ROZDZIAŁ TRZECI:
SZARE DNIE I KRWAWE GODZINY
W kwadrans po wyjeździe z Warszawy
koleją warszawsko - bydgoską doznał dwu szczególnych,
choć zupełnie różnych uczuć: owionęło go
świeże powietrze, a on sam wpadł w jakiś dziwny letarg.
Poruszał się swobodnie, był
trzeźwy, myślał jasno i szybko, tylko nic go nie
obchodziło; ani kto z nim jedzie, ani którędy jedzie, ani
dokąd jedzie. Apatia ta rosła w miarę oddalania się od
Warszawy. Za Pruszkowem prawie ucieszyły go krople deszczu, przez otwarte
okno padające do wnętrza wagonu; później nieco
ożywiła go gwałtowna burza za Grodziskiem; miał nawet
pragnienie, ażeby go piorun zabił. Ale gdy burza przeszła,
wpadł znowu w obojętność i nie interesował się
niczym; nawet tym, że jego sąsiad z prawej strony spał mu na
ramieniu, a sąsiad z przeciwka zdjął kamasze i oparł mu na
kolanach nogi, w czystych zresztą skarpetkach.
Około północy napadło
na niego coś jakby sen, a może tylko jeszcze większa
obojętność. Zasłonił firanką latarnię
wagonu, przymknął oczy i myślał, że ta osobliwa apatia
skończy się ze wschodem słońca. Ale nie skończyła
się; owszem, do rana wzrosła i rosła coraz bardziej. Nie było mu z
nią dobrze ani źle; tak sobie.
Potem
wzięto od niego paszport, potem zjadł śniadanie, kupił nowy
bilet, kazał przenieść rzeczy do innego pociągu i ruszyli
dalej. Nowa stacja, nowa zmiana pociągów, nowa jazda... Wagon
drżał i turkotał, lokomotywa co pewien czas świstała,
zatrzymywała się... Do przedziału zaczęli siadać
ludzie mówiący po niemiecku, dwoje, troje... Potem całkiem
zniknęli ludzie mówiący po polsku i wagon napełnił
się samymi Niemcami.
Zmieniał
się też krajobraz. Ukazały się lasy otoczone wałami i
złożone z drzew stojących w tak równej odległości
jak żołnierze. Znikły drewniane chaty kryte słomą i
coraz częściej zaczęły się pojawiać piętrowe
domki kryte dachówką, otoczone ogródkami. Znowu postój,
znowu jedzenie. Jakieś ogromne miasto... Ach! to chyba Berlin... Znowu
jazda...Do wagonu siadają ludzie wciąż mówiący po
niemiecku, ale jakby innym akcentem. Potem noc i sen... Nie, to nie sen, to tylko
apatia.
Zjawia
się dwu Francuzów w przedziale. Krajobraz całkiem odmienny;
szerokie horyzonty, wzgórza, winnice. Tu i ówdzie wielki dom
piętrowy, stary, ale krzepki, zasłonięty drzewami,
zawinięty jakby w bluszcze. Znowu rewizja walizki. Zmiana
pociągów, do wagonu wchodzi dwu Francuzów i jedna Francuzka
i robią taki hałas, jakby ich było z dziesięcioro. Są
to ludzie widocznie dobrze wychowani; pomimo to śmieją się,
kilka razy zmieniają miejsca i przepraszają Wokulskiego, lecz za co,
on sam nie wie.
Na jednej
ze stacji Wokulski pisze kartkę do Suzina: "Paris-Grand
Hôtel", i daje ją konduktorowi wagonu razem z jakimś
banknotem, nie troszcząc się ani o to, ile dał, ani o to, czy
depesza dojdzie. Na następnej stacji ktoś wsuwa mu w rękę
cały zwitek banknotów i jadą dalej;. Wokulski spostrzega,
że znowu jest noc, i znowu zapada w stan, który może być
snem, a może tylko utratą przytomności.
Ma oczy
zamknięte, pomimo to myśli, że śpi i że ten dziwny
stan zobojętnienia opuści go w Paryżu.
"Paryż!...
Paryż!... (mówi sobie ciągle śpiąc). Wszakże od
tylu lat o nim tylko marzyłem. To przejdzie... Wszystko
przejdzie!..."
Godzina
dziesiąta rano, nowa stacja. Pociąg staje pod dachem; hałas,
krzyk, bieganina. Wokulskiego napada od razu trzech Francuzów
ofiarujących mu usługi. Nagle ktoś chwyta go za ramię.
- No,
Stanisławie Piotrowiczu, twoje szczęście, żeś
przyjechał...
Wokulski
przypatruje się przez chwilę jakiemuś olbrzymowi z czerwoną
twarzą i konopiastą brodą, wreszcie mówi:
- Ach,
Suzin!
Padają
sobie w objęcia. Suzinowi towarzyszy jeszcze dwu Francuzów z
których jeden odbiera Wokulskiemu bilet na rzeczy.
- Twoje
szczęście, żeś przyjechał - mówi Suzin
całując go jeszcze raz. - Myślałem, że się
skręcę w tym Paryżu bez ciebie...
"Paryż..."
- myśli Wokulski.
- O mnie
mniejsza - ciągnie dalej Suzin. - Takeś zhardział pomiędzy
waszą parszywą szlachtą, że o mnie już nie dbasz. Ale
dla ciebie samego szkoda pieniędzy... Straciłbyś z
pięćdziesiąt tysięcy rubli...
Dwaj
Francuzi, towarzyszący Suzinowi, ukazują się znowu i
mówią im, że już mogą jechać. Suzin bierze pod
rękę Wokulskiego i wyprowadza go na plac, gdzie stoi mnóstwo
omnibusów i powozów jedno-i dwukonnych, z woźnicami
umieszczonymi z przodu lub z tylu. Przeszedłszy kilkanaście
kroków trafiają na dwukonny powóz z lokajem. Siadają i
jadą.
- Patrzaj
- mówi Suzin - to ulica Lafayette, a ot bulwar Magenta. Jedziem
wciąż Lafayettem aż do hotelu przy Operze. Powiadam tobie, cud,
nie miasto! No, a jak zobaczysz Elizejskie Pola, a potem między
Sekwaną i Rivoli... Eh! ja tobie mówię, cud, nie miasto...
Kobiety tylko trochę zanadto wypychają się. Ale tu inszy smak...
Na wszelki sposób cieszę się, żeś przyjechał;
pięćdziesiąt albo i więcej tysięcy rubli to nie nic...
Ot, widzisz, Opera, a ot bulwar Kapucyński, a ot, nasza chata...
Wokulski
spostrzega ogromny pięciopiętrowy gmach, formy klinowatej, na
wysokości drugiego piętra otoczony żelazną balustradą,
przy szerokiej ulicy wysadzonej niezbyt starymi drzewami, pełnej
omnibusów, powozów, ludzi konnych i pieszych. Ruch jest tak
wielki, jak gdyby co najmniej połowa Warszawy biegła na zobaczenie
jakiegoś wypadku; ulica jest tak gładka jak posadzka. Widzi, że
jest w samym środku Paryża, lecz nie doznaje ani wzruszenia, ani
ciekawości. Nic go nie obchodzi.
Powóz
wjeżdża we wspaniałą bramę, lokaj otwiera drzwiczki,
wysiadają. Suzin bierze Wokulskiego pod rękę i prowadzi do
małego pokoiku, który po chwili zaczyna wznosić się w
górę.
- A ot
winda - mówi Suzin. - Ja mam tu dwa mieszkania. Jedno na pierwszym
piętrze za sto franków dziennie, drugie na trzecim za
dziesięć franków. I dla ciebie wziąłem za
dziesięć franków. Trudna racja -wystawa!...
Wychodzą
z windy na korytarz i po chwili znajdują się w eleganckim saloniku,
który posiada mahoniowe meble, szerokie łóżko pod
baldachimem i szafę mającą zamiast drzwi ogromne lustro.
- Siadaj,
Stanisławie Piotrowiczu. Chcesz jeść czy pić, tu czy w
sali? No, pięćdziesiąt tysięcy twoje... Bardzom kontent...
- Powiedz
mi - po raz pierwszy odezwał się Wokulski - za cóż to ja
mam dostać pięćdziesiąt tysięcy?...
-
Może i więcej.
-Dobrze,
ale za co?
Suzin
rzuca się na fotel, opiera ręce na brzuchu i wybucha śmiechem.
- Ot, za
to samo, że się pytasz!... Inny nie pyta, za co weźmie
pieniądze, tylko dawaj... A ty jeden chcesz wiedzieć, za co zarobisz
takie pieniądze. Ach, ty gołąbku!...
- To nie
jest odpowiedź.
- Zaraz ja
tobie odpowiem - mówi Suzin. - Najpierw za to, żeś ty mnie
jeszcze w Irkucku przez cztery lata rozumu uczył. Żeby nie ty, ja nie
byłbym ten Suzin co. dziś. No, a ja, Stanisławie Piotrowiczu, ja
nie wasz człowiek: za dobro daję dobro...
- I to nie
odpowiedź - wtrącił Wokulski.
Suzin
wzruszył ramionami.
- Już ty w
tej izbie nie chciej ode mnie objaśnienia; a tam na dole sam zrozumiesz.
Może być, kupię trochę galanterii paryskich, a może
być, kilkanaście statków kupieckich. Ja po francusku ani w
ząb i po niemiecku też, więc trzeba mi człowieka takiego
jak ty...
- Nie znam się
na statkach.
- Bądź
spokojny. Znajdziem tu inżynierów kolejowych i morskich, i
wojskowych... Mnie nie o nich chodzi, ale o człowieka, który by
gadał za mnie - dla mnie. Zresztą, mówię tobie, jak
zejdziemy tam na dół, miej ty dwie pary oczów i dwie pary uszów,
ale jak wyjdziemy stamtąd, nie miej ty nawet pamięci. Ty to
potrafisz, Stanisławie Piotrowiczu, a o resztę nie pytaj się. Ja
zarobię dziesięć procent, tobie dam dziesięć procent
od mego zarobku i sprawa skończona. A na co to, dla kogo i przeciw
komu - nie pytaj.
Wokulski
milczał.
- O
czwartej przyjdą do mnie fabrykanci amerykańscy i francuscy.
Możesz zejść? - spytał Suzin.
- Dobrze.
- A teraz
przejedziesz się po mieście?
- Nie.
Teraz pójdę spać.
- No, to i
dobrze. Chodźże do twego mieszkania.
Opuścili
numer Suzina i o kilkanaście kroków dalej weszli do podobnego
zupełnie saloniku: Wokulski rzucił się na
łóżko, Suzin wyszedł na palcach i zamknął
drzwi.
Po
odejściu Suzina Wokulski przymknął oczy i usiłował
zasnąć. Może nie tyle zasnąć, ile odpędzić
od siebie jakąś myśl natrętną, przed którą
uciekł z Warszawy. Przez pewien czas zdawało mu się, że jej
niema, że została tam i że dopiero szuka go stroskana,
tułając się od Krakowskiego Przedmieścia do Alei
Ujazdowskiej.
"Gdzie
on jest?... gdzie on jest?..." - szeptało widmo.
"A
jeżeli poleci za mną?... - spytał samego siebie Wokulski. - No,
już chyba tu mnie nie znajdzie w tak wielkim mieście, w takim
ogromnym hotelu..."
"A
może mnie już szuka?..." - pomyślał.
Zamknął
oczy jeszcze mocniej i począł huśtać się na materacu;
który wydał mu się nadzwyczajnie szerokim i wyjątkowo
sprężystym. Był pogrążony w dwu szmerach. Za drzwiami,
na hotelowym korytarzu, ludzie rozmawiali i biegali, jakby w tej chwili
stało się coś; za oknem, na ulicy, rozlegał się nieokreślony
hałas, na który składają się turkoty licznych
wozów, dźwięki dzwonów, głosy ludzkie,
trąbki, wystrzały i Bóg nie wie co, a wszystko
przytłumione i odległe.
Potem
przywidziało mu się, że jakiś cień zagląda do
jego okna, a później, że po długim korytarzu ktoś
chodzi ode drzwi do drzwi, puka i pyta:
"Czy nie ma
go tu?..."
Istotnie
ktoś chodził, pukał i nawet zapukał do jego drzwi; lecz nie
odebrawszy odpowiedzi poszedł dalej.
"Nie
znajdzie mnie!... nie znajdzie..." - myślał Wokulski.
Wtem
otworzył oczy i włosy powstały mu na głowie. Naprzeciw
siebie zobaczył taki sam pokój jak jego, takie samo
łóżko z baldachimem, a na nim... siebie!... Było to jedno
z najsilniejszych wstrząśnień, jakich doznał w życiu,
sprawdziwszy własnymi oczyma, że tu, gdzie uważał się
za zupełnie samotnego, towarzyszy mu nieodstępny świadek... on
sam!...
"Co za
oryginalne szpiegowanie... - mruknął. - Głupie te szafy z
lustrami."
Zerwał
się z łóżka, jego sobowtór zerwał się
równie szybko. Pobiegł do okna - tamten także. Otworzył
gorączkowo walizkę, ażeby przebrać się, i tamten
również zaczął przebierać się, widocznie z
zamiarem wyjścia na miasto.
Wokulski
czuł, że musi uciec z tego pokoju. Widmo, przed którym
wyjechał z Warszawy, było już tu i stało za progiem.
Umył
się, włożył czystą bieliznę, przebrał
się. Było ledwie wpół do pierwszej.
"Trzy
i pół godziny - pomyślał. - Coś trzeba z nimi
zrobić..."
Ledwie
otworzył drzwi, już znalazł się służący z
frazesem:
- Monsieur?...
Wokulski
kazał zaprowadzić się do schodów, dał
służącemu franka i zbiegł z trzeciego piętra na
dół, jak człowiek, którego ścigają.
Wyszedł
przed bramę i zatrzymał się na chodniku. Ulica szeroka,
wysadzona drzewami. W jednej chwili przelatuje około niego ze
sześć powozów i żółty omnibus,
naładowany podróżnymi wewnątrz i na dachu. Na prawo,
gdzieś bardzo daleko, widać plac, na lewo - pod hotelem -
niedużą markizę, a pod nią gromadę mężczyzn
i kobiet, którzy siedzą przy okrągłych stoliczkach,
prawie na chodniku, i piją kawę. Panowie są jak wydekoltowani,
mają w dziurkach od guzików kwiaty lub wstążeczki i
zakładają nogi na kolana akurat tak wysoko, jak przystoi w
sąsiedztwie pięciopiętrowych domów; kobiety
szczupłe, małe, śniade, z ognistymi spojrzeniami, lecz skromnie
ubrane.
Wokulski
idzie w lewo i za węgłem tego samego hotelu, w tymże samym
hotelu, widzi drugą markizę i drugą gromadę ludzi,
pijących coś obok chodnika. Tu siedzi ze sto osób, jeżeli
nie więcej; panowie mają miny impertynentów, damy są
ożywione, przyjacielskie i pełne prostoty. Powozy jedno - i dwukonne
toczą się w dalszym ciągu, gromady pieszych pędzą co
chwilę w jedną i drugą stronę, przesuwa się
żółty i zielony omnibus, tym zaś przecinają
drogę omnibusy brunatne, wszystkie napełnione wewnątrz,
wszystkie obładowane podróżnymi na dachach. Wokulski znajduje
się na środku placu, z którego rozchodzi się siedem ulic.
Liczy raz i drugi - siedem ulic... Gdzie iść? Chyba w kierunku
drzew... Akurat dwie ulice, przecinające się pod kątem prostym,
są zadrzewione...
"Pójdę
w kierunku ściany hotelu" - myśli Wokulski.
Robi
pół obrotu w lewo i staje zdumiony.
W
głębi na lewo widać jakiś potężny gmach.
Na
parterze - szereg arkad i posągów, na pierwszym piętrze
olbrzymie kolumny kamienne i nieco mniejsze marmurowe, ze złoconymi
kapitelami. Na wysokości dachu w kątach orły i złocone
posągi, unoszące się nad złoconymi figurami rozhukanych
koni. Dach bliżej płaski, dalej kopuła zakończona
koroną, a jeszcze dalej - dach trójkątny, również
dźwigający na szczycie grupę figur. Wszędzie marmur,
brąz, złoto, wszędzie kolumny, posągi i medaliony...
"Opera?...
- myśli Wokulski. - Ależ tu jest więcej marmurów i
brązów aniżeli w całej Warszawie!..."
Przypomina
sobie swój sklep, ozdobę miasta, rumieni się i idzie dalej.
Czuje, że Paryż na pierwszym kroku przytłoczył go, i - jest
kontent.
Ruch
powozów, omnibusów i ludzi pieszych zwiększa się w
zastraszający sposób. Co kilka kroków werandy,
okrągłe stoliki, ludzie siedzący przy chodnikach. Za powozem,
który ma z tyłu lokaja, toczy się wózek ciągniony
przez psa, mija go omnibus, potem dwaj ludzie z tragami, potem większy
wóz na dwu kołach, potem dama i mężczyzna konno i znowu
nieskończony szereg powozów. Bliżej chodnika - wózek z
bukietami, drugi z owocami, naprzeciw pasztetnik, roznosiciel gazet, handlarz
starzyzny, szlifierz, roznosiciel książek...
-
M'rchand d'habits...
-
"Figaro"!... - Exposition!...
-
"Guide Parisien!"... trois francs!... trois francs!...
Ktoś
wsuwa Wokulskiemu książkę w rękę, on płaci trzy
franki i przechodzi na drugą stronę ulicy. Idzie szybko, lecz pomimo
to widzi, że wszystko go wyprzedza: powozy i piesi. Oczywiście, jest
to jakiś olbrzymi wyścig; więc przyśpiesza kroku, a
choć jeszcze nikogo nie wyścignął, już zwraca na
siebie powszechną uwagę. Jego przede wszystkim atakują
roznosiciele gazet i książek, na niego patrzą kobiety, z niego w
drwiący sposób uśmiechają się
mężczyźni. Czuje, że on, Wokulski, który tyle
hałasu robił w Warszawie, tutaj jest onieśmielony jak dziecko
i... dobrze mu z tym... Ach, jakże pragnąłby znowu zostać
dzieckiem z owej epoki, kiedy to jego ojciec naradzał się z
przyjaciółmi: czy go oddać do kupca, czy do szkół?
W tym
miejscu ulica nieco zgina się na prawo. Wokulski pierwszy raz spostrzega
dom trzypiętrowy i napełnia go jakaś rzewność. Dom
trzypiętrowy między pięciopiętrowymi!... cóż to
za miła niespodzianka...
Nagle -
mija go powóz z groomem na koźle, wiozący dwie kobiety. Jedna całkiem mu nie
znana, druga...
"Ona?... -
szepcze Wokulski. - Niepodobieństwo!..."
Mimo to czuje,
że siły go opuszczają. Na szczęście, jest obok kawiarnia.
Rzuca się na krzesło, tuż przy chodniku; zjawia się garson,
o coś pyta, a następnie przynosi mazagran. Jednocześnie
jakaś kwiaciarka przypina mu różę do tużurka, a
roznosiciel gazet kładzie przednim "Figaro". Wokulski tej rzuca
dziesięć franków, temu franka, pije mazagran i zaczyna
czytać: "Jej K. M. Królowa Izabela..."
Mnie
gazetę i chowa ją do kieszeni, nie dokończywszy mazagranu
płaci za niego i - wstaje od stołu. Garson patrzy spod oka, dwaj
goście, bawiący się cienkimi laseczkami, zakładają
nogi jeszcze wyżej, a jeden z nich impertynencko przypatruje mu się
przez monokl.
"Gdybym
tego franta uderzył w twarz? - myśli Wokulski. - Jutro pojedynek i
może zabiłby mnie... Ale gdybym ja jego zabił?.. "
Przeszedł
około franta i spojrzał mu w oczy. Elegantowi monokl spadł na
kamizelkę i opuściła go ochota do
półuśmieszków.
Wokulski
idzie dalej i z największą uwagą przypatruje się kamienicom
Cóż tu za sklepy!... Najlichszy z nich lepiej wygląda
aniżeli jego, który jest najpiękniejszym w Warszawie. Domy
ciosowe; prawie na każdym piętrze wielkie balkony albo balustrady
biegnące wzdłuż całego piętra.
"Ten
Paryż wygląda, jakby wszyscy mieszkańcy czuli potrzebę
ciągłego komunikowania się jeżeli nie w kawiarniach, to za
pomocą ganków" - myśli Wokulski.
I dachy
są jakieś oryginalne, wysokie, obładowane kominami,
najeżone blaszanymi kominkami i szpicami. I na ulicach co krok wyrasta
albo drzewo, albo latarnia, albo kiosk, albo kolumna zakończona kulą.
Życie kipi tu tak silnie, że nie mogąc zużyć się
w nieskończonym ruchu powozów, w szybkim biegu ludzi, w
dźwiganiu pięciopiętrowych domów z kamienia, jeszcze
wytryskuje ze ścian w formie posągów lub
płaskorzeźb, z dachów w formie strzał i z ulic w postaci
nieprzeliczonych kiosków.
Wokulskiemu
zdaje się, że wydobyty z martwej wody wpadł nagle w ukrop,
który "burzy się i szumi, i pryska..." On, człowiek
dojrzały i w swoim klimacie gwałtowny, poczuł się tu jak
flegmatyczne dziecko, któremu imponuje wszystko i wszyscy.
Tymczasem
dokoła niego wciąż "wre i kipi, i szumi, i pryska";
nie widać końca tłumów ani powozów, ani drzew, ani
olśniewających wystaw, ani nawet samej ulicy. Wokulski stopniowo
zapada w odurzenie. Przestaje słyszeć hałaśliwą rozmowę
przechodniów, potem głuchnie na krzyki handlarzy ulicznych, wreszcie
na turkot kół. Potem zdaje mu się, że już
gdzieś widział takie domy, taki ruch, takie kawiarnie;
później myśli, że ostatecznie jest to nic wielkiego, a
nareszcie budzą się w nim zdolności krytyczne, i mówi
sobie, że - jakkolwiek w Paryżu częściej można słyszeć
język francuski aniżeli w Warszawie, to jednak akcent tutejszy jest
gorszy i wymowa mniej wyraźna.
Tak
rozważając zwalnia kroku i zaczyna nie ustępować z drogi. I
kiedy myśli, że dopiero teraz Francuzi zaczną go wytykać
palcami, spostrzega ze zdziwieniem, że już coraz mniej zwracają
na niego uwagę. Po jednogodzinnym pobycie na ulicy stał się
zwyczajną kroplą paryskiego oceanu.
"To i
lepiej!" - mruczy.
Do tej
chwili co kilkadziesiąt kroków, na prawo i na lewo, rozsuwały
się domy i widać było jakąś boczną ulicę.
Teraz jednolita ściana domów ciągnie się przez kilkaset
kroków. Zaniepokojony, pośpiesza i ku wielkiemu zadowoleniu dociera
nareszcie do bocznej ulicy; skręca trochę na prawo i czyta: Rue St.
Fiacre.
Uśmiecha
się, przychodzi mu bowiem na myśl jakiś romans Pawła Kocka.
Znowu boczna ulica i znowu czyta: Rue du Sentier.
"Nie
znam" - mówi do siebie. O kilkadziesiąt kroków dalej
widzi: Rue Poissonniere, która mu przypomina jakąś sprawę
kryminalną, a potem cały szereg krótkich uliczek
wychodzących naprzeciw teatru "Gymnase".
"Cóż
to znowu?..." - myśli spostrzegłszy na lewo ogromny budynek,
niepodobny do żadnego z tych, jakie znał dotychczas. Jest to olbrzymi
prostokąt z kamienia, a w nim brama z półkolistym sklepieniem.
Oczywiście brama, która stoi na przecięciu się dwu ulic.
Obok niej budka, gdzie zatrzymują się omnibusy; prawie naprzeciw
kawiarnia i chodnik oddzielony od środka ulicy krótką
żelazną balustradą.
O
paręset kroków dalej druga podobna brama, a między nimi
szeroka ulica ciągnąca się na prawo i lewo. Ruch nagle
potęguje się; tędy bowiem przejeżdżają aż
trzy gatunki omnibusów i tramwaje.
Wokulski
spogląda na prawo i znowu widzi dwa szeregi latarń, dwa szeregi
kiosków, dwa szeregi drzew i dwa szeregi pięciopiętrowych
domów ciągnących się na długość
Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu. Końca ich nic
widać, tylko gdzieś het, daleko, ulica podnosi się ku niebu,
dachy zniżają się ku ziemi i wszystko znika.
"No,
choćbym miał zbłądzić i spóźnić
się na sesję, pójdę w tamtą stronę!..." -
myśli.
Wtem na
skręcie wymija go młoda kobieta, której wzrost i ruchy
robią na Wokulskim silne wrażenie.
"Ona?...
Nie... Naprzód, ona została w Warszawie, a po wtóre -
spotykam już drugą taką... Złudzenia..."
Ale
siły opuszczają go, a nawet pamięć. Stoi na przecięciu
się dwu ulic wysadzonych drzewami i absolutnie nie wie, skąd
przyszedł. Ogarnia go strach paniczny, znany ludziom, którzy
zbłądzili w lesie; szczęściem, nadjeżdża
jednokonka, której furman uśmiecha się do niego w
sposób bardzo przyjacielski.
- Grand
Hôtel - mówi Wokulski siadając.
Dorożkarz
dotyka ręką kapelusza i woła:
-
Naprzód, Lizetka... Ten szlachetny cudzoziemiec postawi ci za
fatygę kwartę piwa.
Następnie,
odwróciwszy się bokiem do Wokulskiego, mówi:
- Jedno z
dwojga, obywatelu: albo dopiero dziś przyjechaliście, albo
jesteście po dobrym śniadaniu...
-
Dziś przyjechałem - odpowiada Wokulski, uspokojony widokiem jego
pełnej, czerwonej twarzy bez zarostu.
- I
piliście trochę, to zaraz widać - wtrąca dorożkarz. -
A taksę znacie?..
- Wszystko
jedno.
-
Naprzód, Lizetka!... Bardzo podobał mi się ten cudzoziemiec i
myślę, że tylko tacy powinni pokazywać się na naszej
wystawie. Czy aby jesteście pewni, obywatelu, że mamy jechać do
Grand Hôtel?... - zwraca się do Wokulskiego.
-
Najzupełniej.
-
Naprzód, Lizetkal Ten cudzoziemiec zaczyna mi imponować. - Czy nie
jesteście, obywatelu, z Berlina?...
- Nie.
Dorożkarz
przypatruje mu się chwilę, wreszcie mówi:
- Tym lepiej dla
was. Nie mam wprawdzie pretensji do Prusaków, choć zabrali nam
Alzację i spory kawał Lotaryngii, ale zawsze nie lubię mieć
Niemca za kołnierzem. Skądże jesteście, obywatelu?
- Z Warszawy.
- Ah, ca... Piękny kraj...
bogaty kraj... Naprzód, Lizetka!... Więc pan jesteś Polak?... Znam
Polaków!... Oto plac Opery, obywatelu, a oto Grand Hôtel...
Wokulski
rzucił trzy franki dorożkarzowi, pędem wbiegł do bramy, a z
niej na trzecie piętro. Ledwie stanął przed swoim numerem,
już ukazał się uśmiechnięty służący i
oddał mu bilet Suzina i pakiet listów.
-
Dużo interesantów... dużo interesantek! - rzekł
służący patrząc na niego figlarnie.
-
Gdzież oni?
- Są
w salonie przyjęć, są w czytelni, są w sali jadalnej... Pan
Jumart niecierpliwi się...
-
Któż jest pan Jumart? - spytał Wokulski. - Marszałek
dworu pańskiego i pana Siuzę... Bardzo zdolny człowiek i
duże mógłby panu oddać usługi, gdyby był pewny
tak... z tysiąc franków gratyfikacji... - mówił
wciąż figlarnie służący.
-
Gdzież on jest?
- Na
pierwszym piętrze, w pańskim salonie przyjęć. Pan Jumart
jest bardzo zdolny człowiek, ale i ja może przydałbym się
waszej ekscelencji, jakkolwiek nazywam się Miler. Naprawdę jednak
jestem Alzatczyk i na honor, zamiast brać od pana, jeszcze
płaciłbym dziesięć franków dziennie, byleśmy
raz skończyli z Prusakami.
Wokulski
wszedł do numeru.
- Nade wszystko
niech panowie strzegą się tej baronowej... która już
czeka w czytelni, a ma niby to przyjść dopiero o trzeciej...
Przysięgnę, to Niemka... Jestem przecie Alzatczyk!... Ostatnie zdania
Miler wypowiedział zniżonym głosem i cofnął się
na korytarz.
Wokulski
otworzył bilet Suzina i czytał: "Sesja dopiero o ósmej -
pisał Suzin - masz czasu dosyć, więc załatw się z tymi
interesantami, a nade wszystko z babami. Ja już, dalibóg, za stary,
żeby im wszystkim dogodzić."
Wokulski
zaczął przeglądać listy. Po większej części
były to reklamy kupców, fryzjerów, dentystów,
prośby o wsparcie, propozycje wyjawienia jakichś tajemnic, jedna
odezwa od Armii Zbawienia.
Z
całego mnóstwa tych korespondencyj uderzyła Wokulskiego
następna: "Osoba młoda, elegancka i przystojna pragnie
zwiedzać z panem Paryż na wspólny koszt. Odpowiedź
złożyć u szwajcara hotelu."
"Oryginalne
miasto!" - mruknął Wokulski.
Drugi,
jeszcze ciekawszy list pochodził od owej baronowej... która od
trzeciej miała czekać na schadzkę w czytelni.
"To
jeszcze pół godziny..."
Zadzwonił
i kazał przynieść do numeru śniadanie. W kilka minut podano
mu szynkę, jaja, befsztyk, jakąś nieznaną rybę, kilka
butelek rozmaitych trunków i maszynkę kawy czarnej. Jadł z
wilczym ąpetytem, pił nie gorzej, wreszcie kazał Milerowi
zaprowadzić się do owej sali przyjęć.
Służący
wyszedł z nim na korytarz, dotknął dzwonka, coś
powiedział przez tubę i wprowadził Wokulskiego do windy. W
minutę pó |