Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Boleslaw Prus
Placówka

IntraText CT - Text

  • ROZDZIAL ÓSMY
Previous - Next

Click here to hide the links to concordance

ROZDZIAŁ ÓSMY

Nigdy jeszcze Ślimak nie czul się tak zadowolonym jak tej wiosny. Bo i odpoczął za wszystkie czasy, i pieniądze płynęły mu do skrzyni, i napatrzył się nowych rzeczy.

Dawniej dzień wlókł mu się ciężko. Ledwie zmęczony pracą chłop rzucił się na pościel i zasnął twardo jak kamień, aliści już kobieta zdziera z niego okrycie i woła:

Wstawaj, Józek, bo dzień...

"Jaki tam dzień?... - pomyślał zdziwiony - przecie dopiero co się układłem." Mimo to zbierał swoje kości, z których każda osobno trzymała się pościeli, na miły Bóg nie chcąc wstawać, przecierał oczy, ziewał, mu w karku trzeszczało, i rad nierad podnosił się.

Było mu tak ciężko, że niekiedy z upodobaniem marzył o wiekuistym śnie w ziemi, A tu żona wciąż pili: "Wstawajże... umyjże się!... ogarnij się... bo spóźnisz się i wytrącą ci z zapłaty..."

Więc ogarniał się, wyprowadzał ze stajenki konie, równie jak on zmęczone, i wlókł się na robotę do dworu albo do miasteczka, skąd rozwoził Żydków po świecie. Nieraz go tak zmogło, że stanąwszy na progu chałupy szeptał: "Taki zostanę w domu!..." Ale bał się żony, wreszcie i żal mu było zarobku, bez którego nie związałby końca z końcem w gospodarstwie.

Dziś co innego, dzisiaj Ślimak wysypia się, ile chce. Czasem żona z przyzwyczajenia targnie go za nogę mówiąc: " Wstawaj, Józek!" - ale wówczas chłop odchyliwszy jedno oko, żeby mu sen nie uciekł, mruczy: "Daj mi spokój!" - i śpi dalej, bodajby do siódmej godziny, kiedy we wsi kościelnej dzwonią na mszę poranną.

W istocie nie miał do czego wstawać. Wiosenne roboty w polu od dawna ukończył Maciek, Żydki z miasteczka rozsypały się wzdłuż budującej się kolei, a do dworu także nikt nie wołał Ślimaka, bo dworu - nie było.

Czasem po parę dni nie tknął żadnej roboty. Palił fajkę, wałęsał się między budynkami albo oglądał bujnie wschodzące zasiewy. Najmilszą jednak rozrywką dla niego było wejść na wzgórze, ukłaść się pod sosną i patrzyć na wyrastające z ziemi jak grzyby kolonie niemieckie.

Do końca maja Hamer już się całkowicie pobudował, a trzej inni sąsiedzi Ślimaka: Gede, Treskow i Pifke, kończyli swoje folwarki. Ładnie było spojrzeć na ich gospodarstwo. Każdy folwark stał na środku pól, a wszystkie podobne do siebie jak krople wody. Przy drodze dwumorgowy ogród, otoczony drewnianym płotem w kwadrat; przy jednej ścianie płotu dom złożony z czterech wielkich izb, kryty gontem, a za domem ogromny dziedziniec, wokoło zamknięty budynkami.

Każda z tych budowli była bez porównania szersza, dłuższa i wyższa od chłopskich; wyglądały czysto i gładko, lecz zarazem sztywnie i surowo, bo kiedy na chłopskich chatach czy szopach dachy pochylają się w cztery strony, u Niemców dachy spadały tylko na front i na tył domu.

Za to widać było duże okna sześcioszybne i drzwi robione po stolarsku. Jędrek zaś, który co dzień wybiegał między Niemców, opowiadał jeszcze, że w izbach jest podłoga, że kuchnia w domu jest osobno i ma piece z żelaznymi blatami.

Takim to porządkom gospodarskim przypatrywał się Ślimak spod swojej sosny, marząc, że kiedyś i on zabuduje się w podobny sposób, tylko dachy postawi inne. I gdy tak marzył, czasem - coś Stawiało go na nogi. Chciał gdzieś iść i zabrać się do jakiejkolwiek roboty, bo mu było nudno i wstyd, że próżnuje; to znowu ogarniał go niepokój, jakby ktoś pukał mu do piersi i pytał: "A co będzie dalej?..."

Wówczas zdejmowała go tęsknota za dworem i za tymi polami, po których niedawno chodził z pługiem, gdzie dziś wyrosły kolonie. To znowu opanowywał go wielki strach, że nie da sobie rady, jak się wezmą do niego Niemcy, którzy las wycięli, potrzaskali kamienie, ba, wygnali samego dziedzica...

Wnet jednak chłop zbierał rozpierzchnięte myśli i uspokajał się. Patrzy przecie na Niemców i sąsiaduje z nimi już blisko dwa miesiące, i nic złego od nich nie doświadcza. Robią koło swoich budynków, bydła pilnują, żeby nie właziło w szkodę, a nawet dzieci ich nie zbytkują, tylko uczą się w domu Hamera, gdzie osiadł chorowity bakałarz.

- Porządny to naród - mówi sobie Ślimak - i nawet lepiej z nimi, niż było za dziedzica.

Jest lepiej, ponieważ od dnia przyjazdu wiele u Ślimaków kupują i dobrze płacą.

Sprzedał im do tej pory dwoje cieląt, trzynaścioro prosiąt, jedenaście gęsi i szesnaście korcy zboża, nie licząc drobiu, masła i kartofli. Nawet zapleśniały wianek grzybów - i ten im się przydał, i za niego zapłacili.

W miesiąc niespełna wziął od nich Ślimak ze sto rubli bez pracy; za co we dworze trzeba było dobrze namordować się cały rok.

Wprawdzie żona nieraz mówiła mu:

- Co ty se myślisz, Józek, że oni zawsze będą od ciebie kupować? Przecie oni także mają gospodarstwa, i lepsze od twego. Radość z nimi będziesz miał co nowyży do zimy, bo potem na owinięcie palca od nas nie kupią.

- Zobaczy się, jak będzie - odpowiadał chłop. W duszy zaś przemyśliwał, że choćby nie kupowali Niemcy, to jeszcze niemało zarobi od tych, co kolej budują, byle tylko zbliżyli się w stronę. Robił nawet zakupy. Nabył parę wieprzków od Grochowskiego, od Wiśniewskiego kilkoro gęsi, a gdy Niemcy już mniej wypytywali się o masło, kazał je żonie składać i solić.

- Nie bój się - mówił - wszystko rozkupią kolejowniki. Przecie pamiętasz, co nam te inżyniery gadały.

Parę razy w swoich handlowych wycieczkach spotykał Josela, który patrzył na niego drwiąco i uśmiechał się'.

"Zły na mnie, kondel! - myślał Ślimak. - Boi się, że mu uszczypnę zarobku."

Raz zaczepił go szynkarz.

- Ślimaku - rzekł - zróbcie wy ze mną interes.

- Jaki tam?

- Wybudujcie na swoich gruntach chałupę dla mego szwagra.

- A cóż on będzie robił?

- On będzie handlował z kolejarzami. Inaczej zobaczyła, że Niemcy zabiorą nam wszystko sprzed nosa. Ślimak pomyślał i odparł:

- Ni, nie chcę Żyda na moim gruncie. Niejednego już wy zjedliśta, pejsaki, co was przyjął w komorne.

- Wy z Żydem nie chcecie mieszkać - odparł gniewnie Josel -ale z Niemcami umiecie się nawet modlić. Zobaczymy, co wam z tego przyjdzie.

- Węszy on tu, para, wielkie zarobki! - rzekł do siebie Ślimak patrząc na Żyda, który pobladł ze złości.

I po trochu robił dalej zakupy. Raz nabył ćwiartkę jagieł, innego dnia pół korca krup jęczmiennych, to znowu krąg sadła.

Włócząc się tak po okolicy (bo w swojej wsi gospodarze nie chcieli mu nic sprzedawać) poznał, że ceny na wszystko poszły w górę. A gdy pytał chłopów i gospodyń, czemu się tak drożą? -odpowiadali:

- Po co mamy woma sprzedawać tanio, kiedy nam dziś - jutro zapłacą lepiej.

- Któż wam zapłaci?

- A choćby i te Niemce, co osiedli w waszej wsi.

- To oni i u was kupują? - spytał zaciekawiony Ślimak.

- Od kiedy już... Niech ino jest co większego na zbyciu, wnet zajedzie Niemiec, jeszcze pierwej od Żyda, i płaci bez targu. A co się dla nich miele mąki we młynie!... Tyle, jakby na wojnę szło.

"Ha! - pomyślał Ślimak - skupują po wsiach, bo zboże jeszcze w polu, a ich dużo narodu."

Handlowe operacje Ślimaka i bratanie się z Niemcami ogromnie nie podobały się chłopom z jego wsi. Nawet pod kościołem w niedzielę nie bardzo który odpowiadał mu: "Na wieki wieków." Gdy zaś Ślimak przechodził koło jakiej gromady, wtedy głośno rozmawiali między sobą o odstępcach świętej wiary katolickiej, którzy mogą ściągnąć na ludzi gniew boży.

Nawet Sobieska wpadała do ich chaty rzadziej i ukradkiem, a raz wypiwszy wódki - rzekła:

- Bo to gadają u nas, żeście się całkiem wykrzcili na Szwaba... Prawda - dodała po chwili-że Bóg miłosierny wszędzie jeden, ale zawdy Szwab to rzecz paskudna!...

Aby stłumić plotki, za radą żony Ślimak dał jednej niedzieli wikaremu na wotywę i tego dnia z żoną i Jędrkiem był u spowiedzi. Nic mu to jednak nie pomogło. Wnet bowiem Grzyb pod kościołem, a Josel wieczorem w karczmie wytłumaczyli gospodarzom, że Ślimak nie modliłby się tak gorąco, gdyby na nim nie ciążyły grzechy.

- Musiał on cosik dobrego zmajstrować, kiedy oboje z babą do spowiedzi poszli!... - mówili chłopi popijając piwo.

W końcu maja Owczarz doniósł Ślimakowi, że od kilku dni 'Niemcy przed wschodem słońca wysyłają gdzieś furmanki. Furmanki bawią za domem cały dzień, a wracają późno wieczorem. Następnie podpatrzył Owczarz, że Wilhelm Hamer wywozi z domu wory mąki, krup i połcie słoniny. Jedzie z tym jakby do wsi kościelnej, ale następnie skręca w jar i dojrzeć go nie można.

Wiadomości te sprawiły, że Ślimak począł znowu wstawać raniej i ze wzgórza śledzić okolicę. Przekonał się, że istotnie z każdej kolonii niemieckiej, skoro świt, wyjeżdżają furmanki, ale dokąd? - nie mógł wymiarkować.

Natomiast, patrząc jednego dnia trochę na prawo od kościoła, zobaczył w północno-zachodniej stronie widnokręgu, daleko za polami, jakiś żółty punkt. Punkt ten ku wieczorowi powiększył się, na drugi dzień wyglądał jak kreska, stopniowo rósł, a w końcu zrobił się jakby żółty pasek, zbliżający się do Białki. Jednocześnie dowiedział się od Jędrka, że wracające z roboty wozy Niemców zawalane piaskiem i gliną.

- A nie pytałeś się, gdzie oni jeżdżą? - spytał Ślimak.

- Pytałem, ale mnie zara przegnał Fryc Hamer, ten z brodą -odparł chłopak.

Ślimakowi nagle błysnęła myśl.

- Ehej! - zawołał - wiem ci ja tera, gdzie oni bywają. To pewnie kolej się już buduje, ani wątpić.

- Dziwno, że do nas nie zaglądał jeszcze żaden kolejnik za kupnem - wtrąciła Ślimakowa.

- Bo jeszcze daleko. Ale ja sam do nich pojadę - odparł Ślimak. - Hycle Szwaby! - dodał po namyśle - jak to strzegą sekretu, żeby kto inny nie zyskał...

- A jedźże prędzej w tamtą stronę! - zawołała kobieta. -Przecie teraz powinny dla nas być najlepsze zarobki.

Chłop obiecał, że pojedzie jutro z rana. Ponieważ jednak zaspał, trochę zmarudził, a potem powiedział, że już za późno jechać, więc ledwie następnego dnia wygnała go z domu żona.

Po drodze chłop wstąpił do wsi kościelnej, gdzie wszyscy mówili, jako o małą milę stąd od zeszłego tygodnia kopią rowy i sypią wały pod kolej. Było nawet kilku wyrobników, którzy chcieli wynająć się do ręcznej roboty, ale tylko jednego przyjęli, a i ten wrócił po trzech dniach naderwany z pracy.

- Psia robota, nie ludzka - powiedziano Ślimakowi we wsi. -Chociaż kto ma konie, jechać tam warto, bo furmanki zarabiają po cztery ruble na dzień.

"Cztery ruble?... - pomyślał Ślimak, ostro zacinając konie. -Tego za dworskich czasów nie bywało!..."

Z godzinę jechał bocznymi drogami, nim w końcu trafił do robót. Z daleka już widział ogromne, podobne do pagórków kupy gliny, na których uwijała się ze setka ludzi nietutejszych. Były to chłopy wielkie i brodate, w kolorowych koszulach, zadziwiająco silni. Jedni kopali glinę, a drudzy odwozili na bok w rozłożystych taczkach, których by nie uciągnął koń lada jaki.

Ślimak pokręcił głową.

- Oho! - mruknął - tego z pewnością nasz człowiek nie udźwignie.

I ze zdumieniem oglądał góry i przepaście, w tak krótkim czasie vygrzebane ludzkimi rękami.

Podjechawszy bliżej zaczepił jednego z taczkarzy, lecz ten mu lawet nie odpowiedział, zajęty swoją ciężką robotą. Na szczęście dojrzało go paru takich, którzy nic nie robili, a między nimi Żydek w krótkim surducie.

- Co to chcesz, gospodarzu? - spytał Ślimaka.

- Przyjechałem się zapytać - odparł zakłopotany chłop obracając czapkę w ręku - przyjechałem się zapytać, może panowie potrzebują krupów albo sadła?...

- Mój kochany - odparł Żydek - my tu mamy swoich dostawców. Dobrze byśmy wyszli, gdyby nam przyszło kupować każdą kwartę kaszy od chłopów!...

"Wielgie to musi państwo!... - pomyślał zawstydzony Ślimak. - Nie chcą kupować od chłopów, pewnie wszystko biorą od ślachty..."

Żydek już odchodził. Nagle Ślimak kłaniając mu się do ziemi zapytał znowu:

- Dopraszam się też łaski, a furmanką bym u państwa nie zarobił?...

Żydkowi podobał się ten objaw pokory.

- Jedź, kochanku - rzekł - w tamtą stronę, gdzie wożą piasek i żwir, to może cię wezmą.

Chłop ukłonił się jeszcze niżej, siadł na wóz i okrążając kawał drogi przez wąwozy dobił się do innego miejsca plantu, gdzie sypano olbrzymi wał z piasku. Tu zobaczył kilkadziesiąt furmanek, a między innymi wozy niemieckich kolonistów.

Dojrzeli go i oni, bo wnet znalazł się przy nim i Fryc Hamer. Wyglądał jakby dozorca.

- Skądeś się tu wziął? - zapytał gniewnie.

- Chciałem się i ja wynająć do roboty. Niemiec zmarszczył brwi.

- Nic tu nie zarobisz - rzekł. Widząc zaś, że Ślimak ogląda się i czeka, poszedł do pisarza i chwilę z nim porozmawiał. Teraz pisarz przybiegł do chłopa, już z drogi wołając:

- Nie trzeba furmanek! nie trzeba... I tych mamy za dużo... Nie masz tu co czekać, bo innym drogę zawalasz. Zjedź na bok!...

Rozkaz' ten wypowiedziany szorstko, podniesionym głosem, zmieszał potulnego chłopa. Ślimak skręcił na bok konie tak prędko, że mało wozu nie wywrócił, i jeszcze prędzej odjechał. Zdawało mu się, że obraził jakąś wysoką władzę, która wycięła las, wygnała szlachcica, nasłała na wieś kolonistów, a teraz nawet ziemię przewraca na wspak, ryjąc wąwozy tam, gdzie były góry, i wznosząc góry na płaszczyznach.

Jechał tedy, gęsto zacinając konie, a po głowie latały mu zamącone myśli, że lada chwilę ktoś pochwyci go za kark i wtrąci do więzienia wrzeszcząc: "Jakeś ty śmiał, chamie, prosić o taką robotę, do której wzięli się Niemcy?..."

Z godzinę błądził po jarach, nim w końcu wydostał się na otwarte pole. Spojrzał za siebie i widział żółte wzgórza skopanej gliny, spojrzał przed siebie i spostrzegł wieś kościelną. To go otrzeźwiło.

"Przecie z tej wsi chodzili chłopy do roboty i nikt się na nich nie gniewał?" - pomyślał Sumak. Następnie zaś przypomniał sobie, że przy zwózce piasku i żwiru były nie tylko furmanki Niemców, ale i chłopskie. Zatem i chłopom wolno zarabiać przy kolei, nie tylko Szwabom. A jeżeli wolno, więc dlaczego on został wypędzony, jeszcze tak prędko, że mu nawet rozejrzeć się nie dali?

Później przypomniał sobie Fryca Hamera, jego ściągnięte brwi, jego rozmowę z pisarzem i zrozumiał, co się dzieje. Oto wygnali go za namową kolonisty. Z początku sam sobie nie chciał wierzyć, lecz wnet znalazł nowe dowody dla swoich podejrzeń. Dlaczego to koloniści ukradkiem wyjeżdżali z domu na robotę? Widocznie, aby ich Ślimak nie podpatrzył. Albo dlaczego Fryc Hamer wypędził Jędrka, kiedy chłopak pytał parobków, gdzie jeżdżą? Znowu dlatego, ażeby Ślimak nie dowiedział się o korzystnej robocie.

- O psie wiary! - mruknął chłop i po raz pierwszy uczuł wstręt do Niemców. Nie dziwił się, że chciwi na zarobek, ale go do głębi duszy oburzało, że chcieli ukryć rzecz tak widoczną, jak roboty przy kolei.

- Chytre Judasze! Żydów prześcignęły!... - mówił chłop, a w sercu gniew mu kipiał.

Wróciwszy do domu Ślimak krótko powiedział żonie, że roboty nie dostał. Następnie wybrał się do kolonii Hamera.

Zbliżając się do nowego folwarczku dojrzał w ogrodzie kilka Niemek, które kopały zagony, a między opłotkami kilku mężczyzn. Był tam stary Hamer, jacyś dwaj koloniści i Żydek, pełnomocnik Hirszgolda. Z ruchów ich i zaognionych twarzy domyślił się Ślimak, że rozmawiają o czymś bardzo żwawo, a kto wie, czy się nie kłócą.

Hamer także poznał chłopa, lecz widocznie Unikał z nim spotkania: odwrócił się bowiem tyłem do drogi i ze swymi towarzyszami poszedł na dziedziniec, pod stodołę.

- Patrzajta go - mruknął Ślimak - jaki mądry! Wie on, po co tu idę... Ale zdybię ja cię i wszystko powiem do oczów.

Za każdym jednak krokiem naprzód miękła w nim odwaga, a w końcu zupełnie go opuściła.

"Jużci on pan całą gębą - myślał chłop o Hamerze - a ja biedak. Jak mu co powiem, gotów mnie potrącić i gdzie wtedy znajdę sprawiedliwość?"

- Trza wracać do dom!... - szepnął.

Ale znowu żal straconego zarobku nie pozwalał mu wracać z niczym. Więc wahał się. Co trochę postąpił naprzód, to opierał się o plot i niby patrzył, co Niemki kopią w ogrodzie. W ten sposób z wolna zbliżył się do domu Hamera, ale już nie miał śmiałości wejść na dziedziniec.

W mieszkaniu kolonisty jedno okno było otwarte i rozlegał się szmer podobny do brzęczenia pszczół w ulu. Chłop podszedł bliżej i zobaczył w wielkiej izbie gromadę dzieci siedzących na ławkach. Jedno z nich coś opowiadało krzykliwym głosem, a inne szemrały. Pośrodku izby przechadzał się chorowity bakałarz z linią w ręku, wołając od czasu do czasu:

- Sztyl!...

Bakałarz przypadkiem wyjrzał za okno i zobaczywszy chłopa dał mu jakiś znak. Po chwili w izbie dzieci zaszemrały jeszcze mocniej, a na środku ukazała się córka bakałarza z książką, powtarzając od czasu do czasu dźwięcznym i rzewnym głosem:

- Sztyl!...

"Gada im: stul gębę..." - pomyślał chłop.

Wtem usłyszał za sobą ciężkie stąpanie i kaszel. Odwrócił się: za nim stał bakałarz.

- Przyszliście zobaczyć, jak uczą się nasze dzieci? - rzekł bakałarz z uśmiechem.

- Bogać tam - odparł chłop. - Przyszedłem powiedzieć waszemu Hamerowi, że je podlec, bo mnie pozbawił zarobku.

I opowiedział, jak go dziś wypędzono od robót przy kolei za namową Fryca Hamera.

Bakałarz kiwał głową.

- Robią oni tak samo i naszym - odrzekł, - O, teraz właśnie Treskow i Fabrycjusz kłócą się z Hamerem, że ich odsunął od dostaw przy kolei i że pełnomocnik Hirszgolda dusi ich o pieniądze za grunta.

- Niech się ta swarzą między sobą i z Żydem - odparł chłop. -

Ale com ja winien, że mnie chcą zgubić? Przez ich chytrość człowiek teraz nie zarobi grosika. A cóż to, mam z głodu zdychać?... Za co?...

- Co prawda, zalewacie wy im sadła za skórę - rzekł po namyśle bakałarz.

- Co ja im robię?

- Wasze grunta leżą we środku gruntów Hamera, co mu psuje gospodarstwo - mówił bakałarz. - Ale to jeszcze nic. Hamer myślał, że mu sprzedacie bodajby górę z sosną, gdzie chce postawić wiatrak dla Wilhelma.

- Co im po wiatraku, kiej mają tyle ziemi?

- Mieliby większy zarobek. Jak zaś Hamer nie zbuduje wiatraka, to na przyszły rok z pewnością wybuduje go Gede dla swego siostrzeńca.

- To czemu Hamery nie stawiają na swoim gruncie?

- Bo oni mają same niziny. Najżyźniejszy to grunt ze wszystkich kolonii i mądrze go wybrali - mówił bakałarz - ale wiatraka na nim nie postawi...

- A cóż ich tak ten wiatrak opętał! -przerwał gniewnie Ślimak uderzając pięścią w płot.

- Wielki to interes - odparł ciszej bakałarz. - Gdyby Wilhelm miał dziś wiatrak, to za dwa tygodnie ożeniłby się z córką młynarza Knapa z Woli i wziąłby za nią dwadzieścia tysięcy rubli... Dwadzieścia tysięcy rubli!... A jak tych pieniędzy nie będzie, to Hamerowie mogą zbankrutować... Dlatego - zakończył bakałarz - wy im stoicie kością w gardle. Bo gdybyście sprzedali wasz grunt, oni by wam dobrze zapłacili i sami wyszliby z kłopotów,

- Nie sprzedam - odparł chłop. - Anim ja ich namawiał, żeby tu leźli, ani chcę ginąć dla ich dobra. Kiedy chłop wyjdzie z ojcowizny, już po nim...

- Będzie bieda - rzekł bakałarz rozkładając ręce.

- To niech se będzie. Jo dla nich nie zginę dobrowolnie. Po tych słowach Ślimak pożegnał bakałarza i wrócił do domu nie mając nawet ochoty widzieć się z Hamerem. Dopiero dziś zrozumiał, że między nimi zgody być nie może i że ten wygra, kto drugiego przetrzyma.

- Wola boska! - rzekł chłop i przez drogę szeptał pacierz. Niejasne przeczucie mówiło mu; że zaczynają się dla niego ciężkie czasy.

W kilka dni po rozmowie z bakałarzem Ślimak o wschodzie słońca został zbudzony przez Owczarza.

- Wstawajcie, gospodarzu! - mówił zadyszany parobek -wstawajcie i wyjdźcie, bo cosik koło rzyki zebrała się kupa ludu.

Ślimak zerwał się, przyodział i pędem pobiegł w jary, skąd dolatywały go jakieś głosy. Z kwadrans przedzierał się przez krzaki porastające wywozy i góry, nim wydostał się na równinę. Tu, nad Białka, zobaczył gromadę kopaczów i taczkarzy, wozy kolonistów i wozy kilku gospodarzy ze wsi. Między nimi znajdował się Wiśniewski.

Ślimak przypadł do niego.

- Co się tu dzieje? - spytał.

- Mają stawiać groblę, a potem most nad Białka - odparł Wiśniewski.

- A cóż wy tu robicie?

- Najął nas Fryc Hamer do wożenia piasku, to i jesteśmy. Teraz Ślimak dojrzał w gromadzie obu Hamerów: Fryca i starego, i podszedł do nich.

- Dobre z was sąsiady - rzekł z goryczą. - na wieś chodziliśta po furmanki, ale mnie żaden nie zawołał do roboty...

- Jak będziesz mieszkał na wsi, to i ciebie zawołamy - odparł Fryc odwracając się do niego tyłem.

W pobliżu stał między kopaczami jakiś pan wyglądający na starszego. Ślimak zbliżył się do niego i zdjąwszy czapkę począł mówić:

- Jest tu sprawiedliwość, wielemożny panie, żeby Niemcy bogaciły się przy kolei, a ja nawet grosza nie zarobił, choć siedzę tu pod ręką? Tamtego roku było u nas w chałupie dwu panów, co obiecywali, że zrobię wielkie pieniądze, jak zaczną kolej budować. No, i budują państwo kolej, ale ja nawet konisków nie ruszyłem ze stajni. Taki Niemiec, który liczy się na siedem włók ziemi, jeszcze łakomi się na zarobek. A ja, choć mam ino dziesięć morgów i straciłem robotę bez to, że dworu u nas nie stało, chodzę jak dziad i proszę. Przecie i ja mam żonę i dzieci, parobka, dziewuchę i kilkoro bydła. Więc my wszyscy musimy zmarnieć, dlatego że się Niemce na nas zawzięły? Czy to jest sprawiedliwość, wielemożny panie?

Tak mówił jednym tchem Ślimak coraz kłaniając się do ziemi. Starszy pan z początku patrzył na niego zdziwiony; wnet jednak zrozumiał, o co chodzi, i zwrócił się do Fryca Hamera z pytaniem:

- Dlaczego nie wziąłeś go pan do roboty? Fryc wystąpił parę korków naprzód i hardo patrząc na nieznajomego odparł:

- A czy pan zapłaci za mnie karę, jak którego dnia nie dostawię furmanek?... Pan za furmanki nie odpowiada, tylko ja. No, więc ja biorę takich ludzi, którym ufam, że mi nie zrobią zawodu.

Starszy pan z gniewu przygryzł wargi, ale milczał. Po chwili rzekł do Ślimaka:

- Pomóc ci, mój bracie, w tym wypadku nie mogę. Za to ile razy przyjadę w waszą okolicę, będziesz mnie odwoził. Zarobisz niewiele, zawsze trochę. Gdzie mieszkasz?...

Ślimak wskazał dym unoszący się za jarami mówiąc, że tam jego chałupa. Gdy zaś pan odchodził do robotników, którzy czekali na dyspozycje, objął go na pożegnanie za nogi.

Zmiarkowawszy, że nie ma na co czekać, chłop zawrócił ku domowi. W drodze zaczepił go stary Hamer.

- A co? - mówił stary - jak źle, żeście mi nie sprzedali gruntu' Ja wiedziałem, że nie wytrzymacie z nami. Teraz będzie jeszcze gorzej, bo Fryc rozgniewał się na was.

- Pan Bóg mocniejszy od Fryca - odparł chłop.

-. Namyślcie się - mówił Hamer. - Zapłacę wam siedemdziesiąt pięć rubli za morgę.

- I drugie tyle nie wezmę - rzekł Ślimak.

- Będzie wam bieda, bo tu już nic nie zarobicie. Wam trzeba albo siedzieć przy dworze, albo mieć dużo gruntu. Za Bugiem kupilibyście najmniej dwadzieścia morgów za to, co weźmiecie ode mnie.

- Jo za Bug nie pójdę. Niech inni idą, kiej tam tak dobrze.

Rozeszli się, obaj gniewni. Kiedy