|
Zapadła
jesień. Zamiast jasnych łanów szarzały smutne ścierniska, w
jarach czerwieniły się krzaki, bociany ze stodół odeszły
precz, na południe.
W lesie,
jeżeli jaki las gdzie został, ledwieś dopatrzył ptaka, a w
polu człowieka; chyba tu i owdzie po niemieckiej stronie kilka bab w
granatowych spódnicach wykopywały resztę kartofli. Nawet przy kolei
skończyły się wielkie roboty. Nasypy wzniesiono, grabarze i
mularze rozbiegli się po świecie, a zamiast nich ukazywały
się lokomotywy zwożące szyny i podkłady. Z początku
widziałeś na zachodnim krańcu nasypu tylko czarny dym jak z
gorzelni; w kilka dni spomiędzy żółtych pagórków wyjrzał
komin, a nieco później - komin osadzony na ogromnym kotlisku. Kocieł
sam bez koni toczył się na wozie i jeszcze ciągnął za
sobą kilkanaście innych wozów, naładowanych drzewem,
żelazem i ludźmi. Gdzie zatrzymał się, tam ludzie
zeskakiwali na ziemię, kładli na nasyp drewniane bale, do drzewa
przybijali szyny i kocieł znowu jechał naprzód.
Owczarz co
dzień przypatrywał się tym praktykom i rzekł raz do
Ślimaka:
- Widzicie,
jakie to sprytne!... Póki z góry, to puszczają se ładunek bez koni.
Bo i po co mordować bydlęta w takim sposobie?
Ale jednego dnia
kocieł z rzędem wozów stanął naprzeciw jaru. Ludzie
zdejmowali szyny i podkłady, a on stał, dymił i zipał.
Stał z godzinę i Owczarz patrzył z godzinę,
myśląc: jak oni go teraz ruszą z miejsca?
Nagle ku
największemu zdumieniu parobka kocieł gwizdnął
przeraźliwie i ruszył się w tył razem z wozami bez niczyjej
pomocy. Teraz dopiero Maciek jak przez mgłę przypomniał sobie,
że kiedyś galicyjskie bandosy opowiadały mu o maszynie, co sama
chodzi. Nawet przepili jego własne pieniądze, za które miał
kupić buty.
- Jużci
prawda, że ono samo chodzi, ale się też i wlecze jak stara
Sobieska - pocieszał się Owczarz. W sercu jednak czuł obawę
i myślał, że takie zagraniczne sztuki nie wyjdą na dobre
okolicy.
I chociaż
źle rozumował, trafnie wróżył, bo wraz z ukazaniem się
pierwszej lokomotywy zaczęły się w okolicy nie znane dawniej
kradzieże.
Od garnków
suszących się na płocie i zapasowych kół na dziedzińcu
do drobiu w szopach i koni w stajniach - wszystko ktoś kradł.
Koloniście Gedemu wydobyto ze spiżarni połeć słoniny;
gospodarza Marcińczaka, kiedy wracał trochę podchmielony z
odpustu, jacyś z uczernionymi twarzami wyrzucili z wozu i sami nim
pojechali, chyba do piekła. Nawet biednego krawca, Jojnę Niedoperza,
napadli w lesie złodzieje i wydarli mu krwawo zapracowane trzy ruble.
Ślimakowi
pierwsza lokomotywa także nic dobrego nie przyniosła. Paszy dla
bydła trudno się było dokupić; za to o zboże nikt
się u niego nie pytał, parę fasek masła starzało
się w lochu nie sprzedanych, a drób sami jedli, bo i na to nie
trafiał się kupiec. Cały handel wiejski z koleją i z
miasteczkiem zagarnęli Niemcy; nikt już nie chciał patrzyć
na chłopskie ziarno i nabiał.
Siedział
tedy Ślimak w izbie bez roboty (gdzież miał robić, kiedy
nie stało dworu), siedział pod piecem, palił fajkę i
myślał: czy to tak zawsze będzie trudno o siano? czy już
nigdy żaden handlarz nie wstąpi do niego po zboże, jaja i
masło? czy nigdy nie skończą się złodziejstwa? A
tymczasem, kiedy on tak rozsądnie każdą rzecz w głowie
rozważał, Niemcy ze swymi produktami jeździli po kilka mil w
różne strony i wszystko sprzedawali. Złodzieje też swoją
drogą kradli, gdzie tylko kto się nie upilnował albo przy
budynkach nie zaprowadził mocnych zamków.
- Na złe
idzie! - mówiła Ślimakowa.
- Iii... Jakosik
się to wyrówna - odpowiadał chłop.
O biednym
Staśku po trochu zapominano. Czasem tylko matka położyła do
obiadu jedną łyżkę za wiele i spostrzegłszy się
otarła oczy fartuchem. To znowu Magda, wołając Jędrka,
przez prędkość nazwała go Staśkiem. To znowu Burek
obiegał niekiedy budynki, jakby kogoś szukał, a nie znalazłszy
przypadał łbem do ziemi i szczekał. Coraz rzadziej jednak
trafiały się te wypadki.
Jędrek
najmocniej uczuł śmierć brata. Z tego powodu nie lubił
nawet siedzieć w izbie, lecz gdy nie było roboty,
wałęsał się po polach. Wałęsając się
zachodził czasem na kolonię, do starego bakałarza, a tam przez
ciekawość zaglądał do książki. Znał już
z połowę liter, więc bakałarz bez trudu nauczył go
reszty; gdy zaś poznał cały alfabet, to znowu bakałarzówna
dla rozrywki pokazywała mu czytanie. I chłopak bąkał, niekiedy
myląc się naumyślnie, aby go poprawiała, albo też
zapominał liter, aby ona pochyliwszy się nad książką
dotknęła go ramieniem.
Gdy jednego razu
przyniósł do chałupy elementarz i pokazał, co umie, uradowana
Ślimakowa posłała bakałarzównej dwie kury i pół kopy
jaj. Ślimak zaś spotkawszy bakałarza obiecał, że da mu
pięć rubli, jak Jędrek zacznie modlić się z
książki, a doda dziesięć, jeżeli chłopak nauczy
się pisania. Dzięki temu, gdy nadeszła jesień, Jędrek
bywał co dzień i parę razy na dzień w kolonii i albo
uczył się, albo choć przez okna patrzył na
bakałarzównę i przysłuchiwał się jej głosowi, co
trochę gniewało jednego z parobków, a zarazem kuzynów Hamera.
W spokojnych
czasach taka bieganina Jędrka może zwróciłaby uwagę
Ślimaków; dziś jednak byli zajęci czym innym. Oto każdy
dzień przekonywał ich, że paszy mają za mało, a krów
za dużo... Nie mówili do siebie, ale wszyscy w domu o tym tylko
myśleli. Myślała gospodyni widząc coraz mniej mleka w szkopku
i Magda, która tknięta niedobrym przeczuciem, co dzień
pieściła się z krowami, i Owczarz, bo nawet koniom ujmował
po garstce siana, aby podrzucić je bydlątkom. Ale najwięcej
chyba myślał sam Ślimak, bo nieraz wystawał przed
oborą i wzdychał.
Tak
dojrzewała bieda wśród ogólnej ciszy, którą mimowolnie
przerwał sam Ślimak. Jednej nocy bez powodu zerwał się z
pościeli i usiadł na tapczanie.
- Co tobie,
Józek?... - zapytała żona.
- Oj!...
Śniło mi się, że nam paszy całkiem zabrakło i
wszystek dobytek wyzdychal...
- W imię
Ojca i Syna... Żebyś nie wymówił w złą godzinę.
- Jużci na
pięć ogonów paszy nam nie wystarczy, to darmo -rzekł chłop.
- Kalkuluję se w głowie na wszyćkie strony, ale na nic...
- No, więc
co zrobisz?
- Bo jo wiem,
nieszczęśliwy?
- Może
by...
- Chybaby
sprzedać z jedno?... - dokończył chłop. Słowo
padło. We dwa dni później Ślimak zaszedłszy po okowitę
do karczmy coś napomknął Joselowi o krowie, a zaraz w
poniedziałek przyszli do chałupy dwaj rzeźnicy z miasteczka.
Ślimakowa
wcale z nimi nie chciała gadać, a Magda zaczęła
szlochać. Wyszedł tedy na dziedziniec Ślimak.
- Ny, co to,
gospodarzu - zaczął jeden z rzeźników - chcecie sprzedać
krowę?
- Bo jo wiem...
- Która to,
pokażcie ino.
Ślimak
milczał, aż musiał odezwać się Owczarz:
- Już jak
sprzedać, to chyba Łysą...
-
Wyprowadźcie no ją - nalegał rzeźnik.
Maciek
poszedł do obórki i po chwili wyprowadził nieszczęsną
krowę. Zdawała się być zdziwiona, że ją
wyciągnęli na dziedziniec w niezwykłej porze.
Rzeźnicy
obejrzeli Łysą i poszwargotawszy między sobą zapytali o
cenę.
- Bo jo wiem? -
odparł Ślimak.
- Co
dużo gadać? Sami widzicie, jakie to stare bydlę. Damy
piętnaście rubli.
Ślimak
znowu umilkł, więc znowu Owczarz musiał go wyręczyć w
targu. Żydzi krzyczeli wniebogłosy, zaklinali się, szarpali
krowę na wszystkie strony, a w końcu pokłóciwszy się
między sobą dali osiemnaście rubli. Jeden założył
stworzeniu powróz na rogi, drugi machnął je kijem po łopatce i -
w drogę...
Krowa
poczuwszy widać zapach krwi nie chciała ruszyć z miejsca.
Najprzód skręciła do obory, ale rzeźnicy odciągnęli
ją ku gościńcowi; potem ryknęła tak
żałośnie, że Owczarz pobladł, a w końcu
oparła się wszystkimi nogami o ziemię patrząc na
Ślimaka wywróconymi oczyma, w których malował się żal i
przestrach.
W izbie
słychać było płacz Magdy; gospodyni nie śmiała
wyjrzeć na dziedziniec, a Ślimakowi zdawało się, że
zapienione i zadyszane bydlątko szepcze do niego:
"Gospodarzu,
a dyć spojrzyjcie, co oni ze mną wyrabiają, te Żydy...
Przecie oni mnie z tela chcą zabrać i zarżnąć!...
Sześć roków byłam u was i coście chcieli, robiłam woma
sprawiedliwie. Ujmijcież się teraz za mną w takim
nieszczęściu!... Gospodarzu... gospodarzu!..."
Ślimak
milczał. Wtedy krowina widząc, że nic jej nie uratuje,
obejrzała się ostatni raz po dziedzińcu i - poszła za
wrota.
Gdy
była na gościńcu, brnąc po błocie w stronę
miasteczka, wywlókł się za nią Ślimak. Szedł z daleka,
gniótł w pięści żydowskie pieniądze i
myślał:
"Gdzieżbym
ja cię sprzedawał, nasza karmicielko i dobrodziejko, żebym
się nie bał o nieszczęście dla wszystkich?... Nie ja
przecie winienem twojej nędzy. Bóg miłosierny zagniewał się
na nas i po jednemu wysyła na śmierć..."
Czasem
krowa, jakby nie dowierzając, oglądała się za siebie, na
dom. Wtedy Ślimak znowu szedł za nią i wahał się w
duszy: czyby nie oddać Żydom pieniędzy i nie odebrać
stworzenia? Ocaliłby ją, nawet by dopłacił, gdyby mu w tej
chwili odstąpił kto paszy na zimę.
Na
moście chłop stanął i oparty o poręcz bezmyślnie
patrzył w wodę. Ot, zepsuło się coś w zagrodzie!...
Roboty nie ma, zboża nikt nie kupuje, w lecie zginął mu syn, w
jesieni ginie bydlątko, a co zima przyniesie?
I znowu
przemknęło mu przez głowę:
"Jeszcze
teraz mógłbym ją, niebogę, wykupić!... Nad wieczorem
będzie za późno."
Nagle
usłyszał za sobą głos starego Hamera:
- Nie do
nas idziecie, gospodarzu?
-
Poszedłbym - odparł Ślimak - żebyście mi paszy
sprzedali...
- I pasza
nie pomoże - mówił stary z fajką w zębach - bo chłop
między kolonistami rady sobie nie da. Ale sprzedajcie swoje grunta, a i
wam, i mnie będzie z tym lepiej.
- Ni.
- Sto rubli dam
za morgę!...
Ślimak
aż założył ręce ze zdziwienia i pokiwawszy
głową odparł:
- Czy was,
panie Hamer, opętało czy co?... Mnie na smutek się zbiera,
że z waszej łaski musiałem sprzedać bydlę, a wy
jeszcze chceta, żebym wam sprzedał wszystko, całe mienie! Dy ja
bym chyba trupem padł u progu, żeby mi się przyszło
wyprowadzać z chałupy, a już kiedy bym wyszedł za wrota, to
byście mnie musieli odwieźć prosto na cmentarz. Dla was, Niemcy,
wyprowadzić się z miejsca to nic, bo wy błędny naród,
dziś tu, jutro tam. Ale chłop jest przecie osiędzony jak ten
kamień przy drodze. Ja tu każdy kąt wiem na pamięć,
wszędy po ciemku bym trafił, każdom grudę ziemi
własną ręką obrócił, a wy mi gadacie: "Sprzedaj i
idź w świat!" Gdzież ja pójdę, kiedy jak mi wypadnie
jechać bodaj za kościół, to ślepnę i trwożę
się, bo wkoło mnie wszystko nieznajome. Poźrzę na las -
inaczej wygląda niż z domu, patrzę na krzak -takiegom kole nas
nie widział; ziemia także jest odmienna, a nawet samo
słońce inaczej niż u mnie wschodzi i zachodzi... A co ja bym z
żoną robił, co z chłopakiem, żeby mi się
przyszło stąd ruszyć? A co bym powiedział, gdyby mi
drogę zastąpili ojcowie rzekąc: "Lo Boga, Józek, kaj my
cię będziemy szukali, jak nam w czyścu bardzo dopiecze, i czy
twój pacierz trafi do naszych grobów, kiedy się wyprowadzasz gdzieści
na koniec świata?..." Co ja im odpowiem albo i Staśkowi, który
bez was głowę tu położył?
Hamer
słuchając drgał z gniewu; mało fajki nie rzucił na
ziemię.
- Co mi ty
bajdy pleciesz! - zawołał. - Mało to waszych sprzedało
gospodarstwa i poszło na Wołyń, gdzie są panami? Ojciec do
niego przyjdzie po śmierci!... słyszał kto?... Ty patrz,
żebyś przez upór sam nie zginął i mnie nie zgubił.
Przez ciebie syn mi się marnuje, pieniędzy nie mam na wypłaty,
sąsiedzi mnie dręczą... Czy ty myślisz, że w twojej
głupiej górze zakopano skarby? Chcę grunt kupić, bo tu najlepsze
miejsce na wiatrak. Płacę sto rubli, niebywałą cenę, a
on mi baje, że gdzie indziej żyć nie potrafi!... Verfluchter!...
- Gniwajcie
się, nie gniwajcie się, a ja gruntu nie sprzedam.
- Sprzedasz ty
go - odparł Hamer wygrażając pięścią - ale
już ja nie kupię!... Roku między nami nie wysiedzisz... I
odwróciwszy się szedł ku domowi.
- A chłopak
twój niech mi się nie włóczy na kolonię - dodał
stając. - Nie dla was sprowadziłem tu bakałarza...
- Wielka rzecz!
to i nie będzie chodził, kiedy mu zazdrościcie powietrza w izbie
- mruknął Ślimak.
- Tak,
zazdroszczę mu powietrza - irytował się Hamer. - Ojciec
głupi, niech i syn będzie głupi.
Rozeszli
się. Chłop był taki zły, że nawet nie
żałował swojej krowy.
- Niech jej tam
gardziel poderżną, kiedy tak - mówił sobie. Lecz zorientowawszy
się, że bydlątko nie winno jego kłótni z Hamerem,
westchnął.
W domu
usłyszał lament. To Magda płacze, że gospodyni wymawia jej
obowiązek. Ślimak milcząc usiadł na ławie, a tymczasem
żona prawiła do dziewuchy:
- Strawy by ci u
nas nie zabrakło, to prawda, ale skąd ja ci wezmę pieniędzy
na zasługi i na kolędę? Ino sama pomiarkuj. Rośniesz
duża, po Nowym Roku patrzyłaby ci się większa zapłata,
a u nas jej nie dostaniesz, nawet żadnej. Wreszcie już i roboty nie
ma dla ciebie, jakieśmy krowę sprzedali... Idź se zatem jutro
albo pojutrze do stryjka - ciągnęła gospodyni -powiedz mu, jaka
u nas bieda: że nic się nie sprzedaje, że nie ma zarobku,
żeśmy bydlę musieli rzeźnikom oddać. Powiedz mu to i
padnij do nóg, żeby ci lepszy obowiązek wynalazł. Im
prędzej, tym lepiej. A jak nam kiedy Bóg miłosierny dopomoże, to
se wrócisz...
- Oho! -
szepnął Owczarz słuchający w rogu izby. - Nie wracać,
kiedy człowiek raz odyńdzie... A potem dodał:
-
Niezadługo widać skończy się u was i moje panowanie. Po
krowie Magda, po Magdzie ja.
- Iii... ty,
Maćku, możesz se siedzieć - przerwała mu gospodyni. - Przy
koniach zawdy musi ktoś być, a choćbyśmy ci jednego roku
zasług nie dali, odbierzesz se w drugim. Z Magdą zaś co innego.
Ona młoda, jej dopiero na świat, więc po co ma usychać w
biedzie?
- Jużci
prawda - potwierdził Owczarz po namyśle. - Nawet dobrzyśta
ludzie, że w takim zmartwieniu pomyśleliście nopirwy o tym,
żeby nie psuć losu dziewusze.
Ślimak
milczał podziwiając rozum żony, która od razu zmiarkowała,
że Magda już nie ma co u nich robić. Zarazem strach go
zdjął na myśl, że tak prędko rozprzęga się
ich gospodarstwo. Całe lata pracowali na trzecią krowę i
własną dziewuchę, a dziś jeden dzień wystarczył,
ażeby obie wygnać z domu.
"Albo
się wezmę do stolarki, albo jegomości zapytam się: co
robić? albo już nie wiem... Ale co by ta ze mną
jegomość gadał! Choćbym nawet zakupił mszę
świętą na intencję dobrej rady, to jegomość
mszę wyśpiwa, a rady nie da. Skąd by ją wziął?
Może się to na końcu i samo odwróci. Pewnie, że się
samo odwróci. Pan Bóg miłosierny to jak ojciec: kiedy weźmie
bić, bije, choćbyś prosił się, krzyczał, dopóki
ręki se nie zmacha. A potem znowu na człowieka zeszłe
łaskę; byle ino cierpliwie swoje odcierpieć..."
Tak
medytował Ślimak i zapalił fajeczkę. Żal mu było
Magdy, jeszcze więcej krowy, przypomniał sobie łąkę i
Staśka, bał się Niemców, ale - cóż miał robić?
Czekać cierpliwie, dopóki się samo nie odwróci.
Więc
czekał.
W początkach
listopada Magdy już nie było u Ślimaków; poszła do stryjka,
a od stryjka na nowy obowiązek. Nawet miejsce po niej w chacie
zastygło i tylko gospodyni czasem pytała samej siebie: czy to prawda,
że w tej izbie był jaki Stasiek, że przy tym kominie kręciła
się jakaś Magda, że w obórce stała trzecia krowa?...
Tymczasem w
okolicy mnożyły się kradzieże, a Ślimak co dzień
myślał, żeby w miasteczku kupić skoble i kłódki do
budynków, to znowu żeby wyciosać drągi i na noc wszystkie drzwi
nimi zasuwać.
"Kradną
innych, to i mnie mogą okraść" - myślał i
niekiedy wyciągał rękę do siekiery chcąc przynajmniej
wyciosać zasuwę. Wnet jednak okazało się, że albo
siekiera leży za daleko, albo on ma za krótką rękę,
więc - dawał spokój.
Innym razem,
nasłuchawszy się o złodziejstwach, brał sukmanę i
otwierał skrzynię do pieniędzy, ażeby kupić skoble.
Cóż, z tego, kiedy jak pomyślał o wydaniu kilku rubli w tych
ciężkich czasach, to aż go koło serca zamdliło.
Prędko więc chował pieniądze na dno i zdejmował
sukmanę, ażeby go nie skusiło.
- Trza
czekać - mówił - do wiosny. Bez ten czas może Pan Bóg
łaskaw ochroni nas od straty; a wreszcie - upilnuje Owczarz i Burek. Ho!
ho! oni czujni!...
Jakby na
potwierdzenie tej opinii, Burek wył i szczekał po całych nocach,
a Owczarz zrywał się po parę razy na noc i zarzuciwszy
sukmanę na ramiona przechodził się po dziedzińcu.
Jednej bardzo
ciemnej nocy, kiedy z nieba padał deszcz ze śniegiem, a na ziemi
było błota wyżej kostek. Burek naraz popędził w
stronę wąwozów i zaczął gwałtownie ujadać. Owczarz
zerwał się z barłogu i zmiarkowawszy po zajadłości
psa, że ktoś jest za stodołą, zbudził Ślimaka.
Uzbroili się obaj w drąg i siekierę, i potykając się w
błocie poszli za psem, który kilka razy skowyknął, jakby go
potrącono.
- Są
złodzieje - szepnął Maciek. Jednocześnie rozległo
się stąpanie, jakby dwu ludzi niosło ciężar.
- Na tu, na!...
Na tu, na!... -przemawiali oni do Burka, który czując za sobą swoich
panów nacierał coraz gwałtowniej.
- Weźmiemy
się do nich - spytał Maciek Ślimaka - czy dać spokój?
- Kiej nie wiem,
ilu ich jest - odparł Ślimak. W tej chwili od kolonii Hamera
zabłyszczało światło, a na gościńcu rozległ
się tętent koni i krzyki:
- Łapaj!
trzymaj!....
- Bywaj!... -
zawołał Owczarz, a Ślimak, wysunąwszy się za
stodołę, odezwał się:
- Hej, wy!
coście ta za jedni?...
Teraz o
kilkanaście kroków przed nim upadło na ziemię coś
ciężkiego, a spośród ciemności odpowiedziano:
- Poczekaj,
szwabski stróżu!... dowiesz się, co za jedni...
- Huzia go! -
krzyknął Ślimak.
- Bij go! -
zawołał Owczarz.
I posunęli
się na oślep ku jarom. Ale złodzieje uciekli do wąwozów
przeklinając Ślimaka.
Wnet
przykłusowali konni Niemcy, a Jędrek wybiegł na dziedziniec z
łuczywem. Wszyscy zeszli się za stodołą i przy czerwonym
blasku łuczywa znaleźli w błocie zakłutego wieprza.
- O, nasz
wieprz! - zawołał Fryc Hamer.
- Ukradli wam? -
spytał Ślimak.
- Zabili i
ukradli, choć w izbie paliło się światło.
-
Śmiałe bestie! - mruknął Owczarz.
- My
myśleli - odezwał się z konia parobek Hamerów - że to wy
kradniecie. - I począł się śmiać.
- Dobrze nam
dziękujeta za pomoc! Niech was... - mruknął Ślimak.
- Idźmy za
nimi - mówił wzburzony Fryc - może złapiemy którego.
- To se
idźta - odpowiedział gniewnie Ślimak. - Widzisz ich!... W
chałupie gadają, że my kradniemy, a tu proszą, żeby za
nich karku nadstawiać.
- Pójdę z
nimi, tatulu - prosił Jędrek.
- Wracaj do dom
i Burka ciągnij za łeb! - krzyknął ojciec. -Takiegośmy
wieprza im uratowali, że aż złodzieje nam za to
wygrażają, a oni mówią, że my kradli!...
Fryc Hamer
uspokajał ich i nawet zwymyślał niezręcznego parobka, lecz
chłopi wrócili do domu. Wprawdzie na ich miejsce przybiegło kilku
mężczyzn z kolonii, ale Hamer już stracił ochotę do
obławy, więc zabrali Niemcy wieprza i w ciemności, po
błocie, wrócili na swój folwark.
W kilka dni
zjechał strażnik, wysłuchał kolonistów, wybadał
Ślimaka, odwiedził Josela, przetrząsnął jary we
wszystkich kierunkach, spotnial, zabłocił się, ale - nikogo nie
znalazł. Z poszukiwań tych jednak wyciągnął bardzo
słuszny wniosek, że złodzieje od dawna uciekli. Więc
kazawszy Ślimakowej włożyć do wózka garnuszek masła i
żółtą kurę w czarne cętki, wrócił do domu.
Kradzieże
na jakiś czas ustały; Ślimak przecie, pomny na pogróżki,
wciąż rozmyślał, że trzeba budynki zaopatrzyć w
skoble, a stajnię i oborę w zasuwy z drągów. Ułożywszy
zaś wszystko porządnie w swojej głowie, czekał, aż mu
przyjdzie ochota wydać pieniądze na żelastwo i obciosać
drągi. Obie czynności odkładał z dnia na dzień,
pamiętając o przysłowiu: co nagle, to po diable, i czekając
albo na lepszy pomysł co do zabezpieczenia budynków, albo na stalszą
pogodę.
- Skoble
kupić trzeba - mówił - ale po co buty marnować w takim
błocku?
Tymczasem zima
ustaliła się. Na wzgórzach wyrósł kożuch gruby na
łokieć. Białkę przykrył lód twardy jak krzemień,
gościńce wygładziły się, gałęzie drzew
okrył Pan Bóg w koszulki ze śniegu, a Ślimak wciąż
medytował o zasuwach i skoblach. Palił fajkę, aż w izbie
było dymno, przekładał nogę na nogę albo siedząc
przy stole opierał głowę to na prawej, to na lewej ręce, a
medytował, wciąż medytował. I właśnie kiedy
już był w drugiej połowie swoich medytacyj, wpadł pewnego
wieczora do izby Jędrek bardzo zalterowany. Matka, zajęta przy
kominie, nie zwróciła uwagi na chłopca; ale ojciec, choć
było skąpo światła w chałupie, spostrzegł, że
Jędrek ma poszarpaną sukmanę, zwichrzony łeb i sińce
pod oczyma.
Ślimak niby
niechcący z tej i owej strony obejrzał zasapanego Jędrka,
domyślił sobie to, o czym myślał, wytrząsnął
fajkę, splunął i rzekł:
- Widzi mi
się, chłopak, że ci ktoś w gębę dał?... I to pewnie ze trzy
razy...
- Ja jemu
lepiej dałem - odparł zachmurzony Jędrek. Matka w ową
chwilę była w sieni, więc na razie nie słyszała
rozmowy. Ojciec zaś nie śpieszył się z badaniem, bo
właśnie zapchany cybuszek przepychał drutem. Dopiero przedmuchnąwszy
go pytał dalej:
-
Któryż cię tak uczcił?
- A ten
hycel Herman - mruknął Jędrek poruszywszy łopatkami, jakby
go co kąsało.
- Ten od Hamera?
- pytał ojciec.
- Przecie on.
- A
cóżeś ty robił u Hamera, kiej zakazano ci tam chodzić?
- Takem se
zaglądał do bakałarzów bez okno - odparł zaczerwieniony
chłopak i szybko dodał: - A ten ci, niemieckie nasienie,
wyleciał z kuchni i drę się: "Co tu podpatrujesz dom,
złodzieju?" - "Com ci ukradł?" - ja mówię. "
Jeszcze nic - on mówi -ale pewnie ukradniesz." I zaraz woła: "
Poszedł stąd, bo ci dam w zęby!" A jo mówię: "To
spróbuj!" A on: "Jużem spróbował." A jo:
"Może spróbujesz jeszcze raz?" A on: "Masz jeszcze
raz..."
- Pochopny Szwab
- mruknął Ślimak. - A ty jemu nic?
- Com mu
miał zrobić? - obruszył się Jędrek. -
Złapałem polano i śmignąłem go leciutko w łeb...
Może ze dwa razy, no... niechby trzy. A ten podlec zara ci pokład
się na ziemię i puścił farbę. Chciałem mu jeszcze
dołożyć za chytrość, ale z chałupy wyleciały
tamte. Nawet Fryc miał fuzję w garści, więcem ucik.
- I nie
dognały cię?
- Oho! mieli me
dognać, kiedym rwał jak zając.
- Choroba z tym
chłopakiem - odezwała się matka wysłuchawszy historii. -
Jeszcze go kiedy Szwaby utłuką.
- Co mu ta
zrobią - odparł ojciec. - Chybszy on w nogach od nich i zawdy im
się wymknie.
Nałożył
fajkę i znowu począł rozmyślać o złodziejach,
skoblach i zasuwach.
Ale na drugi
dzień w samo południe przyszli przed zagrodę Ślimaka Fryc
Hamer, jego brat Wilhelm i parobek Herman z głową tak
obwiązaną szmatami, że mu ledwie jedno oko było widać.
Stanęli we trzech na gościńcu, a Fryc zaczął
wołać do Owczarza:
- Hej tam!...
Powiedz gospodarzowi, żeby do nas wyszedł. Ślimak
usłyszał krzyk i wybiegł przed wrota, z pośpiechu
zapinając przez drogę pas na koszuli.
- Czego chceta?
- spytał.
- Idziemy ze
skargą do sądu na tego zbója - krzyczał rozgniewany Fryc. - O!
patrzaj, jak pokaleczył Hermana... A tu mam świadectwo felczerskie,
że rany są niebezpieczne - mówił pokazując chłopu
arkusz papieru. - Posiedzi on w kryminale, ten wasz Jędrek.
- Do
bakałarzówny zachciało mu się umizgać!... Będzie
się umizgał za kratą!... - |