ROZDZIAŁ ÓSMY:
LASY, RUINY I CZARY
Ruszyli.
Baron, jak zwykle, szeptał z narzeczoną, Starski w gwałtowny
sposób umizgał się do pani Wąsowskiej, która ku
zdumieniu Wokulskiego przyjmowała to dość życzliwie, a
Ochocki powoził czwórką. Tym razem jednak jego furmański
entuzjazm hamowało sąsiedztwo panny Izabeli, do której
odwracał się co chwilę.
"Wesoły
ptaszek z tego Ochockiego! - myślał Wokulski. -Do mnie mówi,
że argumentacja panny Izabeli wylewa mu się uszami, a teraz z
nią tylko rozmawia... Oczywiście, chciał mnie do niej
zrazić..."
I
wpadł w bardzo posępny humor, był już bowiem pewny, że
Ochocki kocha się w pannie Izabeli i że z takim
współkonkurentem prawie nie ma walki.
"Młody,
piękny, zdolny... - mówił w sobie. - Nie miałaby chyba
oczu albo rozumu, gdyby wybierając między nim i mną nie
oddała jemu pierwszeństwa... Lecz nawet i w tym razie musiałbym
przyznać, że ma szlachetną naturę, jeżeli gustuje w
Ochockim, nie w Starskim. Biedny baron, a jeszcze biedniejsza jego narzeczona,
która tak widocznie durzy się w Starskim. Trzeba mieć bardzo
pustą głowę i serce..."
Przyglądał
się jesiennemu słońcu, szarym ścierniskom i pługom z
wolna orzącym ugory i pełen głębokiego smutku w duszy,
wyobrażał sobie chwilę, w której już zupełnie
straci nadzieję i ustąpi miejsca przy pannie Izabeli Ochockiemu.
"Cóż
robić?... Cóż robić, jeżeli go wybrała... Moje
nieszczęście, żem ją poznał..."
Wjechali
na wzgórze, gdzie roztoczył się przed nimi rozległy
horyzont, obejmujący kilka wiosek, lasy, rzekę i miasteczko z
kościołem. Brek chwiał się w obie strony.
- Pyszny
widok! - zawołała pani Wąsowska.
- Jak z
balonu, którym kieruje pan Ochocki - dodał Starski trzymając
się poręczy.
- Pan
jeździł balonem? - zapytała panna Felicja.
- Balonem pana
Ochockiego?.:.
- Nie, prawdziwym...
- Niestety! nie
jeździłem żadnym - westchnął Starski - ale w tej
chwili wyobrażam sobie, że jadę bardzo lichym.
- Pan Wokulski
pewnie jeździł - rzekła tonem głębokiego przekonania
panna Felicja.
- Ależ,
Felu, o co ty niedługo zaczniesz posądzać pana Wokulskiego! -
zgromiła ją pani Wąsowska.
- Istotnie
jeździłem... - odparł zdziwiony Wokulski.
-
Jeździł pan?... ach, jak to dobrze! - zawołała panna
Felicja . - Niech nam pan opowie...
-
Jeździł pan?... - odezwał się z kozła Ochocki. -
Hola!... Niech
pan zaczeka z opowiadaniem, zaraz tam przyjdę. Rzucił lejce
furmanowi, choć zjeżdżali z góry, zeskoczył z
kozła i po chwili siadł w breku naprzeciw Wokulskiego.
-
Jeździł pan?.. - powtórzył. - Gdzie?... Kiedy?...
- W
Paryżu, ale tym uwięzionym balonem. Pół wiorsty w
górę, prawie żadna podróż - odparł nieco
zmieszany Wokulski.
- Niech
pan mówi... To musi być olbrzymi widok?... Jakich uczuć
doznawał pan?.. - mówił Ochocki. Był dziwnie zmieniony:
oczy rozszerzyły mu się, na twarz wystąpił rumieniec. Patrząc
na niego trudno było wątpić, że w tej chwili zapomniał
o pannie Izabeli.
- To musi
być szalona przyjemność... Mów pan... - pytał
natarczywie, schwyciwszy Wokulskiego za kolano.
- Widok
jest istotnie wspaniały - odpowiedział Wokulski - ponieważ horyzont
ma kilkadziesiąt wiorst w promieniu, a cały Paryż i jego okolice
wyglądają jak na wypukłej mapie. Ale podróż nie jest
miła; może tylko pierwszy raz...
-
Jakież wrażenie?..
-
Dziwaczne. Człowiek myśli, że sam pojedzie w górę;
nagle widzi, że nie on jedzie, ale ziemia szybko zapada mu się pod
nogami. Jest to zawód tak niespodziany i przykry, że...
chciałoby się wyskoczyć...
-
Cóż więcej?... - nalegał Ochocki.
- Drugim
dziwowiskiem jest horyzont, który ciągle widać na
wysokości wzroku. Skutkiem tego ziemia wydaje się
wklęsłą jak ogromny, głęboki talerz.
- A
ludzie?... domy?... - Domy wyglądają jak pudełka, tramwaje jak
duże muchy, a ludzie jak czarne krople, które szybko biegną w
różnych kierunkach, ciągnąc za sobą długie
cienie. W ogóle jest to podróż przeładowana
niespodziankami.
Ochocki
zamyślił się i patrzył przed siebie nic wiadomo na co...
Parę razy zdawało się, że chce wyskoczyć z breka i
że go drażni towarzystwo, w którym też zapanowała
cisza.
Dojechali
do lasu, za nimi dwie służące w bryczce. Panie wzięły
do rąk koszyki.
- A teraz
każda dama ze swoim kawalerem w inną stronę! -
zakomenderowała pani Wąsowska. - Panie Starski, ostrzegam, że
jestem dziś w wyjątkowym humorze, a co znaczy u mnie wyjątkowy
humor, wie o tym pan Wokulski - dodała śmiejąc się nerwowo.
- Panie Ochocki, Belu, proszę do lasu, i nie pokazujcie się,
dopóki... nie zbierzecie całego kosza rydzów... Felu!...
- Ja
pójdę z Michalinką i z Joasią! - szybko
odpowiedziała panna Felicja patrząc na Wokulskiego w taki
sposób, jakby to on był owym wrogiem, przeciw któremu
należało uzbroić się we dwie służące.
- No,
idźmyż, kuzynie - rzekła do Ochockiego panna Izabela
widząc, że towarzystwo weszło już w las. - Ale weź
mój koszyk i sam zbieraj rydze, bo mnie to, przyznam się, nie bawi.
Ochocki
wziął koszyk i rzucił go na bryczkę.
- Co mi
tam wasze rydze! - odparł zachmurzony. - Straciłem dwa miesiące
na rybach, grzybach, bawieniu dam i tym podobnych głupstwach... Inni przez
ten czas jeździli balonem... Wybierałem się do Paryża, ale
prezesowa tak nalegała, żebym u niej wypoczął... I
pięknie wypocząłem... Zgłupiałem do reszty... Już
nawet nie umiem myśleć porządnie... straciłem
zdolności... Eh! dajcie mi święty spokój z rydzami...
Jestem taki zły!...
Machnął
ręką, potem obie włożył do kieszeni i poszedł w
las ze spuszczoną głową mrucząc po drodze.
-
Miły towarzysz! - odezwała się z uśmiechem panna Izabela do
Wokulskiego. - Już będzie z nim tak do końca wakacyj...
Byłam pewna, że zepsuje mu się humor, jak tylko Starski
wspomniał o balonach...
"Błogosławione
te balony! - pomyślał Wokulski. - Taki współzawodnik przy
pannie Izabeli nie jest niebezpieczny..." I w tej chwili uczuł,
że kocha Ochockiego.
- Jestem
pewny - rzekł do panny Izabeli - że kuzyn pani zrobi wielki
wynalazek. Kto wie, czy nie stanie się on epoką w dziejach
ludzkości... - dodał myśląc o projektach Geista.
- Tak pan
sądzi? - odpowiedziała dosyć obojętnie panna Izabela. -
Może być... Tymczasem kuzynek jest chwilami impertynent, z czym mu
niekiedy bywa do twarzy, ale chwilami jest nudny, co nie przystoi nawet
wynalazcom. Kiedy na niego patrzę, przychodzi mi na myśl historyjka o
Newtonie. Był to podobno bardzo wielki człowiek, czy tak, panie?...
Ale i cóż, kiedy jednego dnia siedząc przy jakiejś
panience wziął ją za rękę i... czy pan uwierzy?...
zaczął czyścić swoją fajkę jej małym
palcem!... No, jeżeli do tego prowadzi geniusz, dziękuję za
genialnego męża!... Przejdźmy się trochę po lesie,
dobrze, panie?
Każdy
wyraz panny Izabeli padał Wokulskiemu na serce jak kropla słodyczy.
"Więc
ona lubi Ochockiego (bo któż by go nie lubił?), ale za niego
nie wyjdzie!..."
Szli
wąską drogą, która stanowiła granicę dwu
lasów: na prawo rosły dęby i buki, na lewo sosny. Między
sosnami od czasu do czasu błysnął czerwony stanik pani
Wąsowskiej albo biała okrywka panny Eweliny. W jednym miejscu
rozwidlała się droga i Wokulski chciał skręcić, ale
panna Izabela zatrzymała go.
- Nie, nie
- rzekła - tam nie idźmy, bo stracimy z oczu całe towarzystwo, a
dla mnie las tylko wtedy jest piękny, kiedy w nim widzę ludzi. W tej
chwili na przykład rozumiem go... Niech no pan spojrzy...prawda, jak ta
część jest podobna do ogromnego kościoła?... Te
szeregi sosen to kolumny, tam boczna nawa, a tu wielki ołtarz... Widzi
pan, widzi pan... Teraz między konarami pokazało się
słońce jak w gotyckim oknie... Co za nadzwyczajna
rozmaitość widoków! Tu ma pan buduar damski, a te niskie
krzaczki to taburety. Nie brak nawet lustra, które zostało po
onegdajszym deszczu... A to ulica, prawda?... Trochę krzywa, ale ulica...
A tam znowu rynek czy plac... Czy pan widzi to wszystko?...
-
Widzę, o ile mi pani pokazuje - odpowiedział Wokulski z
uśmiechem. - Trzeba jednak mieć bardzo poetycką fantazję,
ażeby spostrzec te podobieństwa.
-
Doprawdy?... A ja zawsze myślałam, że jestem uosobioną
prozą.
-
Może być, że jeszcze nie miała pani sposobności
odkryć wszystkich swoich zalet - odparł Wokulski, niekontent, że
zbliża się do nich panna Felicja.
- Jak to,
nie zbieracie państwo rydzów? - dziwiła się panna
Felicja. - Cudowne rydze; jest ich takie mnóstwo, że nam nie
wystarczy koszyków i będziemy chyba musiały sypać je do
bryczki. Dać ci, Belu, koszyk?...
-
Dziękuję ci!
- A
panu?...
- Nie
wiem, czy potrafiłbym odróżnić rydza od muchomora
odpowiedział Wokulski.
-
Ślicznie! - zawołała panna Fela. - Nie spodziewałam
się od pana takiej odpowiedzi... Powiem to babci i poproszę,
ażeby żadnemu z panów nie pozwoliła jeść
rydzów, a przynajmniej nie te, które ja zbieram.
Kiwnęła
głową i odeszła.
-
Obraził pan Felcię - rzekła panna Izabela. - To nie godzi
się...ona jest panu tak życzliwa.
- Panna
Felicja ma przyjemność w zbieraniu rydzów, ja wolę
słuchać wykładu pani o lesie.
- Bardzo
mi to pochlebia - odpowiedziała, lekko rumieniąc się, panna
Izabela - ale jestem pewna, że prędko znudzi pana mój
wykład. Bo dla mnie nie zawsze las jest piękny, czasem bywa okropny.
Gdybym tu była sama, z pewnością nie widziałabym ulic,
kościołów i buduarów. Kiedy jestem sama, las mnie
przeraża. Przestaje być dekoracją, a zaczyna być
czymś, czego nie rozumiem i czego się boję. Głosy
ptaków są jakieś dzikie, czasem podobne do nagłego krzyku
boleści, a czasem do śmiechu ze mnie, że weszłam
między potwory... Wtedy każde drzewo wydaje mi się istotą żywą,
która chce mnie owinąć gałęźmi i udusić;
każde ziele w zdradziecki sposób oplątuje mi nogi, ażeby
mnie już stąd nie wypuścić... A wszystkiemu temu winien
kuzynek Ochocki, który tłomaczył mi, że natura nie jest
stworzona dla człowieka..: Według jego teorii wszystko żyje i
wszystko żyje dla siebie...
- Ma
rację - szepnął Wokulski.
- Jak to,
więc i pan w to wierzy? Więc według pana ten las nie jest
przeznaczony na pożytek ludziom, ale ma jakieś swoje własne
interesa, nie gorsze od naszych...
-
Widziałem ogromne lasy, w których człowiek ukazywał
się raz na kilka lat, a jednak rosły bujniej aniżeli nasze...
- Ach, niech pan
tak nie mówi!... To jest poniżanie wartości ludzkiej, nawet
niezgodne z Pismem świętym. Bóg oddał przecie ludziom
ziemię na mieszkanie, a rośliny i zwierzęta na pożytek...
- Krótko
mówiąc, według pani natura powinna służyć
ludziom, a ludzie klasom uprzywilejowanym i utytułowanym?... Nie, pani. I
natura, i ludzie żyją dla siebie, i tylko ci mają prawo
władać nimi, którzy posiadają więcej sił i więcej
pracują. Siła i praca są jedynymi przywilejami na tym
świecie. Niejednokrotnie też tysiącletnie, ale bezwładne
drzewa upadają pod ciosami kolonistów-dorobkiewiczów, a
pomimo to w naturze nie zachodzi żaden przewrót. Siła i praca,
pani, nie tytuł i nie urodzenie...
Panna Izabela
była rozdrażniona.
- Tu może
mi pan mówić - rzekła - co pan chce, tu uwierzę we
wszystko, bo dokoła widzę tylko pańskich
sprzymierzeńców.
- Czy oni nigdy
nie staną się sprzymierzeńcami pani?!
- Nie wiem...
może... Tak często teraz słyszę o nich, że kiedyś
mogę uwierzyć w ich potęgę.
Weszli na
polankę zamkniętą wzgórzami, na których rosły
pochylone sosny. Panna Izabela usiadła na pniu ściętego drzewa,
a Wokulski niedaleko niej na ziemi. W tej chwili na brzegu polanki ukazała
się pani Wąsowska ze Starskim.
- Czy nie
chcesz, Belu - wołała - wziąć sobie tego kawalera?
-
Protestuję! - odezwał się Starski. - Panna Izabela jest
całkiem zadowolona ze swego towarzysza, a ja z mojej towarzyszki...
- Czy tak,
Belu?
- Tak,
tak! - zawołał Starski.
- Niech
będzie tak... - powtórzyła panna Izabela bawiąc się
parasolką i patrząc w ziemię.
Pani
Wąsowska i Starski znikli na wzgórzu, panna Izabela coraz
niecierpliwiej bawiła się parasolką. Wokulskiemu pulsa biły
w skroniach jak dzwony. Ponieważ milczenie trwało zbyt długo,
więc odezwała się panna Izabela:
- Prawie
rok temu byliśmy w tym miejscu na wrześniowej majówce...
Było ze trzydzieści osób z sąsiedztwa... O, tam palono
ogień...
-
Bawiła się pani lepiej niż dziś?
- Nie.
Siedziałam na tym samym pniu i byłam jakaś smutna...Czegoś
mi brakło... I co mi się bardzo rzadko zdarza, myślałam: co
też będzie za rok?...
- Dziwna
rzecz!... - szepnął Wokulski. - Ja także mniej więcej rok
temu mieszkałem z obozem w lesie, ale w Bułgarii...
Myślałem: czy za rok żyć będę i...
- I o czym
jeszcze?
- O pani.
Panna Izabela niespokojnie poruszyła się i pobladła.
- O
mnie?.. - spytała. - Alboż pan mnie znał?..
- Tak.
znam panią już parę lat, ale niekiedy zdaje mi się, że
znam panią od wieków... Czas ogromnie wydłuża się,
kiedy o kimś myślimy ciągle, na jawie i we śnie...
Podniosła
się z pnia, jakby chcąc uciekać: Wokulski także
powstał.
- Niech
pani przebaczy, jeżeli mimowolnie zrobiłem jej przykrość.
Może, według pani, tacy jak ja nie mają prawa myśleć o
pani?... W waszym świecie nawet ten zakaz jest możliwy. Ale ja należę
do innego...W moim świecie paproć i mech tak dobrze mają prawo
patrzeć na słońce jak sosny albo... grzyby. Dlatego niech mi
pani wręcz powie: czy wolno mi, czy nie wolno myśleć o pani? Na
dziś nie żądam nic innego.
- Ja pana
prawie nie znam - szepnęła, widocznie zakłopotana, panna
Izabela.
- Ja też
dziś nic nie żądam. Pytam się tylko, czy nie uważa
pani za obrazę dla siebie tego, że ja myślę o pani, nic -
tylko myślę. Znam opinię klasy, wśród której
wychowała się pani, o takich ludziach jak ja i wiem, że to, co
mówię w tej chwili, nazwać można zuchwalstwem. Niech mi
więc pani powie wprost, a jeżeli aż taka istnieje między
nami różnica, nie będę się już dłużej
starał o względy pani... Wyjadę dziś lub jutro bez cienia
pretensji, owszem, zupełnie wyleczony.
- Każdy
człowiek ma prawo myśleć... - odparła panna Izabela, coraz
mocniej zmieszana.
-
Dziękuję pani. Tym słówkiem dała mi pani
poznać, że w jej przekonaniu nie stoję niżej od
panów Starskich, marszałków i im podobnych... Rozumiem,
że nawet w tych warunkach mogę jeszcze nie zyskać sympatii
pani... Do tego bardzo daleko... Ale wiem przynajmniej, że już mam
ludzkie prawa i że pani będzie od tej pory sądzić moje
czyny, nie tytuły, których nie posiadam.
- Jest pan
przecie szlachcicem, a mówi prezesowa, że tak dobrym, jak Starscy,
a nawet Zasławscy...
- Owszem,
jeżeli pani życzy sobie, jestem szlachcicem, nawet lepszym od
niejednego z tych, jakich spotykałem w salonach. Na moje
nieszczęście, wobec pani, jestem także i kupcem.
- No, kupcem
można być i można nic być, to zależy od
pana...odparła już śmielej panna Izabela.
Wokulski
zamyślił się.
W tej chwili w
lesie poczęto hukać i zwoływać się, a w parę
minut później całe towarzystwo ze sługami, koszami i
rydzami znalazło się na polance.
- Wracajmy do
domu - rzekła pani Wąsowska - bo mnie te rydze znudziły i czas
na obiad.
Kilka dni
następnych upłynęły Wokulskiemu w sposób dziwny;
gdyby go zapytano: czym były dla niego? zapewne odpowiedziałby,
że snem szczęścia, jedną z tych epok w życiu, dla
których, może być, natura powołała na świat
człowieka.
Obojętny
widz może nazwałby takie dnie jednostajnymi, a nawet nudnymi. Ochocki
sposępniał i od rana do wieczora albo kleił, albo puszczał
oryginalnej formy latawce: Pani Wąsowska z panną Felicją czytały
albo zajmowały się szyciem ornatu dla miejscowego proboszcza. Starski
z prezesową i baronem grali w karty.
I tym sposobem
Wokulski i panna Izabela nie tylko byli zupełnie osamotnieni, ale jeszcze
musieli być ciągle razem.
Chodzili po
parku, czasem w pole, siedzieli pod wiekową lipą na podwórzu,
ale najczęściej pływali po stawie. On wiosłował, ona
od czasu do czasu rzucała okruchy ciastek łabędziom,
które cicho sunęły za nimi. Niejeden podróżny
zatrzymywał się na gościńcu za stawem i zdziwiony
przypatrywał się niezwykłej grupie, którą
tworzyły: biała łódka z siedzącą w niej
parą i dwa białe łabędzie ze skrzydłami podniesionymi
jak żagle.
Później
Wokulski nie umiał nawet przypomnieć sobie, o czym mówili w
podobnych chwilach. Najczęściej milczeli. Raz zapytała go:
dlaczego ślimaki pływają pod powierzchnią wody? drugi raz -
dlaczego obłoki mają tak rozmaitą barwę?
Tłomaczył jej i wówczas zdawało mu się, że
całą naturę od ziemi do nieba ogarnia w jednym uścisku i
składa jej pod nogi.
Pewnego dnia
przyszło mu na myśl, że gdyby kazała mu rzucić
się w wodę i umrzeć, umarłby błogosławiąc
ją.
Podczas tych
wodnych przejażdżek, a także podczas spacerów w parku i
zawsze, - gdy byli razem, czuł jakiś niezmierny spokój, jakby
cała dusza jego i cała ziemia od wschodnich do zachodnich kresów
napełniona była ciszą, wśród której nawet
turkot wozu, szczekanie psa albo szelest gałęzi wypowiadały
się w cudownie pięknych melodiach. Zdawało mu się, że
już nie chodzi, lecz pływa w oceanie mistycznego odurzenia, że
już nie myśli, nie czuje, nie pragnie, tylko kocha. Godziny
umykały gdzieś jak błyskawiceé zapalające się i
gasnące na dalekim nieboskłonie. Dopiero był -ranek - już
południe - już wieczór i - noc pełna przebudzeń i
westchnień. Niekiedy myślał, że dobę podzielono na dwa
nierówne okresy czasu: dzień krótszy od mgnienia powiek i
noc długą jak wieczność dusz potępionych.
Pewnego
dnia wezwała go do siebie prezesowa.
-
Siadajże, panie Stanisławie - rzekła - cóż, dobrze
się u mnie bawisz? Drgnął jak człowiek przebudzony.
- Ja?... -
spytał.
- Nudziłżebyś
się?
- Za rok
takich nudów oddałbym życie.
Staruszka
potrząsnęła głową.
- Tak
czasem się zdaje - odpowiedziała. - Nie wiem, kto tam napisał,
że człowiek jest wtedy najszczęśliwszy, kiedy dokoła
siebie widzi to, co nosi w sobie samym... Ale ja mówię, że
mniejsza, dlaczego jest szczęśliwy, byle nim był... Wybaczysz
mi, jeżeli cię obudzę?...
-
Słucham panią - odparł, mimo woli blednąc. Prezesowa
wciąż przypatrywała mu się i z lekka chwiała
głową.
- No,
przecie nie myśl, że obudzę cię złymi wiadomościami.
Zbudzę cię w zwykły sposób. Myślałżeś
co o tej cukrowni, którą mi tu radzą budować?...
- Jeszcze
nie...
- Nic
pilnego. Ale o stryju zupełnie już zapomniałeś. A on,
biedak, leży niedaleko stąd, o trzy mile, w Zasławiu...
Może byście tam jutro pojechali. Okolica ładna, są ruiny
zamku... Moglibyście bardzo przyjemnie czas przepędzić i
zrobić coś z tym kamieniem nagrobnym.
Wiesz co -
dodała staruszka wzdychając - namyśliłam się... Nie
trzeba rozbijać kamienia pod zamkiem. Zostaw go tam i tylko każ wyryć
na nim te wiersze: "Na każdym miejscu i o każdej dobie..."
Znasz to?..
- O tak,
znam...
- Pod
zamkiem więcej bywa ludzi niż na cmentarzu, prędzej
przeczytają i może zamyślą się nad ostatecznym kresem
wszystkiego na tym świecie, nawet miłości...
Wokulski
wyszedł od prezesowej silnie rozstrojony. "Co znaczy jej
rozmowa?..." - pomyślał. Na szczęście, spotkał
pannę Izabelę idąca w stronę stawu i zapomniał o
wszystkim.
Na drugi
dzień istotnie całe towarzystwo pojechało do Zasławia.
Mijali lasy, zielone pagórki, wąwozy z żółtymi
ścianami. Okolica była piękna, jeszcze piękniejsza pogoda,
ale Wokulski nie uważał na nic, zatopiony w smutnych myślach...
Już nie był sam z panną Izabelą, jak wczoraj jeszcze; nawet
nie siedział w breku blisko niej, tylko naprzeciw panny Felicji, a nade
wszystko... Ale to już mu się tylko zdawało i nawet
śmiał się w duszy ze swych przywidzeń. Zdawało mu
się, że Starski w jakiś dziwny sposób spojrzał na
pannę Izabelę i że ją oblał rumieniec.
"Ach,
głupstwo - mówił do siebie - po cóż miałaby
mnie oszukiwać!... Ona mnie, który przecie nie jestem nawet jej
narzeczonym."
Otrząsnął
się ze swych przywidzeń i tylko było mu trochę przykro,
że Starski siedzi obok panny Izabeli. Ale tylko trochę...
"No,
przecież nie zabronię jej - myślał - siadać, przy kim
zechce. I nie zniżę się do zazdrości, która
bądź jak bądź jest podłym uczuciem, a
najczęściej gruntuje się na pozorach... Zresztą, gdyby
chcieli wymieniać ze Starskim tkliwe spojrzenia, nie robiliby tego tak
jawnie. Szaleniec jestem..."
W parę
godzin znaleźli się na miejscu.
Zasław,
niegdyś miasteczko, dziś licha osada, stoi w nizinie otoczonej
mokrymi łąkami. Oprócz kościoła i dawnego ratusza
wszystkie budowle, są parterowe, drewniane i stare. Na środku cynku,
a raczej placu pełnego ostów i jam, wznosi się piętrowa
kupa śmieci i studnia pod dziurawym dachem opartym na czterech
zgniłych słupach.
Z powodu
szabasu rynek był pusty, a wszystkie kramiki zamknięte. Dopiero o
wiorstę za miastem, w południowej stronie, leżała grupa
wzgórz. Na jednym stały ruiny zamku, składające się
z dwu wież sześciokątnych, gdzie ze szczytów i okien
zwieszały się bujne zielska; na drugim rosła kępa starych
dębów.
Gdy
podróżni zatrzymali się w rynku, Wokulski wysiadł,
ażeby zobaczyć się z proboszczem, Starski zaś objął
komendę.
-
Więc my - rzekł - jeździmy brekiem do tych dębów i
tam zjemy, co Bóg dał, a kucharze przygotowali. Następnie brek
wróci się tu po pana Wokulskiego...
-
Dziękuję - odparł Wokulski. - Nie wiem, jak długo
zabawię, i wolę iść piechotą. Zresztą muszę
jeszcze wstąpić do ruin...
- I ja z
panem - odezwała się panna Izabela. - Chcę zobaczyć
ulubiony kamień prezesowej... - dodała półgłosem. -
Proszę mi dać znać, jak pan tam będzie.
Brek
odjechał, Wokulski wstąpił na plebanię i w ciągu
kwadransa skończył interes. Proboszcz oświadczył mu,
że nikt w mieście nie będzie miał pretensji, jeżeli na
kamieniu zamkowym znajdzie się jaki napis, byle nie nieprzyzwoity i nie
bezbożny... Dowiedziawszy się zaś, że chodzi
pamiątkę po nieboszczyku kapitanie Wokulskim, którego
znał osobiście, proboszcz obiecał zająć się
ułatwieniem tej sprawy.
- Jest tu
- rzekł - niejaki Węgiełek, sprytny hultaj, trochę kowal,
trochę stolarz, więc może on potrafi wyrzeźbić na
kamieniu, co potrzeba. Zaraz ja po niego poślę. W ciągu następnego
kwadransa zjawił się i Węgiełek, chłopak
dwudziestokilkoletni, z fizjonomią wesołą i inteligentną.
Dowiedziawszy się od księżego sługi, że można
coś zarobić, ubrał się w szaraczkowy surdut z
krótkim stanem i połami do ziemi i obficie wytarł sobie włosy
słoniną.
Ponieważ
Wokulskiemu było pilno, więc pożegnał proboszcza i
poszedł z Węgiełkiem w stronę ruin.
Gdy
znaleźli się za nieczynną dziś rogatką osady, Wokulski
zapytał chłopaka: - Dobrze umiesz pisać, mój bracie?
- Oj,
oj!... Przecie mi nieraz ze sądu dawali do przepisywania, choć nie
mam lekkiej ręki. A te wiersze, co pan ekonom z Otrocza pisywał do
leśniczanki, to wszystko moja robota. On tyle, że kupował papier
i jeszcze mi do tej pory nie dopłacił czterdzieści groszv za
pisanie. A o zakręty to tak się dopominał...
- I na
kamieniu potrafisz pisać?
- Niby
wklęsło, nie wypukło?... Co nie mam potrafić.
Podjąłbym się pisania nawet na żelazie, a choćby na
szkle i literami, jakimi chcąc: pisanymi, drukowanymi; niemieckimi,
żydowskimi... Przecie ja tu, nie chwaląc się, wszystkie szyldy
malowałem w mieście.
- I tego
krakowiaka, co wisi nad szynkiem?
- A
jużci.
-A
gdzieżeś ty widział takiego krakowiaka?
- U pana
Zwolskiego jest furman, co się nosi z krakowska, więcem se jego
obejrzał.
- I
widziałeś, że ma obie nogi na lewym boku?
- Proszę
łaski pana, ludzie z prowincji nie patrzą na nogi, ino na
butelkę. Jak dojrzy butelkę i kieliszek, to już nie chybi, ale trafi
prosto do Szmula.
Wokulskiemu
coraz więcej podobał się rezolutny chłopak.
- Nic
ożeniłeś się jeszcze? - zapytał go.
- Nie. |