ROZDZIAŁ JEDENASTY:
STARE MARZENIA I NOWE ZNAJOMOŚCI
Pani Meliton przeszła twardą
szkołę życia, w której nauczyła się nawet
lekceważyć powszechnie przyjęte opinie.
Za młodu mówiono jej powszechnie,
że panna ładna i dobra, choćby nie miała majątku,
może jednak wyjść za mąż. Była dobrą i
ładną, lecz za mąż nie wyszła. Później
mówiono również powszechnie, że wykształcona
nauczycielka zdobywa sobie miłość pupilów i szacunek ich
rodziców. Była wykształconą, nawet zamiłowaną
nauczycielką, lecz mimo to pupilki jej dokuczały, a ich rodzice
drwili z niej od pierwszego śniadania do kolacji. Potem czytała
dużo romansów, w których powszechnie dowodzono, że
zakochani książęta, hrabiowie i baronowie są ludźmi
szlachetnymi, którzy w zamian za serce mają zwyczaj oddawać
ubogim nauczycielkom rękę. Jakoż oddała serce młodemu
i szlachetnemu hrabiemu, lecz - nie pozyskała jego ręki.
Już po trzydziestym roku życia
wyszła za mąż za podstarzałego guwernera, Melitona, w tym
jedynie celu, ażeby moralnie podźwignąć człowieka,
który nieco się upijał. Nowożeniec jednak po ślubie
więcej pił aniżeli przed ślubem, a małżonkę,
dźwigającą go moralnie, czasami okładał kijem.
Gdy umarł, podobno na ulicy, pani
Meliton odprowadziwszy go na cmentarz i przekonawszy się, że jest
niezawodnie zakopany, wzięła na opiekę psa; znowu bowiem
powszechnie mówiono, że pies jest najwdzięczniejszym
stworzeniem. Istotnie, był wdzięcznym, dopóki nie
wściekł się i nie pokąsał służącej, co
samą panią Meliton przyprawiło o ciężką chorobę.
Pół roku leżała w
szpitalu, w osobnym gabinecie, samotna i zapomniana przez swoje pupilki, ich
rodziców i hrabiów, którym oddawała serce. Był
czas do rozmyślań. Toteż gdy wyszła stamtąd chuda,
stara, z posiwiałymi i przerzedzonymi włosami, znowu zaczęto
mówić powszechnie, że - choroba zmieniła ją do
niepoznania.
- Zmądrzałam - odpowiedziała
pani Meliton.
Nie była już nauczycielką, ale
rekomendowała nauczycielki; nie myślała o
zamążpójściu, ale swatała młode pary; nikomu
nie oddawała swego serca, ale we własnym mieszkaniu
ułatwiała schadzki zakochanym. Że zaś każdy i za
wszystko musiał jej płacić, więc miała trochę
pieniędzy i z nich żyła.
W początkach nowej kariery była
posępna i nawet cyniczna.
- Ksiądz - mówiła osobom
zaufanym - ma dochody ze ślubów, ja z zaręczyn. Hrabia...
bierze pieniądze za ułatwianie stosunków koniom, ja za
ułatwianie znajomości ludziom.
Z czasem jednak stała się
powściągliwszą w mowie, a niekiedy nawet moralizującą,
spostrzegłszy, że wygłaszanie zdań i opinii przyjętych
przez ogół wpływa na wzrost dochodów.
Pani Meliton od dawna znała się z
Wokulskim. A że lubiła widowiska publiczne i miała zwyczaj
wszystko śledzić, więc prędko zauważyła, że
Wokulski zbyt nabożnie przypatruje się pannie Izabeli. Zrobiwszy to
odkrycie wzruszyła ramionami; cóż ją mógł
obchodzić kupiec galanteryjny zakochany w pannie Łęckiej? Gdyby
upodobał sobie jakąś bogatą kupcównę albo
córkę fabrykanta, pani Meliton miałaby materiał do
swatów, Ale tak!...
Dopiero gdy Wokulski powrócił z
Bułgarii i przywiózł majątek, o którym opowiadano
cuda, pani Meliton sama zaczepiła go o pannę Izabelę
ofiarowując swoje usługi. I stanął milczący
układ: Wokulski płacił hojnie, a pani Meliton udzielała mu
wszelkich informacyj o rodzinie Łęckich i związanych z nimi
osobach wyższego świata. Za jej nawet pośrednictwem Wokulski
nabył weksle Łęckiego i srebra panny Izabeli.
Przy tej okazji pani Meliton odwiedziła
Wokulskiego w jego prywatnym mieszkaniu, ażeby mu powinszować.
- Bardzo rozsądnie przystępujesz
pan do rzeczy - mówiła.- Wprawdzie ze sreber i serwisu niewielka
będzie pociecha, ale skup weksli Łęckiego jest
arcydziełem... Znać kupca!...
Usłyszawszy taką pochwałę
Wokulski otworzył biurko, poszukał w nim i za chwilę
wydobył paczkę weksli.
- Te same? -
rzekł pokazując je pani Meliton.
- Tak.
Chciałabym mieć te pieniądze!... - odpowiedziała z
westchnieniem.
Wokulski
ujął paczkę w obie ręce i rozdarł ją.
- Znać
kupca?... spytał.
Pani Meliton
przypatrzyła mu się ciekawie i kiwając głową,
mruknęła :
- Szkoda pana.
-
Dlaczegóż to, jeżeli łaska?...
- Szkoda pana -
powtórzyła. - Sama jestem kobietą i wiem, że kobiet nie
zdobywa się ofiarami, tylko siłą.
- Czy tak?
- Siłą
piękności, zdrowia, pieniędzy...
- Rozumu... -
wtrącił Wokulski jej tonem.
- Rozumu nie
tyle, prędzej pięści - dodała pani Meliton z szyderczym
uśmiechem. - Znam dobrze moją płeć i nieraz miałam
okazję litować się nad naiwnością męską.
- Dla mnie niech
pani sobie nie zadaje tego trudu.
- Myślisz
pan, że nie będzie potrzebny? - spytała patrząc mu w oczy.
- Łaskawa
pani - odparł Wokulski - jeżeli panna Izabela jest taką, jak mi
się wydaje, to może mnie kiedyś oceni. A jeżeli nią
nie jest, zawsze będę miał czas rozczarować się...
- Zrób to
wcześniej, panie Wokulski, zrób wcześnie; - rzekła
podnosząc się z fotelu. - Bo wierz mi, łatwiej wyrzucić
tysiące rubli z kieszeni aniżeli jedno przywiązanie z serca.
Szczególniej, gdy się już zagnieździ. A nie zapomnij pan
- dodała - dobrze umieścić mój kapitalik. Nie darłbyś
paru tysięcy, gdybyś wiedział, jak ciężko nieraz
trzeba na nie pracować.
W maju i czerwcu
wizyty pani Meliton stały się częstszymi, ku zmartwieniu
Rzeckiego, który podejrzewał spisek. I nie mylił się.
Był spisek, ale przeciw pannie Izabeli; stara dama dostarczała
ważnych informacyj Wokulskiemu, ale dotyczących tylko panny Izabeli.
Zawiadamiała go mianowicie: w których dniach hrabina wybiera
się ze swoją siostrzenicą na spacer do Łazienek.
W takich
wypadkach pani Meliton wpadała do sklepu i zrealizowawszy sobie
wynagrodzenie w formie kilku lub kilkunastorublowego drobiazgu,
mówiła Rzeckiemu dzień i godzinę.
Dziwne to
bywały epoki dla Wokulskiego. Dowiedziawszy się, że jutro
będą panie w Łazienkach, już dziś tracił
spokojność. Obojętniał dla interesów, był
rozdrażniony; zdawało mu się, że czas stoi w miejscu i
że owe jutro nie nadejdzie nigdy. Noc miał pełną dzikich
marzeń; niekiedy w półśnie, półjawie
szeptał:
"Cóż
to jest w rezultacie?... nic!... Ach, jakież ze mnie bydlę..."
Lecz gdy
nadszedł ranek, bał się spojrzeć w okno, ażeby nie
zobaczyć zachmurzonego nieba, i znowu do południa czas
rozciągał mu się tak, że w jego ramach mógł
był pomieścić całe swoje życie, zatrute dziś
okropną goryczą.
"Czyliż
to może być miłość?..." - zapytywał sam
siebie z desperacją.
Rozgorączkowany,
już w południe kazał zaprzęgać i jechać. Co chwilę
zdawało mu się, że spotyka wracający powóz hrabiny,
to znowu, że jego rwące się z cugli konie idą zbyt wolno.
Znalazłszy
się w Łazienkach wyskakiwał z powozu i biegł nad
sadzawkę, gdzie zazwyczaj spacerowała hrabina lubiąca
karmić łabędzie. Przychodził zawczasu, a wtedy padał
gdzieś na ławkę, zalany zimnym potem, i siedział bez ruchu,
z oczyma skierowanymi w stronę pałacu, zapominając o
świecie.
Nareszcie na
końcu alei ukazały się dwie kobiece figury, czarna i szara.
Wokulskiemu krew uderzyła do głowy.
"One!...
Czy mnie choć zatrzymają?.. "
Podniósł
się z ławki i szedł naprzeciw nich jak lunatyk, bez tchu. Tak, to jest panna
Izabela; prowadzi ciotkę i o czymś z nią rozmawia.
Wokulski
przypatruje się jej i myśli:
"No i
cóż jest w niej nadzwyczajnego?... Kobieta jak inne... Zdaje mi
się, że bez potrzeby szaleję na jej rachunek..."
Ukłonił
się, panie się odkłoniły. Idzie dalej nie odwracając
głowy, ażeby się nie zdradzić. Nareszcie ogląda
się: obie panie znikły między zielonością.
"Wrócę
się - myśli - jeszcze raz spojrzę... Nie, nie wypada!"
I czuje w
tej chwili, że połyskująca woda sadzawki ciągnie go z
nieprzepartą siłą.
"Ach,
gdybym wiedział, że śmierć jest zapomnieniem... A jeżeli nie
jest?... Nie, w naturze nie ma miłosierdzia... Czy godzi się w
nędzne ludzkie serce wlać bezmiar tęsknoty, a nie dać nawet
tej pociechy, że śmierć jest nicością?"
Prawie w tym
samym czasie hrabina mówiła do panny Izabeli:
- Coraz bardziej
przekonywam się, Belu, że pieniądze nie dają
szczęścia. Ten Wokulski zrobił świetną jak dla niego
karierę, lecz cóż stąd?... Już nie pracuje w
sklepie, ale nudzi się w Łazienkach. Uważałaś,
jaką on ma znudzoną minę?
- Znudzoną?
- powtórzyła panna Izabela. - Mnie on wydaje się przede
wszystkim zabawnym.
- Nie
dostrzegłam tego - zdziwiła się hrabina.
- Więc...
nieprzyjemnym - poprawiła się panna Izabela.
Wokulski nie
miał odwagi wyjść z Łazienek. Chodził po drugiej
stronie sadzawki i z daleka przypatrywał się migającej
między drzewami szarej sukni. Dopiero później spostrzegł,
że przypatruje się aż dwom szarym sukniom, a trzeciej
niebieskiej i że żadna z nich - nie należy do panny Izabeli.
"Jestem
piramidalnie głupi" - pomyślał.
Ale nic mu to
nie pomogło.
Pewnego dnia, w
pierwszej połowie czerwca, pani Meliton dała znać Wokulskiemu,
że jutro w południe panna Izabela będzie na spacerze z
hrabiną i - z prezesową. Drobny ten wypadek mógł
mieć pierwszorzędne znaczenie.
Wokulski bowiem
od pamiętnej Wielkanocy parę razy odwiedzał prezesową i
poznał, że staruszka jest mu bardzo życzliwa. Zwykle
słuchał jej opowiadań o dawnych czasach, rozmawiał o swoim
stryju, nawet ostatecznie umówił się o nagrobek dla niego. W
toku tej wymiany myśli, nie wiadomo skąd, wplątało się
imię panny Izabeli tak nagle, że Wokulski nie mógł
ukryć wzruszenia; twarz mu się zmieniła, głos
stłumił się.
Staruszka
przyłożyła binokle do oczu i wpatrzywszy się w Wokulskiego
spytała :
- Czy mi
się tylko wydaje, czyli też panna Łęcka nie jest ci
obojętną.?
- Prawie nie
znam jej... Mówiłem z nią raz w życiu... -
tłumaczył się zmięszany Wokulski.
Prezesowa
wpadła w zamyślenie i kiwając głową,
szepnęła:
- Ha...
Wokulski
pożegnał ją, ale owe "ha!" utkwiło mu w
pamięci. W każdym razie był pewny, że w prezesowej nie ma
nieprzyjaciółki. I otóż w niecały tydzień po
tej rozmowie dowiedział się, że prezesowa jedzie z hrabiną
i z panną Izabelą na spacer do Łazienek. Czyżby
dowiedziała się, że panie go tam spotykają?... A może
chce ich zbliżyć?
Wokulski
spojrzał na zegarek; była trzecia po południu.
"Więc
to jutro - pomyślał - za godzin... dwadzieścia cztery... Nie,
nie tyle... Za ileż to?..."
Nie
mógł zrachować, ile godzin upłynie od trzeciej do
pierwszej w południe. Ogarnął go niepokój ; nie jadł
obiadu ; fantazja rwała się naprzód, ale trzeźwy rozum
hamował ją.
"Zobaczymy,
co będzie jutro. A nuż będzie deszcz albo która z
pań zachoruje?"
Wybiegł na
ulicę i błąkając się bez celu, powtarzał:
"No,
zobaczymy, co będzie jutro... A może mnie nie zatrzymają?..
Zresztą
panna Izabela jest sobie piękna panna, przypuśćmy, że nawet
niezwykle piękna, ale tylko panna, nie nadprzyrodzone zjawisko.
Tysiące równie ładnych chodzi po świecie, a ja też
nie myślę czepiać się zębami jednej spódnicy.
Odepchnie mnie?... Dobrze!... Z tym większym rozmachem padnę w
objęcia innej..."
Wieczorem
poszedł do teatru, lecz opuścił go po pierwszym akcie. Znowu
wałęsał się po mieście, a gdzie stąpił,
prześladowała go myśl jutrzejszego spaceru i niejasne
przeczucie, że jutro zbliży się do panny Izabeli.
Minęła
noc, ranek. O dwunastej kazał zaprząc powóz. Napisał
kartkę do sklepu, że przyjdzie później, i poszarpał
jedną parę rękawiczek. Nareszcie wszedł
służący.
"Konie
gotowe!" - błysnęło Wokulskiemu.
Wyciągnął
rękę po kapelusz.
-
Książę!... - zameldował służący.
Wokulskiemu
pociemniało w oczach.
- Proś.
Książę
wszedł.
- Dzień
dobry, panie Wokulski - zawołał. - Pan gdzieś
wyjeżdża? - Zapewne do składów albo na kolej. Ale nic z tego.
Aresztuję pana i zabieram do siebie. Będę nawet tak niegrzeczny,
że zakwateruję się do pańskiego powozu, bo dziś swego
nie wziąłem. Jestem jednak pewny, że wszystko to wybaczy mi pan
ze względu na doskonałe wiadomości.
- Raczy
książę spocząć?...
- Na
chwilkę. Niech pan sobie wyobrazi - mówił
książę siadając - że dopóty dokuczałem
naszym panom bratom... Czy dobrze powiedziałem?... Dopóty ich
prześladowałem, aż obiecali przyjść w kilku do mnie i
wysłuchać projektu pańskiej spółki. Natychmiast
więc pana zabieram, a raczej zabieram się z panem i - jedziemy do
mnie.
Wokulski
doznał takiego wrażenia jak człowiek, który spadł z
wysokości i uderzył piersiami o ziemię.
Pomieszanie
jego nie uszło uwagi księcia, który uśmiechnął
się przypisując to radości z jego wizyty i zaprosin. Przez
głowę mu nawet nie przeszło, że dla Wokulskiego może
być ważniejszym spacer do Łazienek aniżeli wszyscy
książęta i spółki.
- A
więc jesteśmy gotowi? - spytał książę
powstając z fotelu.
Sekundy
brakowało, ażeby Wokulski powiedział, że nie pojedzie i nie
chce żadnych spółek. Ale w tym samym momencie przebiegła
mu myśl:
"Spacer
- to dla mnie, spółka - dla niej."
Wziął
kapelusz i pojechał z księciem. Zdawało mu się, że
powóz nie jedzie po bruku, ale po jego własnym mózgu.
"Kobiet
nie zdobywa się ofiarami, tylko siłą, bodaj
pięści..."- przypomniał sobie zdanie pani Meliton. Pod
wpływem tego aforyzmu chciał porwać księcia za
kołnierz i wyrzucić go na ulicę. Ale trwało to tylko
chwilę.
Książę
przypatrywał mu się spod rzęs, a widząc, że Wokulski
to czerwienieje, to blednieje, myślał:
"Nie
spodziewałem się, że zrobię aż taką
przyjemność temu poczciwemu Wokulskiemu. Tak, trzeba zawsze
podawać rękę nowym ludziom..."
W swoim
towarzystwie książę nosił tytuł zagorzałego
patrioty, prawie szowinisty; poza towarzystwem cieszył się
opinią jednego z najlepszych obywateli. Bardzo lubił
mówić po polsku, a nawet treścią jego francuskich
rozmów były interesa publiczne.
Był arystokratą
od włosów do nagniotków, duszą, sercem, krwią.
Wierzył, że każde społeczeństwo składa się z
dwu materiałów: zwyczajnego tłumu i klas wybranych. Zwyczajny
tłum był dziełem natury i mógł nawet pochodzić
od małpy, jak to wbrew Pismu świętemu utrzymywał Darwin.
Lecz klasy wybrane miały jakiś wyższy początek i
pochodziły, jeżeli nie od bogów, to przynajmniej od pokrewnych
im bohaterów, jak Herkules, Prometeusz, od biedy - Orfeusz.
Książę
miał we Francji przyjaciela, hrabiego (w najwyższym stopniu dotkniętego
zarazą demokratyczną), który drwił sobie z nadziemskich
początków arystokracji.
-
Mój kuzynie - mówił - myślę, że nie zdajesz
sobie należycie sprawy z kwestii rodów. Cóż to są
wielkie rody? Są nimi takie, których przodkowie byli hetmanami,
senatorami, wojewodami, czyli po dzisiejszemu: marszałkami, członkami
izby wyższej lub prefektami departamentów. No - a przecie takich
panów znamy, nic w nich nadzwyczajnego... Jedzą, piją,
grają w karty, umizgają się do kobiet, zaciągają
długi - jak reszta śmiertelników, od których są
niekiedy głupsi.
Księciu
na twarz występowały chorobliwe rumieńce.
- Czy
spotkałeś kiedy, kuzynie - odparł - prefekta lub marszałka
z takim wyrazem majestatu, jaki widujemy na portretach naszych
przodków?...
-
Cóż w tym dziwnego - śmiał się zarażony hrabia.
- Malarze nadawali obrazom wyraz, o jakim nie śniło się
żadnemu z oryginałów; tak jak heraldycy i historycy opowiadali
o nich bajeczne legendy. To wszystko kłamstwa, mój kuzynie!... To
tylko kulisy i kostiumy, które z jednego Wojtka robią księcia,
a z innego parobka. W rzeczywistości jeden i drugi jest tylko lichym
aktorem.
- Z
szyderstwem, kuzynie, nie ma rozprawy! - wybuchał książę i
uciekał. Biegł do siebie, kładł się na szezlongu z
rękoma splecionymi pod głową i patrząc w sufit widział
przesuwające się na nim postacie nadludzkiego wzrostu, siły,
odwagi, rozumu, bezinteresowności. To byli - przodkowie jego i hrabiego;
tylko że hrabia zapierał się ich. Czyżby istniała w
nim jaka przymieszka krwi?...
Tłumem
zwyczajnych śmiertelników książę nie tylko nie
gardził, ale owszem: miał dla nich życzliwość, a nawet
stykał się z nimi i interesował ich potrzebami.
Wyobrażał sobie, że jest jednym z Prometeuszów, którzy
mają poniekąd honorowy obowiązek sprowadzić tym biednym
ludziom ogień z nieba na ziemię. Zresztą religia nakazywała
mu sympatię dla maluczkich i książę rumienił się
na samą myśl, że większa część towarzystwa
stanie kiedyś przed boskim sądem bez tego rodzaju zasługi.
Więc
aby uniknąć wstydu dla siebie, bywał i nawet zwoływał
do swego mieszkania rozmaite sesje, wydawał po dwadzieścia
pięć i po sto rubli na akcje rozmaitych przedsiębiorstw
publicznych, nade wszystko zaś - ciągle martwił się
nieszczęśliwym położeniem kraju; a każdą
mowę swoją kończył frazesem:
- Bo,
panowie, myślmy najpierw o tym, ażeby podźwignąć nasz
nieszczęśliwy kraj...
A gdy to
powiedział, czuł, że z serca spada mu jakiś
ciężar; tym większy, im więcej było
słuchaczów albo im więcej rubli wydał na akcje.
Zwołać
sesję, zachęcić do przedsiębiorstwa i cierpieć,
wciąż cierpieć nad nieszczęśliwym krajem, oto jego
zdaniem były obowiązki obywatela. Gdyby go jednak spytano, czy
zasadził kiedy drzewo, którego cień ochroniłby ludzi i
ziemię od spiekoty? albo czy kiedy usunął z drogi kamień
raniący koniom kopyta? - byłby szczerze zdziwiony.
Czuł
i myślał, pragnął i cierpiał - za miliony. Tylko - nic
nigdy nie zrobił użytecznego. Zdawało mu się, że
ciągłe frasowanie się całym krajem ma bez miary
wyższą wartość od utarcia nosa zasmolonemu dziecku.
W czerwcu
fizjognomia Warszawy ulega widocznej zmianie. Puste przedtem hotele
napełniają się i podwyższają ceny, na wielu domach
ukazują się ogłoszenia: "Apartament z meblami do
wynajęcia na kilka tygodni:" Wszystkie dorożki są
zajęte, wszyscy posłańcy biegają. Na ulicach, w ogrodach,
teatrach, w restauracjach, na wystawach, w sklepach i magazynach strojów
damskich widać figury nie spotykane w zwykłym czasie. Są nimi
tędzy i opaleni mężczyźni w granatowych czapkach z
daszkami, w zbyt obszernych butach, w ciasnych rękawiczkach, w garniturach
pomysłu prowincjonalnego krawca. Towarzyszą im gromadki dam, nie
odznaczających się pięknością ani warszawskim szykiem,
tudzież niemniej liczne gromadki niezręcznych dzieci, którym z
ust szeroko otwartych wygląda zdrowie.
Jedni z
wiejskich gości przyjeżdżają tu z wełną na
jarmark, drudzy na wyścigi, inni, ażeby zobaczyć wełnę
i wyścigi; ci dla spotkania się z sąsiadami, których na
miejscu mają o wiorstę drogi, tamci dla odświeżenia
się w stolicy mętnej wody i pyłu, a owi męczą się
przez kilkudniową podróż sami nie wiedząc po co.
Z
podobnego zjazdu skorzystał książę, ażeby
zbliżyć Wokulskiego z ziemiaństwem.
Książę
we własnym pałacu, na pierwszym piętrze, zajmował ogromne
mieszkanie. Część jego, złożona z gabinetu pana,
biblioteki i fajczarni, była miejscem męskich zebrań, na
których książę przedstawiał swoje lub cudze projekta
dotyczące spraw publicznych. Zdarzało się to po kilka razy w
roku. Ostatnia nawet sesja wiosenna była poświęcona kwestii
statków śrubowych na Wiśle, przy czym bardzo wyraźnie
zarysowały się trzy stronnictwa. Pierwsze, złożone z
księcia i jego osobistych przyjaciół, koniecznie domagało
się śrubowców, drugie zaś, mieszczańskie,
uznając w zasadzie piękność projektu, uważało go
jednak za przedwczesny i nie chciało dać na ten cel pieniędzy.
Trzecie stronnictwo składało się tylko z dwu osób:
pewnego technika, który twierdził, że śrubowce nie
mogą pływać po Wiśle, i pewnego głuchego magnata,
który na wszystkie odezwy, skierowane do jego kieszeni, stale
odpowiadał:
-
Proszę trochę głośniej, bo nic nie słychać...
Książę
z Wokulskim przyjechali o pierwszej, a w kwadrans po nich zaczęli
schodzić się i zjeżdżać inni uczestnicy sesji.
Książę witał każdego z uprzejmą
poufałością, prezentował Wokulskiego, a następnie
podkreślał przybysza na liście zaproszonych bardzo długim i
bardzo czerwonym ołówkiem.
Jednym z
pierwszych gości był pan Łęcki; wziął Wokulskiego
na stronę i jeszcze raz wypytał go o cel i znaczenie
spółki, do której należał już całą
duszą, ale nigdy nie mógł dobrze spamiętać, o co
chodzi. Tymczasem inni panowie przypatrywali się intruzowi i zniżonym
głosem robili o nim uwagi.
- Bycza
mina! - szepnął otyły marszałek wskazując okiem na
Wokulskiego. - Szczeć na głowie jeży mu się jak dzikowi,
pierś upadam do nóg, oko bystre... Ten by nie ustał na
polowaniu!
- I twarz,
panie... - dodał baron z fizjognomią Mefistofelesa.- Czoło, panie...
wąsik, panie... mała hiszpanka, panie. Wcale, panie... wcale... Rysy
trochę, panie... ale całość, panie...
- Zobaczymy,
jaki będzie w interesach - dorzucił nieco przygarbiony hrabia.
- Rzutki,
ryzykowny, t e k - odezwał się jakby z piwnicy drugi hrabia,
który siedział sztywnie na krześle, nosił bujne faworyty
i porcelanowymi oczyma patrzył tylko przed siebie jak Anglik z
"Tournal Amusant".
Książę
powstał z fotelu i chrząknął; zebrani umilkli, dzięki
czemu można było usłyszeć resztę opowiadania
marszałka:
- Wszyscy
patrzymy na las, a tu coś skwierczy pod kopytami. Wyobraź sobie pan
dobrodziej, że chart idący przy koniach na smyczy zdusił w
bruździe szaraka!...
To powiedziawszy
marszałek uderzył olbrzymią dłonią w udo, z
którego mógł był wyciąć sobie sekretarza i
jego pomocnika.
Książę
chrząknął drugi raz, marszałek zmieszał się i
niezwykle wielkim fularem otarł spocone czoło.
- Szanowni
panowie - odezwał się książę. - Poważyłem
się fatygować szanownych panów w pewnym... nader ważnym
interesie publicznym, który, jak to wszyscy czujemy, powinien zawsze
stać na straży naszych interesów publicznych... Chciałem
powiedzieć... naszych idei... to jest...
Książę
zdawał się być zakłopotany; wnet jednak
ochłonął i mówił dalej :
- Chodzi o
inte... to jest o plan, a raczej... o projekt zawiązania
spółki do ułatwiania handlu...
-
Zbożem - wtrącił ktoś z kąta.
-
Właściwie - ciągnął książę - chodzi nie
o handel zbożem, ale...
- Okowitą -
pośpieszył ten sam głos.
-
Ależ nie!... O handel, a raczej o ułatwienie handlu między
Rosją i zagranicą towarami, no.:. towarami... Miasto zaś nasze,
pożądane jest, ażeby się stało centrum takowego...
- A
jakież to towary? - spytał przygarbiony hrabia.
-
Stronę fachową kwestii raczy objaśnić nam łaskawie pan
Wokulski, człowiek... człowiek fachowy - zakończył
książę. - Pamiętajmy jednak, panowie, o obowiązkach,
jakie na nas wkłada troska o interesa publiczne i ten
nieszczęśliwy kraj...
- Jak Boga
kocham, zaraz daję dziesięć tysięcy rubli!... -
wrzasnął marszałek.
- Na co? -
spytał hrabia udający autentycznego Anglika.
- Wszystko
jedno!... - odparł wielkim głosem marszałek.- Powiedziałem:
rzucę w Warszawie pięćdziesiąt tysięcy rubli,
więc niech dziesięć pójdzie na cele dobroczynne, bo
kochany nasz książę mówi cudownie!... z rozumu i z serca,
jak Boga kocham...
-
Przepraszam - odezwał się Wokulski - ale nie chodzi tu o
spółkę dobroczynną, tylko o spółkę
zapewniającą zyski.
-
Otóż to!... - wtrącił hrabia zgarbiony.
- T e k!... -
potwierdził hrabia-Anglik.
- Co mnie za
zysk z dziesięciu tysięcy? - zaprotestował marszałek. - Z
torbami bym poszedł pod Ostrą Bramę przy takich zyskach.
Zgarbiony hrabia
wybuchnął:
- Proszę o
głos w kwestii : czy należy lekceważyć małe zyski!...
To nas gubi!... to, panowie - wołał pukając paznokciem w
poręcz fotelu.
- Hrabio -
przerwał słodko książę - pan Wokulski ma głos.
- T e k!... -
poparł go hrabia-Anglik czesząc bujne faworyty.
- Prosimy
więc szanownego pana Wokulskiego - odezwał się nowy głos -
ażeby ten publiczny interes, który nas zgromadził tu, do
gościnnych salonów księcia, raczył nam przedstawić z
właściwą mu jasnością i zwięzłością.
Wokulski
spojrzał na osobę przyznającą mu jasność i
zwięzłość. Był to znakomity adwokat, przyjaciel i
prawa ręka księcia; lubił mówić kwieciście,
wybijając takt ręką i przysłuchując się
własnym frazesom, które zawsze znajdował wybornymi.
- Tylko
żebyśmy zrozumieli wszyscy - mruknął ktoś w kącie
zajętym przez szlachtę, która nienawidziła magnatów.
- Wiadomo panom
- zaczął Wokulski - że Warszawa jest handlową stacją
między Europą zachodnią i wschodnią. Tu zbiera się i
przechodzi przez nasze ręce część towarów
francuskich i niemieckich przeznaczonych dla Rosji, z czego moglibyśmy
mieć pewne zyski, gdyby nasz handel...
- Nie
znajdował się w ręku Żydów - wtrącił
półgłosem ktoś od stołu, gdzie siedzieli |