|
Kolej miano
budować na wiosnę, a sama zapowiedź tego wypadku
wywołała ruch we wsi. Zimą, zamiast bajek przy kądzieli,
opowiadano o nieznanych ludziach, którzy chcieli od gospodarzy nabywać
grunta - to o biednym chłopie, co sprzedał górkę żwiru, a
kupił za nią dziesięć morgów najlepszej ziemi - to o nowych
Żydkach, którzy sprowadzili się do miasteczka, do karczmy i do
pachciarza.
W grudniu
powrócili dziedzice z letniej przejażdżki i zaraz rozeszła
się wieść, że chcą sprzedać majątek.
Wprawdzie sam pan grywał po dawnemu na organie i tylko uśmiechał
się, gdy dworscy ludzie pytali go nieśmiało: czy prawda, że
pozbywa się ojcowizny? Ale pani każdego wieczoru opowiadała
pokojówce, jak wesoło będzie im w Warszawie, dokąd się
przeniosą. W godzinę później pokojówka szeptała te nowiny
pisarzowi, który miał się z nią żenić; pisarz na drugi
dzień rano powtarzał je pod sekretem rządcy i karbowemu, a
już w południe w czworniakach, oborach, stajniach i owczarniach
mówili o nich wszyscy, rozumie się, pod największym sekretem.
Wreszcie ku
wieczorowi wieść dochodziła do karczmy, z karczmy rozlewała
się po chatach i ostatecznie płynęła do miasteczka.
Ślimak,
często pracując we dworze, także słyszał ową
pogłoskę i widział jej skutki. Widział i dziwił
się potędze jednego słowa -"sprzedaż".
Istotnie
robiło ono cuda. Przez nie parobcy zaniedbywali się w robocie, przez
nie rządca od Nowego Roku podziękował za miejsce. Przez nie
chudły ciche i pracowite bydlątka, przez nie snopy ginęły
ze stodół, a ziarno ze spichrza. Ono pożerało zapasowe koła
i uprząż, urywało kłódki i skoble od budynków,
wyjmowało deski z parkanów i sztachety z płotów. Ono każdego
wieczora wypędzało dworską służbę do karczmy, a
byle ciemniejsza noc - zaprzepaszczało gdzieś to sztukę drobiu,
to owcę, to mniejszą świnkę.
Wielkie
słowo, głośne słowo! Rozlegało się po całym
folwarku, po wsi, po miasteczku, skąd kupcy co dzień przynosili do
dworu kredytowe kwitki. Było wypisane na twarzy każdego
człowieka, w smutnych oczach każdego bydlątka, na wszystkich
drzwiach, we wszystkich oknach wybitych i zaklejonych papierem. Dźwięku
jego nie słyszało tylko dwoje ludzi: pan, który wciąż
grał na organach, i pani, która marzyła o wyjeździe do Warszawy.
Gdy zaś kto z sąsiadów zapytał ich: czy prawda, że
sprzedają majątek? - on tylko uśmiechał się i wzruszał
ramionami, a ona odpowiadała z westchnieniem:
-
Chcielibyśmy sprzedać, bo na wsi straszne nudy. Ale i cóż, kiedy
papo jeszcze nie znalazł kupca!...
Ślimak,
który niekiedy spotykał dziedzica i pilnie mu się przypatrywał,
nie wierzył w ową sprzedaż.
"Jaki on
jest, taki jest - myślał chłop o dziedzicu - ale przecie
martwiłby się tym nieszczęściem. Toż oni tu
siedzą z dziada pradziada, tu wyrośli, a ojcowie ich zajmują
połowę tutejszego cmentarza. Kamień gryzłby się, nie
tylko człowiek, żeby go z tak dawnego miejsca ruszyli. Wreszcie, czy
on bankrut jak inni? Pieniądze ma, to wiadomo."
Tak sobie
myślał chłop, bo mierzył pana swoją miarą, a
już wcale nie rozumiał tego, co znaczy młoda żona, która
nudzi się na wsi.
I kiedy tak
myślał, zaufany w spokojną twarz dziedzica -w karczmie pod
przewodnictwem szynkarza Josela odbywały się między gospodarzami
doniosłe narady.
Pewnego ranka, w
połowie stycznia, wpadła do chaty Ślimaków stara Sobieska.
Słońce zimowe jeszcze nie zdążyło rozejrzeć
się po świecie, ale babie już płonęły ogniem
policzki i krwią nabiegły oczy. Wpadła do izby w starym jak sama
kożuchu, z rozdartą na chudych piersiach koszulą.
- No, postawcie
wódki - zawołała utykając na progu - to wam cosik powiem...
Ślimak
wybierał się do młocki, ale zagadnięty w ten sposób,
usiadł pod piecem i kazał podać babie wódkę wiedząc,
że starucha nie rzuca słów na żarty.
Wypiła
duży kielich, tupnęła nogą i krzyknęła:
"u-ha!..." Potem obtarłszy usta rzekła:
- A wiecie wy,
że dziedzic sprzedaje cale mienie: lasy, pola, wszystko?... Co
najwyżej zostawi sobie dwór i ogród...
Ślimakowi
przyszła na myśl łąka i zimno go przejęło. Ale
krótko odparł:
- Bajki!
- Bajki?... -
powtórzyła baba usiłując zapanować nad czkawką. -
Bajki?... No, zatem wam powiem, że to jest święta prawda... I
jeszcze wam powiem, że bogatsze chłopy naradzają się z
Joselem i Grzybem, żeby kupić całą wieś od
dziedzica... Całą wieś, żebym tak sczezła!...
- Jakże oni
mogą naradzać się bez nas? - zapytała gniewnie
Ślimakowa.
- Bo oni
was chcą wyłączyć. Mówią, że i tak będziecie
siedzieli przy samej kolei i że już na niej wiele zarobiliście z
krzywdą ludzką...
Wypiła
drugi kieliszek i chciała mówić dalej, ale uderzyło jej do
głowy. Więc tylko krzyknęła: "u-ha!...",
porwała Ślimaka do tańca i - siły ją opadły. Jak
podcięty kwiat zawisła na ręku chłopa, który wyniósł
ją do sieni i położył w kącie na barłogu tak
zmorzoną, że natychmiast zaczęła chrapać.
Przez
następne pół dnia naradzali się po cichu Ślimakowie: co
robić w tym wypadku? Nad wieczorem chłop ubrał się w
nową sukmanę, podbitą kożuchem, i poszedł do karczmy
na zwiady.
Nim doszedł,
na dworze zrobiło się ciemno, a w szynku zapalili światło.
Gdy otworzył drzwi, zobaczył siedzących za stołem Grzyba i
Łukasiaka. Przy blasku łojówki wyglądali w grubej odzieży
jak ogromne kamienie, co gdzieniegdzie drzemią na polach pilnując
granic. Za szynkwasem stał Josel w brudnym wełnianym kaftaniku w
czarne pasy. Miał spiczasty nos, spiczastą brodę, spiczaste
pejsy, spiczaste łokcie i spiczastą jarmułkę, a w wejrzeniu
także coś kłującego.
-
Pochwalony! - rzekł Ślimak.
- Na wieki
- odparł niedbale Josel. Grzyb i Łukasiak tylko kiwnęli
głowami, szeroko rozparłszy na stole łokcie.
- Co to
piją gospodarze? - spytał Ślimak.
-
Herbatę - odpowiedział szynkarz.
- Dajcie i
mnie. Ino czarnej jak smoła i dużo araku.
-
Przyszliście do nas na herbatę? - drwiąco rzekł Josel.
- Nie na
herbatę, ino dowiedzieć się...
- O tym,
co wam Sobieska mówiła - mruknął szynkarz. Ślimak
usiadł obok Grzyba i zwrócił się do niego:
- Cóż
to, chceta kupić wieś od dziedzica? Chłopi spojrzeli na Josela,
który uśmiechał się. Po chwili odparł Łukasiak:
- I... tak
se gadamy z braku roboty!... Kto by zaś zebrał we wsi pieniądze
na taki interes?
- We dwu
moglibyście kupić, wy z Grzybem - wtrącił Ślimak.
-
Może i moglibyśmy - pochwycił Grzyb - ale dla siebie i dla tych,
co we wsi mieszkają.
- No, a ja
co? - zapytał Ślimak.
- Nie
braliście wy nas do swoich interesów, to nie wściubiajcie nosa do
naszych.
- Nie wasz to
interes, ino gromadzki.
-
Właśnie, że mój! - zawołał rozgniewany Grzyb.
- Taki, jak i
mój.
-
Właśnie, że nie taki... - upierał się wybijając
pięścią. - Kto mi się nie spodoba, tego nie dopuszczę
do kupna, i basta!...
Szynkarz
uśmiechał się.
Łukasiak
widząc, że Ślimak blednie, co było znakiem wielkiego
gniewu, ujął Grzyba za rękę.
- Chodźta,
kumie, do dom - rzekł. - Po co się swarzyć o sprawę jeszcze
niepewną? Chodźta, kumie. Grzyb spojrzał na Josela i
podniósł się z ławy.
- Zatem chceta
kupować beze mnie? - spytał znowu Ślimak.
- Wy
kurczęta w lecie kupowaliśta bez nas - odparł Grzyb. Obaj z
Łukasiakiem podali ręce szynkarzowi i wyszli z izby nie
pożegnawszy Ślimaka.
Josel
patrzył za nimi i wciąż się uśmiechał. Gdy kroki
ich ucichły na śniegu, zwrócił się do Ślimaka:
- A widzicie,
gospodarzu, jak to źle Żydkom chleb odbierać? Ja straciłem
przez was z pięćdziesiąt rubli, wy zarobiliście
dwadzieścia pięć, ale za to kupiliście sobie gniewu we wsi
za jakie sto rubli...
- I oni beze
mnie kupiliby grunt od dziedzica? - spytał Ślimak.
- Dlaczego nie
mają kupić bez was? Co ich obchodzi wasza strata, kiedy im
będzie dobrze? Chłop kręcił głową.
- No, no! -
szeptał.
- Ja -
mówił Josel - może mógłbym pogodzić was z gromadą, ale
- co mi po tym? Już raz skrzywdziliście mnie, a serca to nigdy do
mnie nie macie. - I nie pogodzisz? - spytał Ślimak.
-
Pogodziłbym, ale ja mam swoje warunki.
- No?...
- Wy,
Ślimaku, oddacie mi najprzód te pięćdziesiąt rubli, com w
lecie przez was stracił, a potem... potem - wybudujecie na swoich gruntach
chałupę i wynajmiecie ją mojemu szwagrowi.
- Co on
tam będzie robił?
- On
będzie trzymał konie i będzie dojeżdżał do kolei.
- A ja co
będę robił z moimi końmi?
- Wy
będziecie mieli grunt. Chłop podniósł się z ławy.
- No, już
mi nie dawajcie herbaty - rzekł.
- Nawet jej nie
mam w domu - odparł Josel niedbale.
- A ja wam
pięćdziesiąt rubli nie zapłacę ani chałupy dla
szwagra nie zbuduję.
- Jak wam
się spodoba - odparł szynkarz.
Ślimak
opuścił karczmę trzaskając drzwiami; Josel zwrócił za
nim swój spiczasty nos i spiczastą brodę i uśmiechał
się melancholijnie. Wśród cieniów nocy Ślimak potrącił
dworskiego parobka, który niósł na plecach ćwierciowy worek
zboża, później spostrzegł przekradającą się
między opłotkami dworską dziewkę, która kryła
gęś pod kożuchem, a Josel wciąż się uśmiechał.
Uśmiechał się, kiedy płacił parobkowi dwa złote
za zboże z workiem, uśmiechał się, kiedy nabył
gęś od dziewki za butelkę kwaśnego piwa,
uśmiechał się słuchając gospodarzy, jak radzili nad
kupnem folwarku, uśmiechał się płacąc staremu Grzybowi
dwa ruble od sta na miesiąc, i uśmiechał się biorąc od
młodego Grzyba dwa ruble od dziesięciu na miesiąc.
Uśmiech
nigdy nie schodził z jego ostrych rysów, jak brudny kaftanik w czarne pasy
nigdy nie rozdzielał się z jego ciałem.
W chacie
Ślimaka już zgasł ogień na kominie i dzieci spały,
kiedy chłop wróciwszy z karczmy zaczął rozbierać się
po ciemku.
- A co? -
spytała go żona.
- To
sprawka Josela - odparł. - On nimi kieruje jak rataj wołmi.
- I nie
dopuszczą cię?
- Oni nie,
ale ja pójdę do samego dziedzica.
- Jutro
pójdziesz?
- Jutro.
Inaczej przepadnie mi łąka. A cóż ja bym począł bez
niej, nieszczęśliwy?... - westchnął chłop.
Przyszło
jutro, przyszło pojutrze, nawet tydzień upłynął, a
Ślimak nie wybrał się do dworu. Jednego dnia mówił, że
musi dla kupca zmłócić żyto, drugiego - że jest za zimno na
wychodzenie z domu, innego - że się przerwał i że mu we
środku dolega. Naprawdę zaś ani młócił, ani się
przerwał, tylko coś go zatrzymywało na miejscu. Coś, co
chłopi nazywają nieśmiałością, szlachta
próżniactwem, a uczeni - brakiem woli.
Przez te
dnie mało jadał, nic nie robił, gniewał się na
wszystkich i tułał się po całym gospodarstwie
wzdychając. Najczęściej stawał nad pokrytą
śniegiem łąką i dumał; toczyła się w nim
walka. Rozum mówił, że trzeba iść do dworu i raz skończyć
interes o łąkę tak czy owak; ale jakaś inna potęga
trwożyła mu serce, pętała nogi albo szeptała w ucho:
"Nie śpiesz się, jeszcze dzień pofolguj, jakoś
się to ułoży..."
- Józek,
czego ty nie idziesz do dziedzica? - wołała żona. -Przecie raz
musisz tam pójść i rozgadać się.
- A jak mi
łąki nie sprzeda, to co?... - odpowiadał chłop. I tak
wahał się, aż pewnego wieczora dała mu znać Sobieska,
że deputaci ze wsi byli dzisiaj u pana z prośbą, aby im
sprzedał majątek.
Sobieską
strasznie łamało po kościach, więc prosiła
Ślimakowej o naparstek wódki. Dostawszy kielich rozgadała się na
dobre:
- Widzicie,;
było tak. Poszedł Grzyb i poszedł Łukasiak z Orzechowskim,
ubrani jak na Boże Ciało. Pan wziął ich do kancelarii, a
Grzyb ino se odkaślnął i zara pali od progu:
"Słyszelim,
jaśnie dziedzicu, że pan chce sprzedać ojcowiznę.
Sprzedać swoją rzecz kużden ma prawo, a drugi kupić, byle
ino zapłacił jak się patrzy. Zawdy przecie byłoby
niepięknie, żeby to, co pańskie dziady i pradziady przez tyli
wiek trzymały w garści, a my, chłopi, naszą pracą
uprawialiśmy, żeby taki interes miał przejść w cudze
ręce. Zatem niech pan mienie sprzeda nam, swoim chłopom i
włościanom, nie oglądający się na obcych ludzi, które
takiej pamiątki nie uszanują."
Mówię
wam - ciągnęła Sobieska - gadał tak ślicznie bez
całą godzinę, jakby ten ksiądz na ambonie. Aż
Łukasiakowi krzyże ścierpnęły, a wszyscy się
popłakali. Dopieroż jak nie wzięli się chłopy do nóg
schylać panu, a jak pan nie wziął ściskać ich za
głowę...
- I
cóż, kupią?... - przerwał zniecierpliwiony Ślimak.
- Co nie
mają kupić?... Kupią!... - wykrzyknęła baba. - Ino
trochę o cenę się rozchodzi, bo pan chce za każdą
morgę sto rubli, a chłopy dają po pięćdziesiąt.
Ale, mówię wam, tak płakali i całowali się, tak gadali,
żeby była jedność między chłopem i panem, że
pewnie gospodarze dodadzą z dziesiątek rubli, a dziedzic opuści
im resztę. Josel mówi, żeby tyle postąpili, nie wyżej, ino
nie śpieszący się, a pewniakiem dobiją targu... Mądry,
psia wiara. Żyd!... Bez tych parę tygodni, co chłopy u niego
radzą, taki ma przecie rozchód w karczmie, jakby się we wsi Matka
Boska objawiła!... Ach! Matko cudami słynąca!...
- A na
mnie on wciąż buntuje gospodarzy? - spytał Ślimak.
-
Buntować nie buntuje - odparła baba - ino tak czasem wścibi
słówko, że wy już nie gospodarz, ino handlujący...
Chłopy to są gorzej na was zajadłe aniżeli on. Nie mogą
zapomnieć, żeście u nich kupowali kuraki po złotemu, a
miernikom sprzedawali po dwa...
Skutkiem
tych wiadomości Ślimak nazajutrz rano wybrał się do dworu i
w południe wrócił kwaśny do domu.
- No i
cóż? - zapytała go żona.
- No,
byłem i wszystko ci rozpowiem, ino dawaj jeść. Rozebrał
się, zasiadł do miski kapuśniaku i prawił:
- Inom,
mówię ci, minął bramę, patrzę, a po jednej stronie
dworu wszystkie okna rozwarte. Na taki ziąb! słyszysz ty, Jagna?...
Myślę, czyby kto, nie daj Boże, umarł?... Zaglądam, a
tu w największej izbie (tej z białymi słupami, wiesz, co tyla
jak kościół) jeździ se po podłodze lokaj Mateusz. Bez
kapoty, w fartuchu, szczotką się podpiera i tak jeździ jak
chłopcy po lodzie. Mówię mu: "Pochwalony! co robicie,
Mateuszu?" "Na wieki! -on mówi - widzita, że glancuję
podłogę, bo będą u nas dzisiaj wielgie tańce."
"A pan - mówię - jeszcze nie wstał?" "Ech - on mówi -
pan wstał, ino se tera z krawcem przymierzają kierezyją, bo pan
na tańce ubierze się za Krakowiaka, a pani za Cygankę."
"A ja - mówię - chciałem go prosić, żeby mi
sprzedał łąkę." A Mateusz, niby lokaj, na to:
"Nie bądźcie głupi, Ślimaku! Gdzieżby pan
gadał z wami o łące, kiedy sztyftu je się na krakowskie
wesele?..." I znowu wziął jeździć, aż mi się
oczy rozbiegały od samego patrzenia.
Odszedłem
se od okna i postojałem krzynę czasu wedle kuchni. Słyszę,
rwetes okrutny, ogień palą jak w kuźni, masło skwierczy.
Naraz patrzę - wylatuje z kuchni lgnąc Kempiarz, co jest we dworze za
kuchtę, ale taki ci nieborak pojuszony, jakby go kto siekierą
dziabnął. Wołam: " lgnąc! la Boga, a z ciebie kto tak
farbę puścił?" "Nie ze mnie to - on mówi - ino mi
kucharz dał w pysk zarżniętym kaczorem i tak mnie
osmarowało." "Chwała Najwyższemu Bogu - mówię -
że nie z ciebie, lgnąc, ta posoka, ale za to powiedz mi - jak by
zdybać dziedzica?" A on mówi: "Zaczekajcie tu, bo
przywieźli sarnę, to pewnie pan wyjdzie obejrzeć ją."
Poleciał
se Ignac pod studnię, a ja czekam i czekam, aż mię cięgoty
przechodzą. Ale czekam.
- No i
widziałeś pana? - przerwała niecierpliwie żona.
- Ma
się wiedzieć, żem widział.
- A
gadałeś z nim?
- A ino jak.
-
Cóżeście ugadali?
- Ha, no, ja mu
powiedziałem: "Dopraszam się łaski jaśnie pana o
tę łąkę..." A on szepnie: "Iii, daj mi dziś
spokój z interesami, bo głowy do tego nie mam."
- I tyle? -
spytała się kobieta. Ślimak rozłożył ręce.
- Pójdę tam
jutro albo pojutrze, jak się wyśpią po tańcach
-zakończył.
W tej porze
Maciek Owczarz wjeżdżał sankami do lasu po drzewo. Wiózł
siekierę, kobiałkę z odrobiną żywności i
córkę głupiej Zośki. Matka odbiegłszy sierotkę w
jesieni, nie zapytała o nią do dziś dnia, więc Owczarz
matkował znajdzie. Sam ją karmił, nocleg dawał jej w stajni
i brał ją do każdej roboty, aby porzuconej dzieciny nigdy nie
spuszczać z oka.
Dziecko
było tak niedołężne, że prawie nie ruszało
się i nie wydawało głosu. Ślimakowie, a nade wszystko
Sobieska, przepowiadali mu rychłą śmierć:
- Tygodnia nie
wytrzyma.
- Umrze jutro.
- Oho! już
po znajdzie.
Tak mówiono o
niej w chacie. Ale znajda i tydzień przeżyła, i nazajutrz nie
umarła, i nawet, kiedy pewnego dnia już uznano ją za
nieboszczkę, otworzyła znowu blade oczy do świata.
Maciek na
podobne wróżby tylko ręką kiwał mówiąc: "Nie
bójta się, nic jej nie będzie!..." Każdej nocy ukradkiem
przystawiał ją do wymienia krowy, a w dzień nie
rozłączał się z nią.
- Co się
ty, Maciek, frasujesz takim mizernym dzieciskiem? -mówiła nieraz
Ślimakowa. - Żebyś do niej gadał świętymi
słowami, żebyś jej nawet z książki czytał, to
cię jeszcze nie rozumie, bo strasznie głupie. W życium takiego
nie widziała głuptasa...
- Ale, hale!...
- odpowiadał parobek. - Ma ona swój rozum, ino że nie gada. Ale jak
się kiedy rozgada, najstarszego człowieka zakasuje.
I czy gnój
wywoził na pole, czy młócił, czy wiał, czy łatał
odzienie, zawsze była przy nim znajda, której opowiadał o swych
robotach, podkarmiał mlekiem z małej flaszki albo kołysał
do snu śpiewając fałszywym głosem:
Szła
sierota po wsi,
Napadli ją źli psi...
Dziś
zawiózł ją do lasu. Owinął w resztkę starego
kożucha, potem w płachtę, przywiązał między
przednimi kłonicami sanek i tak jechali z góry, pod górę albo
wąwozem, bo okolica była garbata. Nagle wydostali się na
równinę wprost słońca, którego skośne promienie, odbite od
nieskończonej tafli śniegów, poraziły im oczy mocnym blaskiem.
Dziecko zapłakało.
Owczarz odwrócił mu głowę na bok i prawił:
- A widzisz,
gadałem ci - zamykaj oczy. Żaden człowiek, żeby
największy pan, żeby sam biskup, na słońce patrzyć nie
może, bo to jest boska latarnia. Pan Jezus, skoro świt, co dzień
bierze ją do garści i ogląda swoje gospodarstwo na ziemi.
Zimą, kiedy mróz dokucza, chodzi se najkrótszą drogą i
dłużej wypoczywa bez noc. Ale za to latem wstaje o czwartej i
penetruje caluśki świat do ósmej wieczorem. Tak samo człowiek
powinien ruchać się od świtu do zachodu słońca. Ale ty
możesz se jeszcze spać i w dzień, bo i tak niewiele byś
zrobiła, choćbyś nie spała. Heta!... wio!...
Wjechali do
lasu.
- O, widzisz -
mówił Owczarz do dziecka - to jest las, ale nie nasz, ino dziedzica.
Kupił se tu Ślimak cztery siągi drzewa i zwozimy je, póki droga
lepsza, a konie w polu niepotrzebne. Jak urośniesz, będziesz se tu z
dziećmi chodziła na jagody. Ino nie załaź daleko i
rozglądaj się, żeby ci wilk drogi nie zastąpił.
Tpru!... stój!...
Stanęli pod
stosem drzewa. Owczarz odwiązał dziecko od sani i rozejrzawszy
się umieścił je na kępie jałowcu, w miejscu zacisznym.
Potem wydobył z kobiałki flaszkę mleka i przytknął do
ust znajdy.
- Naści,
pij, nabierz sił, bo będzie trochę roboty. Szczapy są
niemałe i dobrze się nadźwigasz, zanim naładujesz sanie.
Już nie chcesz?... A psik!... Niech ci będzie na zdrowie. A jak czego
potrzebujesz, to wołaj.
"Zawdy
nawet z takim maleństwem weselej jest aniżeli samemu - dodał do
siebie. - Dawniej nie miał człowiek do kogo gęby otworzyć,
a dziś nagada się za wszystkie czasy."
Wziął
się do nakładania drzewa.
-
Przypatrzże się teraz, jak idzie taka robota. Jędrek to by zara
szarpnął szczapę, rozwaliłby cały siąg,
zmęczyłby się i wnet ustał. Ale ty weź drewno z
wierzchu - tak - ładnie, ciągnij se powoli, włóż na
ramię i do sani. Ot i już masz jedno. Tak samo z drugim. Bierz powoli
z wierzchu siąga, na ramię i do sani. Ot i masz dwa. Ino
pomaluśku, nie zrywaj się, bo ustaniesz.
Drewno, psia
wiara, nie chce iść na sanie, bo ono ma swój rozum i wie, co go
czeka. Tak kużden woli własny kąt, choćby najgorszy. Ino
takiemu wszystko jedno - dodał z westchnieniem -co nigdzie nie ma
własnego kąta. Tu zmarnieć czy tam zmarnieć, wszystko
jedno...
Tak prawił
Owczarz, powoli układając drzewo. Niekiedy odpoczywał albo na
rozgrzewkę uderzał się po bokach skostniałymi od zimna
rękami, albo okrywał płachtą sierotę. Tymczasem
poczerwieniało niebo i zerwał się mocny wiatr zachodni,
przesycony wilgocią.
Ujęty
zimowym snem las ożył, począł poruszać się i
gadać. Zadrżały zielone igły sosen, potem
gałązki, potem wyciągnięte konary zachwiały się
podając sobie jakieś znaki; nareszcie -poruszyły się
wierzchy i pnie drzew. Kołysały się naprzód i w tył, jakby
naradzając się albo zabierając do pochodu. Zdawało
się, że już dokuczyła im wiekowa nieruchomość i
że lada chwilę całą gromadą wyruszą gdzieś,
bodaj na koniec świata, zgiełkliwe i szumiące.
Niekiedy
część lasu, gdzie stały sanie Owczarza, uspokaja się,
jakby nie chcąc zdradzić przed ludzką istotą swoich
tajemnic. Wówczas słychać z daleka stąpanie nieprzeliczonych nóg
i marsz całych kolumn. Oto idą z głębi szeregi prawego
skrzydła; idą, nadchodzą, już są na równi z nami,
już przeszły... a oto rusza lewe skrzydło; słychać
chrzęst śniegu, skrzypienie gałęzi, szum
ustępującego powietrza; idą, nadchodzą, już są na
jednej linii z chłopem i znowu go minęły - A oto środkowa
kolumna, ośmielona, i zachęcona, zaczyna potrząsać
gałązkami, dawać sobie znaki gałęźmi,
zwoływać się ogromnym szeptem. Już pochylają się
wierzchołki, już olbrzymy poddają się naprzód,
ruszają... Stanęły... Widzą dwie ludzkie istoty, przed
którymi las nie zdradzi swoich tajemnic. Więc stoi w miejscu i gniewnie
szumiąc obrzuca ich szyszkami i zeschłymi gałęźmi,
jakby mówił: "Idź stąd, Owczarzu, idź stąd i nam
nie przeszkadzaj..."
Ale Owczarz jest
tylko najętym parobkiem. Więc choć boi się leśnych
szumów i rad by ustąpił z drogi olbrzymom, zrobić tego nie
może, dopóki nie naładuje sani drzewem. Już nie odpoczywa, nie
rozciera sobie rąk zziębniętych, tylko śpieszy z układaniem
szczap, aby uciec z lasu przed nocą i przed zimową burzą.
Tymczasem niebo
coraz mocniej zaciąga się obłokami, las napełnia się
mgłą, zaczyna padać deszczyk od maku drobniejszy i
marznący. W ciągu kilku pacierzy sukmana Maćka, płachta
znajdy i grzywy koni okrywają się cienką, zimną i
trzeszczącą skorupą lodu. Szczapy robią się tak
śliskie, że uciekają z rąk; śnieg na ziemi robi
się gładki jak szkło, że nie można na nim nogi
oprzeć. Maciek rzuca na sanie ostatnie szczapy i z niepokojem
spogląda na zachodzące słońce. Niebezpieczna to rzecz
wracać do domu z takim ciężarem, w nocy, podczas
gołoledzi!...
Prędko
położył sierotę na naładowanych saniach,
przeżegnał się i zaciął konie. Maciek obawia się
wielu rzeczy na świecie, ale najbardziej tego, ażeby na śliskiej
drodze nie wywróciły się sanie i nie przytłukły go jak wóz
przed laty.
- Heta!...
wio!... - woła Maciek na konie.
Już
wyjechali z lasu, droga staje się coraz gorsza. Nie okute sanie co
chwilę spadają w zatokę i już nieraz wywróciłyby
się, gdyby ich nie podpierał drżący z zimna i obawy
chłop. Jedno potknięcie się skręconej nogi, a już po
nim i po znajdzie; drzewo by ich przytłukło, reszty
dokończyłby mróz.
Niedaleko
gościńca droga zrobiła się tak śliską, że
konie stanęły w miejscu. Umilkły skrzypiące sanie,
zmęczony chłop przestał 'wołać: "wio!..." -
i na drodze zaległa cisza. Taka cisza, że z daleka słychać
było gniewny szum lasu, świst wiatru między szczapami i
przytłumione szlochanie dziecka. Na dworze było coraz ciemniej.
- Wio!... -
krzyknął Maciek.
Konie
szarpnęły i poślizgnęły się na miejscu.
- Wio!... -
powtórzył podpierając sanie. Ujechali kilka kroków, lecz znowu
stanęli.
- Pod Twoją
obronę uciekamy się, |