nie podobac Tutmozis?
- Tego nie mowie.
Tutmozis jest piekny, jest pierwszym elegantem w Egipcie, ladnie spiewa i
bierze nagrody na igrzyskach. Jego zas stanowisko dowodcy gwardii waszej
swiatobliwosci nalezy do najpierwszych w kraju.
Mimo to, gdyby
nie prosby ojca i twoj rozkaz, panie, nie zostalabym jego zona... Choc i tak
nie bede nia!... Tutmozisowi wystarczy moj majatek i tytuly po moim ojcu, a
reszte znajdzie u tancerek.
- I on wie o
swoim nieszczesciu?
Hebron
usmiechnela sie.
- On od dawna
wie, ze chocbym nie byla corka Antefa, ale ostatniego paraszyty, jeszcze nie
oddalabym sie czlowiekowi, ktorego nie kocham. A pokochac moglabym tylko
wyzszego od siebie.
- Mowisz to
naprawde?.. - dziwil sie Ramzes.
- Mam przeciez
dwadziescia lat, wiec juz od szesciu lat otaczaja mnie wielbiciele. Predko
jednak poznalam ich wartosc... A dzis wole sluchac rozmowy uczonych kaplanow
anizeli spiewow i oswiadczyn eleganckiej mlodziezy.
- W takim razie
nie powinienem siedziec przy tobie, Hebron, bo nawet nie jestem elegantem, a
juz wcale nie posiadam madrosci kaplanskiej...
- O, ty, panie,
jestes czyms wiekszym... - odparla mocno rumieniac sie. - Ty jestes wodz, ktory
odniosl zwyciestwo... Ty jestes porywczy jak lew, bystry jak sep... Przed toba
miliony upadaja na twarz, a panstwa drza... Alboz nie wiemy, jaka trwoge budzi
w Tyrze i Niniwie twoje imie? Bogowie mogliby zazdroscic twojej potegi...
Ramzes zmieszal
sie.
- O Hebron,
Hebron... Gdybys wiedziala, jaki niepokoj zasiewasz w moim sercu!...
- Dlatego -
mowila - godze sie na malzenstwo z Tutmozisem... Bede blizsza waszej
swiatobliwosci i choc co kilka dni bede widywala ciebie, panie...
To powiedziawszy
- wstala od stolika i odeszla.
Postepek jej
spostrzegl Antef i wylekniony przybiegl do Ramzesa.
- O panie! -
zawolal - czy moja corka nie powiedziala czego niestosownego?... To
niepohamowana lwica...
- Uspokoj sie -
odparl faraon. - Twoja corka jest pelna madrosci i powagi. Wyszla zas, bo
spostrzegla, ze wino waszej dostojnosci zbyt silnie rozwesela biesiadnikow.
Rzeczywiscie w
sali jadalnej panowal wielki halas, tym bardziej ze Tutmozis porzuciwszy role
wicegospodarza zrobil sie najbardziej ozywionym biesiadnikiem.
- Poufnie rzekne
waszej swiatobliwosci - szepnal Antef - ze biedny Tutmozis bardzo bedzie musial
pilnowac sie wobec Hebron...
Ta pierwsza uczta
przeciagnela sie do rana. Wprawdzie faraon zaraz wyjechal, lecz inni zostali -
z poczatku na krzeslach, pozniej na posadzkach... Az wreszcie musial Antef
wozami rozeslac ich do domow, niby rzeczy martwe.
W kilka dni
odbyla sie uroczystosc zaslubin.
Do palacu Antefa
zeszli sie arcykaplani Herhor i Mefres, nomarchowie sasiednich nomesow i
najwyzsi dostojnicy miasta Tebow. Pozniej przyjechal na dwukolnym wozie
Tutmozis otoczony oficerami gwardii, a na koncu - jego swiatobliwosc Ramzes
XIII.
Towarzyszyli
panu: wielki pisarz, naczelnik lucznikow, naczelnik konnicy, wielki sedzia,
wielki skarbnik, arcykaplan Sem i generalowie-adiutanci.
Gdy wspaniale to
zgromadzenie znalazlo sie w sali przodkow najdostojniejszego Antefa, ukazala
sie Hebron w bialych szatach, z licznym orszakiem przyjaciolek i sluzebnic.
Wowczas ojciec jej, spaliwszy kadzilo przed Amonem, posagiem swego ojca i -
siedzacym na wzniesieniu Ramzesem XIII, oswiadczyl, ze corke swoja Hebron
uwalnia spod opieki i ofiaruje jej posag. Przy czym podal jej w zlotej puszce
odnosny akt spisany na papirusie wobec sadu.
Po krotkiej
przekasce panna mloda wsiadla do kosztownej lektyki niesionej przez osmiu
urzednikow nomesu. Przed nia szla muzyka i spiewacy, dokola lektyki dostojnicy,
a za nimi wielki tlum ludu. Caly ten orszak posuwal sie ku swiatyni Amona,
przez najpiekniejsze ulice Tebow, wsrod tlumu tak licznego jak na pogrzebie
faraona.
W swiatyni lud
zostal za murem, a panstwo mlodzi, faraon i dygnitarze weszli do sali
kolumnowej. Tu Herhor spalil kadzidla przed zaslonietym posagiem Amona,
kaplanki wykonaly swiety taniec, a Tutmozis przeczytal z papirusa akt
nastepujacy:
- "Ja,
Tutmozis, dowodca gwardii jego swiatobliwosci Ramzesa XIII, biore ciebie,
Hebron, corke nomarchy tebanskiego, Antefa, za zone. Daje ci zaraz sume
dziesieciu talentow za to, zes zona moja byc zechciala. Na ubranie twoje
przeznaczam ci trzy talenty rocznie, a na wydatki domowe po talencie co
miesiac. Z dzieci, ktore miec bedziemy, syn najstarszy bedzie spadkobierca
majatku, jaki dzis posiadam i w przyszlosci nabyc moge. Jezelibym nie zyl z
toba, rozwiodl sie i inna pojal zone, bede obowiazanym do wyplacenia ci
czterdziestu talentow, jakowa sume opieram na majatku moim. Syn nasz, gdy obejmie
majatek, bedzie obowiazany placic ci pietnascie talentow rocznie. Dzieci zas
splodzone z inna zona nie beda mialy prawa do majatku pierworodnego syna
naszego." *
Teraz wystapil
wielki sedzia i w imieniu Hebron przeczytal akt, w ktorym mloda pani obiecuje:
dobrze karmic i odziewac malzonka swego, dbac o jego dom, rodzine, sluzbe,
inwentarz i niewolnikow, i powierza temuz malzonkowi zarzad majatkiem, jaki
otrzymala i otrzyma od ojca.
Po odczytaniu
aktow Herhor podal Tutmozisowi puchar wina.
Pan mlody wypil
polowe, panna Hebron umoczyla usta, po czym oboje spalili kadzidla przed
purpurowa zaslona.
Opusciwszy
swiatynie Amona tebanskiego panstwo mlodzi i ich wspanialy orszak udali sie
przez aleje sfinksowa do krolewskiego palacu. Gromady ludu i zolnierzy witaly
ich okrzykami rzucajac na droge kwiaty.
Tutmozis
dotychczas mieszkal w komnatach faraona. Lecz w dniu wesela pan darowal mu
piekny palacyk, w glebi ogrodow, otoczony lasem fig, mirtow i baobabow, gdzie
mlodzi malzonkowie mogli przepedzac dni szczescia, ukryci przed ludzkim okiem,
jakby odcieci od swiata. W spokojnym tym zakatku tak rzadko pokazywali sie
ludzie, ze nawet ptaki nie uciekaly przed nimi.
Gdy nowozency i
goscie znalezli sie w nowym mieszkaniu, nastapila ceremonia slubu ostateczna.
Tutmozis ujal za
reke Hebron i podprowadzil ja do ognia plonacego przed posagiem Izydy. Wtedy
Mefres wylal na glowe panny lyzke swietej wody, Hebron dotknela reka ognia, a
Tutmozis podzielil sie z nia kawalkiem chleba i na palec wlozyl jej swoj
pierscien na znak, ze od tej pory zostaje pania majatku, slug, trzod i
niewolnikow pana mlodego.
Przez ten czas
kaplani spiewali hymny weselne i obniesli posag boskiej Izydy po calym domu.
Kaplanki zas wykonaly swiete tance.
Dzien ten
zakonczyl sie widowiskami i wielka uczta, podczas ktorej wszyscy spostrzegli,
ze Hebron ciagle towarzyszyla faraonowi, a Tutmozis trzymal sie od niej z
daleka i tylko czestowal gosci.
Gdy zeszly
gwiazdy, swiety Herhor opuscil uczte, a wkrotce po nim wymknelo sie kilku
najwyzszych dostojnikow. Zas okolo polnocy w podziemiach swiatyni Amona zebraly
sie nastepujace czcigodne osoby: arcykaplani Herhor, Mefres i Mentezufis,
najwyzszy sedzia Tebow tudziez naczelnicy nomesow Abs, Horti i Emsuch.
Mentezufis
obejrzal grube kolumny, zamknal drzwi, pogasil swiatla, i zostala w niskiej
komnacie tylko jedna lampa plonaca przed posazkiem Horusa. Dostojnicy zasiedli
na trzech kamiennych lawach, a nomarcha Absu rzekl:
- Gdyby mi kazano
okreslic charakter jego swiatobliwosci Ramzesa XIII, zaiste! nie potrafilbym
tego uczynic...
- Wariat! - wtracil
Mefres.
- Czy wariat, nie
wiem - odparl Herhor. - W kazdym razie czlowiek bardzo niebezpieczny. Asyria
juz dwa razy przypominala nam o ostatecznym traktacie, a dzis, jak slysze,
zaczyna niepokoic sie zbrojeniem Egiptu...
- O to mniejsza -
rzekl Mefres. - Gorsze bowiem jest, ze ten bezboznik naprawde mysli naruszyc
skarby Labiryntu...
- A ja bym sadzil
- odezwal sie nomarcha Emsuchu - ze gorsze sa obietnice porobione chlopom.
Dochody panstwa i nasze stanowczo zachwieja sie, jezeli pospolstwo zacznie
swietowac co siodmy dzien... A gdyby jeszcze faraon nadal im grunta.
- On gotow to
zrobic - szepnal najwyzszy sedzia.
- Czy aby
gotow?... - spytal nomarcha Horti. - Mnie sie zdaje, ze on tylko chce
pieniedzy. Gdyby mu wiec ustapic cos ze skarbow Labiryntu...
- Nie mozna -
przerwal Herhor. - Panstwu nie grozi zadne niebezpieczenstwo, tylko faraonowi,
a to - nie wszystko jedno. Po wtore - jak grobla poty jest mocna, dopoki nie
przeniknie jej chocby strumyk wody, tak
Labirynt dopoty
jest pelen, dopoki nie ruszymy z niego pierwszej sztaby zlota. Po niej wszystko
pojdzie...
Wreszcie - kogoz
zasilimy skarbami bogow i panstwa?... Oto mlodzienca, ktory pogardza wiara,
upokarza kaplanow i buntuje lud. Nie jestze on gorszym od Assara?... Bo ten
jest wprawdzie barbarzynca, ale szkody nam nie robi.
- Nieprzystojna
jest rzecza, aby faraon tak jawnie zalecal sie do zony swego ulubienca juz w
dniu slubu... - odezwal sie zamyslony sedzia.
- Hebron sama go
ciagnie! - rzekl nomarcha Horti.
- Kazda kobieta
wabi wszystkich mezczyzn - odpowiedzial nomarcha Emsuchu. - Lecz na to dany
jest rozum czlowiekowi, aby nie popelnial grzechu...
- Alboz faraon
nie jest mezem wszystkich kobiet w Egipcie? - szepnal nomarcha Abs. - Grzechy
wreszcie naleza do sadu bogow, a nas obchodzi tylko panstwo...
-
Niebezpieczny!... niebezpieczny!... - mowil nomarcha Emsuchu, trzesac rekoma i
glowa. - Nie ma zadnej watpliwosci, ze pospolstwo jest juz rozzuchwalone i lada
chwile podniesie bunt. A wowczas zaden arcykaplan ani nomarcha nie bedzie pewny
nie tylko wladzy i majatku, ale nawet zycia...
- Na bunt mam
sposob - wtracil Herhor.
- Jaki?
- Przede
wszystkim - odezwal sie Mefres - buntowi mozna zapobiec, jezeli medrszych
spomiedzy pospolstwa oswiecimy, ze ten, ktory obiecuje im wielkie ulgi, jest
wariatem.
- Najzdrowszy
czlowiek pod sloncem! - szepnal nomarcha Horti. - Trzeba tylko wyrozumiec: o co
mu chodzi?
- Wariat!
wariat... - powtarzal Mefres. - Jego przyrodni brat starszy juz udaje malpe i
pije z paraszytami, a on zacznie to robic lada dzien.
- Jest to zly i
niedorzeczny sposob oglaszac za wariata czlowieka przytomnego - zabral glos
nomarcha Horti. - Bo gdy lud zmiarkuje klamstwo, przestanie nam wierzyc we
wszystkim, a wowczas nic nie powstrzyma buntu.
- Jezeli ja
mowie, ze Ramzes jest wariatem, musze miec na to dowody rzekl Mefres. - A teraz
posluchajcie.
Dostojnicy
poruszyli sie na lawach.
- Powiedzcie mi -
ciagnal Mefres - czy czlowiek zdrowego rozumu osmieli sie bedac nastepca tronu
walczyc publicznie z bykiem wobec kilku tysiecy Azjatow? Czy rozsadny ksiaze,
Egipcjanin, bedzie po nocy wloczyl sie do swiatyni fenickiej?... Czy bez powodu
zepchnie do rzedu niewolnic pierwsza swoja kobiete, co nawet bylo przyczyna
smierci jej i dziecka?...
Obecni zaszemrali
ze zgrozy.
- Wszystko to -
mowil arcykaplan - widzielismy w Pi-Bast, jak rowniez ja i Mentezufis bylismy
swiadkami pijackich uczt, na ktorych juz poloblakany nastepca bluznil bogom i
zniewazal kaplanow...
- Tak bylo -
wtracil Mentezufis.
- A jak mniemacie
- prawil zapalajac sie Mefres - czy czlowiek zdrowy na umysle bedac naczelnym
wodzem opusci armie, azeby uganiac sie po pustyni za kilkoma libijskimi
bandytami?
Pomijam mnostwo
rzeczy drobniejszych, chocby pomysl nadania chlopom swiat i ziemi, lecz pytam
was: czy moge nazywac przytomnym czlowieka, ktory popelnil tyle wystepnych
niedorzecznosci, bez powodu, oto tak sobie!...
Obecni milczeli,
nomarcha Horti byl zafrasowany.
- Nad tym trzeba
zastanowic sie - wtracil najwyzszy sedzia - azeby nie stala sie krzywda
czlowiekowi...
Tu odezwal sie
Herhor:
- Swiety Mefres
wyrzadza mu laske - rzekl stanowczym tonem - poczytujac go za wariata. W
przeciwnym bowiem razie musielibysmy uwazac Ramzesa za zdrajce...
Obecni poruszyli
sie z niepokojem.
- Tak, czlowiek
nazywany Ramzesem XIII jest zdrajca, bo nie tylko wybiera sobie szpiegow i
zlodziei, azeby odkryli droge do skarbow Labiryntu, nie tylko odmawia traktatu
z Asyria, ktorego Egipt koniecznie potrzebuje...
- Ciezkie
oskarzenia! - rzekl sedzia.
- Ale jeszcze,
sluchajcie mnie, uklada sie z podlymi Fenicjanami o przekopanie kanalu miedzy
Morzem Czerwonym i Srodziemnym. Otoz kanal ten jest najwieksza grozba dla
Egiptu, albowiem kraj nasz w jednej chwili moze byc zalany przez wode!...
Tu juz nie chodzi
o skarby Labiryntu, ale o nasze swiatynie, domy, pola, o szesc milionow,
wprawdzie glupich, ale niewinnych ludzi, a w koncu o zycie nasze i naszych
dzieci...
- Jezeli tak
jest... - westchnal nomarcha Horti.
- Ja i dostojny
Mefres zareczamy, ze tak jest i ze ten jeden czlowiek takie w swych rekach
nagromadzil niebezpieczenstwa, jakie jeszcze nigdy nie grozily Egiptowi...
Dlatego zebralismy was, czcigodni mezowie, azeby obmyslec srodki ratunku... Ale
musimy dzialac spiesznie, bo zamiary tego czlowieka pedza naprzod jak wicher
pustyni i - bodajby nie zasypaly nas!...
Na chwile w
mrocznej komnacie zalegla cisza.
- Coz tu radzic?
- odezwal sie nomarcha Emsuch. - My siedzimy w nomesach, daleko od dworu, i
wreszcie nie tylko nie znamy zamiarow tego szalenca, ale nawet nie domyslalismy
sie ich, prawie nie wierzymy...
Dlatego sadze, ze
najlepiej pozostawic te sprawe tobie, dostojny Herhorze, i Mefresowi.
Odkryliscie chorobe, obmyslcie teraz lekarstwo i zastosujcie... A jezeli
niepokoi was ogrom odpowiedzialnosci, dobierzcie sobie do pomocy najwyzszego sedziego...
- Tak! tak!...
prawde mowi!... - potwierdzili wzburzeni dostojnicy.
Mentezufis
zapalil pochodnia i polozyl na stole przed posagiem boga papirus, na ktorym
spisano akt tej tresci, ze: wobec niebezpieczenstw grozacych panstwu wladza
rady tajnej przechodzi w rece Herhora, ktoremu do pomocy dodani sa: Mefres i
najwyzszy sedzia.
Akt ten,
stwierdzony podpisami obecnych dostojnikow, zamknieto w puszke i schowano w
skrytce pod
oltarzem...
Nadto - kazdy z
siedmiu uczestnikow zobowiazal sie pod przysiega spelniac wszystkie rozkazy
Herhora i wciagnac do spisku po dziesieciu dygnitarzy. Herhor zas obiecal im
zlozyc dowody, ze Asyria nalega o traktat, ze faraon nie chce go podpisac, ze
uklada sie z Fenicjanami o budowe kanalu i ze w zdradziecki sposob chce dostac
sie do Labiryntu.
- Zycie moje i
czesc jest w waszych rekach - zakonczyl Herhor. - Jezeli to, co powiedzialem,
jest nieprawda, skazecie mnie na smierc, a cialo moje na spalenie.
Teraz juz nikt
nie watpil, ze arcykaplan mowi szczera prawde. Zaden bowiem Egipcjanin nie
narazilby ciala
swego na
spalenie, czyli - duszy na zgube.
Kilka dni po
weselu Tutmozis przepedzil w towarzystwie Hebron w palacyku darowanym mu przez
jego swiatobliwosc. Ale kazdego wieczora przychodzil do koszar gwardii, gdzie w
towarzystwie oficerow i tancerek bardzo wesolo przepedzal noce.
Z tego zachowania
koledzy domyslili sie, ze Tutmozis poslubil Hebron tylko dla posagu, co
wreszcie nikogo nie dziwilo.
Po pieciu dniach
Tutmozis przyszedl do faraona i oswiadczyl, ze moze na powrot objac sluzbe.
Skutkiem
czego odwiedzal
swoja malzonke tylko przy swietle slonecznym, a w nocy czuwal przy komnacie
pana.
Jednego wieczora
rzekl mu faraon:
- Palac ten ma
tyle katow do podgladania i podsluchiwania, ze kazda moja czynnosc jest
sledzona. Nawet do czcigodnej matki mojej znowu odzywaja sie tajemnicze glosy,
ktore juz umilkly byly w Memfis, gdym
rozpedzil
kaplanow...
Tym sposobem -
ciagnal pan - nie moge nikogo przyjmowac u siebie, ale musze opuszczac palac i
w miejscu bezpiecznym naradzac sie ze slugami moimi...
- Mam isc za
wasza swiatobliwoscia? - spytal Tutmozis widzac, ze faraon oglada sie za
plaszczem.
- Nie. Musisz
zostac tutaj i pilnowac, aby nikt nie wchodzil do mojej komnaty. Nikogo tez nie
wpuszczaj, chocby to byla matka moja, a nawet cien wiecznie zyjacego ojca...
Powiesz, ze spie i ze nie chce widziec sie z nikim.
- Stanie sie, jak
rzekles - odparl Tutmozis wkladajac na pana plaszcz z kapturem.
Potem zgasil
swiatlo w sypialni, a faraon wyszedl bocznymi korytarzami.
Znalazlszy sie w
ogrodzie Ramzes przystanal i z uwaga rozejrzal sie w okolicy. Nastepnie widac
zorientowawszy sie, poczal szybko isc w strone palacyku ofiarowanego
Tutmozisowi.
Po kilku minutach
drogi w cienistej alei ktos przed nim stanal i zapytal:
- Kto idzie?...
- Nubia - odpowiedzial
faraon.
- Libia - rzekl
pytajacy i nagle cofnal sie, jakby przestraszony.
Byl to oficer gwardii.
Wladca przypatrzyl mu sie i
zawolal:
- Ach, to
Eunana!... Co tu robisz?
- Obchodze
ogrody. Robie to kazdej nocy po pare razy, gdyz zakradaja sie niekiedy
zlodzieje.
Faraon pomyslal i
rzekl:
- Roztropnie
czynisz. Lecz zapamietaj sobie, ze pierwszym obowiazkiem gwardzisty jest
milczec... Zlodzieja
wypedz, ale
gdybys spotkal jaka dostojna osobe, nie zaczepiaj jej i milcz, zawsze milcz:..
Chocby to... byl sam arcykaplan Herhor...
- O panie! -
zawolal Eunana - tylko nie rozkazuj mi skladac w nocy holdu Herhorowi albo
Mefresowi... Nie wiem, czy na ich widok miecz sam nie wydarlby mi sie z
pochwy...
Ramzes usmiechnal
sie.
- Twoj miecz jest
moim - odparl - i tylko wtedy moze wyjsc z pochwy, kiedy ja rozkaze...
Skinal glowa
Eunanie i poszedl dalej.
Po kwadransie
bladzenia mylnymi sciezkami faraon
znalazl sie w
poblizu altany ukrytej w gaszczach. Zdawalo mu sie, ze uslyszal szelest, i
cicho zapytal:
- Hebron?...
Naprzeciw niemu
wybiegla figura odziana rowniez w ciemny plaszcz. Przypadla do Ramzesa i
zawisla mu na szyi szepczac:
- To ty,
panie?... to ty?... Jakze dlugo czekalam...
Faraon poczul, ze
wysuwa mu sie z objec; wzial ja na rece i zaniosl do altany. W tej chwili spadl
z niego plaszcz. Ramzes przez chwile ciagnal go, lecz w koncu zostawil.
Na drugi dzien
czcigodna pani Nikotris wezwala do siebie Tutmozisa. Ulubieniec faraona az
zlakl sie spojrzawszy na nia. Krolowa byla strasznie blada; oczy miala
zapadniete, prawie bledne.
- Siadz - rzekla
wskazujac mu stoleczek obok swego fotelu.
Tutmozis zawahal
sie.
- Siadz... i... -
przysiegnij, ze nikomu nie powtorzysz tego, co ci powiem...
- Na cienie mego
ojca... - rzekl.
- Sluchaj -
mowila krolowa cicho - bylam dla ciebie prawie matka... Gdybys wiec zdradzil
tajemnice, bogowie skaraliby... Nie... Oni tylko zwaliliby na twoja glowe czesc
tych klesk, jakie wisza nad moim rodem...
Tutmozis sluchal
zdumiony.
"Oblakana?.."
- pomyslal z trwoga.
- Spojrzyj na to
okno - ciagnela - na to drzewo... Czy wiesz, kogo dzis w nocy widzialam na tym
drzewie, za oknem?..
- Mialzeby
przyjechac do Tebow przyrodni brat jego swiatobliwosci?...
- To nie byl
tamten - szeptala lkajac. - To byl on sam.... moj syn... moj Ramzes!...
- Na drzewie?...
dzis w nocy?...
- Tak!... swiatlo
pochodni doskonale padalo na jego twarz i postac... Mial kaftan w biale i
niebieskie pasy... oblakane spojrzenie... smial sie dziko jak tamten
nieszczesny jego brat i mowil: "Patrz, matko, ja juz umiem latac, czego nie
potrafil ani Seti, ani Ramzes Wielki, ani Cheops... Patrz, jakie wyrastaja mi
skrzydla!..."
Wyciagnal do mnie
reke, i ja, nieprzytomna z zalu, dotykalam przez okno jego rak, jego twarzy
oblanej zimnym potem... Wreszcie zsunal sie z drzewa i uciekl.
Tutmozis sluchal
przerazony. Nagle uderzyl sie w czolo.
- To nie byl
Ramzes! - odparl stanowczo. - To byl czlowiek bardzo podobny do niego, podly
Grek, Lykon, ktory zabil mu syna, a dzis znajduje sie w mocy arcykaplanow... To
nie Ramzes!... To wystepek tych nikczemnikow, Herhora i Mefresa...
Na twarzy
krolowej blysnela nadzieja, lecz tylko na chwile.
- Czylizbym nie
poznala mego syna?...
- Lykon ma byc
nadzwyczajnie podobny - rzekl Tutmozis. -To sprawa kaplanow... Nikczemni!...
Smierci za malo dla nich...
- Wiec faraon
spal dzisiejsza noc w domu? - nagle zapytala pani.
Tutmozis zmieszal
sie i spuscil oczy.
- Wiec nie
spal?...
- Spal... -
orzekl niepewnym glosem ulubieniec.
- Klamiesz!...
Ale powiedz mi przynajmniej, czy nie mial kaftana w biale i niebieskie pasy?...
- Nie pamietam...
- szepnal Tutmozis.
- Znowu
klamiesz... A ten plaszcz... powiedz, ze to nie jest plaszcz mego syna... Moj
niewolnik znalazl go na tym samym drzewie...
Pani zerwala sie
i wydobyla ze skrzyni brunatny plaszcz z kapturem. Jednoczesnie Tutmozis
przypomnial sobie, ze faraon wrocil po polnocy bez plaszcza, a nawet tlomaczyl
sie przed nim, ze plaszcz zginal mu gdzies w ogrodzie...
Wahal sie,
myslal, w koncu odparl stanowczo:
- Nie, krolowo.
To nie byl faraon... To byl Lykon i zbrodnia kaplanow, o ktorej natychmiast
trzeba powiedziec jego swiatobliwosci...
- A jezeli to
Ramzes?... - znowu spytala pani, choc w jej oczach juz bylo widac iskre
nadziei.
Tutmozis stropil
sie. Domysl jego co do Lykona
byl madry i mogl byc sluszny; lecz nie braklo poszlak, ze krolowa widziala
Ramzesa. Wszak wrocil do swego mieszkania po polnocy, mial kaftan w biale i
niebieskie pasy, zgubil plasz |