|
Na drugi
dzień obudziło Ślimaka w stodole wołanie żony:
- Długo
się ta będziesz wylegiwał?
- Albo co?
- zapytał spod słomy.
- Pora
iść do dworu.
- Wołali me?
- Co cię mieli
wołać. Sam przecie musisz do nich iść o tę
łąkę. Chłop stęknął, ale podniósł
się i wyszedł na klepisko. Twarz miał nabrzękłą,
wejrzenie zawstydzone i sporo słomy we włosach.
- O! widzisz,
jak to wygląda - mówiła zgryźliwa żona. -Sukmanę ma
zawalaną i przemokłą, bucisków całą noc nie
zdejmował i patrzy na człowieka, jak ten zbój. W konopiach ci
stać, nie gadać z dziedzicem. Ogamijże się, nim pójdziesz.
Po tych
słowach zawróciła do obory, a Ślimakowi ciężar
spadł z serca, że się na tym skończyło.
Myślał, że będzie natrząsać się z niego do
południa.
Wyjrzał na
dziedziniec. Słońce stało wysoko i ziemia po nocnym deszczu wyschła.
Od jarów pociągał wiatr niosący śpiewy ptaków i jakiś
zapach wilgotny i wesoły. Przez tę noc pola gęściej
zazieleniły się, z drzew powyskakiwały listki, niebo było
odświeżone i zdawało się chłopu, że ściany
jego chaty są bielsze.
-
Śliczności dzień - mruknął czując otuchę i
poszedł do izby ubierać się. Wyrzucił słomę z
włosów, wdział świeżą koszulę i nowe buty.
Ponieważ jednak widziały-mu się nie dosyć czarne, więc
wziął w palce kawałek sadła i wytarł nim najprzód
włosy, a później buty od cholew do obcasów. Stanął wreszcie
przed lusterkiem i patrząc kolejno to na nogi, to na odbicie swojej
fizjonomii w zwierciadle, uśmiechnął się, kontent, że
taki blask bije mu od głowy i obuwia. W dodatku coś mu szeptało,
że wobec tak wypomadowanego chłopa dziedzic nie wytrzyma i -
wypuści mu łąkę w arendę.
W tej chwili
weszła żona, a obrzuciwszy go pogardliwym spojrzeniem rzekła:
-
Cóżeś się wyświechtał, że śmierdzi od ciebie
sadło jak powietrze. Nie wolałbyś się umyć i
uczesać?
Uznawszy
słuszność tej uwagi Ślimak wyjął spoza lusterka
gęsty grzebień i przygładził nim włosy, że
świeciły nie gorzej od najjaśniejszego szkła. Potem
starannie umył się mydłem, aż od zatłuszczonych palców
zostały mu ciemne smugi na szyi.
- A gdzie
Grochowski? - zapytał weselszym tonem żony, bo zimna woda dodała
mu humoru.
- Poszedł.
- A jakże z
pieniędzmi?
-
Zapłaciłam mu. Ale nie chciał wziąć trzydziestu trzech
rubli, tylko trzydzieści dwa: bo mówił, że kiedy Chrystus Pan
trzydzieści i trzy lata żył na świecie, więc za
krowę nie wypada brać tyle.
- Jużci prawda -
potwierdził Ślimak chcąc teologiczną erudycją zaimponować
kobiecie.
Ale ona
odwróciła się do komina i wydobywszy stamtąd garnczek
jęczmiennego krupniku z mlekiem podała go niedbale mężowi
mówiąc:
- No, no... nie
gadaj, ino podjedz se i idź do dworu. A targuj się tak jak wczoraj ze
sołtysem, to ci cos powiem!... - dodała ironicznie.
Upokorzony
chłop wziął się do jedzenia, a tymczasem żona
wydobyła ze skrzyni pieniądze.
- Naści
dziesięć rubli - mówiła. - To panu daj do garści, a
resztę odnieś mu jutro. Uważaj zaś, ile ci powie za
łąkę, i zaraz pocałuj go w rękę, obejmij za nogi
i proś, żeby choć ze trzy ruble opuścił. Nie
odstąpi trzech rubli, to choć wytarguj z rubla; ale poty ich obejmuj,
i jego, i jaśnie panią, aż coś opuszczą. Będziesz
pamiętał?
- Co nie mam
pamiętać! - odparł. I widocznie powtórzył sobie w
myśli przestrogi żony, bo nagle przestał jeść i
począł z lekka wybijać do taktu łyżką.
- No, nie
medytuj, ino wdziewaj sukmanę - odezwała się znowu kobieta. - A
chłopców weź ze sobą.
- Oni tam po co?
- Po to,
żeby prosili razem z tobą, i po to, żeby mi Jędrek
powiedział, jakeś się targował... Teraz wiesz po co?
- Choroba z tymi
babami - mruknął Ślimak widząc, że żona wszystko
z góry ułożyła. A w duchu dodał: "Psiakość,
jaki to u niej rozum i rozkazanie! Zaraz znać, że ojciec był
włodarzem."
Z niemałym
trudem wciągnął nowiuteńką sukmanę, przy
kołnierzach i kieszeniach wyszytą kolorowymi sznurkami, i opasał
się pięknym rzemiennym pasem, szerokim bez mała na dwie
dłonie. Następnie zawiązał dziesięć rubli w
szmatkę i włożył ją za pazuchę; że zaś
chłopcy byli od dawna gotowi, więc opuścili dom we trójkę,
idąc gościńcem do dworu.
W chwilę po
ich wyjściu Ślimakowej zrobiło się smutno; wybiegła
zatem przed wrota jeszcze trochę popatrzyć na swoich. I
widziała, jak środkiem drogi, zasadziwszy ręce w kieszenie, z
głową do góry zadartą, sunie mąż, za nim po lewej
stronie Stasiek, a po prawej Jędrek. Potem zdawało się jej,
że Jędrek dał jakby w łeb Staśkowi, skutkiem czego sam
znalazł się po lewej ręce ojca, a Stasiek po prawej.
Później tak się coś zakotłowało, jakby Ślimak
dał w łeb Jędrkowi, po czym Stasiek szedł znowu po lewej
ręce ojca, a Jędrek także po lewej, ale już rowem,
skąd pięścią wygrażał małemu bratu.
- Widzisz ich,
jaką se zabawę znaleźli - szepnęła
uśmiechając się kobieta i wróciła do izby nastawiać
obiad.
Ułagodziwszy
pięścią nieporozumienie między synami. Ślimak
począł sobie nucić, a nawet zaśpiewał
półgłosem:
Nie masz ci to,
nie masz,
Jako dworakowi:
Siędzie na konika,
Jedzie ku dworowi.
Chwilę
pomyślał i znowu zaśpiewał, ale na przeciąglejszą
nutę:
O dejdydy,
dejdydy,
Wsadzili mię do biedy,
A do biedy, do jakiej?...
Tu
urwał i westchnął czując, że nie ma chyba piosenki,
która by zakrzyczała jego niepokój: co będzie z łąką?
czy mu ją pan wypuści, czy nie wypuści w arendę?
Właśnie
teraz przechodzili koło niej. Ślimak spojrzał i aż się
zląkł, taka dziś wydawała się piękna i
niedostępna. Odżyły mu w pamięci wszystkie kary, jakie
zapłacił za swoje bydło, które parobcy dworscy zajmowali na tej
łące, wszystkie napomnienia i pogróżki dziedzica. Tajemniczy
głos szeptał w nim czy poza nim, że gdyby ów szmat ziemi
leżał gdzieś dalej i zamiast siana rodził piasek albo
tatarak, to może łatwiej oddano by go w dzierżawę. Ale
łąka zbyt wiele przedstawia wygód, ażeby nie miała
budzić w nim pesymistycznych wątpliwości.
- Iii...
co tam! - mruknął spluwając z wielką fantazją -
przecie mnie sami nieraz namawiali, ażebym ją wziął. Nawet
mówili, że i mnie, i im będzie lepiej.
Tak jest,
ale kiedyż to zachęcali go do dzierżawy? - wówczas gdy o
nią nie prosił. Dzisiaj, gdy łąka jemu jest potrzebna,
mogą targować się albo wcale jej nie oddać.
Dlaczego?... Kto
ich tam wie. Dlatego, że chłop panu, a pan chłopu zawsze
musi robić na przekór. Już takie urządzenie świata.
Przyszło mu
na myśl, ile on razy drożył się z robotą albo wspólnie
z innymi gospodarzami nie chciał godzić się z dworem o
skalowanie leśnych służebności - i poczuł
skruchę. Mój Boże, jak to pięknie mawiał do nich dziedzic:
"Żyjmy
teraz zgodnie, po sąsiedzku, oddawajmy sobie usługi..."
Wówczas oni
odpowiadali: "Co my tam za sąsiedzi. Jaśnie pan to pan, a
chłopi to chłopi... Jaśnie panu patrzyłby się inny
szlachcic, a nam inny chłop za sąsiada..."
Na to
dziedzic: "Pamiętajcie, chłopy, że jeszcze przyjdzie koza
do woza..."
Na to
Grzyb odpalił mu w imieniu gromady:
"A
już przychodziła koza, jaśnie panie, kiedy pan chciał swój
las uwolnić od chłopskiego dozoru."
Szlachcic
milczał, ale wąsy mu się strasznie ruszały, więc
pewnie tego słowa nie zapomni.
- Zawsze
mówiłem Grzybowi - westchnął Ślimak - żeby tak nie
pyskował. Teraz pewniakiem ja zapłacę za jego hardość.
W tej
chwili Jędrek rzucił kamieniem na jakiegoś ptaka. Ślimak
obejrzał się i smutne dumania nagle zmieniły kierunek.
"Co
nie -ma łąki wypuścić? - myślał. - Przecie on
wie, że mu się nieraz robi szkodę i że jej nie
upilnuje, choćby miał drugie tyle parobków. Z niego szlachcic
mądry, oho! jeszcze jaki... I nawet dobry pan: prędzej sam straci,
niżby kogo miał skrzywdzić... Niczego pan!"
Wnet
jednak nowa fala powątpiewań zalała mu duszę.
"Ale
zawdy - myślał - on to rozumie, że będzie mi lepiej z
łąką niż bez łąki. Zaś żadnemu panu nie
jest miło, kiedy chłop ma się lepiej, bo przez to dworowi ubywa
robotnika."
Nowa
zmiana w medytacji, bo oto Ślimak przypomniał sobie, że za
dzierżawę może nie płacić gotówką, ale
robotą.
-
Jużci, że tak! - mruknął, rozweselony. - Przecie mogę
mu rzec: "Czy to ja u jaśnie pana nie robię albo czy kiedy
robić przestanę?..." Inni gospodarze nie chodzą do dworu,
tylko ja, więc czego miałby mi żałować kęsa
łąki? Mało on wreszcie ma tych łąk, jak i każdego
innego gruntu?... Ja zawdy będę chłopem i najemnikiem, a on
panem, choćby mi nawet darował te dwa morgi, nie tylko
wypuścił w arendę.
I znowu
zanucił:
Zakukały
kukaweczki
Na gruszy, na gruszy;
Powiadały sąsiadeczki,
Że ja najgłupszy, najgłupszy!
Ostatni
wiersz wymruczał całkiem niewyraźnie, ażeby nie
osłabić własnej powagi wobec dzieci.
Nagle
zwrócił się do Staśka z zapytaniem:
- Cóż ty
się tak wleczesz, jakby cię na stójkę pędzili, i nic nie
gadasz?
- Ja? -
ocknął się Stasiek. - Ja sobie myślę, po co my idziemy
do dworu?...
- A
może nie chciałbyś tam iść?
- Nie, bo
czegoś strach...
- Czego ma
być strach? Przecie we dworze ładnie! - ofuknął go
Ślimak, ale i sam otrząsnął się, jakby go zimno
owiało. Wszelako opanował niepokój i zaczął
wyjaśniać synowi:
- Widzisz,
dziecko, jest tak. Wczoraj kupiliśmy od sołtysa krowę za
trzydzieści i dwa ruble (chciał, para, trzydzieści
pięć i srebrnego rubla za postronek! - ale jakiem go wziął
na rozum, tak opuścił). Zatem widzisz, synku, dla nowej krowy
potrzeba siana i z takiej racji musimy prosić dziedzica, ażeby nam
łąkę wypuścił w arendę. Teraz wszystko rozumiesz?
Stasiek
pokiwał głową.
- To rozumiem -
odparł - ino jeszcze nie wiem: co sobie myśli trawa, jak ją
bydlę zagarnie jęzorem i weźmie na zęby?...
- Co ma
myśleć, nic nie myśli.
- Ale!... -
mówił dalej Stasiek - tak nie może być, żeby ona nic nie
myślała. Kiedy ludzie we święto stoją na cmentarzu, a
patrzyć na nich z daleka, to widzi się, że wyglądają
jak trawa albo krzaki: bo są między nimi i zielone, i czerwone,
żółte i różne, jak między ziołami w polu. Więc
żeby wtedy jaki straszny bydlak po cmentarzu przejechał jęzorem,
to może by nic nie myśleli?...
- Ludzie by
krzyczeli, a trawa przecie nic nie mówi, jak ją ścinać -
odparł Ślimak.
- Jakże nie mówi?
Kiedy łamać nawet suchy kij, to on trzeszczy - a jak giąć
świeżą gałąź, to się ona drze i nie daje - a
jak rwać trawę, to piszczy i nogami trzyma się ziemi.
- O, kiedy bo
tobie zawsze dziwności chodzą po głowie! -przerwał
Ślimak. - Żeby tak człowiek z każdym gadał: czy on
chce, czy nie chce iść pod kosę? - to by sam nie zjadł i
bydlęcia by nie nakarmił, i wszystko by zmarniało.
- A ty,
Jędrek, możeś nierad, że idziesz do dworu? -
zapytał drugiego chłopaka.
- Albo to ja
idę? Wy idziecie - odparł Jędrek wzruszając ramionami. - Ja
bym ta nie chodził.
- A cóż
byś zrobił? Listu byś przecie nie napisał, boś panu
nierówny i pisać nie umiesz.
- Skosiłbym
se trawę i zwiózłbym na podwórek. Niechby on szedł do mnie, nie
ja do niego.
- A
jakżebyś ty śmiał kosić pańską trawę?
- Jaka ona
pańska! Czy to dziedzic ją posiał albo czy łąka jest
przy jego chałupie?...
- A widzisz,
żeś głupi, bo łąka jest pańska, tak jak i
wszystkie pola. Wskazał ręką na horyzont.
- J uzd niby
jego - odparł Jędrek - dopóki mu kto nie zabierze. Przecie ja wiem,
że i wasze dzisiejsze grunta, i chałupa były pańskie, a
dziś są wasze. Tak samo z łąką. Co on lepszego,
że chociaż nic nie robi, ma ziemi za stu chłopów?
- Ma, bo
ma.
- A
dlaczegoż wy tyle nie macie albo Grzyb, albo inny?
- Bo on jest pan.
-
Dużo z tego! Żebyście wy, tatulu, ubrali się w surdut i
nogawice wyciągnęli na buty, to by z was był także pan. Ale
gruntu tyle, co on; nie macie.
-
Mówię ci, żeś głupi! - oburzył się Ślimak.
- Ja
jeszcze głupi, to prawda, bom się nie uczył. Ale Jasiek Grzyb
przecie mądry, bo nawet pisał przy kancelarii. A co on gada? Gada,
że musi być równość, a będzie wtedy, jak chłopi
panom grunta zabiorą i każdy będzie miał swoje.
- I Jasiek
głupi, bo jakby wszyscy mieli swoje, to by nikt u innego nie chciał
robić. Jasiek świata nie poprawi. Niech lepiej patrzy, żeby ojcu
pieniędzy ze skrzyni nie wykradał i po mieście nie latał od
szynku do szynku. Mądry on dysponować cudzym. Moje oddałby
Owczarzowi, pańskie wziąłby sam, ale swego nie
wypuściłby z garści. Już niech se będzie, jak Pan Bóg
miłosierny stworzył, a Kościół święty naucza, a
nie jak chcą Grzybowie, stary i młody.
- Albo
dziedzicowi dał grunta Pan Bóg? - bąknął Jędrek.
- Pan Bóg
taki rząd postanowił na świecie, żeby nie było
równości. Dlatego jest niebo wyżej, ziemia niżej - sosna wielka,
a leszczyna mała, a trawa jeszcze mniejsza. Dlatego i między
ludźmi jeden jest stary, drugi młody - jeden ojciec, drugi syn -jeden
gospodarz, drugi parobek - jeden pan, drugi chłop.
Odetchnął
zmęczony i ciągnął dalej:
- Ty se
patrzał, jak jest nawet między mądrymi psami, gdzie ich
dużo chodzi po podwórku. Wyniosą z kuchni ceber pomyjów i zara do
nich przyjdzie jeden najpierwszy, co jest najmocniejszy, i ten żre, a inne
czekają oblizujący się, choć widzą, że on wyjada
część najlepszą. Dopiero kiedy tamten podjadł sobie,
aż napęczniał, idą drudzy. Każdy wsadza łeb ze
swojej strony i żre, ile na niego przypadnie, nie swarząc się.
Ale gdzie psy głupie, to zara wszyćkie lecą do cebra, drą
się między sobą i więcej mają podartych pysków
niż jedzenia. Bo albo ceber wywrócą i strawę rozleją, albo
zawdy zdybie się jeden najmocniejszy, co ich odpędzi. On sam na takim
gospodarstwie ma niedużo, a inni wcale nic.
Tak
byłoby i ludziom, gdyby każdy ino patrzył drugiemu w
gębę i wołał: "Oddawaj, boś zjadł
więcej!..." Najmocniejszy rozpędziłby innych, a
słabszy umarłby z głodu. Dlatego jest postanowienie boskie,
żeby każdy pilnował swoich gruntów, a cudzych nie zabierał.
- A przede
już raz chłopom ziemię rozdawali.
-
Rozdawali nie raz, ino dwa razy i jeszcze może rozdadzą, ale po
trochu i z uwagą, żeby każdy dostał to, co mu się
należy, nie zaś żeby lada jaki chwytał, co mu się
podoba. Tak postanowił Pan Bóg miłosierny, że na
świecie musi być kolej i porządek.
- Jaki tam
porządek, kiedy Grzyb dostał od razu trzydzieści morgów, a wy
ledwie siedem! - rzekł Jędrek.
Ślimak
przystanął aa drodze chcąc trochę wypocząć.
Poprawił czapki, lewą ręką ujął się pod bok,
a prawą wskazał na wzgórza i mówił:
- Widzisz ty te
góry tam nade dworem? Z nich przede ciągle stacza się ziemia na
dół. Może nieprawda?
- Jużci
prawda.
- A prawda. Ale
ta ziemia, co się stoczy, na czyje grunta spadnie najpierwej, hę?...
- Jużci na
dworskie.
- A na dworskie.
Zaś ta ziemia, co stoczy się z dworskiego łanu, to na czyj grunt
najpierwej spadnie: na mój czy na Grzyba?
- Jużci na
Grzyba, bo Grzyb siedzi na skłonie pode dworem, a wy z drugiej strony
doliny.
- Oto widzisz -
ciągnął Ślimak. - Żebym ja tam siedział, gdzie
Grzyb, to bym więcej z dworskich gruntów korzystał, a że mi
wypadło siedzieć za wodą, mniej korzystam.
- I jeszcze z
waszych gór spada ziemia na dworskie łąki -odpowiedział
Jędrek.
- Wola boska! -
rzekł chłop uchylając, czapki. - W tym ja najgorszy jestem
między naszymi chłopami, że mam gruntu niedużo; ale w tym
lepszy od samego pana, że z mojej chudoby ziemia zlatuje na jego
łąki i majątku mu przysparza.
Chłopak
słysząc takie rozumowanie kręcił głową.
- Co kręcisz
łbem? - zapytał go ojciec.
- Bo mi się
nie widzi to wszystko, co gadacie.
- Nie widzi ci
się, boś młodszy ode mnie i głupszy.
- To i wy,
tatulu, głupsi jesteście od Grzyba, boście młodsi, a on
przecie gada wcale inaczej. Chłopa aż kolnęło w serce.
- Jak ja ci dam
w mordę - wykrzyknął - to zaraz pomiarkujesz se, ty kondlu, kto
mądrzejszy!...
Wobec tak
silnego argumentu Jędrek zamilkł i odtąd szli nie
rozmawiając ze sobą. Stasiek marzył nie wiadomo o czym, a
Ślimak na przemian albo frasował się czy mu wypuszczą
łąkę?, albo dziwił, że jego starszy syn wygłasza
tak przewrotne teorie.
- Ha! -
mruknął - zapatruje się hołociuch na innych. Hardy, para,
nikomu nie ustąpi, i łaska boża, że jeszcze nie kradnie.
Ho! ho!... on już nie będzie chłopem.
W tym miejscu gościniec
łączył się z drogą dworską, która łagodnie
wznosiła się pod górę. Ślimak szedł coraz wolniej,
Stasiek patrzył przed siebie coraz lękliwiej i tylko Jędrek
robił się śmielszy. Stopniowo spoza wzgórza ukazywały
się im czarne gałęzie lip przydrożnych zasypane
pączkami, dworskie kominy i dachy budynków.
Nagle
rozległy się dwa strzały.
-
Strzelają! - krzyknął Jędrek i pobiegł naprzód,
podczas gdy Stasiek schwycił ojca za kieszeń sukmany.
- Gdzie lecisz?
wróć się! - zawołał Ślimak.
Jędrek
zachmurzył się, ale zwolnił kroku.
Weszli na taras,
gdzie już rozciągały się tylko pola dworskie. Za nimi,
niżej, leżała wieś; jeszcze niżej łąka i
rzeka; przed nimi -- stał dwór otoczony sztachetami, budynki, a
dalej ogród.
- O, widzisz dwór?
- rzekł Ślimak do Staśka.
- Który to?
- Ten z gankiem,
na słupach.
- A to co
za chałupa?
- Na lewo?
To przecie nie chałupa, ino oficyna, a to niskie -kuchnia. A przypatrz
się, że w oficynie jedne izby są na dole, drugie na górze...
- Jakby na
strychu?
- To nie
strych, ino piętro. Strych jest jeszcze wyżej, pod dachem, jak u nas.
- Ale
zawsze oni tam włażą po drabinie - wtrącił
Jędrek.
- Nie po
drabinie, ino po schodach - odparł surowo ojciec. -Pan akurat
poniewierałby się po szczeblach, kiedy on lubi wygodę.
Toteż mu kradną siano znad stajni!
- A ono na
prawo, tatulu, co takie szybiaste? - spytał Stasiek.
- Tam
pewnie samo państwo wysiaduje i grzeje się na słońcu
-odparł Jędrek.
- Nie
gadaj, kiedy dobrze nie wiesz - zgromił go Ślimak. -Tam jest
cała ściana ze szkła, bo to oranżeria. Tam są
wszystkie kwiaty, jakie ino świat widział, i kwitną se nawet w
zimie, kiedy na polu śnieg leży po kolana.
- Musi z
papieru kwiaty, jak w kościele - wtrącił Jędrek.
-
Właśnie że prawdziwe. Kwitną zaś, bo im przez
zimę ogrodnik pali w piecu.
- A
jabłka tu są w zimie? - spytał Jędrek.
- Jabłek
nie ma, ino pomarańcze.
- Pewnie ze sto
razy lepsze od jabłek?... - spytał Jędrek, a oczy mu się
zaiskrzyły.
Chłop
pogardliwie machnął ręką.
- Iii...
Skosztowałem ci ja jedno takie. Małe jak kartofel, zielone, a paskudne
- żeby pies wypluł...
- I oni takie
jedzą?
- Co nie
mają jeść.
- A to oni
są głupie - rzekł Jędrek.
- Tyś to
głupi, bo się nie znasz - odparł chłop. - Tobie dobrze,
kiedy ci przy krupniku jest słono? a panu dobrze, jak przy innym jedzeniu
jest mu w gębie paskudnie. Kużdy na tym świecie ma swój smak:
wół lubi trawę, a świnia pokrzywy.
- Patrzcie ino,
tatulu!.... - wrzasnął Jędrek wskazując ku dworowi - lecz
nim skończył, rozległy się znowu dwa strzały. Gdy
zaś dym opadł, ujrzeli przy bramie młodego człowieka w
żółtych kamaszach po kolana, w siwej kurtce z zielonymi
wyłogami, z ładownicą na brzuchu, torbą na boku i z
dubeltówką w rękach.
- To ten sam, co
jechał na koniu i czapka mu ze łba zleciała -dodał
Jędrek.
Chłop
pochylił głowę w jedną stronę, potem w drugą,
przypatrzył się.
- Jużci,
że on, pokraka!... - rzekł z niechęcią. I dodał
szeptem:
- Zły
znak!... Pewnie mi łąki nie wypuszczą, kiedy nam drogę
zastąpił ten farmazon.
- Ale
fuzję ma porządną! - mówił Jędrek. - Do czego on tu
strzylo, bo ino wróble latają?... Iii... może do niczego?... Ja
żebym miał fuzję, to bym se strzelał cały dzień,
choćby w górę, a prochu psiakość tyle bym sypał,
żeby na samej plebanii huczało.
- Do nas
on nie strzeli? - cicho zapytał Stasiek wahając się, czy
iść dalej.
- Co ma do
nas strzelać? - odparł ojciec. - Przecież do ludzi strzelać
nie wolno, za to jest kryminał. Chociaż... kto go wie, na co by
się nie porwał taki zaprzaniec!...
- Oj! oj!
- pochwycił Jędrek - niech no by spróbował...
- A
cóże byś mu ty zrobił?
- Złapałbym
mu fuzję i odniósł do wójta. Jeszcze bym se parę razy
strzelił po drodze.
Tymczasem
myśliwy nabijając swoją lankastrówkę zbliżył
się do chłopów. Na troku u jego torby wisiały zakrwawione
szczątki wróbla.
- Niech
będzie pochwalony - rzekł Ślimak zdejmując
czapkę.
- Dzień dobry,
obywatelu! - odparł strzelec uchylając aksamitnej dżokiejki.
-
Śliczności fuzja - westchnął Jędrek.
Panicz
poprawił binokle i z uwagą spojrzał na chłopca.
- Podobała
ci się? - spytał. - Hę?... Czy to nie ty
podałeś mi wtedy czapkę?...
-
Jużci ja, ino pan jechał na koniu i bez fuzji.
-
Więc ja jestem twoim dłużnikiem! - zawołał panicz
wydobywając z kieszeni portmonetkę. - Masz tu - rzekł i dał
mu srebrną czterdziestówkę. - A to twój ojciec?... ten, co cię
wczoraj chciał batem obić?...
Chłop
ukłonił się do ziemi.
-
Obywatelu! - rzekł panicz tonem obrażonego. - Jeżeli chcesz,
ażebyśmy byli ze sobą w przyjaźni, nie kłaniaj mi
się tak nisko i nakryj głowę. Czas zapomnieć o resztkach
niewoli, które nam i wam ujmę przynoszą. Nakryj głowę,
obywatelu, proszę cię...
Zdumiony i
zakłopotany Ślimak chciał spełnić rozkaz, ale
ręka odmówiła mu posłuszeństwa.
- Przecie
to wstyd stać przy panu w czapce - szepnął.
-
Dajże spokój dzieciństwom! - ofuknął panicz. Wyrwał mu
czapkę z ręki i gwałtem wsadził na głowę, a
następnie to samo zrobił wylęknionemu Staśkowi.
"Choroba
i..." - pomyślał chłop nie mogąc zdać sobie
sprawy z demokratycznych intencyj panicza.
- Cóż
to, idziecie do dworu? - spytał go myśliwiec zawieszając
fuzję na ramieniu.
- Jużci,
jaśnie paniczu.
- Macie
interes do mego szwagra? Chłop znowu chciał ukłonić
się do nóg, ale został powstrzymany.
- Cóż
to za interes?
-
Chcieliśmy prosić łaski jaśnie pana, żeby nam
wypuścił w arendę ten kawałek łąki, co jest
między rzeką i moją chudobą.
- Na
cóż to wam?
-
Stargowaliśmy wczoraj z moją kobietą krowinę i boimy
się, że paszy będzie za mało, więc dopraszamy się
łaski...
- A
dużo macie bydła?
- Ma tam
Pan Jezus pięć ogonów: niby dwa konie i trzy krowy, i jeszcze
parę świń.
- Ziemi
macie dużo?
-
Bogać tam dużo, jaśnie panie, ledwo dziesięć morgów, i
to z roku na rok jałowieje - westchnął chłop.
- Bo
mię umiecie gospodarować - rzekł panicz. - Dziesięć
morgów ziemi, mój człowieku, to kolosalny majątek! Za granicą na
takim kawałku żyje wygodnie kilka rodzin, a u nas jednej nie
wystarcza. Ale cóż, kiedy siejecie tylko żyto...
- Cóż
siać, jaśnie panie, jeżeli pszenica nie plonuje?
-
Ogrodowizny, mój przyjacielu, to jest interes! Ogrodnicy pod Warszawą
płacą po kilkadziesiąt rubli dzierżawy z morgi i mimo to
mają się doskonale...
Ślimak
smutnie zwiesił głowę, lecz serce burzyło mu się;
słuchając bowiem wywodów panicza doszedł do wniosku, że
dwór albo mu nie wypuści łąki w dzierżawę, jako
już posiadającemu dziesięć morgów, albo - każe zapłacić
kilkadziesiąt rubli czynszu. Bo i po co by |