Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Boleslaw Prus
Placówka

IntraText CT - Text

  • ROZDZIAL DZIEWIATY
Previous - Next

Click here to hide the links to concordance

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Zapadła jesień. Zamiast jasnych łanów szarzały smutne ścierniska, w jarach czerwieniły się krzaki, bociany ze stodół odeszły precz, na południe.

W lesie, jeżeli jaki las gdzie został, ledwieś dopatrzył ptaka, a w polu człowieka; chyba tu i owdzie po niemieckiej stronie kilka bab w granatowych spódnicach wykopywały resztę kartofli. Nawet przy kolei skończyły się wielkie roboty. Nasypy wzniesiono, grabarze i mularze rozbiegli się po świecie, a zamiast nich ukazywały się lokomotywy zwożące szyny i podkłady. Z początku widziałeś na zachodnim krańcu nasypu tylko czarny dym jak z gorzelni; w kilka dni spomiędzy żółtych pagórków wyjrzał komin, a nieco później - komin osadzony na ogromnym kotlisku. Kocieł sam bez koni toczył się na wozie i jeszcze ciągnął za sobą kilkanaście innych wozów, naładowanych drzewem, żelazem i ludźmi. Gdzie zatrzymał się, tam ludzie zeskakiwali na ziemię, kładli na nasyp drewniane bale, do drzewa przybijali szyny i kocieł znowu jechał naprzód.

Owczarz co dzień przypatrywał się tym praktykom i rzekł raz do Ślimaka:

- Widzicie, jakie to sprytne!... Póki z góry, to puszczają se ładunek bez koni. Bo i po co mordować bydlęta w takim sposobie?

Ale jednego dnia kocieł z rzędem wozów stanął naprzeciw jaru. Ludzie zdejmowali szyny i podkłady, a on stał, dymił i zipał. Stał z godzinę i Owczarz patrzył z godzinę, myśląc: jak oni go teraz ruszą z miejsca?

Nagle ku największemu zdumieniu parobka kocieł gwizdnął przeraźliwie i ruszył się w tył razem z wozami bez niczyjej pomocy. Teraz dopiero Maciek jak przez mgłę przypomniał sobie, że kiedyś galicyjskie bandosy opowiadały mu o maszynie, co sama chodzi. Nawet przepili jego własne pieniądze, za które miał kupić buty.

- Jużci prawda, że ono samo chodzi, ale się też i wlecze jak stara Sobieska - pocieszał się Owczarz. W sercu jednak czuł obawę i myślał, że takie zagraniczne sztuki nie wyjdą na dobre okolicy.

I chociaż źle rozumował, trafnie wróżył, bo wraz z ukazaniem się pierwszej lokomotywy zaczęły się w okolicy nie znane dawniej kradzieże.

Od garnków suszących się na płocie i zapasowych kół na dziedzińcu do drobiu w szopach i koni w stajniach - wszystko ktoś kradł. Koloniście Gedemu wydobyto ze spiżarni połeć słoniny; gospodarza Marcińczaka, kiedy wracał trochę podchmielony z odpustu, jacyś z uczernionymi twarzami wyrzucili z wozu i sami nim pojechali, chyba do piekła. Nawet biednego krawca, Jojnę Niedoperza, napadli w lesie złodzieje i wydarli mu krwawo zapracowane trzy ruble.

Ślimakowi pierwsza lokomotywa także nic dobrego nie przyniosła. Paszy dla bydła trudno się było dokupić; za to o zboże nikt się u niego nie pytał, parę fasek masła starzało się w lochu nie sprzedanych, a drób sami jedli, bo i na to nie trafiał się kupiec. Cały handel wiejski z koleją i z miasteczkiem zagarnęli Niemcy; nikt już nie chciał patrzyć na chłopskie ziarno i nabiał.

Siedział tedy Ślimak w izbie bez roboty (gdzież miał robić, kiedy nie stało dworu), siedział pod piecem, palił fajkę i myślał: czy to tak zawsze będzie trudno o siano? czy już nigdy żaden handlarz nie wstąpi do niego po zboże, jaja i masło? czy nigdy nie skończą się złodziejstwa? A tymczasem, kiedy on tak rozsądnie każdą rzecz w głowie rozważał, Niemcy ze swymi produktami jeździli po kilka mil w różne strony i wszystko sprzedawali. Złodzieje też swoją drogą kradli, gdzie tylko kto się nie upilnował albo przy budynkach nie zaprowadził mocnych zamków.

- Na złe idzie! - mówiła Ślimakowa.

- Iii... Jakosik się to wyrówna - odpowiadał chłop.

O biednym Staśku po trochu zapominano. Czasem tylko matka położyła do obiadu jedną łyżkę za wiele i spostrzegłszy się otarła oczy fartuchem. To znowu Magda, wołając Jędrka, przez prędkość nazwała go Staśkiem. To znowu Burek obiegał niekiedy budynki, jakby kogoś szukał, a nie znalazłszy przypadał łbem do ziemi i szczekał. Coraz rzadziej jednak trafiały się te wypadki.

Jędrek najmocniej uczuł śmierć brata. Z tego powodu nie lubił nawet siedzieć w izbie, lecz gdy nie było roboty, wałęsał się po polach. Wałęsając się zachodził czasem na kolonię, do starego bakałarza, a tam przez ciekawość zaglądał do książki. Znał już z połowę liter, więc bakałarz bez trudu nauczył go reszty; gdy zaś poznał cały alfabet, to znowu bakałarzówna dla rozrywki pokazywała mu czytanie. I chłopak bąkał, niekiedy myląc się naumyślnie, aby go poprawiała, albo też zapominał liter, aby ona pochyliwszy się nad książką dotknęła go ramieniem.

Gdy jednego razu przyniósł do chałupy elementarz i pokazał, co umie, uradowana Ślimakowa posłała bakałarzównej dwie kury i pół kopy jaj. Ślimak zaś spotkawszy bakałarza obiecał, że da mu pięć rubli, jak Jędrek zacznie modlić się z książki, a doda dziesięć, jeżeli chłopak nauczy się pisania. Dzięki temu, gdy nadeszła jesień, Jędrek bywał co dzień i parę razy na dzień w kolonii i albo uczył się, albo choć przez okna patrzył na bakałarzównę i przysłuchiwał się jej głosowi, co trochę gniewało jednego z parobków, a zarazem kuzynów Hamera.

W spokojnych czasach taka bieganina Jędrka może zwróciłaby uwagę Ślimaków; dziś jednak byli zajęci czym innym. Oto każdy dzień przekonywał ich, że paszy mają za mało, a krów za dużo... Nie mówili do siebie, ale wszyscy w domu o tym tylko myśleli. Myślała gospodyni widząc coraz mniej mleka w szkopku i Magda, która tknięta niedobrym przeczuciem, co dzień pieściła się z krowami, i Owczarz, bo nawet koniom ujmował po garstce siana, aby podrzucić je bydlątkom. Ale najwięcej chyba myślał sam Ślimak, bo nieraz wystawał przed oborą i wzdychał.

Tak dojrzewała bieda wśród ogólnej ciszy, którą mimowolnie przerwał sam Ślimak. Jednej nocy bez powodu zerwał się z pościeli i usiadł na tapczanie.

- Co tobie, Józek?... - zapytała żona.

- Oj!... Śniło mi się, że nam paszy całkiem zabrakło i wszystek dobytek wyzdychal...

- W imię Ojca i Syna... Żebyś nie wymówił w złą godzinę.

- Jużci na pięć ogonów paszy nam nie wystarczy, to darmo -rzekł chłop. - Kalkuluję se w głowie na wszyćkie strony, ale na nic...

- No, więc co zrobisz?

- Bo jo wiem, nieszczęśliwy?

- Może by...

- Chybaby sprzedać z jedno?... - dokończył chłop. Słowo padło. We dwa dni później Ślimak zaszedłszy po okowitę do karczmy coś napomknął Joselowi o krowie, a zaraz w poniedziałek przyszli do chałupy dwaj rzeźnicy z miasteczka.

Ślimakowa wcale z nimi nie chciała gadać, a Magda zaczęła szlochać. Wyszedł tedy na dziedziniec Ślimak.

- Ny, co to, gospodarzu - zaczął jeden z rzeźników - chcecie sprzedać krowę?

- Bo jo wiem...

- Która to, pokażcie ino.

Ślimak milczał, musiał odezwać się Owczarz:

- Już jak sprzedać, to chyba Łysą...

- Wyprowadźcie no - nalegał rzeźnik.

Maciek poszedł do obórki i po chwili wyprowadził nieszczęsną krowę. Zdawała się być zdziwiona, że wyciągnęli na dziedziniec w niezwykłej porze.

Rzeźnicy obejrzeli Łysą i poszwargotawszy między sobą zapytali o cenę.

- Bo jo wiem? - odparł Ślimak.

- Co dużo gadać? Sami widzicie, jakie to stare bydlę. Damy piętnaście rubli.

Ślimak znowu umilkł, więc znowu Owczarz musiał go wyręczyć w targu. Żydzi krzyczeli wniebogłosy, zaklinali się, szarpali krowę na wszystkie strony, a w końcu pokłóciwszy się między sobą dali osiemnaście rubli. Jeden założył stworzeniu powróz na rogi, drugi machnął je kijem po łopatce i - w drogę...

Krowa poczuwszy widać zapach krwi nie chciała ruszyć z miejsca. Najprzód skręciła do obory, ale rzeźnicy odciągnęli ku gościńcowi; potem ryknęła tak żałośnie, że Owczarz pobladł, a w końcu oparła się wszystkimi nogami o ziemię patrząc na Ślimaka wywróconymi oczyma, w których malował się żal i przestrach.

W izbie słychać było płacz Magdy; gospodyni nie śmiała wyjrzeć na dziedziniec, a Ślimakowi zdawało się, że zapienione i zadyszane bydlątko szepcze do niego:

"Gospodarzu, a dyć spojrzyjcie, co oni ze mną wyrabiają, te Żydy... Przecie oni mnie z tela chcą zabrać i zarżnąć!... Sześć roków byłam u was i coście chcieli, robiłam woma sprawiedliwie. Ujmijcież się teraz za mną w takim nieszczęściu!... Gospodarzu... gospodarzu!..."

Ślimak milczał. Wtedy krowina widząc, że nic jej nie uratuje, obejrzała się ostatni raz po dziedzińcu i - poszła za wrota.

Gdy była na gościńcu, brnąc po błocie w stronę miasteczka, wywlókł się za nią Ślimak. Szedł z daleka, gniótł w pięści żydowskie pieniądze i myślał:

"Gdzieżbym ja cię sprzedawał, nasza karmicielko i dobrodziejko, żebym się nie bał o nieszczęście dla wszystkich?... Nie ja przecie winienem twojej nędzy. Bóg miłosierny zagniewał się na nas i po jednemu wysyła na śmierć..."

Czasem krowa, jakby nie dowierzając, oglądała się za siebie, na dom. Wtedy Ślimak znowu szedł za nią i wahał się w duszy: czyby nie oddać Żydom pieniędzy i nie odebrać stworzenia? Ocaliłby , nawet by dopłacił, gdyby mu w tej chwili odstąpił kto paszy na zimę.

Na moście chłop stanął i oparty o poręcz bezmyślnie patrzył w wodę. Ot, zepsuło się coś w zagrodzie!... Roboty nie ma, zboża nikt nie kupuje, w lecie zginął mu syn, w jesieni ginie bydlątko, a co zima przyniesie?

I znowu przemknęło mu przez głowę:

"Jeszcze teraz mógłbym , niebogę, wykupić!... Nad wieczorem będzie za późno."

Nagle usłyszał za sobą głos starego Hamera:

- Nie do nas idziecie, gospodarzu?

- Poszedłbym - odparł Ślimak - żebyście mi paszy sprzedali...

- I pasza nie pomoże - mówił stary z fajką w zębach - bo chłop między kolonistami rady sobie nie da. Ale sprzedajcie swoje grunta, a i wam, i mnie będzie z tym lepiej.

- Ni.

- Sto rubli dam za morgę!...

Ślimak założył ręce ze zdziwienia i pokiwawszy głową odparł:

- Czy was, panie Hamer, opętało czy co?... Mnie na smutek się zbiera, że z waszej łaski musiałem sprzedać bydlę, a wy jeszcze chceta, żebym wam sprzedał wszystko, całe mienie! Dy ja bym chyba trupem padł u progu, żeby mi się przyszło wyprowadzać z chałupy, a już kiedy bym wyszedł za wrota, to byście mnie musieli odwieźć prosto na cmentarz. Dla was, Niemcy, wyprowadzić się z miejsca to nic, bo wy błędny naród, dziś tu, jutro tam. Ale chłop jest przecie osiędzony jak ten kamień przy drodze. Ja tu każdy kąt wiem na pamięć, wszędy po ciemku bym trafił, każdom grudę ziemi własną ręką obrócił, a wy mi gadacie: "Sprzedaj i idź w świat!" Gdzież ja pójdę, kiedy jak mi wypadnie jechać bodaj za kościół, to ślepnę i trwożę się, bo wkoło mnie wszystko nieznajome. Poźrzę na las - inaczej wygląda niż z domu, patrzę na krzak -takiegom kole nas nie widział; ziemia także jest odmienna, a nawet samo słońce inaczej niż u mnie wschodzi i zachodzi... A co ja bym z żoną robił, co z chłopakiem, żeby mi się przyszło stąd ruszyć? A co bym powiedział, gdyby mi drogę zastąpili ojcowie rzekąc: "Lo Boga, Józek, kaj my cię będziemy szukali, jak nam w czyścu bardzo dopiecze, i czy twój pacierz trafi do naszych grobów, kiedy się wyprowadzasz gdzieści na koniec świata?..." Co ja im odpowiem albo i Staśkowi, który bez was głowę tu położył?

Hamer słuchając drgał z gniewu; mało fajki nie rzucił na ziemię.

- Co mi ty bajdy pleciesz! - zawołał. - Mało to waszych sprzedało gospodarstwa i poszło na Wołyń, gdzie panami? Ojciec do niego przyjdzie po śmierci!... słyszał kto?... Ty patrz, żebyś przez upór sam nie zginął i mnie nie zgubił. Przez ciebie syn mi się marnuje, pieniędzy nie mam na wypłaty, sąsiedzi mnie dręczą... Czy ty myślisz, że w twojej głupiej górze zakopano skarby? Chcę grunt kupić, bo tu najlepsze miejsce na wiatrak. Płacę sto rubli, niebywałą cenę, a on mi baje, że gdzie indziej żyć nie potrafi!... Verfluchter!...

- Gniwajcie się, nie gniwajcie się, a ja gruntu nie sprzedam.

- Sprzedasz ty go - odparł Hamer wygrażając pięścią - ale już ja nie kupię!... Roku między nami nie wysiedzisz... I odwróciwszy się szedł ku domowi.

- A chłopak twój niech mi się nie włóczy na kolonię - dodał stając. - Nie dla was sprowadziłem tu bakałarza...

- Wielka rzecz! to i nie będzie chodził, kiedy mu zazdrościcie powietrza w izbie - mruknął Ślimak.

- Tak, zazdroszczę mu powietrza - irytował się Hamer. - Ojciec głupi, niech i syn będzie głupi.

Rozeszli się. Chłop był taki zły, że nawet nie żałował swojej krowy.

- Niech jej tam gardziel poderżną, kiedy tak - mówił sobie. Lecz zorientowawszy się, że bydlątko nie winno jego kłótni z Hamerem, westchnął.

W domu usłyszał lament. To Magda płacze, że gospodyni wymawia jej obowiązek. Ślimak milcząc usiadł na ławie, a tymczasem żona prawiła do dziewuchy:

- Strawy by ci u nas nie zabrakło, to prawda, ale skąd ja ci wezmę pieniędzy na zasługi i na kolędę? Ino sama pomiarkuj. Rośniesz duża, po Nowym Roku patrzyłaby ci się większa zapłata, a u nas jej nie dostaniesz, nawet żadnej. Wreszcie już i roboty nie ma dla ciebie, jakieśmy krowę sprzedali... Idź se zatem jutro albo pojutrze do stryjka - ciągnęła gospodyni -powiedz mu, jaka u nas bieda: że nic się nie sprzedaje, że nie ma zarobku, żeśmy bydlę musieli rzeźnikom oddać. Powiedz mu to i padnij do nóg, żeby ci lepszy obowiązek wynalazł. Im prędzej, tym lepiej. A jak nam kiedy Bóg miłosierny dopomoże, to se wrócisz...

- Oho! - szepnął Owczarz słuchający w rogu izby. - Nie wracać, kiedy człowiek raz odyńdzie... A potem dodał:

- Niezadługo widać skończy się u was i moje panowanie. Po krowie Magda, po Magdzie ja.

- Iii... ty, Maćku, możesz se siedzieć - przerwała mu gospodyni. - Przy koniach zawdy musi ktoś być, a choćbyśmy ci jednego roku zasług nie dali, odbierzesz se w drugim. Z Magdą zaś co innego. Ona młoda, jej dopiero na świat, więc po co ma usychać w biedzie?

- Jużci prawda - potwierdził Owczarz po namyśle. - Nawet dobrzyśta ludzie, że w takim zmartwieniu pomyśleliście nopirwy o tym, żeby nie psuć losu dziewusze.

Ślimak milczał podziwiając rozum żony, która od razu zmiarkowała, że Magda już nie ma co u nich robić. Zarazem strach go zdjął na myśl, że tak prędko rozprzęga się ich gospodarstwo. Całe lata pracowali na trzecią krowę i własną dziewuchę, a dziś jeden dzień wystarczył, ażeby obie wygnać z domu.

"Albo się wezmę do stolarki, albo jegomości zapytam się: co robić? albo już nie wiem... Ale co by ta ze mną jegomość gadał! Choćbym nawet zakupił mszę świętą na intencję dobrej rady, to jegomość mszę wyśpiwa, a rady nie da. Skąd by wziął? Może się to na końcu i samo odwróci. Pewnie, że się samo odwróci. Pan Bóg miłosierny to jak ojciec: kiedy weźmie bić, bije, choćbyś prosił się, krzyczał, dopóki ręki se nie zmacha. A potem znowu na człowieka zeszłe łaskę; byle ino cierpliwie swoje odcierpieć..."

Tak medytował Ślimak i zapalił fajeczkę. Żal mu było Magdy, jeszcze więcej krowy, przypomniał sobie łąkę i Staśka, bał się Niemców, ale - cóż miał robić? Czekać cierpliwie, dopóki się samo nie odwróci.

Więc czekał.

W początkach listopada Magdy już nie było u Ślimaków; poszła do stryjka, a od stryjka na nowy obowiązek. Nawet miejsce po niej w chacie zastygło i tylko gospodyni czasem pytała samej siebie: czy to prawda, że w tej izbie był jaki Stasiek, że przy tym kominie kręciła się jakaś Magda, że w obórce stała trzecia krowa?...

Tymczasem w okolicy mnożyły się kradzieże, a Ślimak co dzień myślał, żeby w miasteczku kupić skoble i kłódki do budynków, to znowu żeby wyciosać drągi i na noc wszystkie drzwi nimi zasuwać.

"Kradną innych, to i mnie mogą okraść" - myślał i niekiedy wyciągał rękę do siekiery chcąc przynajmniej wyciosać zasuwę. Wnet jednak okazało się, że albo siekiera leży za daleko, albo on ma za krótką rękę, więc - dawał spokój.

Innym razem, nasłuchawszy się o złodziejstwach, brał sukmanę i otwierał skrzynię do pieniędzy, ażeby kupić skoble. Cóż, z tego, kiedy jak pomyślał o wydaniu kilku rubli w tych ciężkich czasach, to go koło serca zamdliło. Prędko więc chował pieniądze na dno i zdejmował sukmanę, ażeby go nie skusiło.

- Trza czekać - mówił - do wiosny. Bez ten czas może Pan Bóg łaskaw ochroni nas od straty; a wreszcie - upilnuje Owczarz i Burek. Ho! ho! oni czujni!...

Jakby na potwierdzenie tej opinii, Burek wył i szczekał po całych nocach, a Owczarz zrywał się po parę razy na noc i zarzuciwszy sukmanę na ramiona przechodził się po dziedzińcu.

Jednej bardzo ciemnej nocy, kiedy z nieba padał deszcz ze śniegiem, a na ziemi było błota wyżej kostek. Burek naraz popędził w stronę wąwozów i zaczął gwałtownie ujadać. Owczarz zerwał się z barłogu i zmiarkowawszy po zajadłości psa, że ktoś jest za stodołą, zbudził Ślimaka. Uzbroili się obaj w drąg i siekierę, i potykając się w błocie poszli za psem, który kilka razy skowyknął, jakby go potrącono.

- złodzieje - szepnął Maciek. Jednocześnie rozległo się stąpanie, jakby dwu ludzi niosło ciężar.

- Na tu, na!... Na tu, na!... -przemawiali oni do Burka, który czując za sobą swoich panów nacierał coraz gwałtowniej.

- Weźmiemy się do nich - spytał Maciek Ślimaka - czy dać spokój?

- Kiej nie wiem, ilu ich jest - odparł Ślimak. W tej chwili od kolonii Hamera zabłyszczało światło, a na gościńcu rozległ się tętent koni i krzyki:

- Łapaj! trzymaj!....

- Bywaj!... - zawołał Owczarz, a Ślimak, wysunąwszy się za stodołę, odezwał się:

- Hej, wy! coście ta za jedni?...

Teraz o kilkanaście kroków przed nim upadło na ziemię coś ciężkiego, a spośród ciemności odpowiedziano:

- Poczekaj, szwabski stróżu!... dowiesz się, co za jedni...

- Huzia go! - krzyknął Ślimak.

- Bij go! - zawołał Owczarz.

I posunęli się na oślep ku jarom. Ale złodzieje uciekli do wąwozów przeklinając Ślimaka.

Wnet przykłusowali konni Niemcy, a Jędrek wybiegł na dziedziniec z łuczywem. Wszyscy zeszli się za stodołą i przy czerwonym blasku łuczywa znaleźli w błocie zakłutego wieprza.

- O, nasz wieprz! - zawołał Fryc Hamer.

- Ukradli wam? - spytał Ślimak.

- Zabili i ukradli, choć w izbie paliło się światło.

- Śmiałe bestie! - mruknął Owczarz.

- My myśleli - odezwał się z konia parobek Hamerów - że to wy kradniecie. - I począł się śmiać.

- Dobrze nam dziękujeta za pomoc! Niech was... - mruknął Ślimak.

- Idźmy za nimi - mówił wzburzony Fryc - może złapiemy którego.

- To se idźta - odpowiedział gniewnie Ślimak. - Widzisz ich!... W chałupie gadają, że my kradniemy, a tu proszą, żeby za nich karku nadstawiać.

- Pójdę z nimi, tatulu - prosił Jędrek.

- Wracaj do dom i Burka ciągnij za łeb! - krzyknął ojciec. -Takiegośmy wieprza im uratowali, że złodzieje nam za to wygrażają, a oni mówią, że my kradli!...

Fryc Hamer uspokajał ich i nawet zwymyślał niezręcznego parobka, lecz chłopi wrócili do domu. Wprawdzie na ich miejsce przybiegło kilku mężczyzn z kolonii, ale Hamer już stracił ochotę do obławy, więc zabrali Niemcy wieprza i w ciemności, po błocie, wrócili na swój folwark.

W kilka dni zjechał strażnik, wysłuchał kolonistów, wybadał Ślimaka, odwiedził Josela, przetrząsnął jary we wszystkich kierunkach, spotnial, zabłocił się, ale - nikogo nie znalazł. Z poszukiwań tych jednak wyciągnął bardzo słuszny wniosek, że złodzieje od dawna uciekli. Więc kazawszy Ślimakowej włożyć do wózka garnuszek masła i żółtą kurę w czarne cętki, wrócił do domu.

Kradzieże na jakiś czas ustały; Ślimak przecie, pomny na pogróżki, wciąż rozmyślał, że trzeba budynki zaopatrzyć w skoble, a stajnię i oborę w zasuwy z drągów. Ułożywszy zaś wszystko porządnie w swojej głowie, czekał, mu przyjdzie ochota wydać pieniądze na żelastwo i obciosać drągi. Obie czynności odkładał z dnia na dzień, pamiętając o przysłowiu: co nagle, to po diable, i czekając albo na lepszy pomysł co do zabezpieczenia budynków, albo na stalszą pogodę.

- Skoble kupić trzeba - mówił - ale po co buty marnować w takim błocku?

Tymczasem zima ustaliła się. Na wzgórzach wyrósł kożuch gruby na łokieć. Białkę przykrył lód twardy jak krzemień, gościńce wygładziły się, gałęzie drzew okrył Pan Bóg w koszulki ze śniegu, a Ślimak wciąż medytował o zasuwach i skoblach. Palił fajkę, w izbie było dymno, przekładał nogę na nogę albo siedząc przy stole opierał głowę to na prawej, to na lewej ręce, a medytował, wciąż medytował. I właśnie kiedy już był w drugiej połowie swoich medytacyj, wpadł pewnego wieczora do izby Jędrek bardzo zalterowany. Matka, zajęta przy kominie, nie zwróciła uwagi na chłopca; ale ojciec, choć było skąpo światła w chałupie, spostrzegł, że Jędrek ma poszarpaną sukmanę, zwichrzony łeb i sińce pod oczyma.

Ślimak niby niechcący z tej i owej strony obejrzał zasapanego Jędrka, domyślił sobie to, o czym myślał, wytrząsnął fajkę, splunął i rzekł:

- Widzi mi się, chłopak, że ci ktoś w gębę dał?... I to pewnie ze trzy razy...

- Ja jemu lepiej dałem - odparł zachmurzony Jędrek. Matka w ową chwilę była w sieni, więc na razie nie słyszała rozmowy. Ojciec zaś nie śpieszył się z badaniem, bo właśnie zapchany cybuszek przepychał drutem. Dopiero przedmuchnąwszy go pytał dalej:

- Któryż cię tak uczcił?

- A ten hycel Herman - mruknął Jędrek poruszywszy łopatkami, jakby go co kąsało.

- Ten od Hamera? - pytał ojciec.

- Przecie on.

- A cóżeś ty robił u Hamera, kiej zakazano ci tam chodzić?

- Takem se zaglądał do bakałarzów bez okno - odparł zaczerwieniony chłopak i szybko dodał: - A ten ci, niemieckie nasienie, wyleciał z kuchni i drę się: "Co tu podpatrujesz dom, złodzieju?" - "Com ci ukradł?" - ja mówię. " Jeszcze nic - on mówi -ale pewnie ukradniesz." I zaraz woła: " Poszedł stąd, bo ci dam w zęby!" A jo mówię: "To spróbuj!" A on: "Jużem spróbował." A jo: "Może spróbujesz jeszcze raz?" A on: "Masz jeszcze raz..."

- Pochopny Szwab - mruknął Ślimak. - A ty jemu nic?

- Com mu miał zrobić? - obruszył się Jędrek. - Złapałem polano i śmignąłem go leciutko w łeb... Może ze dwa razy, no... niechby trzy. A ten podlec zara ci pokład się na ziemię i puścił farbę. Chciałem mu jeszcze dołożyć za chytrość, ale z chałupy wyleciały tamte. Nawet Fryc miał fuzję w garści, więcem ucik.

- I nie dognały cię?

- Oho! mieli me dognać, kiedym rwał jak zając.

- Choroba z tym chłopakiem - odezwała się matka wysłuchawszy historii. - Jeszcze go kiedy Szwaby utłuką.

- Co mu ta zrobią - odparł ojciec. - Chybszy on w nogach od nich i zawdy im się wymknie.

Nałożył fajkę i znowu począł rozmyślać o złodziejach, skoblach i zasuwach.

Ale na drugi dzień w samo południe przyszli przed zagrodę Ślimaka Fryc Hamer, jego brat Wilhelm i parobek Herman z głową tak obwiązaną szmatami, że mu ledwie jedno oko było widać. Stanęli we trzech na gościńcu, a Fryc zaczął wołać do Owczarza:

- Hej tam!... Powiedz gospodarzowi, żeby do nas wyszedł. Ślimak usłyszał krzyk i wybiegł przed wrota, z pośpiechu zapinając przez drogę pas na koszuli.

- Czego chceta? - spytał.

- Idziemy ze skargą do sądu na tego zbója - krzyczał rozgniewany Fryc. - O! patrzaj, jak pokaleczył Hermana... A tu mam świadectwo felczerskie, że rany niebezpieczne - mówił pokazując chłopu arkusz papieru. - Posiedzi on w kryminale, ten wasz Jędrek.

- Do bakałarzówny zachciało mu się umizgać!... Będzie się umizgał za kratą!... -