|
W tydzień
po kostiumowym balu dziedzic z żoną opuścili wieś
przenosząc się do Warszawy. Miejsce ich zajął
pełnomocnik Hirszgolda, piegowaty Żydek, który zamieszkał w
małym pokoiku w oficynie, żelazną sztabą zamykał drzwi
na noc i sypiał z dwoma rewolwerami pod poduszką, a po całych
dniach przeglądał albo pisał rachunki.
Ze dworu
część mebli wywieziono za państwem, resztę Hirszgold
kazał sprzedać. Jeden z okolicznej szlachty nabył sprzęty z
salonu, drugi z pokoju jadalnego, trzeci z sypialni. Bibliotekę kupili
Żydkowie na funty, proboszcz zaopatrzył się w amerykańskie
organy, ogrodowe kanapy i krzesła przeszły na własność
Grzyba, a Orzechowskiemu dostał się za trzy ruble wielki sztych Ledy
z łabędziem, do której nabywca modlił się z rodziną.
Posadzki wyjechały aż do guberni, aby tam przyozdobić lokal
sądu okręgowego, zaś adamaszkowe obicia ze ścian kupili
krawcy i przerobili je na gorsety dla wiejskich dziewuch.
Kiedy w
parę tygodni po wyjeździe państwa Ślimak zajrzał do
dworu, struchlał na widok zniszczenia. W oknach nie było szyb, przy
drzwiach na oścież otwartych ani jednej klamki, ściany obdarte,
podłogi wyrwane. Salon podobny był do gnojowiska, w buduarze pani
arendarka Joselowa postawiła kilka kojców z drobiem, a w kancelarii pana
mieszkało paru Żydków i leżały ogromne stosy pił,
toporów i łopat. Służba folwarczna, która według umowy
miała tu miejsce do św. Jana, wałęsała się z
kąta w kąt próżnując. Furman od cugowych koni pił na
zabój, szaf arka leżała chora na febrę, a jeden z fornalów
tudzież chłopak kredensowy siedzieli w areszcie gminnym,
oskarżeni o kradzież klamek i drzwiczek od pieców.
- Kara boska! -
szepnął chłop i strach go ścisnął na myśl o
nieznanej potędze, co w okamgnieniu zrujnowała dwór stojący od
wieków. Zdawało mu się, że nad wsią i doliną, gdzie
urodził się i wychował i gdzie na wieki spoczęli jego
prości ojcowie, że nad tym cichym kątem świata zwiesza
się niewidzialna chmura, z której spadł pierwszy piorun i
zdruzgotał siedzibę dziedziców.
W kilka dni
okolica zakipiała nowymi ludźmi. Byli to tracze i cieśle, po
największej części Niemcy, sprowadzeni do wykonania pilnej
roboty. Szli i jechali drogą około chaty Ślimaka gromadami,
niekiedy uszykowani jak wojsko. Roztarasowali się we dworze, wygnali
służbę z czworniaków, wyprowadzili resztę bydła z obór
i zapełnili wszystkie budynki. Nocami palili wielkie ogniska na
dziedzińcach, a rankami całą bandą maszerowali do lasu.
Z początku
nie znać było ich roboty. Wkrótce jednak, kto miał dobre ucho, a
stanął na wzgórzu, mógł słyszeć lecący od strony
lasu szmer. Szmer ten dzień po dniu dzielił się na pojedyncze
odgłosy, jakby kto palcami bębnił po stole, tak że w
końcu już całkiem wyraźnie słychać było
stukanie mnogich siekier i chrzęst walącego się drzewa. Las
jakby zniżał się, na jego falistym konturze ukazywały
się coraz to nowe zęby, w oczach ludzkich nikły
wierzchołki, w ciemnozielonej ścianie zaczęły
przeświecać jakby szpary, potem jakby okna, wreszcie - wyłomy,
przez które wyjrzało niebo, zdziwione, że pierwszy raz, jak
świat światem, patrzy na dolinę z tej strony.
Las padł.
Zostało tylko niebo i ziemia, a na niej trochę kęp jałowcu,
trochę leszczyny, trochę młodych sosenek, niepoliczone szeregi
pieńków i całe stosy leżących drzew, z których
pośpiesznie obcinano gałęzie. Nic z liściastego narodu nie
uszanował topór drapieżny.
Nic, nawet
dębu, po którego stuletniej korze ześlizgiwały się
wstęgi piorunów. Zapatrzony w niebo zwycięzca burz prawie nie dostrzegł
kręcących się u stóp jego robaków, a ciosy siekier nie
więcej go obchodziły od pukania dzięciołów. Padł
nagle, przekonany w ostatniej chwili, że to świat się
obalił i że na tak niepewnym świecie żyć nie warto.
Był inny
dąb, na którego zeschłej gałęzi powiesił się
kiedyś nieszczęsny Szymon Gołąb. Lu4zie odtąd mijali
go ze strachem. Toteż ujrzawszy gromadę traczów z siekierami
zaszemrał: "Uciekajcie stąd, bo imię moje znaczy śmierć.
Jeden tylko człowiek dotknął ręką mych konarów i
umarł." Gdy zaś tracze, zamiast usłuchać jego
życzliwych upomnień, poczęli go rąbać i coraz
głębiej zapuszczać mu w ciało ostre żelaza, wpadł
w straszny gniew, ryknął: "Zdruzgoczę was!..." i
obalił się na ziemię.
Sosna, w której
dziupli kryła się para wiewiórek, widząc powszechne zniszczenie
cieszyła się nadzieją, że uniknie złego losu przez
wzgląd na swoich lokatorów: "Litość ich wzruszy, bo
cóż są im winne biedne, małe wiewiórki?" - szeptała i
padła miażdżąc własnym ciężarem wystraszone
zwierzątka.
Tak
ginęły mocne drzewa jedno po drugim; nad ich grobem płakała
mgła nocna i kwiliły ptaki pozbawione ojczystych siedzib.
Starsze od lasu
i mocniejsze od dębów były ogromne kamienie, gęsto rozsiane po
polach. Chłopi nie tykali ich, raz dlatego, że żaden nie
dał się ruszyć z miejsca, a po drugie, że nie były im
na nic potrzebne. Zresztą tułało się między
ludźmi podanie, że za pierwszych dni stworzenia zbuntowane
diabły ciskały tymi kamieniami w aniołów i że ruszać
ich nie warto, bo na całą okolicę mogłoby spaść
nieszczęście. Leżał więc każdy na swoim miejscu,
otoczony kępą trawy i mchem porosły. Co najwyżej pastuch,
nocujący w polu, rozpalał pod nim ognisko, zmęczony rata j
kładł się na południowy spoczynek albo chytry na pieniądze
człowiek szukał pod nim ukrytych skarbów. Gorszego nic im się
nie zdarzyło.
Dziś
przecie i dla głazów wybiła ostatnia godzina. Współcześnie
z niszczeniem lasu jakowiś ludzie poczęli przesiadywać
około sędziwych kamieni. Na wsi z początku myślano, że
Niemcy szukają skarbów, ale wnet Jędrek wypatrzył, że oni
wiercą dziury.
- No, i nie
głupie te Szwaby, żeby wiercić kamienie - mówiła
zmywając naczynia Ślimakowa do starej Sobieskiej. - Choroba wie, na
co im to?...
- E... widzicie,
kumo, ja wiem, na co oni to robią - odparła baba przymykając
czerwone oczy.
- Na cóż by?
Chyba przez swoje głupstwo.
- Ni!... -
prawiła Sobieska. - Oni, widzicie, wiercą, bo oni, widzicie,
słyszeli, że w takim kamieniu siedzi żaba...
- Więc co z
tego? - zapytała Ślimakowa.
- Więc oni,
widzicie, chcą zobaczyć, czy to prawda.
- No, a z
tego im co?
- A
choroba ich wie - odpowiedziała Sobieska tak przekonywającym tonem,
że Ślimakowa uznała kwestię za wyczerpaną.
Tymczasem
Niemcy nie szukali żab w kamieniach, lecz w wywiercone dziury
zakładali naboje, przysypywali je piaskiem i poczęli głazy rozsadzać.
Cały dzień trwała kanonada, której huk rozchodził się
po najdalszych krańcach doliny, głosząc wszystkim i każdemu
z osobna, że nawet skała nie oprze się Niemcowi.
- Twardy
naród te Szwaby! - mruknął Ślimak przypatrując się
podruzgotanym olbrzymom.
I pomyślał
o kolonistach, którzy nabyli grunta dworskie, a chcieli kupić jego
ziemię.
- Cosik ich nie
widać - dodał. - Może wcale nie przyjdą?...
Koloniści
jednak przyszli.
Pewnego dnia,
było to w początkach kwietnia. Ślimak jak zwykle wyszedł przed
wschodem słońca z chaty zmówić pacierz i zobaczyć, jaka
będzie pogoda. Wschód już jaśniał, gwiazdy pobladły,
tylko jutrzenka błyszczała jak klejnot na niebie, a na ziemi
witały ją świergotem zbudzone ptaki.
Chłop
utkwił oczy we mgle, co na kształt śniegu bieliła pola i
łąki, i szeptał: "Kiedy ranne wstają zorze."
Nagle od strony górnych pól usłyszał hałas. Było to
skrzypienie z wolna toczących się wozów i głośna rozmowa
ludzi.
Zaciekawiony
wbiegł na pagórek z sosną i ujrzał niezwykły korowód.
Był to długi szereg wozów okrytych płótnem, spod którego
wyglądały tu ludzkie głowy, tam sprzęty domowe albo
rolnicze narzędzia. Przy wozach szli albo siedzieli na kozłach, z
nogami zwieszonymi na orczyki, ludzie w długich granatowych kapotach i w
kaszkietach. Do niektórych wozów przywiązane były krowy, w
dłuższych odstępach między wozami uwijały się
niewielkie gromadki świń. Na samym końcu toczył się
wózek, mało co większy od dziecinnego, na którym leżał
mężczyzna z nogami zwieszonymi do ziemi, ciągniony z jednej strony
dyszla przez psa, z drugiej przez kobietę.
"Szwaby
idą - przemknęło chłopu przez głowę, ale
odepchnął pierwszą myśl. - Może to Cygany? -
dumał. - Ni, Cygany noszą się czerwono, a ci granatowo i
żółto. A może to tracze?... Tracze nie ciągnęliby za
sobą bydła, wreszcie, po co by tu szli, kiedy już lasu nie
ma?..."
Tak bił
się chłop z myślami, a raczej uciekał przed jedną,
że -idą koloniści, którzy kupili dworskie grunta.
- Oni albo i nie
oni - poszeptywał, zapatrzony w gościniec.
Tymczasem Niemcy
zjechali w dół i przez chwilę nie było ich widać.
Chłop przetarł oczy. Może rozpłynęli się w
dziennym świetle, a może ich ziemia pochłonęła? Gdzie
zaś!... Wiatr powiał z tamtej strony i znowu przyniósł powolny
turkot kół, skrzypienie dyszlów, gwar ludzkich głosów. Znowu spoza
góry wychyliły się łby końskie, granatowe kaszkiety
woźniców, szare płachty wozów i głowy Niemek w pstrych chustkach
zawiązanych pod brodę. Ziemia krok za krokiem ustępuje pod
kopytami ich wychudłych koni. Już wjechali na ostatni szczyt, oblani
złotymi potokami słońca, krzykliwi, jaśniejący, witani
śpiewem skowronków, które w jesieni będą łapać i
zjadać.
Daleko za nimi,
gdzie za mgłą czarny las majaczył, słychać było
głos kościelnego dzwonu. Czy on, jak zwykle, wzywa ludzi do pacierza,
czyli też ogłasza im najście obcego narodu?...
Ślimak
obejrzał się. W chatach, po drugiej strome doliny, drzwi były
pozamykane; na podwórkach nikt nie ruszał się i zapewne nikt by nie
wybiegł przed wrota, gdyby nawet zawołać:
"Patrzajta,
gospodarze, co tu Niemców wali!..." Wieś jeszcze spała.
Teraz sznur
wozów, napełnionych gwarliwymi ludźmi, począł wymijać
chałupę Ślimaka. Zmęczone konie szły z wolna, krowy
ledwie nogi wlokły, świnie kwicząc potykały się. Tylko
ludzie byli kontenci, śmieli się, krzyczeli z wozu do wozu i
rękami albo batami ukazywali na dolinę. Wreszcie zjechali na
dół, wyminęli most i skręcili na lewo, na otwarte pole.
We dwa albo i we
trzy pacierze po nich ukazał się wózek, ciągniony przez psa i
kobietę, i stanął obok wrót Ślimakowej zagrody. Tu wielki
pies upadł na ziemię ciężko dysząc,
mężczyzna z trudnością podniósł się na wózku i
usiadł, a kobieta zdjęła szlę z karku i ocierając
spotniałe czoło patrzyła na chatę Ślimaków.
Chłopa
tknęła litość. Zeszedł z pagórka i zbliżył
się do podróżnych.
-
Skądeście, ludzie, i coście za jedni? - zapytał.
- My
koloniści, aże zza Wisły - odpowiedziała kobieta. - Nasi
kupili tu ziemię, więc idziemy za nimi.
- A wyście
ziemi nie kupili? Kobieta wzruszyła ramionami.
- To u was taki
zwyczaj, że baby chłopów ciągną? - pytał dalej
Ślimak.
- Cóż
robić, kiedy konia nie mamy, a na własnych nogach ojciec by nie
zaszedł.
- To wasz
ojciec? Podróżna skinęła głową.
- I taki chory?
-Jo.
Chłop
zamyślił się.
- To niby on po
proszonym jeździ za gromadą? - spytał znowu.
- O nie!... -
odparła z energią. - Ojciec uczy dzieci, a ja, jak mam czas, to
szyję, a jak nie mam co szyć, wynajmuję się do roboty w
polu.
Ślimak
patrzył na nią zdziwiony, wreszcie rzekł:
- Wy musi
że nie jesteście Niemce, kiej tak gładko po naszemu gadacie?
- My z Niemców -
odparła kobieta.
- My Niemcy -
odezwał się po raz pierwszy człowiek z wózka. W czasie tej
rozmowy wyszła z chaty i zbliżyła się do wrót
Ślimakowa z Jędrkiem.
- Tęgi
pies! - zawołał Jędrek.
- Przypatrz no
się - rzekł do niego Ślimak - jak ta pani bez całą
drogę ciągnie chorego ojca na wózku. A ty byś, hyclu, tak
zrobił?
- Co bym
miał robić? Albo tatulo nie mają koni!... - odparł
chłopak.
- I my
mieli konia, ale teraz nie mamy - mruknął podróżny z wózka.
Był
to człowiek chudy, blady, z rudymi włosami i takimże zarostem.
- Pewnie
byśta sobie wypoczęli i zjedli co po takiej drodze? -zwrócił
się Ślimak do podróżnej.
- Ja nie
chcę jeść - odparła kobieta - ale ojciec może
napiłby się mleka.
- Biegaj,
Jędrek, po mleko - rzekł Ślimak.
- Bez
obrazy - odezwała się Ślimakowa - ale wy, Niemce, musi że
nie mata własnego kraju, kiej przychodzicie tu do nas?
- Tu nasz
kraj - odparła podróżna. - Ja przecie tu urodzona, za
Wisłą.
Człowiek
siedzący na wózku niechętnie machnął ręką i
począł mówić głosem urywanym:
- My,
Niemcy, mamy swój kraj, nawet większy od waszego, ale tam źle. Ludzi
dużo, ziemi mało, o zarobek trudno. A jeszcze musim płacić
wielkie podatki, a jeszcze w wojsku służba ciężka, a
jeszcze rozmaitymi karami okładają człowieka...
Zakaszlał
się, trochę odpoczął i mówił dalej:
-
Każdy chce, żeby mu dobrze było na świecie, i jeszcze chce
tak żyć, jak jemu się podoba, a nie tak, jak inni mu
każą... W naszym kraju jest źle, no więc przychodzimy tu...
Jędrek
przyniósł mleko i oddał je podróżnej, która napoiła ojca.
- Bóg wam
zapłać! - westchnął chory. - Tu są dobrzy ludzie...
- Ino
żebyśta wy nam nie narobili złego - półgłosem
odezwała się Ślimakowa.
- Co my
wam możemy zrobić? - zapytał chory. - Czy wam ziemię
zabierzemy? czy może w szkodę bydło wpędzimy? czy
będziem kraść albo rozbijać?... Nasi są ludzie
spokojni, nikomu w drogę nie włażą, byle im nikt nie
lazł...
- Zawdy
kupiliśta naszą wieś - wtrącił Ślimak.
- A po co
ją wasz pan sprzedał? - rzekł chory. - Gdyby na tych gruntach
zamiast jednego pana, który nic nie robił, tylko pieniądze
wydawał, siedziało ze trzydziestu chłopów, nasi by fu nie
przyszli. Albo - dlaczego wy sami nie kupiliście wsi całą
gromadą. Taki wasz pieniądz jak i nasz, takie wasze prawa jak i
nasze. Ale choć z dawien dawna siedzicie na miejscu, nie dbaliście o
kupienie tych gruntów, aż trzeba było zza Wisły kolonistów
sprowadzić. I dopiero jak nasi kupili, to was zaczyna kłuć w
oczy. Pan was nie kłuł.
Zadyszany
spuścił głowę na piersi i przypatrywał się swoim
wychudłym rękom. Po chwili znowu zaczął:
- Wreszcie
komuż to koloniści odsprzedają swoje kolonie? Chłopom. Za
Wisłą wszystko po nas wykupili chłopi i
wszędzie-kupują tylko chłopi...
- Zawdy
jeden z waszych chce grunt wytumanić ode mnie -odezwał się
Ślimak.
- Ale...
hale!... - wtrąciła Ślimakowa.
- Co on za
jeden? - spytał chory.
- Bo ja
wiem, co za jeden? - odparł Ślimak. - Byli tu u mnie już dwa
razy, jakiś stary i jakiś brodaty, a łakomią się na
tę oto górę. Mówią, że będą na niej wiatrak
stawiać.
- To Hamer
- półgłosem odezwała się podróżna patrząc na
ojca.
- A, Hamer
- powtórzył chory. - On i nam narobił kłopotu - dodał
głośno. - Nasi chcieli iść za Bug, gdzie ziemia kupuje
się po trzydzieści rubli morgę, a on ciągnął ich
tutaj, dlatego że u was kolej budują. No, i kupili nasi tutaj
ziemię po siedemdziesiąt pięć rubli morgę, no, i
wleźli w długi u Żyda, i nie wiadomo, co jeszcze wyniknie.
Przez ten
czas podróżna jadła chleb razowy i karmiła nim psa
spoglądając na drugą stronę łąki, gdzie
wśród ugoru rozłożył się tabor kolonistów.
-
Jedźmy, ojcze - rzekła.
-
Jedźmy - powtórzył chory. - A co się wam należy za mleko? -
spytał Ślimaka.
Chłop
wzruszył ramionami.
-
Żebyśmy mieli - odparł - brać za taką rzecz
pieniądze, to byśmy was nie zapraszali.
- Ha, Bóg
wam zapłać, kiedyście na nas tacy łaskawi - rzekł
chory.
-
Szczęśliwa droga! - odpowiedzieli oboje Ślimakowie. Chory znowu
układł się na wózku postękując, podróżna
założyła sobie szlę na prawe ramię, przez piersi i pod
lewą rękę, duży pies podniósł się z ziemi i
otrząsnął na znak, że jest gotów do drogi.
- Bóg
zapłać! bywajcie zdrowi!... - rzekł chory.
- Niech
Bóg prowadzi!
Wózek z
wolna potoczył się ku taborowi.
- Dziwny
naród te Niemce - odezwał się Ślimak do żony. - On taki
mądry, a jeździ wózkiem niby dziad.
- Albo i
ona - odparła Ślimakowa. - Czy kto słyszał, żeby
zaś taki kawał drogi ciągnąć starego jak koń?...
- Niezgorsi
ludzie.
- Wcale nie
najgorsi i niegłupi.
Po tej wymianie
myśli małżonkowie wrócili do chaty. Rozmowa z chorym
uspokoiła ich. Niemcy nie wydawali się im już tak strasznymi jak
dawniej.
Po
śniadaniu poszedł Owczarz na górę orać ziemię pod
kartofle, a Ślimak wymknął się za nim.
-
Miałeś przecie płot grodzić! - wołała za
mężem gospodyni.
- Nie ucieknie!
- odparł chłop i szybko drzwi za sobą zatrzasnął, gdyż
lękał się, aby go nie zawróciła kobieta.
Dziedziniec
przebiegł skulony chcąc w oczach niewiasty wydać się jak
najmniejszym i chyłkiem wdrapał się na wzgórze, gdzie
właśnie potniał nad pługiem kulawy Maciek.
- A co
Szwaby? - spytał parobka.
Ślimak
usiadł na zboczu góry tak, aby go z podwórza nie widziano, -i
ostrożnie zapalił fajeczkę.
-
Siądlibyście se tu - wskazał Maciek batem na wyniesione miejsce
- to i na mnie przyszłoby trochę dymu.
- Co ci ta
po dymie - odparł gospodarz spluwając. - Jak skończę, dom
ci fajkę i się nią pocieszysz, a przynomni baby ślipie nie
będą boleli, że styrczę na widoku.
Maciek
poszedł zagonem cmokając na szkapy, a Ślimak siedział na
zboczu i patrzył. Siedział, oparł łokcie na kolanach, a
głowę na rękach, aż mu na kark zsunęło kapelusz,
palił fajkę pomaleńku... pyk-pyk, i wciąż
patrzył.
O kilkaset
kroków od niego, za rzeką, na ugorze Niemcy rozkładali obóz.
Ślimak wciąż palił fajkę, a spoglądał i
każde drgnienie tej ciżby tłumaczył sobie w głowie.
Już
Niemcy wozy płótnem kryte uszykowali w kwadrat, tworząc z nich jakby
parkan, wewnątrz którego stoi bydło i konie, a zewnątrz
kręcą się ludzie. Ten wydobywa przenośny żłób na
czterech nóżkach i stawia go przed krowami, inny wsypuje tam obrok z
maniaka, inny z wiadrami idzie po wodę do rzeki. Kobiety wynoszą spod
płacht żelazne kociołki i woreczki legumin, a gromada dzieci
biegnie do jarów po opał.
- Ale
mają kupę hołoty! - odezwał się Ślimak. - Z
całej wsi nie zebrałby tyle dziecisków.
- Jak
wszów - odparł Maciek.
Chłop
wciąż pali fajkę i dziwi się. Uroki czy co?... Wczoraj
jeszcze pole to było puste i ciche, a dziś - istny jarmark. Ludzie
nad wodą, ludzie w jarach, ludzie na zagonach. Tną krzaki,
znoszą wiązki chrustu, palą ogniska, karmią i poją
bydło. Już jeden Niemiec otworzył kramik na wozie i widać
handluje, bo koło niego ciśnie się tłum kobiet i
wyciąga ręce: ta po sól, tamta po ocet, inna po cukier. Już
kilka młodych Niemek porobiły kołyski z płacht na
widełkach i jedną ręką szumują zupę w
kotłach, drugą huśtają płachty. Już znalazł
się i konował, który ogląda nogę podbitej szkapie, już
i cerulik, który goli na stopniu wozu starego Szwaba. W polu gwar, bieganina,
robota, a na niebie słońce podnosi się coraz wyżej.
Ślimak
odwrócił się do Owczarza.
-
Miarkujesz ty, Maciek, jak ony prędko robią? Od nas, z chałupy,
przecie bliżej do jarów niż z tela, a od nas idzie się po chrust
na pół dnia. Te ci zasię pary uwinęły się we dwa
pacierze.
-
Oho-ho!... - odparł Maciek czując, że to do jego powolności
wypito.
- Albo
przypatrz ty się - mówi Ślimak - jak ony kupą wszystko
robią? Przecie i nasi ludzie, bywa, że wyjdą gromadą; ale
każdy krząta się sam za siebie, ino częściej odpoczywa
albo jeszcze innym przeszkadza. Te zaś psiekrwie tak jakosik zwijają
się, jakby jeden naglenia drugiego. Nie spróżnujesz, choćby
cię kładło na ziemię, bo ci jeden tka w garść
robotę, a już drugi na nią czeka i pili, żebyś
kończył. Ino przypatrz się im i sam powiedz.
Dopalającą
się fajkę oddał Owczarzowi i wrócił do chałupy
zadumany.
- Wartki
naród te Szwaby - mruczał - i mądry... Sokoli jego wzrok w pół
godziny odkrył dwie tajemnice nowożytnej pracy: pośpiech i
organizację.
Około
południa przyszli do Ślimaków dwaj koloniści z taboru
prosząc o sprzedanie masła, kartofli i siana. Masło i kartofle
dano im bez targu, ale siana Ślimak odmówił.
- Dajta
choć furę słomy - prosił jeden cudzoziemskim akcentem.
- Ni, ani
słomy nie dom, bo ni mom - odparł Ślimak. Kolonista z gniewu
cisnął czapkę na ziemię.
- A,
szakrew, ten Hamer! - wołał - co on nam zmartwienia narobi!...
Mówiła, szakrew, co mi tu nadziemy dworskie budynki i paszę, i
szitko, a mi nie naleźli nic... We dwora paszi ni ma, a w budinkach
sziedzą żydowskie karczowniki i gadają: "Nie ruszimy
stąd!..."
Właśnie
gdy koloniści z worami kartofli na plecach opuszczali podwórko,
odprowadzeni przez rodzinę chłopa, na gościńcu ukazała
się bryczka, a w niej dwu dawno znanych Ślimakowi Niemców: stary i
brodaty. Byli to Hamerowie. Koloniści, rzuciwszy wory, z krzykiem
zatrzymali bryczkę.
O czym
rozmawiano? - chłop nie rozumiał. Widział tylko, że
koloniści są źli, że pokazują rękami to na
chałupę Ślimaków, to na dworskie budynki. Raz nawet zwrócili
się do niego mówiąc po polsku:
- Nawet
głupi wi, co ćlowiek wyśpi się byle jak, ale stworzenie nie
wyczyma w polu na zimny nocy!... Z takim lądem rok nie minie i diabli szitko
wezmą...
Potem znowu
krzyczeli po niemiecku, to jeden, to drugi po kolei, jakby nawet w wybuchach
gniewu zachowywali systematyczność i porządek.
Natomiast obaj
Hamerowie byli zupełnie spokojni. Cierpliwie i z uwagą słuchali
wymyślania kolonistów, czasem tylko wtrącając jakieś
słówko odpowiedzi. Gdy zaś koloniści zmęczyli się
krzykiem, zabrał głos młodszy Hamer. Niedługa jego mowa
widocznie ukoiła rozgniewanych, bo uścisnąwszy za rękę
ojca i syna wzięli na plecy swoje kartofle i z wypogodzonymi twarzami
poszli w stronę obozu.
- Jak się
macie, gospodarzu! - zawołał z bryczki starszy Hamer do Ślimaka.
- Cóż, zrobimy handel o grunta?
- Ni.
- Po co go
ojciec zaczepia? - przerwał niecierpliwie młodszy. -Przyjdzie on sam
do nas.
- Ni -
odparł Ślimak dodając półgłosem: - A się hycle na
mnie zajedli!...
Bryczka
potoczyła się dalej. Chłop popatrzył za nią,
podumał, wreszcie począł mówić do żony:
- To ci naród te
Szwabska!... Hamery wyglądają na panów, a ci, co wzięli od nas
kartofle, na chłopów; przecie jeden drugiemu rękę podaje za pan
brat. U nas ludzie jak pogniewają się, to już nie wysłucha
jeden drugiego; te zaś, pary, choć się gniewają, to zawdy
jeden drugiego wyrozumie i zrobi spokój...
- Co ty, stary,
wciąż ino wychwalasz Szwabów - przerwała my Ślimakowa - a o
tym nie myślisz, że oni cię chcą gruntu pozbawić? Bój
się ty Boga, Józek...
- Co mi ta
zrobią! Gadaniem nic nie wskórają, bo zawdy im powiem, co wiem. A do
rozboju przecie się nie wezmą.
- Kto ich wie -
odparła kobieta. - To pewne, że ich jest wielga gromada, a tyś
jeden.
- Wola boska! -
westchnął chłop. - Rozum to oni, widzę, mają lepszy
niż ja, ale kiedy przyjdzie na wytrzymałość - nie
dadzą mi rady, oj, nie!... Przypatrz ty się - dodał po chwili -
jaka to moc dzięciołów siada na jednej drzewinie, a wszyscy w
nią kują. I co z tego?... Dzięcioł w końcu odleci, a
drzewo zostaje drzewem. Tak i z chłopem. Siada na nim pan i kuje, siada
gmina i kuje, siada Żyd i kuje, siada Niemiec i będzie kuł, ale
przecie rady nam nie dadzą.
Ku wieczorowi
przybiegła do Ślimaków stara Sobieska.
- Dajcie
naparstek wódki - zawołała na progu - bo chyba dusza ze mnie
ucieknie, takem pędziła z nowiną...
Nalano jej
naparstek, którego olbrzym nie powstydziłby się nosić na palcu,
a baba wypiwszy zaczęła:
- To ci u
nas we wsi sądny dzień, Jezu!... Stary, widzicie, Grzyb,
wciąż se układał z Orzechowskim, że koloniści tu
nie przyda, a za to im, niby Grzybowi i Orzechowskiemu, uda się kupić
ze śtyry albo i z pięć włók niby z gruntów dworskich... Bo
oni, miarkujta se, chcą ożenić Jaśka Grzyba z
Pawlinką, z Orzechowszczanką, i osadowić ich na roli po
ślachecku. Bo przecie Pawlinką uczyła się przy dziedziczce
haftu i dzirgania, a on, Jasiek, był przy kancelarii i tera se co
święto chadza w surducie... Dajcie jeszcze naparsteczek
gorzałki, bo mnie z wnątrza tak doi robak, że< |