|
Nigdy
jeszcze Ślimak nie czul się tak zadowolonym jak tej wiosny. Bo i
odpoczął za wszystkie czasy, i pieniądze płynęły
mu do skrzyni, i napatrzył się nowych rzeczy.
Dawniej
dzień wlókł mu się ciężko. Ledwie zmęczony
pracą chłop rzucił się na pościel i zasnął
twardo jak kamień, aliści już kobieta zdziera z niego okrycie i
woła:
Wstawaj,
Józek, bo dzień...
"Jaki
tam dzień?... - pomyślał zdziwiony - przecie dopiero co się
układłem." Mimo to zbierał swoje kości, z których
każda osobno trzymała się pościeli, na miły Bóg nie
chcąc wstawać, przecierał oczy, ziewał, aż mu w karku
trzeszczało, i rad nierad podnosił się.
Było
mu tak ciężko, że niekiedy z upodobaniem marzył o
wiekuistym śnie w ziemi, A tu żona wciąż pili:
"Wstawajże... umyjże się!... ogarnij się... bo
spóźnisz się i wytrącą ci z zapłaty..."
Więc
ogarniał się, wyprowadzał ze stajenki konie, równie jak on
zmęczone, i wlókł się na robotę do dworu albo do
miasteczka, skąd rozwoził Żydków po świecie. Nieraz go tak
zmogło, że stanąwszy na progu chałupy szeptał:
"Taki zostanę w domu!..." Ale bał się żony,
wreszcie i żal mu było zarobku, bez którego nie związałby
końca z końcem w gospodarstwie.
Dziś
co innego, dzisiaj Ślimak wysypia się, ile chce. Czasem żona z
przyzwyczajenia targnie go za nogę mówiąc: " Wstawaj,
Józek!" - ale wówczas chłop odchyliwszy jedno oko, żeby mu sen
nie uciekł, mruczy: "Daj mi spokój!" - i śpi dalej, bodajby
do siódmej godziny, kiedy we wsi kościelnej dzwonią na mszę
poranną.
W istocie
nie miał do czego wstawać. Wiosenne roboty w polu od dawna
ukończył Maciek, Żydki z miasteczka rozsypały się
wzdłuż budującej się kolei, a do dworu także nikt nie
wołał Ślimaka, bo dworu - nie było.
Czasem po
parę dni nie tknął żadnej roboty. Palił fajkę,
wałęsał się między budynkami albo oglądał
bujnie wschodzące zasiewy. Najmilszą jednak rozrywką dla niego
było wejść na wzgórze, ukłaść się pod sosną
i patrzyć na wyrastające z ziemi jak grzyby kolonie niemieckie.
Do
końca maja Hamer już się całkowicie pobudował, a trzej
inni sąsiedzi Ślimaka: Gede, Treskow i Pifke, kończyli swoje
folwarki. Ładnie było spojrzeć na ich gospodarstwo. Każdy
folwark stał na środku pól, a wszystkie podobne do siebie jak krople
wody. Przy drodze dwumorgowy ogród, otoczony drewnianym płotem w kwadrat;
przy jednej ścianie płotu dom złożony z czterech wielkich
izb, kryty gontem, a za domem ogromny dziedziniec, wokoło zamknięty
budynkami.
Każda
z tych budowli była bez porównania szersza, dłuższa i
wyższa od chłopskich; wyglądały czysto i gładko, lecz
zarazem sztywnie i surowo, bo kiedy na chłopskich chatach czy szopach
dachy pochylają się w cztery strony, u Niemców dachy spadały
tylko na front i na tył domu.
Za to
widać było duże okna sześcioszybne i drzwi robione po stolarsku.
Jędrek zaś, który co dzień wybiegał między Niemców,
opowiadał jeszcze, że w izbach jest podłoga, że kuchnia w
domu jest osobno i ma piece z żelaznymi blatami.
Takim to
porządkom gospodarskim przypatrywał się Ślimak spod swojej
sosny, marząc, że kiedyś i on zabuduje się w podobny
sposób, tylko dachy postawi inne. I gdy tak marzył, czasem - coś
Stawiało go na nogi. Chciał gdzieś iść i zabrać
się do jakiejkolwiek roboty, bo mu było nudno i wstyd, że
próżnuje; to znowu ogarniał go niepokój, jakby ktoś pukał
mu do piersi i pytał: "A co będzie dalej?..."
Wówczas
zdejmowała go tęsknota za dworem i za tymi polami, po których
niedawno chodził z pługiem, gdzie dziś wyrosły kolonie. To
znowu opanowywał go wielki strach, że nie da sobie rady, jak się
wezmą do niego Niemcy, którzy las wycięli, potrzaskali kamienie, ba,
wygnali samego dziedzica...
Wnet
jednak chłop zbierał rozpierzchnięte myśli i uspokajał
się. Patrzy przecie na Niemców i sąsiaduje z nimi już blisko dwa
miesiące, i nic złego od nich nie doświadcza. Robią
koło swoich budynków, bydła pilnują, żeby nie
właziło w szkodę, a nawet dzieci ich nie zbytkują, tylko
uczą się w domu Hamera, gdzie osiadł chorowity bakałarz.
-
Porządny to naród - mówi sobie Ślimak - i nawet lepiej z nimi,
niż było za dziedzica.
Jest
lepiej, ponieważ od dnia przyjazdu wiele u Ślimaków kupują i
dobrze płacą.
Sprzedał
im do tej pory dwoje cieląt, trzynaścioro prosiąt,
jedenaście gęsi i szesnaście korcy zboża, nie licząc
drobiu, masła i kartofli. Nawet zapleśniały wianek grzybów - i ten
im się przydał, i za niego zapłacili.
W
miesiąc niespełna wziął od nich Ślimak ze sto rubli
bez pracy; za co we dworze trzeba było dobrze namordować się
cały rok.
Wprawdzie
żona nieraz mówiła mu:
- Co ty se
myślisz, Józek, że oni zawsze będą od ciebie kupować?
Przecie oni także mają gospodarstwa, i lepsze od twego.
Radość z nimi będziesz miał co nowyży do zimy, bo
potem na owinięcie palca od nas nie kupią.
- Zobaczy
się, jak będzie - odpowiadał chłop. W duszy zaś
przemyśliwał, że choćby nie kupowali Niemcy, to jeszcze
niemało zarobi od tych, co kolej budują, byle tylko zbliżyli
się w tę stronę. Robił nawet zakupy. Nabył parę
wieprzków od Grochowskiego, od Wiśniewskiego kilkoro gęsi, a gdy
Niemcy już mniej wypytywali się o masło, kazał je
żonie składać i solić.
- Nie bój
się - mówił - wszystko rozkupią kolejowniki. Przecie
pamiętasz, co nam te inżyniery gadały.
Parę
razy w swoich handlowych wycieczkach spotykał Josela, który patrzył
na niego drwiąco i uśmiechał się'.
"Zły
na mnie, kondel! - myślał Ślimak. - Boi się, że mu
uszczypnę zarobku."
Raz
zaczepił go szynkarz.
-
Ślimaku - rzekł - zróbcie wy ze mną interes.
- Jaki
tam?
-
Wybudujcie na swoich gruntach chałupę dla mego szwagra.
- A
cóż on będzie robił?
- On
będzie handlował z kolejarzami. Inaczej zobaczyła, że
Niemcy zabiorą nam wszystko sprzed nosa. Ślimak pomyślał i
odparł:
- Ni, nie
chcę Żyda na moim gruncie. Niejednego już wy zjedliśta,
pejsaki, co was przyjął w komorne.
- Wy z
Żydem nie chcecie mieszkać - odparł gniewnie Josel -ale z
Niemcami umiecie się nawet modlić. Zobaczymy, co wam z tego
przyjdzie.
-
Węszy on tu, para, wielkie zarobki! - rzekł do siebie Ślimak
patrząc na Żyda, który pobladł ze złości.
I po trochu
robił dalej zakupy. Raz nabył ćwiartkę jagieł, innego
dnia pół korca krup jęczmiennych, to znowu krąg sadła.
Włócząc
się tak po okolicy (bo w swojej wsi gospodarze nie chcieli mu nic
sprzedawać) poznał, że ceny na wszystko poszły w górę.
A gdy pytał chłopów i gospodyń, czemu się tak
drożą? -odpowiadali:
- Po co mamy
woma sprzedawać tanio, kiedy nam dziś - jutro zapłacą
lepiej.
- Któż wam
zapłaci?
- A choćby
i te Niemce, co osiedli w waszej wsi.
- To oni i
u was kupują? - spytał zaciekawiony Ślimak.
- Od kiedy
już... Niech ino jest co większego na zbyciu, wnet zajedzie Niemiec,
jeszcze pierwej od Żyda, i płaci bez targu. A co się dla nich
miele mąki we młynie!... Tyle, jakby na wojnę szło.
"Ha!
- pomyślał Ślimak - skupują po wsiach, bo zboże
jeszcze w polu, a ich dużo narodu."
Handlowe
operacje Ślimaka i bratanie się z Niemcami ogromnie nie podobały
się chłopom z jego wsi. Nawet pod kościołem w
niedzielę nie bardzo który odpowiadał mu: "Na wieki
wieków." Gdy zaś Ślimak przechodził koło jakiej
gromady, wtedy głośno rozmawiali między sobą o
odstępcach świętej wiary katolickiej, którzy mogą
ściągnąć na ludzi gniew boży.
Nawet
Sobieska wpadała do ich chaty rzadziej i ukradkiem, a raz wypiwszy wódki -
rzekła:
- Bo to
gadają u nas, żeście się całkiem wykrzcili na
Szwaba... Prawda - dodała po chwili-że Bóg miłosierny
wszędzie jeden, ale zawdy Szwab to rzecz paskudna!...
Aby
stłumić plotki, za radą żony Ślimak dał jednej
niedzieli wikaremu na wotywę i tego dnia z żoną i Jędrkiem
był u spowiedzi. Nic mu to jednak nie pomogło. Wnet bowiem Grzyb pod
kościołem, a Josel wieczorem w karczmie wytłumaczyli
gospodarzom, że Ślimak nie modliłby się tak gorąco,
gdyby na nim nie ciążyły grzechy.
-
Musiał on cosik dobrego zmajstrować, kiedy aż oboje z babą
do spowiedzi poszli!... - mówili chłopi popijając piwo.
W
końcu maja Owczarz doniósł Ślimakowi, że od kilku dni
'Niemcy przed wschodem słońca wysyłają gdzieś
furmanki. Furmanki bawią za domem cały dzień, a wracają
późno wieczorem. Następnie podpatrzył Owczarz, że Wilhelm
Hamer wywozi z domu wory mąki, krup i połcie słoniny. Jedzie z
tym jakby do wsi kościelnej, ale następnie skręca w jar i
dojrzeć go nie można.
Wiadomości
te sprawiły, że Ślimak począł znowu wstawać
raniej i ze wzgórza śledzić okolicę. Przekonał się,
że istotnie z każdej kolonii niemieckiej, skoro świt,
wyjeżdżają furmanki, ale dokąd? - nie mógł
wymiarkować.
Natomiast,
patrząc jednego dnia trochę na prawo od kościoła,
zobaczył w północno-zachodniej stronie widnokręgu, daleko za
polami, jakiś żółty punkt. Punkt ten ku wieczorowi
powiększył się, na drugi dzień wyglądał jak
kreska, stopniowo rósł, a w końcu zrobił się jakby
żółty pasek, zbliżający się do Białki.
Jednocześnie dowiedział się od Jędrka, że
wracające z roboty wozy Niemców zawalane są piaskiem i gliną.
- A nie
pytałeś się, gdzie oni jeżdżą? - spytał
Ślimak.
-
Pytałem, ale mnie zara przegnał Fryc Hamer, ten z brodą
-odparł chłopak.
Ślimakowi
nagle błysnęła myśl.
- Ehej! -
zawołał - wiem ci ja tera, gdzie oni bywają. To pewnie kolej
się już buduje, ani wątpić.
- Dziwno,
że do nas nie zaglądał jeszcze żaden kolejnik za kupnem -
wtrąciła Ślimakowa.
- Bo
jeszcze są daleko. Ale ja sam do nich pojadę - odparł
Ślimak. - Hycle Szwaby! - dodał po namyśle - jak to strzegą
sekretu, żeby kto inny nie zyskał...
- A
jedźże prędzej w tamtą stronę! - zawołała
kobieta. -Przecie teraz powinny dla nas być najlepsze zarobki.
Chłop
obiecał, że pojedzie jutro z rana. Ponieważ jednak zaspał,
trochę zmarudził, a potem powiedział, że już za
późno jechać, więc ledwie następnego dnia wygnała go z
domu żona.
Po drodze
chłop wstąpił do wsi kościelnej, gdzie wszyscy mówili, jako
o małą milę stąd od zeszłego tygodnia kopią rowy
i sypią wały pod kolej. Było nawet kilku wyrobników, którzy
chcieli wynająć się do ręcznej roboty, ale tylko jednego
przyjęli, a i ten wrócił po trzech dniach naderwany z pracy.
- Psia
robota, nie ludzka - powiedziano Ślimakowi we wsi. -Chociaż kto ma
konie, jechać tam warto, bo furmanki zarabiają po cztery ruble na
dzień.
"Cztery
ruble?... - pomyślał Ślimak, ostro zacinając konie. -Tego
za dworskich czasów nie bywało!..."
Z
godzinę jechał bocznymi drogami, nim w końcu trafił do
robót. Z daleka już widział ogromne, podobne do pagórków kupy gliny,
na których uwijała się ze setka ludzi nietutejszych. Były to
chłopy wielkie i brodate, w kolorowych koszulach, zadziwiająco silni.
Jedni kopali glinę, a drudzy odwozili ją na bok w
rozłożystych taczkach, których by nie uciągnął
koń lada jaki.
Ślimak
pokręcił głową.
- Oho! -
mruknął - tego z pewnością nasz człowiek nie
udźwignie.
I ze
zdumieniem oglądał góry i przepaście, w tak krótkim czasie
vygrzebane ludzkimi rękami.
Podjechawszy
bliżej zaczepił jednego z taczkarzy, lecz ten mu lawet nie
odpowiedział, zajęty swoją ciężką robotą. Na
szczęście dojrzało go paru takich, którzy nic nie robili, a
między nimi Żydek w krótkim surducie.
- Co to
chcesz, gospodarzu? - spytał Ślimaka.
-
Przyjechałem się zapytać - odparł zakłopotany
chłop obracając czapkę w ręku - przyjechałem się
zapytać, może panowie potrzebują krupów albo sadła?...
- Mój
kochany - odparł Żydek - my tu mamy swoich dostawców. Dobrze
byśmy wyszli, gdyby nam przyszło kupować każdą
kwartę kaszy od chłopów!...
"Wielgie
to musi państwo!... - pomyślał zawstydzony Ślimak. - Nie
chcą kupować od chłopów, pewnie wszystko biorą od
ślachty..."
Żydek
już odchodził. Nagle Ślimak kłaniając mu się do
ziemi zapytał znowu:
-
Dopraszam się też łaski, a furmanką bym u państwa nie
zarobił?...
Żydkowi
podobał się ten objaw pokory.
-
Jedź, kochanku - rzekł - w tamtą stronę, gdzie
wożą piasek i żwir, to może cię wezmą.
Chłop
ukłonił się jeszcze niżej, siadł na wóz i
okrążając kawał drogi przez wąwozy dobił się
do innego miejsca plantu, gdzie sypano olbrzymi wał z piasku. Tu
zobaczył kilkadziesiąt furmanek, a między innymi wozy
niemieckich kolonistów.
Dojrzeli
go i oni, bo wnet znalazł się przy nim i Fryc Hamer.
Wyglądał jakby dozorca.
-
Skądeś się tu wziął? - zapytał gniewnie.
-
Chciałem się i ja wynająć do roboty. Niemiec
zmarszczył brwi.
- Nic tu
nie zarobisz - rzekł. Widząc zaś, że Ślimak
ogląda się i czeka, poszedł do pisarza i chwilę z nim
porozmawiał. Teraz pisarz przybiegł do chłopa, już z drogi
wołając:
- Nie
trzeba furmanek! nie trzeba... I tych mamy za dużo... Nie masz tu co czekać,
bo innym drogę zawalasz. Zjedź na bok!...
Rozkaz' ten
wypowiedziany szorstko, podniesionym głosem, zmieszał potulnego
chłopa. Ślimak skręcił na bok konie tak prędko,
że mało wozu nie wywrócił, i jeszcze prędzej odjechał.
Zdawało mu się, że obraził jakąś wysoką władzę,
która wycięła las, wygnała szlachcica, nasłała na
wieś kolonistów, a teraz nawet ziemię przewraca na wspak, ryjąc
wąwozy tam, gdzie były góry, i wznosząc góry na
płaszczyznach.
Jechał
tedy, gęsto zacinając konie, a po głowie latały mu
zamącone myśli, że lada chwilę ktoś pochwyci go za
kark i wtrąci do więzienia wrzeszcząc: "Jakeś ty
śmiał, chamie, prosić o taką robotę, do której
wzięli się Niemcy?..."
Z godzinę
błądził po jarach, nim w końcu wydostał się na
otwarte pole. Spojrzał za siebie i widział żółte wzgórza
skopanej gliny, spojrzał przed siebie i spostrzegł wieś
kościelną. To go otrzeźwiło.
"Przecie z
tej wsi chodzili chłopy do roboty i nikt się na nich nie
gniewał?" - pomyślał Sumak. Następnie zaś
przypomniał sobie, że przy zwózce piasku i żwiru
były nie tylko furmanki Niemców, ale i chłopskie. Zatem i
chłopom wolno zarabiać przy kolei, nie tylko Szwabom. A jeżeli
wolno, więc dlaczego on został wypędzony, jeszcze tak
prędko, że mu nawet rozejrzeć się nie dali?
Później
przypomniał sobie Fryca Hamera, jego ściągnięte brwi, jego
rozmowę z pisarzem i zrozumiał, co się dzieje. Oto wygnali go za
namową kolonisty. Z początku sam sobie nie chciał wierzyć,
lecz wnet znalazł nowe dowody dla swoich podejrzeń. Dlaczego to
koloniści ukradkiem wyjeżdżali z domu na robotę? Widocznie,
aby ich Ślimak nie podpatrzył. Albo dlaczego Fryc Hamer
wypędził Jędrka, kiedy chłopak pytał parobków, gdzie
jeżdżą? Znowu dlatego, ażeby Ślimak nie
dowiedział się o korzystnej robocie.
- O psie wiary!
- mruknął chłop i po raz pierwszy uczuł wstręt do
Niemców. Nie dziwił się, że są chciwi na zarobek, ale go do
głębi duszy oburzało, że chcieli ukryć rzecz tak
widoczną, jak roboty przy kolei.
- Chytre
Judasze! Żydów prześcignęły!... - mówił chłop, a
w sercu gniew mu kipiał.
Wróciwszy do
domu Ślimak krótko powiedział żonie, że roboty nie
dostał. Następnie wybrał się do kolonii Hamera.
Zbliżając
się do nowego folwarczku dojrzał w ogrodzie kilka Niemek, które
kopały zagony, a między opłotkami kilku mężczyzn.
Był tam stary Hamer, jacyś dwaj koloniści i Żydek,
pełnomocnik Hirszgolda. Z ruchów ich i zaognionych twarzy
domyślił się Ślimak, że rozmawiają o czymś
bardzo żwawo, a kto wie, czy się nie kłócą.
Hamer także
poznał chłopa, lecz widocznie Unikał z nim spotkania:
odwrócił się bowiem tyłem do drogi i ze swymi towarzyszami
poszedł na dziedziniec, aż pod stodołę.
- Patrzajta go -
mruknął Ślimak - jaki mądry! Wie on, po co tu idę...
Ale zdybię ja cię i wszystko powiem do oczów.
Za każdym
jednak krokiem naprzód miękła w nim odwaga, a w końcu
zupełnie go opuściła.
"Jużci
on pan całą gębą - myślał chłop o Hamerze -
a ja biedak. Jak mu co powiem, gotów mnie potrącić i gdzie wtedy
znajdę sprawiedliwość?"
- Trza
wracać do dom!... - szepnął.
Ale znowu
żal straconego zarobku nie pozwalał mu wracać z niczym.
Więc wahał się. Co trochę postąpił naprzód, to
opierał się o plot i niby patrzył, co Niemki kopią w
ogrodzie. W ten sposób z wolna zbliżył się do domu Hamera, ale
już nie miał śmiałości wejść na dziedziniec.
W
mieszkaniu kolonisty jedno okno było otwarte i rozlegał się
szmer podobny do brzęczenia pszczół w ulu. Chłop podszedł
bliżej i zobaczył w wielkiej izbie gromadę dzieci
siedzących na ławkach. Jedno z nich coś opowiadało
krzykliwym głosem, a inne szemrały. Pośrodku izby
przechadzał się chorowity bakałarz z linią w ręku,
wołając od czasu do czasu:
-
Sztyl!...
Bakałarz
przypadkiem wyjrzał za okno i zobaczywszy chłopa dał mu
jakiś znak. Po chwili w izbie dzieci zaszemrały jeszcze mocniej, a na
środku ukazała się córka bakałarza z
książką, powtarzając od czasu do czasu dźwięcznym
i rzewnym głosem:
-
Sztyl!...
"Gada
im: stul gębę..." - pomyślał chłop.
Wtem
usłyszał za sobą ciężkie stąpanie i kaszel.
Odwrócił się: za nim stał bakałarz.
-
Przyszliście zobaczyć, jak uczą się nasze dzieci? -
rzekł bakałarz z uśmiechem.
-
Bogać tam - odparł chłop. - Przyszedłem powiedzieć
waszemu Hamerowi, że je podlec, bo mnie pozbawił zarobku.
I
opowiedział, jak go dziś wypędzono od robót przy kolei za
namową Fryca Hamera.
Bakałarz
kiwał głową.
-
Robią oni tak samo i naszym - odrzekł, - O, teraz właśnie
Treskow i Fabrycjusz kłócą się z Hamerem, że ich
odsunął od dostaw przy kolei i że pełnomocnik Hirszgolda
dusi ich o pieniądze za grunta.
- Niech
się ta swarzą między sobą i z Żydem - odparł
chłop. -
Ale com ja
winien, że mnie chcą zgubić? Przez ich chytrość
człowiek teraz nie zarobi grosika. A cóż to, mam z głodu
zdychać?... Za co?...
- Co prawda,
zalewacie wy im sadła za skórę - rzekł po namyśle
bakałarz.
- Co ja im
robię?
- Wasze grunta
leżą we środku gruntów Hamera, co mu psuje gospodarstwo -
mówił bakałarz. - Ale to jeszcze nic. Hamer myślał, że
mu sprzedacie bodajby tę górę z sosną, gdzie chce postawić
wiatrak dla Wilhelma.
- Co im po
wiatraku, kiej mają tyle ziemi?
- Mieliby
większy zarobek. Jak zaś Hamer nie zbuduje wiatraka, to na
przyszły rok z pewnością wybuduje go Gede dla swego
siostrzeńca.
- To czemu
Hamery nie stawiają na swoim gruncie?
- Bo oni
mają same niziny. Najżyźniejszy to grunt ze wszystkich kolonii i
mądrze go wybrali - mówił bakałarz - ale wiatraka na nim nie
postawi...
- A cóż ich
tak ten wiatrak opętał! -przerwał gniewnie Ślimak
uderzając pięścią w płot.
- Wielki to
interes - odparł ciszej bakałarz. - Gdyby Wilhelm miał dziś
wiatrak, to za dwa tygodnie ożeniłby się z córką
młynarza Knapa z Woli i wziąłby za nią dwadzieścia
tysięcy rubli... Dwadzieścia tysięcy rubli!... A jak tych
pieniędzy nie będzie, to Hamerowie mogą zbankrutować...
Dlatego - zakończył bakałarz - wy im stoicie kością w
gardle. Bo gdybyście sprzedali wasz grunt, oni by wam dobrze
zapłacili i sami wyszliby z kłopotów,
- Nie sprzedam -
odparł chłop. - Anim ja ich namawiał, żeby tu leźli,
ani chcę ginąć dla ich dobra. Kiedy chłop wyjdzie z
ojcowizny, już po nim...
- Będzie
bieda - rzekł bakałarz rozkładając ręce.
- To niech se
będzie. Jo dla nich nie zginę dobrowolnie. Po tych słowach
Ślimak pożegnał bakałarza i wrócił do domu nie
mając nawet ochoty widzieć się z Hamerem. Dopiero dziś
zrozumiał, że między nimi zgody być nie może i że
ten wygra, kto drugiego przetrzyma.
- Wola boska! -
rzekł chłop i przez drogę szeptał pacierz. Niejasne
przeczucie mówiło mu; że zaczynają się dla niego
ciężkie czasy.
W kilka dni po
rozmowie z bakałarzem Ślimak o wschodzie słońca został
zbudzony przez Owczarza.
- Wstawajcie,
gospodarzu! - mówił zadyszany parobek -wstawajcie i wyjdźcie, bo
cosik koło rzyki zebrała się kupa ludu.
Ślimak
zerwał się, przyodział i pędem pobiegł w jary,
skąd dolatywały go jakieś głosy. Z kwadrans
przedzierał się przez krzaki porastające wywozy i góry, nim
wydostał się na równinę. Tu, nad Białka, zobaczył
gromadę kopaczów i taczkarzy, wozy kolonistów i wozy kilku gospodarzy ze
wsi. Między nimi znajdował się Wiśniewski.
Ślimak
przypadł do niego.
- Co się tu
dzieje? - spytał.
- Mają
stawiać groblę, a potem most nad Białka - odparł
Wiśniewski.
- A cóż wy
tu robicie?
-
Najął nas Fryc Hamer do wożenia piasku, to i jesteśmy. Teraz
Ślimak dojrzał w gromadzie obu Hamerów: Fryca i starego, i
podszedł do nich.
- Dobre z was
sąsiady - rzekł z goryczą. - Aż na wieś
chodziliśta po furmanki, ale mnie żaden nie zawołał do
roboty...
- Jak
będziesz mieszkał na wsi, to i ciebie zawołamy - odparł
Fryc odwracając się do niego tyłem.
W pobliżu
stał między kopaczami jakiś pan wyglądający na
starszego. Ślimak zbliżył się do niego i zdjąwszy
czapkę począł mówić:
- Jest tu
sprawiedliwość, wielemożny panie, żeby Niemcy bogaciły
się przy kolei, a ja nawet grosza nie zarobił, choć siedzę
tu pod ręką? Tamtego roku było u nas w chałupie dwu panów,
co obiecywali, że zrobię wielkie pieniądze, jak zaczną
kolej budować. No, i budują państwo kolej, ale ja nawet konisków
nie ruszyłem ze stajni. Taki Niemiec, który liczy się na siedem
włók ziemi, jeszcze łakomi się na zarobek. A ja, choć mam
ino dziesięć morgów i straciłem robotę bez to, że
dworu u nas nie stało, chodzę jak dziad i proszę. Przecie i ja
mam żonę i dzieci, parobka, dziewuchę i kilkoro bydła.
Więc my wszyscy musimy zmarnieć, dlatego że się Niemce na
nas zawzięły? Czy to jest sprawiedliwość, wielemożny
panie?
Tak mówił
jednym tchem Ślimak coraz kłaniając się do ziemi. Starszy
pan z początku patrzył na niego zdziwiony; wnet jednak zrozumiał,
o co chodzi, i zwrócił się do Fryca Hamera z pytaniem:
- Dlaczego
nie wziąłeś go pan do roboty? Fryc wystąpił parę
korków naprzód i hardo patrząc na nieznajomego odparł:
- A czy
pan zapłaci za mnie karę, jak którego dnia nie dostawię
furmanek?... Pan za furmanki nie odpowiada, tylko ja. No, więc ja
biorę takich ludzi, którym ufam, że mi nie zrobią zawodu.
Starszy
pan z gniewu przygryzł wargi, ale milczał. Po chwili rzekł do
Ślimaka:
- Pomóc ci, mój
bracie, w tym wypadku nie mogę. Za to ile razy przyjadę w waszą
okolicę, będziesz mnie odwoził. Zarobisz niewiele, zawsze
trochę. Gdzie mieszkasz?...
Ślimak
wskazał dym unoszący się za jarami mówiąc, że tam jego
chałupa. Gdy zaś pan odchodził do robotników, którzy czekali na
dyspozycje, objął go na pożegnanie za nogi.
Zmiarkowawszy,
że nie ma na co czekać, chłop zawrócił ku domowi. W drodze
zaczepił go stary Hamer.
- A co? -
mówił stary - jak źle, żeście mi nie sprzedali gruntu' Ja
wiedziałem, że nie wytrzymacie z nami. Teraz będzie jeszcze
gorzej, bo Fryc rozgniewał się na was.
- Pan Bóg
mocniejszy od Fryca - odparł chłop.
-.
Namyślcie się - mówił Hamer. - Zapłacę wam
siedemdziesiąt pięć rubli za morgę.
- I drugie tyle
nie wezmę - rzekł Ślimak.
- Będzie
wam bieda, bo tu już nic nie zarobicie. Wam trzeba albo siedzieć przy
dworze, albo mieć dużo gruntu. Za Bugiem kupilibyście najmniej
dwadzieścia morgów za to, co weźmiecie ode mnie.
- Jo za Bug nie
pójdę. Niech inni idą, kiej tam tak dobrze.
Rozeszli
się, obaj gniewni. Kiedy |