Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Boleslaw Prus
Placówka

IntraText CT - Text

  • ROZDZIAL SIÓDMY
Previous - Next

Click here to hide the links to concordance

ROZDZIAŁ SIÓDMY

W tydzień po kostiumowym balu dziedzic z żoną opuścili wieś przenosząc się do Warszawy. Miejsce ich zajął pełnomocnik Hirszgolda, piegowaty Żydek, który zamieszkał w małym pokoiku w oficynie, żelazną sztabą zamykał drzwi na noc i sypiał z dwoma rewolwerami pod poduszką, a po całych dniach przeglądał albo pisał rachunki.

Ze dworu część mebli wywieziono za państwem, resztę Hirszgold kazał sprzedać. Jeden z okolicznej szlachty nabył sprzęty z salonu, drugi z pokoju jadalnego, trzeci z sypialni. Bibliotekę kupili Żydkowie na funty, proboszcz zaopatrzył się w amerykańskie organy, ogrodowe kanapy i krzesła przeszły na własność Grzyba, a Orzechowskiemu dostał się za trzy ruble wielki sztych Ledy z łabędziem, do której nabywca modlił się z rodziną. Posadzki wyjechały do guberni, aby tam przyozdobić lokal sądu okręgowego, zaś adamaszkowe obicia ze ścian kupili krawcy i przerobili je na gorsety dla wiejskich dziewuch.

Kiedy w parę tygodni po wyjeździe państwa Ślimak zajrzał do dworu, struchlał na widok zniszczenia. W oknach nie było szyb, przy drzwiach na oścież otwartych ani jednej klamki, ściany obdarte, podłogi wyrwane. Salon podobny był do gnojowiska, w buduarze pani arendarka Joselowa postawiła kilka kojców z drobiem, a w kancelarii pana mieszkało paru Żydków i leżały ogromne stosy pił, toporów i łopat. Służba folwarczna, która według umowy miała tu miejsce do św. Jana, wałęsała się z kąta w kąt próżnując. Furman od cugowych koni pił na zabój, szaf arka leżała chora na febrę, a jeden z fornalów tudzież chłopak kredensowy siedzieli w areszcie gminnym, oskarżeni o kradzież klamek i drzwiczek od pieców.

- Kara boska! - szepnął chłop i strach go ścisnął na myśl o nieznanej potędze, co w okamgnieniu zrujnowała dwór stojący od wieków. Zdawało mu się, że nad wsią i doliną, gdzie urodził się i wychował i gdzie na wieki spoczęli jego prości ojcowie, że nad tym cichym kątem świata zwiesza się niewidzialna chmura, z której spadł pierwszy piorun i zdruzgotał siedzibę dziedziców.

W kilka dni okolica zakipiała nowymi ludźmi. Byli to tracze i cieśle, po największej części Niemcy, sprowadzeni do wykonania pilnej roboty. Szli i jechali drogą około chaty Ślimaka gromadami, niekiedy uszykowani jak wojsko. Roztarasowali się we dworze, wygnali służbę z czworniaków, wyprowadzili resztę bydła z obór i zapełnili wszystkie budynki. Nocami palili wielkie ogniska na dziedzińcach, a rankami całą bandą maszerowali do lasu.

Z początku nie znać było ich roboty. Wkrótce jednak, kto miał dobre ucho, a stanął na wzgórzu, mógł słyszeć lecący od strony lasu szmer. Szmer ten dzień po dniu dzielił się na pojedyncze odgłosy, jakby kto palcami bębnił po stole, tak że w końcu już całkiem wyraźnie słychać było stukanie mnogich siekier i chrzęst walącego się drzewa. Las jakby zniżał się, na jego falistym konturze ukazywały się coraz to nowe zęby, w oczach ludzkich nikły wierzchołki, w ciemnozielonej ścianie zaczęły przeświecać jakby szpary, potem jakby okna, wreszcie - wyłomy, przez które wyjrzało niebo, zdziwione, że pierwszy raz, jak świat światem, patrzy na dolinę z tej strony.

Las padł. Zostało tylko niebo i ziemia, a na niej trochę kęp jałowcu, trochę leszczyny, trochę młodych sosenek, niepoliczone szeregi pieńków i całe stosy leżących drzew, z których pośpiesznie obcinano gałęzie. Nic z liściastego narodu nie uszanował topór drapieżny.

Nic, nawet dębu, po którego stuletniej korze ześlizgiwały się wstęgi piorunów. Zapatrzony w niebo zwycięzca burz prawie nie dostrzegł kręcących się u stóp jego robaków, a ciosy siekier nie więcej go obchodziły od pukania dzięciołów. Padł nagle, przekonany w ostatniej chwili, że to świat się obalił i że na tak niepewnym świecie żyć nie warto.

Był inny dąb, na którego zeschłej gałęzi powiesił się kiedyś nieszczęsny Szymon Gołąb. Lu4zie odtąd mijali go ze strachem. Toteż ujrzawszy gromadę traczów z siekierami zaszemrał: "Uciekajcie stąd, bo imię moje znaczy śmierć. Jeden tylko człowiek dotknął ręką mych konarów i umarł." Gdy zaś tracze, zamiast usłuchać jego życzliwych upomnień, poczęli go rąbać i coraz głębiej zapuszczać mu w ciało ostre żelaza, wpadł w straszny gniew, ryknął: "Zdruzgoczę was!..." i obalił się na ziemię.

Sosna, w której dziupli kryła się para wiewiórek, widząc powszechne zniszczenie cieszyła się nadzieją, że uniknie złego losu przez wzgląd na swoich lokatorów: "Litość ich wzruszy, bo cóż im winne biedne, małe wiewiórki?" - szeptała i padła miażdżąc własnym ciężarem wystraszone zwierzątka.

Tak ginęły mocne drzewa jedno po drugim; nad ich grobem płakała mgła nocna i kwiliły ptaki pozbawione ojczystych siedzib.

Starsze od lasu i mocniejsze od dębów były ogromne kamienie, gęsto rozsiane po polach. Chłopi nie tykali ich, raz dlatego, że żaden nie dał się ruszyć z miejsca, a po drugie, że nie były im na nic potrzebne. Zresztą tułało się między ludźmi podanie, że za pierwszych dni stworzenia zbuntowane diabły ciskały tymi kamieniami w aniołów i że ruszać ich nie warto, bo na całą okolicę mogłoby spaść nieszczęście. Leżał więc każdy na swoim miejscu, otoczony kępą trawy i mchem porosły. Co najwyżej pastuch, nocujący w polu, rozpalał pod nim ognisko, zmęczony rata j kładł się na południowy spoczynek albo chytry na pieniądze człowiek szukał pod nim ukrytych skarbów. Gorszego nic im się nie zdarzyło.

Dziś przecie i dla głazów wybiła ostatnia godzina. Współcześnie z niszczeniem lasu jakowiś ludzie poczęli przesiadywać około sędziwych kamieni. Na wsi z początku myślano, że Niemcy szukają skarbów, ale wnet Jędrek wypatrzył, że oni wiercą dziury.

- No, i nie głupie te Szwaby, żeby wiercić kamienie - mówiła zmywając naczynia Ślimakowa do starej Sobieskiej. - Choroba wie, na co im to?...

- E... widzicie, kumo, ja wiem, na co oni to robią - odparła baba przymykając czerwone oczy.

- Na cóż by? Chyba przez swoje głupstwo.

- Ni!... - prawiła Sobieska. - Oni, widzicie, wiercą, bo oni, widzicie, słyszeli, że w takim kamieniu siedzi żaba...

- Więc co z tego? - zapytała Ślimakowa.

- Więc oni, widzicie, chcą zobaczyć, czy to prawda.

- No, a z tego im co?

- A choroba ich wie - odpowiedziała Sobieska tak przekonywającym tonem, że Ślimakowa uznała kwestię za wyczerpaną.

Tymczasem Niemcy nie szukali żab w kamieniach, lecz w wywiercone dziury zakładali naboje, przysypywali je piaskiem i poczęli głazy rozsadzać. Cały dzień trwała kanonada, której huk rozchodził się po najdalszych krańcach doliny, głosząc wszystkim i każdemu z osobna, że nawet skała nie oprze się Niemcowi.

- Twardy naród te Szwaby! - mruknął Ślimak przypatrując się podruzgotanym olbrzymom.

I pomyślał o kolonistach, którzy nabyli grunta dworskie, a chcieli kupić jego ziemię.

- Cosik ich nie widać - dodał. - Może wcale nie przyjdą?...

Koloniści jednak przyszli.

Pewnego dnia, było to w początkach kwietnia. Ślimak jak zwykle wyszedł przed wschodem słońca z chaty zmówić pacierz i zobaczyć, jaka będzie pogoda. Wschód już jaśniał, gwiazdy pobladły, tylko jutrzenka błyszczała jak klejnot na niebie, a na ziemi witały świergotem zbudzone ptaki.

Chłop utkwił oczy we mgle, co na kształt śniegu bieliła pola i łąki, i szeptał: "Kiedy ranne wstają zorze." Nagle od strony górnych pól usłyszał hałas. Było to skrzypienie z wolna toczących się wozów i głośna rozmowa ludzi.

Zaciekawiony wbiegł na pagórek z sosną i ujrzał niezwykły korowód. Był to długi szereg wozów okrytych płótnem, spod którego wyglądały tu ludzkie głowy, tam sprzęty domowe albo rolnicze narzędzia. Przy wozach szli albo siedzieli na kozłach, z nogami zwieszonymi na orczyki, ludzie w długich granatowych kapotach i w kaszkietach. Do niektórych wozów przywiązane były krowy, w dłuższych odstępach między wozami uwijały się niewielkie gromadki świń. Na samym końcu toczył się wózek, mało co większy od dziecinnego, na którym leżał mężczyzna z nogami zwieszonymi do ziemi, ciągniony z jednej strony dyszla przez psa, z drugiej przez kobietę.

"Szwaby idą - przemknęło chłopu przez głowę, ale odepchnął pierwszą myśl. - Może to Cygany? - dumał. - Ni, Cygany noszą się czerwono, a ci granatowo i żółto. A może to tracze?... Tracze nie ciągnęliby za sobą bydła, wreszcie, po co by tu szli, kiedy już lasu nie ma?..."

Tak bił się chłop z myślami, a raczej uciekał przed jedną, że -idą koloniści, którzy kupili dworskie grunta.

- Oni albo i nie oni - poszeptywał, zapatrzony w gościniec.

Tymczasem Niemcy zjechali w dół i przez chwilę nie było ich widać. Chłop przetarł oczy. Może rozpłynęli się w dziennym świetle, a może ich ziemia pochłonęła? Gdzie zaś!... Wiatr powiał z tamtej strony i znowu przyniósł powolny turkot kół, skrzypienie dyszlów, gwar ludzkich głosów. Znowu spoza góry wychyliły się łby końskie, granatowe kaszkiety woźniców, szare płachty wozów i głowy Niemek w pstrych chustkach zawiązanych pod brodę. Ziemia krok za krokiem ustępuje pod kopytami ich wychudłych koni. Już wjechali na ostatni szczyt, oblani złotymi potokami słońca, krzykliwi, jaśniejący, witani śpiewem skowronków, które w jesieni będą łapać i zjadać.

Daleko za nimi, gdzie za mgłą czarny las majaczył, słychać było głos kościelnego dzwonu. Czy on, jak zwykle, wzywa ludzi do pacierza, czyli też ogłasza im najście obcego narodu?...

Ślimak obejrzał się. W chatach, po drugiej strome doliny, drzwi były pozamykane; na podwórkach nikt nie ruszał się i zapewne nikt by nie wybiegł przed wrota, gdyby nawet zawołać:

"Patrzajta, gospodarze, co tu Niemców wali!..." Wieś jeszcze spała.

Teraz sznur wozów, napełnionych gwarliwymi ludźmi, począł wymijać chałupę Ślimaka. Zmęczone konie szły z wolna, krowy ledwie nogi wlokły, świnie kwicząc potykały się. Tylko ludzie byli kontenci, śmieli się, krzyczeli z wozu do wozu i rękami albo batami ukazywali na dolinę. Wreszcie zjechali na dół, wyminęli most i skręcili na lewo, na otwarte pole.

We dwa albo i we trzy pacierze po nich ukazał się wózek, ciągniony przez psa i kobietę, i stanął obok wrót Ślimakowej zagrody. Tu wielki pies upadł na ziemię ciężko dysząc, mężczyzna z trudnością podniósł się na wózku i usiadł, a kobieta zdjęła szlę z karku i ocierając spotniałe czoło patrzyła na chatę Ślimaków.

Chłopa tknęła litość. Zeszedł z pagórka i zbliżył się do podróżnych.

- Skądeście, ludzie, i coście za jedni? - zapytał.

- My koloniści, aże zza Wisły - odpowiedziała kobieta. - Nasi kupili tu ziemię, więc idziemy za nimi.

- A wyście ziemi nie kupili? Kobieta wzruszyła ramionami.

- To u was taki zwyczaj, że baby chłopów ciągną? - pytał dalej Ślimak.

- Cóż robić, kiedy konia nie mamy, a na własnych nogach ojciec by nie zaszedł.

- To wasz ojciec? Podróżna skinęła głową.

- I taki chory?

-Jo.

Chłop zamyślił się.

- To niby on po proszonym jeździ za gromadą? - spytał znowu.

- O nie!... - odparła z energią. - Ojciec uczy dzieci, a ja, jak mam czas, to szyję, a jak nie mam co szyć, wynajmuję się do roboty w polu.

Ślimak patrzył na nią zdziwiony, wreszcie rzekł:

- Wy musi że nie jesteście Niemce, kiej tak gładko po naszemu gadacie?

- My z Niemców - odparła kobieta.

- My Niemcy - odezwał się po raz pierwszy człowiek z wózka. W czasie tej rozmowy wyszła z chaty i zbliżyła się do wrót Ślimakowa z Jędrkiem.

- Tęgi pies! - zawołał Jędrek.

- Przypatrz no się - rzekł do niego Ślimak - jak ta pani bez całą drogę ciągnie chorego ojca na wózku. A ty byś, hyclu, tak zrobił?

- Co bym miał robić? Albo tatulo nie mają koni!... - odparł chłopak.

- I my mieli konia, ale teraz nie mamy - mruknął podróżny z wózka.

Był to człowiek chudy, blady, z rudymi włosami i takimże zarostem.

- Pewnie byśta sobie wypoczęli i zjedli co po takiej drodze? -zwrócił się Ślimak do podróżnej.

- Ja nie chcę jeść - odparła kobieta - ale ojciec może napiłby się mleka.

- Biegaj, Jędrek, po mleko - rzekł Ślimak.

- Bez obrazy - odezwała się Ślimakowa - ale wy, Niemce, musi że nie mata własnego kraju, kiej przychodzicie tu do nas?

- Tu nasz kraj - odparła podróżna. - Ja przecie tu urodzona, za Wisłą.

Człowiek siedzący na wózku niechętnie machnął ręką i począł mówić głosem urywanym:

- My, Niemcy, mamy swój kraj, nawet większy od waszego, ale tam źle. Ludzi dużo, ziemi mało, o zarobek trudno. A jeszcze musim płacić wielkie podatki, a jeszcze w wojsku służba ciężka, a jeszcze rozmaitymi karami okładają człowieka...

Zakaszlał się, trochę odpoczął i mówił dalej:

- Każdy chce, żeby mu dobrze było na świecie, i jeszcze chce tak żyć, jak jemu się podoba, a nie tak, jak inni mu każą... W naszym kraju jest źle, no więc przychodzimy tu...

Jędrek przyniósł mleko i oddał je podróżnej, która napoiła ojca.

- Bóg wam zapłać! - westchnął chory. - Tu dobrzy ludzie...

- Ino żebyśta wy nam nie narobili złego - półgłosem odezwała się Ślimakowa.

- Co my wam możemy zrobić? - zapytał chory. - Czy wam ziemię zabierzemy? czy może w szkodę bydło wpędzimy? czy będziem kraść albo rozbijać?... Nasi ludzie spokojni, nikomu w drogę nie włażą, byle im nikt nie lazł...

- Zawdy kupiliśta naszą wieś - wtrącił Ślimak.

- A po co wasz pan sprzedał? - rzekł chory. - Gdyby na tych gruntach zamiast jednego pana, który nic nie robił, tylko pieniądze wydawał, siedziało ze trzydziestu chłopów, nasi by fu nie przyszli. Albo - dlaczego wy sami nie kupiliście wsi całą gromadą. Taki wasz pieniądz jak i nasz, takie wasze prawa jak i nasze. Ale choć z dawien dawna siedzicie na miejscu, nie dbaliście o kupienie tych gruntów, trzeba było zza Wisły kolonistów sprowadzić. I dopiero jak nasi kupili, to was zaczyna kłuć w oczy. Pan was nie kłuł.

Zadyszany spuścił głowę na piersi i przypatrywał się swoim wychudłym rękom. Po chwili znowu zaczął:

- Wreszcie komuż to koloniści odsprzedają swoje kolonie? Chłopom. Za Wisłą wszystko po nas wykupili chłopi i wszędzie-kupują tylko chłopi...

- Zawdy jeden z waszych chce grunt wytumanić ode mnie -odezwał się Ślimak.

- Ale... hale!... - wtrąciła Ślimakowa.

- Co on za jeden? - spytał chory.

- Bo ja wiem, co za jeden? - odparł Ślimak. - Byli tu u mnie już dwa razy, jakiś stary i jakiś brodaty, a łakomią się na oto górę. Mówią, że będą na niej wiatrak stawiać.

- To Hamer - półgłosem odezwała się podróżna patrząc na ojca.

- A, Hamer - powtórzył chory. - On i nam narobił kłopotu - dodał głośno. - Nasi chcieli iść za Bug, gdzie ziemia kupuje się po trzydzieści rubli morgę, a on ciągnął ich tutaj, dlatego że u was kolej budują. No, i kupili nasi tutaj ziemię po siedemdziesiąt pięć rubli morgę, no, i wleźli w długi u Żyda, i nie wiadomo, co jeszcze wyniknie.

Przez ten czas podróżna jadła chleb razowy i karmiła nim psa spoglądając na drugą stronę łąki, gdzie wśród ugoru rozłożył się tabor kolonistów.

- Jedźmy, ojcze - rzekła.

- Jedźmy - powtórzył chory. - A co się wam należy za mleko? - spytał Ślimaka.

Chłop wzruszył ramionami.

- Żebyśmy mieli - odparł - brać za taką rzecz pieniądze, to byśmy was nie zapraszali.

- Ha, Bóg wam zapłać, kiedyście na nas tacy łaskawi - rzekł chory.

- Szczęśliwa droga! - odpowiedzieli oboje Ślimakowie. Chory znowu układł się na wózku postękując, podróżna założyła sobie szlę na prawe ramię, przez piersi i pod lewą rękę, duży pies podniósł się z ziemi i otrząsnął na znak, że jest gotów do drogi.

- Bóg zapłać! bywajcie zdrowi!... - rzekł chory.

- Niech Bóg prowadzi!

Wózek z wolna potoczył się ku taborowi.

- Dziwny naród te Niemce - odezwał się Ślimak do żony. - On taki mądry, a jeździ wózkiem niby dziad.

- Albo i ona - odparła Ślimakowa. - Czy kto słyszał, żeby zaś taki kawał drogi ciągnąć starego jak koń?...

- Niezgorsi ludzie.

- Wcale nie najgorsi i niegłupi.

Po tej wymianie myśli małżonkowie wrócili do chaty. Rozmowa z chorym uspokoiła ich. Niemcy nie wydawali się im już tak strasznymi jak dawniej.

Po śniadaniu poszedł Owczarz na górę orać ziemię pod kartofle, a Ślimak wymknął się za nim.

- Miałeś przecie płot grodzić! - wołała za mężem gospodyni.

- Nie ucieknie! - odparł chłop i szybko drzwi za sobą zatrzasnął, gdyż lękał się, aby go nie zawróciła kobieta.

Dziedziniec przebiegł skulony chcąc w oczach niewiasty wydać się jak najmniejszym i chyłkiem wdrapał się na wzgórze, gdzie właśnie potniał nad pługiem kulawy Maciek.

- A co Szwaby? - spytał parobka.

Ślimak usiadł na zboczu góry tak, aby go z podwórza nie widziano, -i ostrożnie zapalił fajeczkę.

- Siądlibyście se tu - wskazał Maciek batem na wyniesione miejsce - to i na mnie przyszłoby trochę dymu.

- Co ci ta po dymie - odparł gospodarz spluwając. - Jak skończę, dom ci fajkę i się nią pocieszysz, a przynomni baby ślipie nie będą boleli, że styrczę na widoku.

Maciek poszedł zagonem cmokając na szkapy, a Ślimak siedział na zboczu i patrzył. Siedział, oparł łokcie na kolanach, a głowę na rękach, mu na kark zsunęło kapelusz, palił fajkę pomaleńku... pyk-pyk, i wciąż patrzył.

O kilkaset kroków od niego, za rzeką, na ugorze Niemcy rozkładali obóz. Ślimak wciąż palił fajkę, a spoglądał i każde drgnienie tej ciżby tłumaczył sobie w głowie.

Już Niemcy wozy płótnem kryte uszykowali w kwadrat, tworząc z nich jakby parkan, wewnątrz którego stoi bydło i konie, a zewnątrz kręcą się ludzie. Ten wydobywa przenośny żłób na czterech nóżkach i stawia go przed krowami, inny wsypuje tam obrok z maniaka, inny z wiadrami idzie po wodę do rzeki. Kobiety wynoszą spod płacht żelazne kociołki i woreczki legumin, a gromada dzieci biegnie do jarów po opał.

- Ale mają kupę hołoty! - odezwał się Ślimak. - Z całej wsi nie zebrałby tyle dziecisków.

- Jak wszów - odparł Maciek.

Chłop wciąż pali fajkę i dziwi się. Uroki czy co?... Wczoraj jeszcze pole to było puste i ciche, a dziś - istny jarmark. Ludzie nad wodą, ludzie w jarach, ludzie na zagonach. Tną krzaki, znoszą wiązki chrustu, palą ogniska, karmią i poją bydło. Już jeden Niemiec otworzył kramik na wozie i widać handluje, bo koło niego ciśnie się tłum kobiet i wyciąga ręce: ta po sól, tamta po ocet, inna po cukier. Już kilka młodych Niemek porobiły kołyski z płacht na widełkach i jedną ręką szumują zupę w kotłach, drugą huśtają płachty. Już znalazł się i konował, który ogląda nogę podbitej szkapie, już i cerulik, który goli na stopniu wozu starego Szwaba. W polu gwar, bieganina, robota, a na niebie słońce podnosi się coraz wyżej.

Ślimak odwrócił się do Owczarza.

- Miarkujesz ty, Maciek, jak ony prędko robią? Od nas, z chałupy, przecie bliżej do jarów niż z tela, a od nas idzie się po chrust na pół dnia. Te ci zasię pary uwinęły się we dwa pacierze.

- Oho-ho!... - odparł Maciek czując, że to do jego powolności wypito.

- Albo przypatrz ty się - mówi Ślimak - jak ony kupą wszystko robią? Przecie i nasi ludzie, bywa, że wyjdą gromadą; ale każdy krząta się sam za siebie, ino częściej odpoczywa albo jeszcze innym przeszkadza. Te zaś psiekrwie tak jakosik zwijają się, jakby jeden naglenia drugiego. Nie spróżnujesz, choćby cię kładło na ziemię, bo ci jeden tka w garść robotę, a już drugi na nią czeka i pili, żebyś kończył. Ino przypatrz się im i sam powiedz.

Dopalającą się fajkę oddał Owczarzowi i wrócił do chałupy zadumany.

- Wartki naród te Szwaby - mruczał - i mądry... Sokoli jego wzrok w pół godziny odkrył dwie tajemnice nowożytnej pracy: pośpiech i organizację.

Około południa przyszli do Ślimaków dwaj koloniści z taboru prosząc o sprzedanie masła, kartofli i siana. Masło i kartofle dano im bez targu, ale siana Ślimak odmówił.

- Dajta choć furę słomy - prosił jeden cudzoziemskim akcentem.

- Ni, ani słomy nie dom, bo ni mom - odparł Ślimak. Kolonista z gniewu cisnął czapkę na ziemię.

- A, szakrew, ten Hamer! - wołał - co on nam zmartwienia narobi!... Mówiła, szakrew, co mi tu nadziemy dworskie budynki i paszę, i szitko, a mi nie naleźli nic... We dwora paszi ni ma, a w budinkach sziedzą żydowskie karczowniki i gadają: "Nie ruszimy stąd!..."

Właśnie gdy koloniści z worami kartofli na plecach opuszczali podwórko, odprowadzeni przez rodzinę chłopa, na gościńcu ukazała się bryczka, a w niej dwu dawno znanych Ślimakowi Niemców: stary i brodaty. Byli to Hamerowie. Koloniści, rzuciwszy wory, z krzykiem zatrzymali bryczkę.

O czym rozmawiano? - chłop nie rozumiał. Widział tylko, że koloniści źli, że pokazują rękami to na chałupę Ślimaków, to na dworskie budynki. Raz nawet zwrócili się do niego mówiąc po polsku:

- Nawet głupi wi, co ćlowiek wyśpi się byle jak, ale stworzenie nie wyczyma w polu na zimny nocy!... Z takim lądem rok nie minie i diabli szitko wezmą...

Potem znowu krzyczeli po niemiecku, to jeden, to drugi po kolei, jakby nawet w wybuchach gniewu zachowywali systematyczność i porządek.

Natomiast obaj Hamerowie byli zupełnie spokojni. Cierpliwie i z uwagą słuchali wymyślania kolonistów, czasem tylko wtrącając jakieś słówko odpowiedzi. Gdy zaś koloniści zmęczyli się krzykiem, zabrał głos młodszy Hamer. Niedługa jego mowa widocznie ukoiła rozgniewanych, bo uścisnąwszy za rękę ojca i syna wzięli na plecy swoje kartofle i z wypogodzonymi twarzami poszli w stronę obozu.

- Jak się macie, gospodarzu! - zawołał z bryczki starszy Hamer do Ślimaka. - Cóż, zrobimy handel o grunta?

- Ni.

- Po co go ojciec zaczepia? - przerwał niecierpliwie młodszy. -Przyjdzie on sam do nas.

- Ni - odparł Ślimak dodając półgłosem: - A się hycle na mnie zajedli!...

Bryczka potoczyła się dalej. Chłop popatrzył za nią, podumał, wreszcie począł mówić do żony:

- To ci naród te Szwabska!... Hamery wyglądają na panów, a ci, co wzięli od nas kartofle, na chłopów; przecie jeden drugiemu rękę podaje za pan brat. U nas ludzie jak pogniewają się, to już nie wysłucha jeden drugiego; te zaś, pary, choć się gniewają, to zawdy jeden drugiego wyrozumie i zrobi spokój...

- Co ty, stary, wciąż ino wychwalasz Szwabów - przerwała my Ślimakowa - a o tym nie myślisz, że oni cię chcą gruntu pozbawić? Bój się ty Boga, Józek...

- Co mi ta zrobią! Gadaniem nic nie wskórają, bo zawdy im powiem, co wiem. A do rozboju przecie się nie wezmą.

- Kto ich wie - odparła kobieta. - To pewne, że ich jest wielga gromada, a tyś jeden.

- Wola boska! - westchnął chłop. - Rozum to oni, widzę, mają lepszy niż ja, ale kiedy przyjdzie na wytrzymałość - nie dadzą mi rady, oj, nie!... Przypatrz ty się - dodał po chwili - jaka to moc dzięciołów siada na jednej drzewinie, a wszyscy w nią kują. I co z tego?... Dzięcioł w końcu odleci, a drzewo zostaje drzewem. Tak i z chłopem. Siada na nim pan i kuje, siada gmina i kuje, siada Żyd i kuje, siada Niemiec i będzie kuł, ale przecie rady nam nie dadzą.

Ku wieczorowi przybiegła do Ślimaków stara Sobieska.

- Dajcie naparstek wódki - zawołała na progu - bo chyba dusza ze mnie ucieknie, takem pędziła z nowiną...

Nalano jej naparstek, którego olbrzym nie powstydziłby się nosić na palcu, a baba wypiwszy zaczęła:

- To ci u nas we wsi sądny dzień, Jezu!... Stary, widzicie, Grzyb, wciąż se układał z Orzechowskim, że koloniści tu nie przyda, a za to im, niby Grzybowi i Orzechowskiemu, uda się kupić ze śtyry albo i z pięć włók niby z gruntów dworskich... Bo oni, miarkujta se, chcą ożenić Jaśka Grzyba z Pawlinką, z Orzechowszczanką, i osadowić ich na roli po ślachecku. Bo przecie Pawlinką uczyła się przy dziedziczce haftu i dzirgania, a on, Jasiek, był przy kancelarii i tera se co święto chadza w surducie... Dajcie jeszcze naparsteczek gorzałki, bo mnie z wnątrza tak doi robak, że<