Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Boleslaw Prus
Placówka

IntraText CT - Text

  • ROZDZIAL CZWARTY
Previous - Next

Click here to hide the links to concordance

ROZDZIAŁ CZWARTY

Na drugi dzień obudziło Ślimaka w stodole wołanie żony:

- Długo się ta będziesz wylegiwał?

- Albo co? - zapytał spod słomy.

- Pora iść do dworu.

- Wołali me?

- Co cię mieli wołać. Sam przecie musisz do nich iść o łąkę. Chłop stęknął, ale podniósł się i wyszedł na klepisko. Twarz miał nabrzękłą, wejrzenie zawstydzone i sporo słomy we włosach.

- O! widzisz, jak to wygląda - mówiła zgryźliwa żona. -Sukmanę ma zawalaną i przemokłą, bucisków całą noc nie zdejmował i patrzy na człowieka, jak ten zbój. W konopiach ci stać, nie gadać z dziedzicem. Ogamijże się, nim pójdziesz.

Po tych słowach zawróciła do obory, a Ślimakowi ciężar spadł z serca, że się na tym skończyło. Myślał, że będzie natrząsać się z niego do południa.

Wyjrzał na dziedziniec. Słońce stało wysoko i ziemia po nocnym deszczu wyschła. Od jarów pociągał wiatr niosący śpiewy ptaków i jakiś zapach wilgotny i wesoły. Przez noc pola gęściej zazieleniły się, z drzew powyskakiwały listki, niebo było odświeżone i zdawało się chłopu, że ściany jego chaty bielsze.

- Śliczności dzień - mruknął czując otuchę i poszedł do izby ubierać się. Wyrzucił słomę z włosów, wdział świeżą koszulę i nowe buty. Ponieważ jednak widziały-mu się nie dosyć czarne, więc wziął w palce kawałek sadła i wytarł nim najprzód włosy, a później buty od cholew do obcasów. Stanął wreszcie przed lusterkiem i patrząc kolejno to na nogi, to na odbicie swojej fizjonomii w zwierciadle, uśmiechnął się, kontent, że taki blask bije mu od głowy i obuwia. W dodatku coś mu szeptało, że wobec tak wypomadowanego chłopa dziedzic nie wytrzyma i - wypuści mu łąkę w arendę.

W tej chwili weszła żona, a obrzuciwszy go pogardliwym spojrzeniem rzekła:

- Cóżeś się wyświechtał, że śmierdzi od ciebie sadło jak powietrze. Nie wolałbyś się umyć i uczesać?

Uznawszy słuszność tej uwagi Ślimak wyjął spoza lusterka gęsty grzebień i przygładził nim włosy, że świeciły nie gorzej od najjaśniejszego szkła. Potem starannie umył się mydłem, od zatłuszczonych palców zostały mu ciemne smugi na szyi.

- A gdzie Grochowski? - zapytał weselszym tonem żony, bo zimna woda dodała mu humoru.

- Poszedł.

- A jakże z pieniędzmi?

- Zapłaciłam mu. Ale nie chciał wziąć trzydziestu trzech rubli, tylko trzydzieści dwa: bo mówił, że kiedy Chrystus Pan trzydzieści i trzy lata żył na świecie, więc za krowę nie wypada brać tyle.

- Jużci prawda - potwierdził Ślimak chcąc teologiczną erudycją zaimponować kobiecie.

Ale ona odwróciła się do komina i wydobywszy stamtąd garnczek jęczmiennego krupniku z mlekiem podała go niedbale mężowi mówiąc:

- No, no... nie gadaj, ino podjedz se i idź do dworu. A targuj się tak jak wczoraj ze sołtysem, to ci cos powiem!... - dodała ironicznie.

Upokorzony chłop wziął się do jedzenia, a tymczasem żona wydobyła ze skrzyni pieniądze.

- Naści dziesięć rubli - mówiła. - To panu daj do garści, a resztę odnieś mu jutro. Uważaj zaś, ile ci powie za łąkę, i zaraz pocałuj go w rękę, obejmij za nogi i proś, żeby choć ze trzy ruble opuścił. Nie odstąpi trzech rubli, to choć wytarguj z rubla; ale poty ich obejmuj, i jego, i jaśnie panią, coś opuszczą. Będziesz pamiętał?

- Co nie mam pamiętać! - odparł. I widocznie powtórzył sobie w myśli przestrogi żony, bo nagle przestał jeść i począł z lekka wybijać do taktu łyżką.

- No, nie medytuj, ino wdziewaj sukmanę - odezwała się znowu kobieta. - A chłopców weź ze sobą.

- Oni tam po co?

- Po to, żeby prosili razem z tobą, i po to, żeby mi Jędrek powiedział, jakeś się targował... Teraz wiesz po co?

- Choroba z tymi babami - mruknął Ślimak widząc, że żona wszystko z góry ułożyła. A w duchu dodał: "Psiakość, jaki to u niej rozum i rozkazanie! Zaraz znać, że ojciec był włodarzem."

Z niemałym trudem wciągnął nowiuteńką sukmanę, przy kołnierzach i kieszeniach wyszytą kolorowymi sznurkami, i opasał się pięknym rzemiennym pasem, szerokim bez mała na dwie dłonie. Następnie zawiązał dziesięć rubli w szmatkę i włożył za pazuchę; że zaś chłopcy byli od dawna gotowi, więc opuścili dom we trójkę, idąc gościńcem do dworu.

W chwilę po ich wyjściu Ślimakowej zrobiło się smutno; wybiegła zatem przed wrota jeszcze trochę popatrzyć na swoich. I widziała, jak środkiem drogi, zasadziwszy ręce w kieszenie, z głową do góry zadartą, sunie mąż, za nim po lewej stronie Stasiek, a po prawej Jędrek. Potem zdawało się jej, że Jędrek dał jakby w łeb Staśkowi, skutkiem czego sam znalazł się po lewej ręce ojca, a Stasiek po prawej. Później tak się coś zakotłowało, jakby Ślimak dał w łeb Jędrkowi, po czym Stasiek szedł znowu po lewej ręce ojca, a Jędrek także po lewej, ale już rowem, skąd pięścią wygrażał małemu bratu.

- Widzisz ich, jaką se zabawę znaleźli - szepnęła uśmiechając się kobieta i wróciła do izby nastawiać obiad.

Ułagodziwszy pięścią nieporozumienie między synami. Ślimak począł sobie nucić, a nawet zaśpiewał półgłosem:

Nie masz ci to, nie masz,
Jako dworakowi:
Siędzie na konika,
Jedzie ku dworowi.

Chwilę pomyślał i znowu zaśpiewał, ale na przeciąglejszą nutę:

O dejdydy, dejdydy,
Wsadzili mię do biedy,
A do biedy, do jakiej?...

Tu urwał i westchnął czując, że nie ma chyba piosenki, która by zakrzyczała jego niepokój: co będzie z łąką? czy mu pan wypuści, czy nie wypuści w arendę?

Właśnie teraz przechodzili koło niej. Ślimak spojrzał i się zląkł, taka dziś wydawała się piękna i niedostępna. Odżyły mu w pamięci wszystkie kary, jakie zapłacił za swoje bydło, które parobcy dworscy zajmowali na tej łące, wszystkie napomnienia i pogróżki dziedzica. Tajemniczy głos szeptał w nim czy poza nim, że gdyby ów szmat ziemi leżał gdzieś dalej i zamiast siana rodził piasek albo tatarak, to może łatwiej oddano by go w dzierżawę. Ale łąka zbyt wiele przedstawia wygód, ażeby nie miała budzić w nim pesymistycznych wątpliwości.

- Iii... co tam! - mruknął spluwając z wielką fantazją - przecie mnie sami nieraz namawiali, ażebym wziął. Nawet mówili, że i mnie, i im będzie lepiej.

Tak jest, ale kiedyż to zachęcali go do dzierżawy? - wówczas gdy o nią nie prosił. Dzisiaj, gdy łąka jemu jest potrzebna, mogą targować się albo wcale jej nie oddać.

Dlaczego?... Kto ich tam wie. Dlatego, że chłop panu, a pan chłopu zawsze musi robić na przekór. Już takie urządzenie świata.

Przyszło mu na myśl, ile on razy drożył się z robotą albo wspólnie z innymi gospodarzami nie chciał godzić się z dworem o skalowanie leśnych służebności - i poczuł skruchę. Mój Boże, jak to pięknie mawiał do nich dziedzic:

"Żyjmy teraz zgodnie, po sąsiedzku, oddawajmy sobie usługi..."

Wówczas oni odpowiadali: "Co my tam za sąsiedzi. Jaśnie pan to pan, a chłopi to chłopi... Jaśnie panu patrzyłby się inny szlachcic, a nam inny chłop za sąsiada..."

Na to dziedzic: "Pamiętajcie, chłopy, że jeszcze przyjdzie koza do woza..."

Na to Grzyb odpalił mu w imieniu gromady:

"A już przychodziła koza, jaśnie panie, kiedy pan chciał swój las uwolnić od chłopskiego dozoru."

Szlachcic milczał, ale wąsy mu się strasznie ruszały, więc pewnie tego słowa nie zapomni.

- Zawsze mówiłem Grzybowi - westchnął Ślimak - żeby tak nie pyskował. Teraz pewniakiem ja zapłacę za jego hardość.

W tej chwili Jędrek rzucił kamieniem na jakiegoś ptaka. Ślimak obejrzał się i smutne dumania nagle zmieniły kierunek.

"Co nie -ma łąki wypuścić? - myślał. - Przecie on wie, że mu się nieraz robi szkodę i że jej nie upilnuje, choćby miał drugie tyle parobków. Z niego szlachcic mądry, oho! jeszcze jaki... I nawet dobry pan: prędzej sam straci, niżby kogo miał skrzywdzić... Niczego pan!"

Wnet jednak nowa fala powątpiewań zalała mu duszę.

"Ale zawdy - myślał - on to rozumie, że będzie mi lepiej z łąką niż bez łąki. Zaś żadnemu panu nie jest miło, kiedy chłop ma się lepiej, bo przez to dworowi ubywa robotnika."

Nowa zmiana w medytacji, bo oto Ślimak przypomniał sobie, że za dzierżawę może nie płacić gotówką, ale robotą.

- Jużci, że tak! - mruknął, rozweselony. - Przecie mogę mu rzec: "Czy to ja u jaśnie pana nie robię albo czy kiedy robić przestanę?..." Inni gospodarze nie chodzą do dworu, tylko ja, więc czego miałby mi żałować kęsa łąki? Mało on wreszcie ma tych łąk, jak i każdego innego gruntu?... Ja zawdy będę chłopem i najemnikiem, a on panem, choćby mi nawet darował te dwa morgi, nie tylko wypuścił w arendę.

I znowu zanucił:

Zakukały kukaweczki
Na gruszy, na gruszy;
Powiadały sąsiadeczki,
Że ja najgłupszy, najgłupszy!

Ostatni wiersz wymruczał całkiem niewyraźnie, ażeby nie osłabić własnej powagi wobec dzieci.

Nagle zwrócił się do Staśka z zapytaniem:

- Cóż ty się tak wleczesz, jakby cię na stójkę pędzili, i nic nie gadasz?

- Ja? - ocknął się Stasiek. - Ja sobie myślę, po co my idziemy do dworu?...

- A może nie chciałbyś tam iść?

- Nie, bo czegoś strach...

- Czego ma być strach? Przecie we dworze ładnie! - ofuknął go Ślimak, ale i sam otrząsnął się, jakby go zimno owiało. Wszelako opanował niepokój i zaczął wyjaśniać synowi:

- Widzisz, dziecko, jest tak. Wczoraj kupiliśmy od sołtysa krowę za trzydzieści i dwa ruble (chciał, para, trzydzieści pięć i srebrnego rubla za postronek! - ale jakiem go wziął na rozum, tak opuścił). Zatem widzisz, synku, dla nowej krowy potrzeba siana i z takiej racji musimy prosić dziedzica, ażeby nam łąkę wypuścił w arendę. Teraz wszystko rozumiesz?

Stasiek pokiwał głową.

- To rozumiem - odparł - ino jeszcze nie wiem: co sobie myśli trawa, jak bydlę zagarnie jęzorem i weźmie na zęby?...

- Co ma myśleć, nic nie myśli.

- Ale!... - mówił dalej Stasiek - tak nie może być, żeby ona nic nie myślała. Kiedy ludzie we święto stoją na cmentarzu, a patrzyć na nich z daleka, to widzi się, że wyglądają jak trawa albo krzaki: bo między nimi i zielone, i czerwone, żółte i różne, jak między ziołami w polu. Więc żeby wtedy jaki straszny bydlak po cmentarzu przejechał jęzorem, to może by nic nie myśleli?...

- Ludzie by krzyczeli, a trawa przecie nic nie mówi, jak ścinać - odparł Ślimak.

- Jakże nie mówi? Kiedy łamać nawet suchy kij, to on trzeszczy - a jak giąć świeżą gałąź, to się ona drze i nie daje - a jak rwać trawę, to piszczy i nogami trzyma się ziemi.

- O, kiedy bo tobie zawsze dziwności chodzą po głowie! -przerwał Ślimak. - Żeby tak człowiek z każdym gadał: czy on chce, czy nie chce iść pod kosę? - to by sam nie zjadł i bydlęcia by nie nakarmił, i wszystko by zmarniało.

- A ty, Jędrek, możeś nierad, że idziesz do dworu? - zapytał drugiego chłopaka.

- Albo to ja idę? Wy idziecie - odparł Jędrek wzruszając ramionami. - Ja bym ta nie chodził.

- A cóż byś zrobił? Listu byś przecie nie napisał, boś panu nierówny i pisać nie umiesz.

- Skosiłbym se trawę i zwiózłbym na podwórek. Niechby on szedł do mnie, nie ja do niego.

- A jakżebyś ty śmiał kosić pańską trawę?

- Jaka ona pańska! Czy to dziedzic posiał albo czy łąka jest przy jego chałupie?...

- A widzisz, żeś głupi, bo łąka jest pańska, tak jak i wszystkie pola. Wskazał ręką na horyzont.

- J uzd niby jego - odparł Jędrek - dopóki mu kto nie zabierze. Przecie ja wiem, że i wasze dzisiejsze grunta, i chałupa były pańskie, a dziś wasze. Tak samo z łąką. Co on lepszego, że chociaż nic nie robi, ma ziemi za stu chłopów?

- Ma, bo ma.

- A dlaczegoż wy tyle nie macie albo Grzyb, albo inny?

- Bo on jest pan.

- Dużo z tego! Żebyście wy, tatulu, ubrali się w surdut i nogawice wyciągnęli na buty, to by z was był także pan. Ale gruntu tyle, co on; nie macie.

- Mówię ci, żeś głupi! - oburzył się Ślimak.

- Ja jeszcze głupi, to prawda, bom się nie uczył. Ale Jasiek Grzyb przecie mądry, bo nawet pisał przy kancelarii. A co on gada? Gada, że musi być równość, a będzie wtedy, jak chłopi panom grunta zabiorą i każdy będzie miał swoje.

- I Jasiek głupi, bo jakby wszyscy mieli swoje, to by nikt u innego nie chciał robić. Jasiek świata nie poprawi. Niech lepiej patrzy, żeby ojcu pieniędzy ze skrzyni nie wykradał i po mieście nie latał od szynku do szynku. Mądry on dysponować cudzym. Moje oddałby Owczarzowi, pańskie wziąłby sam, ale swego nie wypuściłby z garści. Już niech se będzie, jak Pan Bóg miłosierny stworzył, a Kościół święty naucza, a nie jak chcą Grzybowie, stary i młody.

- Albo dziedzicowi dał grunta Pan Bóg? - bąknął Jędrek.

- Pan Bóg taki rząd postanowił na świecie, żeby nie było równości. Dlatego jest niebo wyżej, ziemia niżej - sosna wielka, a leszczyna mała, a trawa jeszcze mniejsza. Dlatego i między ludźmi jeden jest stary, drugi młody - jeden ojciec, drugi syn -jeden gospodarz, drugi parobek - jeden pan, drugi chłop.

Odetchnął zmęczony i ciągnął dalej:

- Ty se patrzał, jak jest nawet między mądrymi psami, gdzie ich dużo chodzi po podwórku. Wyniosą z kuchni ceber pomyjów i zara do nich przyjdzie jeden najpierwszy, co jest najmocniejszy, i ten żre, a inne czekają oblizujący się, choć widzą, że on wyjada część najlepszą. Dopiero kiedy tamten podjadł sobie, napęczniał, idą drudzy. Każdy wsadza łeb ze swojej strony i żre, ile na niego przypadnie, nie swarząc się. Ale gdzie psy głupie, to zara wszyćkie lecą do cebra, drą się między sobą i więcej mają podartych pysków niż jedzenia. Bo albo ceber wywrócą i strawę rozleją, albo zawdy zdybie się jeden najmocniejszy, co ich odpędzi. On sam na takim gospodarstwie ma niedużo, a inni wcale nic.

Tak byłoby i ludziom, gdyby każdy ino patrzył drugiemu w gębę i wołał: "Oddawaj, boś zjadł więcej!..." Najmocniejszy rozpędziłby innych, a słabszy umarłby z głodu. Dlatego jest postanowienie boskie, żeby każdy pilnował swoich gruntów, a cudzych nie zabierał.

- A przede już raz chłopom ziemię rozdawali.

- Rozdawali nie raz, ino dwa razy i jeszcze może rozdadzą, ale po trochu i z uwagą, żeby każdy dostał to, co mu się należy, nie zaś żeby lada jaki chwytał, co mu się podoba. Tak postanowił Pan Bóg miłosierny, że na świecie musi być kolej i porządek.

- Jaki tam porządek, kiedy Grzyb dostał od razu trzydzieści morgów, a wy ledwie siedem! - rzekł Jędrek.

Ślimak przystanął aa drodze chcąc trochę wypocząć. Poprawił czapki, lewą ręką ujął się pod bok, a prawą wskazał na wzgórza i mówił:

- Widzisz ty te góry tam nade dworem? Z nich przede ciągle stacza się ziemia na dół. Może nieprawda?

- Jużci prawda.

- A prawda. Ale ta ziemia, co się stoczy, na czyje grunta spadnie najpierwej, ?...

- Jużci na dworskie.

- A na dworskie. Zaś ta ziemia, co stoczy się z dworskiego łanu, to na czyj grunt najpierwej spadnie: na mój czy na Grzyba?

- Jużci na Grzyba, bo Grzyb siedzi na skłonie pode dworem, a wy z drugiej strony doliny.

- Oto widzisz - ciągnął Ślimak. - Żebym ja tam siedział, gdzie Grzyb, to bym więcej z dworskich gruntów korzystał, a że mi wypadło siedzieć za wodą, mniej korzystam.

- I jeszcze z waszych gór spada ziemia na dworskie łąki -odpowiedział Jędrek.

- Wola boska! - rzekł chłop uchylając, czapki. - W tym ja najgorszy jestem między naszymi chłopami, że mam gruntu niedużo; ale w tym lepszy od samego pana, że z mojej chudoby ziemia zlatuje na jego łąki i majątku mu przysparza.

Chłopak słysząc takie rozumowanie kręcił głową.

- Co kręcisz łbem? - zapytał go ojciec.

- Bo mi się nie widzi to wszystko, co gadacie.

- Nie widzi ci się, boś młodszy ode mnie i głupszy.

- To i wy, tatulu, głupsi jesteście od Grzyba, boście młodsi, a on przecie gada wcale inaczej. Chłopa kolnęło w serce.

- Jak ja ci dam w mordę - wykrzyknął - to zaraz pomiarkujesz se, ty kondlu, kto mądrzejszy!...

Wobec tak silnego argumentu Jędrek zamilkł i odtąd szli nie rozmawiając ze sobą. Stasiek marzył nie wiadomo o czym, a Ślimak na przemian albo frasował się czy mu wypuszczą łąkę?, albo dziwił, że jego starszy syn wygłasza tak przewrotne teorie.

- Ha! - mruknął - zapatruje się hołociuch na innych. Hardy, para, nikomu nie ustąpi, i łaska boża, że jeszcze nie kradnie. Ho! ho!... on już nie będzie chłopem.

W tym miejscu gościniec łączył się z drogą dworską, która łagodnie wznosiła się pod górę. Ślimak szedł coraz wolniej, Stasiek patrzył przed siebie coraz lękliwiej i tylko Jędrek robił się śmielszy. Stopniowo spoza wzgórza ukazywały się im czarne gałęzie lip przydrożnych zasypane pączkami, dworskie kominy i dachy budynków.

Nagle rozległy się dwa strzały.

- Strzelają! - krzyknął Jędrek i pobiegł naprzód, podczas gdy Stasiek schwycił ojca za kieszeń sukmany.

- Gdzie lecisz? wróć się! - zawołał Ślimak.

Jędrek zachmurzył się, ale zwolnił kroku.

Weszli na taras, gdzie już rozciągały się tylko pola dworskie. Za nimi, niżej, leżała wieś; jeszcze niżej łąka i rzeka; przed nimi -- stał dwór otoczony sztachetami, budynki, a dalej ogród.

- O, widzisz dwór? - rzekł Ślimak do Staśka.

- Który to?

- Ten z gankiem, na słupach.

- A to co za chałupa?

- Na lewo? To przecie nie chałupa, ino oficyna, a to niskie -kuchnia. A przypatrz się, że w oficynie jedne izby na dole, drugie na górze...

- Jakby na strychu?

- To nie strych, ino piętro. Strych jest jeszcze wyżej, pod dachem, jak u nas.

- Ale zawsze oni tam włażą po drabinie - wtrącił Jędrek.

- Nie po drabinie, ino po schodach - odparł surowo ojciec. -Pan akurat poniewierałby się po szczeblach, kiedy on lubi wygodę. Toteż mu kradną siano znad stajni!

- A ono na prawo, tatulu, co takie szybiaste? - spytał Stasiek.

- Tam pewnie samo państwo wysiaduje i grzeje się na słońcu -odparł Jędrek.

- Nie gadaj, kiedy dobrze nie wiesz - zgromił go Ślimak. -Tam jest cała ściana ze szkła, bo to oranżeria. Tam wszystkie kwiaty, jakie ino świat widział, i kwitną se nawet w zimie, kiedy na polu śnieg leży po kolana.

- Musi z papieru kwiaty, jak w kościele - wtrącił Jędrek.

- Właśnie że prawdziwe. Kwitną zaś, bo im przez zimę ogrodnik pali w piecu.

- A jabłka tu w zimie? - spytał Jędrek.

- Jabłek nie ma, ino pomarańcze.

- Pewnie ze sto razy lepsze od jabłek?... - spytał Jędrek, a oczy mu się zaiskrzyły.

Chłop pogardliwie machnął ręką.

- Iii... Skosztowałem ci ja jedno takie. Małe jak kartofel, zielone, a paskudne - żeby pies wypluł...

- I oni takie jedzą?

- Co nie mają jeść.

- A to oni głupie - rzekł Jędrek.

- Tyś to głupi, bo się nie znasz - odparł chłop. - Tobie dobrze, kiedy ci przy krupniku jest słono? a panu dobrze, jak przy innym jedzeniu jest mu w gębie paskudnie. Kużdy na tym świecie ma swój smak: wół lubi trawę, a świnia pokrzywy.

- Patrzcie ino, tatulu!.... - wrzasnął Jędrek wskazując ku dworowi - lecz nim skończył, rozległy się znowu dwa strzały. Gdy zaś dym opadł, ujrzeli przy bramie młodego człowieka w żółtych kamaszach po kolana, w siwej kurtce z zielonymi wyłogami, z ładownicą na brzuchu, torbą na boku i z dubeltówką w rękach.

- To ten sam, co jechał na koniu i czapka mu ze łba zleciała -dodał Jędrek.

Chłop pochylił głowę w jedną stronę, potem w drugą, przypatrzył się.

- Jużci, że on, pokraka!... - rzekł z niechęcią. I dodał szeptem:

- Zły znak!... Pewnie mi łąki nie wypuszczą, kiedy nam drogę zastąpił ten farmazon.

- Ale fuzję ma porządną! - mówił Jędrek. - Do czego on tu strzylo, bo ino wróble latają?... Iii... może do niczego?... Ja żebym miał fuzję, to bym se strzelał cały dzień, choćby w górę, a prochu psiakość tyle bym sypał, żeby na samej plebanii huczało.

- Do nas on nie strzeli? - cicho zapytał Stasiek wahając się, czy iść dalej.

- Co ma do nas strzelać? - odparł ojciec. - Przecież do ludzi strzelać nie wolno, za to jest kryminał. Chociaż... kto go wie, na co by się nie porwał taki zaprzaniec!...

- Oj! oj! - pochwycił Jędrek - niech no by spróbował...

- A cóże byś mu ty zrobił?

- Złapałbym mu fuzję i odniósł do wójta. Jeszcze bym se parę razy strzelił po drodze.

Tymczasem myśliwy nabijając swoją lankastrówkę zbliżył się do chłopów. Na troku u jego torby wisiały zakrwawione szczątki wróbla.

- Niech będzie pochwalony - rzekł Ślimak zdejmując czapkę.

- Dzień dobry, obywatelu! - odparł strzelec uchylając aksamitnej dżokiejki.

- Śliczności fuzja - westchnął Jędrek.

Panicz poprawił binokle i z uwagą spojrzał na chłopca.

- Podobała ci się? - spytał. - ?... Czy to nie ty podałeś mi wtedy czapkę?...

- Jużci ja, ino pan jechał na koniu i bez fuzji.

- Więc ja jestem twoim dłużnikiem! - zawołał panicz wydobywając z kieszeni portmonetkę. - Masz tu - rzekł i dał mu srebrną czterdziestówkę. - A to twój ojciec?... ten, co cię wczoraj chciał batem obić?...

Chłop ukłonił się do ziemi.

- Obywatelu! - rzekł panicz tonem obrażonego. - Jeżeli chcesz, ażebyśmy byli ze sobą w przyjaźni, nie kłaniaj mi się tak nisko i nakryj głowę. Czas zapomnieć o resztkach niewoli, które nam i wam ujmę przynoszą. Nakryj głowę, obywatelu, proszę cię...

Zdumiony i zakłopotany Ślimak chciał spełnić rozkaz, ale ręka odmówiła mu posłuszeństwa.

- Przecie to wstyd stać przy panu w czapce - szepnął.

- Dajże spokój dzieciństwom! - ofuknął panicz. Wyrwał mu czapkę z ręki i gwałtem wsadził na głowę, a następnie to samo zrobił wylęknionemu Staśkowi.

"Choroba i..." - pomyślał chłop nie mogąc zdać sobie sprawy z demokratycznych intencyj panicza.

- Cóż to, idziecie do dworu? - spytał go myśliwiec zawieszając fuzję na ramieniu.

- Jużci, jaśnie paniczu.

- Macie interes do mego szwagra? Chłop znowu chciał ukłonić się do nóg, ale został powstrzymany.

- Cóż to za interes?

- Chcieliśmy prosić łaski jaśnie pana, żeby nam wypuścił w arendę ten kawałek łąki, co jest między rzeką i moją chudobą.

- Na cóż to wam?

- Stargowaliśmy wczoraj z moją kobietą krowinę i boimy się, że paszy będzie za mało, więc dopraszamy się łaski...

- A dużo macie bydła?

- Ma tam Pan Jezus pięć ogonów: niby dwa konie i trzy krowy, i jeszcze parę świń.

- Ziemi macie dużo?

- Bogać tam dużo, jaśnie panie, ledwo dziesięć morgów, i to z roku na rok jałowieje - westchnął chłop.

- Bo mię umiecie gospodarować - rzekł panicz. - Dziesięć morgów ziemi, mój człowieku, to kolosalny majątek! Za granicą na takim kawałku żyje wygodnie kilka rodzin, a u nas jednej nie wystarcza. Ale cóż, kiedy siejecie tylko żyto...

- Cóż siać, jaśnie panie, jeżeli pszenica nie plonuje?

- Ogrodowizny, mój przyjacielu, to jest interes! Ogrodnicy pod Warszawą płacą po kilkadziesiąt rubli dzierżawy z morgi i mimo to mają się doskonale...

Ślimak smutnie zwiesił głowę, lecz serce burzyło mu się; słuchając bowiem wywodów panicza doszedł do wniosku, że dwór albo mu nie wypuści łąki w dzierżawę, jako już posiadającemu dziesięć morgów, albo - każe zapłacić kilkadziesiąt rubli czynszu. Bo i po co by