|
Strata koni
niemal do obłędu doprowadziła Ślimaka. Wprawdzie zbił,
skopał i wygnał z domu Owczarza, ale to jeszcze nie wyczerpało
jego gniewu. Duszno mu było w izbie, więc wybiegł na dziedziniec
i chodził po nim wzdłuż i wszerz, blady, z
zaciśniętymi pięściami, z krwią nabiegłymi
oczyma, upatrując spode łba, na czym by mógł wywrzeć
zemstę.
Przypomniał
sobie, że trzeba krowom rzucić paszy. Wszedł do obórki,
potrącił stworzenia, a gdy jedno z nich, zatrwożone,
udeptało go w nogę, schwycił widły i bez miłosierdzia
pobił obydwie krowiny. Potem jak bez pamięci wybiegł za
stodołę, a zobaczywszy zwłoki Burka, skopał psa, już
twardego jak drewno, klnąc na czym świat stoi.
-
Żebyś ty, psie nasienie, z cudzej garści chleba nie
pożądał, nie straciłbym ja koni... Gnij tutaj i cierp do
wiosny, potępiona bestio!... - rzekł mu na zakończenie i jeszcze
raz kopnął, aż pękło w zmarzniętym
zwierzęciu.
Wróciwszy do
izby ciskał się tak, że pieniek obalił. Jędrek
widząc to parsknął śmiechem, a wówczas Ślimak
zdjąwszy rzemienny pas zaczął walić nim chłopaka,
aż ten wlazł pod ławę i krwią się zalał.
Chłop mimo
to jeszcze pasa nie zapiął. Chodził po izbie z rzemieniem w
ręku, czekając, rychło odezwie się żona, ażeby i
ją skatować. Kobieta jednak milczała, niekiedy chwytając
się ręką za okap komina, jakby jej sił brakło.
- Co się
taczasz?... - mruknął chłop. - Nie wywietrzała ci jeszcze
wczorajsza wódka?...
- Cosik mi
niedobrze - odparła cicho żona. Ślimak zastanowił się
i przepasał rzemień.
- Cóż ci? -
spytał.
- Takie mi
czarne kręgi stają w oczach i szumi w uszach... O!... czy może
tak w izbie piszczy?... - mówiła, bezładnie ukazując
rękoma.
- Nie chlaj
wódki, to ci nie będzie szumieć - odburknął Ślimak i
wyszedł znowu na podwórek spluwając.
Zdziwiło
go, że kobieta ani odezwała się za ciężko pobitym
Jędrkiem. Ponieważ jednak gniew znowu uderzył mu do głowy,
więc nie mając kogo bić porwał siekierę i
zaczął rąbać drzewo. Rąbał do wieczora, w jednej
koszuli, wcale nie jedząc obiadu.
Zdawało mu
się, że tu, u jego nóg, leżą ci, co mu konie ukradli;
więc rzucał się jak wściekły, aż mu drzazgi i
polana wylatywały nad głowę rozsypując się po
dziedzińcu.
Nareszcie
omdlały mu ręce, zabolał krzyż, a koszula przemokła od
poru; zarazem gniew go opuścił.
Wróciwszy do
chałupy, w pierwszej izbie nie zastał nikogo. Zajrzał do
alkierza. Ślimakowa leżała na łóżku.
- Co ci to? -
spytał.
- Trochę
mnie rozebrało - odparła kobieta jak obudzona ze snu. - Ale to nic.
- Na kominie
wygasło.
- Wygasło?
- powtórzyła. Ciężko podniosła się z pościeli i z
niemałym trudem na nowo rozpaliła ogień do wieczerzy.
- Widzisz!... -
mówił Ślimak, z uwagą przypatrując się żonie.
-
Zgrzałaś się wczoraj w karczmie, potem wypiłaś wody z
żydowskiej kwarty i jeszcześ se w drodze rozpięła
katankę. Zaziębiło cię widać.
- Nic mi nie
będzie - odparła opryskliwie. Może nawet lepiej jej się
zrobiło, bo odegrzała obiad i dała im na kolację.
Jędrek
wyszedł z kąta i wziął do ręki łyżkę,
ale zamiast jeść tak płakał, że Ślimakowi
zrobiło się przykro. Matka jednak nie zważała na jego
łzy i, potoknąwszy byle jako naczynie, poszła spać.
W nocy, prawie o
tej samej godzinie, kiedy nieszczęsny Owczarz dogorywał w jarach,
Ślimakową porwały dreszcze. Zbudzony mąż okrył
ją kożuchem i dreszcze powoli przeszły. Na drugi dzień wstała
jak zwykle do roboty, chwilami narzekając na ból głowy i krzyża.
Mimo to krzątała się, ale Ślimak po oczach jej
zmiarkował, że jest niedobrze, i zesmutniał.
Ku wieczorowi
zatrzeszczały na gościńcu sanie i stanęły u ich wrót.
Po chwili wszedł do izby szynkarz Josel. Żyd miał tak dziwny
wyraz twarzy, że Ślimaka aż kolnęło w serce, gdy go
ujrzał.
- Pochwalony -
rzekł Josel.
- Na wieki
wieków - odparł chłop. Nastała chwila milczenia.
- Nic się
nie pytacie?... - odezwał się Żyd.
- Co ja się
mam pytać?... - odparł Ślimak patrząc mu w oczy i
-pobladł, choć nie wiedział dlaczego.
- Jutro -
mówił z wolna Josel - jutro Jędrka powołają do sądu za
to, co pokaleczył Hermana...
- Niewiele mu
zrobią - rzekł Ślimak.
- Zawdy
trochę posiedzi w kozie.
- Niech
posiedzi. Na drugi raz nie będzie się bił. W izbie znowu
zaległo milczenie, tym razem dłuższe. Żyd kiwał
głową, a Ślimak patrzył na niego czując, że budzi
się w nim niepokój. Nareszcie zebrawszy siły zapytał się
szorstko:
- Macie jeszcze
co?
- Co tu
dużo gadać? - odparł Żyd machnąwszy
zaciśniętą pięścią. - Owczarz i dziecko
zmarźli na śmierć...
Ślimak
uniósł się na ławie, jakby chcąc rzucić się na
Josela, ale opadł i oparł się o ścianę. Gorąco go
oblało, potem nogi mu się zatrzęsły, a potem było mu
niby dziwno, że go taki strach ogarnął.
- Gdzie...
kiedy?... - spytał głucho.
- Gdzie?... -
mówił Josel. - W jarach, z tamtej strony kolei i nawet niedaleko gminy. A
kiedy?... kiedy?... Sami wiecie, że tej nocy, boście go wczoraj
wypędzili...
Chłop
podniósł się gniewny.
- Uu!...
już tak szczekacie, Joselu, że się kurzy za wami... Zmarzł!...
Cóż to on ode mnie w jary poszedł?... Nie ma chałup na
świecie czy co?...
Szynkarz
wzruszył ramionami i cofając się do drzwi odparł:
- Wierzcie, nie
wierzcie - mnie wszystko jedno. Sam widziałem, jak zmarzniętego
Owczarza z dzieckiem odwozili do sądu, pewnie na egzenterunek. A wy
możecie nie wierzyć!... Bądźcie zdrowi, gospodarzu...
- Wielga
rzec!... A cóż mi za to będzie, że on zmarzł!...
-wykrzyknął Ślimak.
- Od ludzi
nic, ale... Pan Bóg... Wy już i w Boga nie wierzycie, Ślimaku?... -
spytał Żyd zza progu i od ognia na kominie błysnęły mu
oczy.
Zamknął
drzwi izby, potrącił się o coś w sieni i wyszedł na
podwórek. Ślimak słyszał jego ciężki chód, stopniowo
cichnący aż do bramy; potem usłyszał, jak siadł do
sanek i krzyknął: "wio!" -na konia. I jeszcze
słyszał, jak sanki skrzypiały coraz dalej i dalej, aż do
mostu.
Otrząsnął
się, spojrzał po izbie i z drugiego kąta zobaczył utkwione
w siebie oczy Jędrka. Jakaś posępność osiadła mu
na myśli.
"Cóżem
winien, że on zmarzł?" - mruknął do siebie. W tej
chwili przypomniał sobie jedno kazanie, które wikary powtarzał w
kościele co roku. I zdawało mu się, że słyszy jego
zmęczony ze starości i jękliwy głos wołający:
"Byłem głodny, nie nakarmiliście mnie; byłem nagi, nie
przyodzialiście mnie; nie miałem dachu nad głową, nie
przygarnęliście mnie... Idźcież, przeklęci, w
ogień wieczny, zgotowany diabłu i sługom jego..."
-
Łże Żyd, jak Bóg na niebie... - rzekł Ślimak
czując, że go przechodzi mrowie. I powiedziawszy to, byłby
przysiągł, że teraz właśnie jest w stajni Owczarz z
dzieckiem, oboje żywi i zdrowi. Był tak pewny, iż powstał z
ławy, aby wezwać parobka na kolację. Lecz gdy ujął ręką
za klamkę drzwi, nagle - cofnął się. Bał się
wyjrzeć na podwórko...
Powoli
strach go ominął. Chłop wyszedł na dziedziniec,
zajrzał do pustej stajni, potem krowom rzucił garść siana i
gdy zapadł mrok, spać się położył. Żonę
znowu porwały dreszcze, więc okrył ją kożuchem, jak
wczoraj, mrucząc:
- To ci
podły Żyd ten Josel!
Żadną
miarą nie mogło pomieścić mu się w głowie,
żeby Owczarz z dzieckiem zmarźli. Owszem, im dłużej o nich
myślał, tym większej nabierał pewności, że Josel
nastraszył go, może z zamiarem jakiego oszustwa. Rano zaś ze
śmiechem opowiadał o tym żonie dziwiąc się bezczelności
szynkarza i usiłując odgadnąć: po co Żyd
opowiedział mu takie łgarstwo?
Ale po
obiedzie zajechał do nich miejscowy sołtys z piśmiennym
wezwaniem od sądu do Jędrka w sprawie o pokaleczenie Hermana.
- Kiedy on
tam ma być? - spytał Ślimak.
- Jego dzieło
jutro - odparł sołtys. - Ale co ma lecieć piechotą tyli
szmat drogi. Niech siada ze mną, to go odwiozę.
Jędrek
nieco pobladł i milcząc zaczął odziewać się w
półkożuszek i nową sukmanę.
-
Dużo mu tam zrobią? - spytał markotnie ojciec.
- Iii!...
posiedzi kilka dni, może z tydzień - rzekł sołtys.
Ślimak westchnął i począł wydobywać rubla z
węzełka.
- Ale,
ale... - odezwał się. - A słyszeliśta, sołtysie, co
ten, para, Josel gada, że Owczarz z dzieckiem oboje zmarźli?
- Com nie
miał słyszeć? - odparł niechętnie sołtys. -
Przecie to prawda...
-
Zmarźli?... zmarźli?... - powtórzył Ślimak.
-
Jużci tak. Ale - dodał - kużden rozumie, że to nie z waszej
winy. Nie dopilnował koni, wy w złości wygnaliśta go, ale
przecie nikt mu nie kazał schodzić z gościńca między
jary. Upił się czy co i nieborak zginął bez własne
głupstwo.
Jędrek
już był gotów i żegnając się z rodzicami kolejno
obejmował ich za nogi. Ślimakowi łzy zakręciły
się w oczach. Ścisnął syna za głowę i dał mu
rubla na wszelki wypadek polecając go opiece boskiej. Zdziwił
się jednak bez miary widząc, że matka traktuje chłopca
obojętnie.
- Jagna!
przecie Jędrek jedzie do sądu i do haryśtu... -reflektował
ją mąż.
- To i co
- odparła patrząc błędnymi oczyma.
-
Bardzoś chora?...
- Ni. Ino
mnie trochę głowa boli i we wnętrzu pali, i... sił
jakoś nie mam...
To
powiedziawszy odeszła do alkierza i legła na łóżku.
Jędrek z sołtysem opuścili chatę.
Ślimak
został sam w izbie, a im dłużej siedział, tym niżej
głowa opadała mu na piersi. Zdawało mu się, że
drzemie, to znowu, że siedzi nad jakimś szarym polem, w
każdą stronę bardzo rozległym, na którym nie ma ani
krzaków, ani badylów, ani nawet kamienia - nic. Tylko gdzieś z boku
(chłop nie śmiał spojrzeć na tamtą stronę) stoi
Owczarz z dzieckiem na ręku i uparcie patrzy mu w oczy.
Ślimak
wstrząsnął się. Nie, na tym polu nie ma Owczarza, a
jeżeli jest, to gdzieś tak z boku, na krawędzi, tak gdzieś
daleko, że go nawet dojrzeć niepodobna i widać tylko kraj jego
sukmany, a może i tego nie...
Myśl
o Owczarzu zaczęła być dokuczliwą. Chłop podniósł
się z ławy, przeciągnął, aż mu w stawach
zatrzeszczało, i wziął się do mycia kuchennych statków.
- Oto, na
co mi zeszło! - mruknął. - Ech!..., albo to raz bieda padnie na
człowieka, a musi się nie dawać?
Uwaga ta
orzeźwiła go i zaczął kręcić się około
domu. Świniom wyniósł kartofli i pomyj, dla krów zdjął
paszę z góry, narznął sieczki, potem kilkoma nawrotami
chodził po wodę do rzeki. Tak już dawno nie robił nic
podobnego, że zdawało mu się, iż odmłodniał - i
nabrał otuchy. I byłoby mu nawet całkiem raźno pomimo
choroby żony i wzięcia do sądu Jędrka, gdyby nie
wspomnienie o Owczarzu. Przecie to Owczarz jeszcze dwa dni temu nosił
wodę. Owczarz ciął sieczkę, Owczarz karmił bydło...
W
miarę zapadającego mroku Ślimak robił się
posępniejszy.
Najbardziej
trapiło go milczenie w izbie, cisza tak głęboka, że
obudzone szczury zaczęły biegać po powale i gryźć. Im
robiło się ciemniej, tym chłop widział wyraźniej,
że mu czegoś brakuje; wielu, bardzo wielu rzeczy brakuje. Im
było ciszej, tym wyraźniej słyszał drżący i
płaczliwy głos wikarego, który bijąc pięścią w
ambonę wykrzykiwał: "Byłem głodny, nie
nakarmiliście mnie; byłem nagi, nie przyodzialiście mnie; nie
miałem dachu nad głową, nie przygarnęliście mnie...
Idźcie, przeklęci, w ogień wieczny, zgotowany diabłu i
sługom jego..."
- Hycle
Szwaby! co tu przez nich narodu zmarniało... -mruknął
chłop, koniecznie usiłując zapomnieć o Owczarzu. I
ustawiwszy rękę naprzeciw okna, tak aby dobrze widzieć palce,
zaczął rachunek:
-
Utopił mi się Stasiek, to jeden... Niemce byli przy tym...
Musiałem oddać krowę na rzeź, to dwa, bo mi bez Szwabów
paszy zabrakło... Konie mi ukradli, to już śtyry, za to,
żem złodziejom odebrał niemieckiego wieprza... Burka struli - to
pięć... Jędrka mi wzięli do sądu za Hermana - to sześć...
Owczarz i sierota - to osiem... Osiem narodu zgładzili!... A jeszcze Magda
przez nich odejść musiała, bom zbiedniał, i jeszcze mi
żona choruje pewno ze zgryzoty, to dziesięć... Chryste Panie!...
Chryste Panie!...
Nagle
chwycił się oburącz za włosy i zaczął
drżeć jak dziecko z trwogi. Nigdy jeszcze tak się nie bał,
nigdy, choć parę razy śmierć zaglądała mu w oczy.
W tej chwili dopiero, po tym rachunku osób i stworzeń, których mu zabrakło
w domu, Ślimak poznał i uląkł się niemieckiej
potęgi... Toż te spokojne Niemce obaliły mu jak wicher całe
gospodarstwo, całe szczęście, całą pracę
życia. I żeby choć sami kradli albo rozbijali... Nie, oni
mieszkają jak inni ludzie, orzą trochę szerzej, modlą
się, uczą dzieci. Nawet ich bydło szkody w polu nie robi, cudzej
trawki nie uszczknie!...
Nic, no
nic złego zarzucić im nie można, a przecie zubożyli go,
opustoszyli mu chatę samym sąsiedztwem. Jak dym wydobywa się z
cegielni, i suszy zioła, tak ich kolonie dymią
nieszczęściem, gubiąc ludzi i stworzenia. Co wreszcie on tu
znaczy? Alboż ci sami Niemcy nie wycięli starego lasu, nie
porozbijali odwiecznych kamieni w polu, nie wysadzili dziedzica ze dworu?... A
ilu to ludzi dworskich straciwszy miejsce wpadli w nędzę albo rozpili
się, albo nawet kradną?...
I dopiero
dziś, pierwszy raz, wymknęło się z ust Ślimaka
desperackie zdanie:
- Za
blisko nich siedzę... Dalszych gospodarzy oni tak nie uszkodzili...
A po
chwili dodał:
- Co z
tego, że zostanie grunt, jak ludzie na nim wyginą?... Nowa ta
myśl wydała mu się tak wstrętną, że i od niej
chciał się uwolnić. Zajrzał do żony - zdaje się,
że śpi. Dorzucił łuczywa na komin, a potem począł
przysłuchiwać się szczurom gryzącym powałę. Wtedy
znowu uderzyła go cisza w domu i w szumie wiatru, ciągnącego ode
drzwi do komina, znowu usłyszał jękliwy głos księdza:
"Byłem głodny, nie nakarmiliście mnie; byłem
nagi..."
Wtem na
podwórku rozległy się kroki. Chłop wyprostował się i
czekał. "Jędrek?... - przemknęło mu. - Może
Jędrek..." Skrzypnęły drzwi w sieni, zamknęły
się i jakaś, widocznie cudza, ręka zaczęła szukać
wejścia do izby. "Josel?... Niemiec?..." -myślał
chłop. Nagle cofnął się przerażony; w głowie mu
się zakręciło. Na progu izby stanęła - Zośka.
Zrazu
oboje milczeli, wreszcie Zośka odezwała się:
- Niech
będzie pochwalony...
I
poczęła rozcierać zziębnięte ręce zwróciwszy
się do ognia.
Ślimakowi
mieszały się wyobrażenia Owczarza, sieroty i Zośki;
patrzył na nią jak na człowieka z tamtego świata.
-
Skądżeś się tu wzięła? - spytał
stłumionym głosem.
- Z
kryminału wysłali me do gminy, a w gminie powiedzieli, żebym
poszukała roboty, bo nie mają pieniędzy na darmozjadów.
I
zobaczywszy pełne garnki na kominie zaczęła oblizywać
się jak pies.
- Chcesz
jeść? - spytał Ślimak.
-
Jużci.
- To se nalej
miskę krupniku. A o tu jest chleb. Zośka spełniła, co
kazano. Zacząwszy jeść spytała:
- A nie potrzeba
wam dziewuchy?
- Nie wiem
jeszcze - odparł Ślimak. - Kobieta mi chora.
- Patrzajcie!...
Tak tu u was pusto. A Magda gdzie?
- Odeszła.
- Chy!... A
Jędrek?
-
Wzięli go dziś do sądu.
-
Widzieliście!... A Stasiek?
-
Utonął noma tego lata - szepnął chłop i zmartwiał
na myśl, że Zośka zapyta go o Owczarza i córkę.
Ale ona
jadła ze zwierzęcym apetytem, nie wypytując się o nic
więcej.
"Wie, czy
nie wie?..." - myślał chłop.
Zośka
skończywszy jeść głęboko odetchnęła i
uderzyła ręką w kolano tak wesoło, że i Ślimak
nabrał otuchy. Nagle spytała się:
- Przenocujeta
mnie?
Chłopa
targnął niepokój. W tej pustce każdy gość byłby
dla niego błogosławieństwem, ale Zośka!... Jeżeli nie
wie o Owczarzu, jakie nieszczęście przygnało ją dziś
do chaty? jeżeli wie - po co tu przyszła?
I gdy tak
myślał, trwożąc się w sercu, izbę znowu
zaległa cisza i chłop znowu usłyszał głos wikarego:
"Byłem głodny - nie nakarmiliście mnie, nie miałem
dachu nad głową-nie przygarnęliście mnie... Idźcie,
przeklęci, w ogień wieczny..."
- To se tu
ostań - rzekł - ino śpij w izbie.
- Choćby w
szopie - odparła.
- Ni, w izbie.
Nie wiadomo
skąd trwoga już go opuściła, ale tym mocniej czuł
ciężar niepokoju. Zdawało mu się, że niewidzialna
ręka chwyta go za płuca, dotyka serca, szarpie za kiszki. Czuł
dokoła siebie nieszczęście, a to go najwięcej
mordowało, że nie wie, ani jakie ono jest, ani kiedy uderzy. I znowu
przyszły mu do myśli słowa:
",Co z
tego, że zostanie grunt, jak ludzie na nim wyginą?..."
A potem
dodał:
"Czyżby
już śmierć szła na nas?... No, a jeżeli
śmierć, to i cóż?"
Ogień
dogasał, Zośka umyła miskę i w łachmanach legła
spać na ławie. Ślimak wszedł do alkierza, ale nie
myślał rozbierać się; usiadł w nogach żony i
postanowił czuwać bodaj całą noc. Dlaczego? - nie
wiedział. Nie wiedział i o tym, że ten dziwny stan jego duszy
nazywa się zdenerwowaniem.
A jednak rzecz
szczególna. Ślimak odgadywał, że Zośka przyniosła mu
jakby część łaski do chaty; od chwili bowiem jej przybycia
cień Owczarza i sieroty blednął mu w wyobraźni. Natomiast
tym natrętniej przypominali mu się Niemcy i towarzysząca im
siła nieszczęścia.
- Stasiek -
jeden - mruczał chłop. - Krowina - to dwa... Konie - śtyry...
Owczarz i dziecko - to sześć... Magda - siedem... Jędrek -
osiem... Burek i kobieta - dziesięć... Tyle narodu!... choć
jeszcze na mnie palca żaden nie podniósł... Już widać
zmarniejemy wszyscy...
I tak
rachując czuł, że mu głowę ściska jakby
żelazna obręcz. Był to sen, ciężki sen, towarzysz
głuchej boleści. Marzył, że z niego robi się dwu
ludzi. Jednym był on sam. Ślimak, który siedzi w alkierzu u nóg
żony, a drugim był Maciek Owczarz (ale nie tamten, co zmarzł,
tylko jakiś nowy Owczarz), który stał za oknem alkierza, w ogródku,
gdzie latem rosły słoneczniki. Ten nowy Owczarz był wcale inny
od starego: posępny i mściwy. "Co ty sobie myślisz -
mówił gość zza okna, marszcząc się - że ja ci
daruję moją krzywdę? Nie to, żem zmarzł, bo
zmarznąć może i pijak, ale żeś mnie z domu wygnał
jak psa. Ino pomiarkuj, co byś ty sam powiedział, żeby cię
tak sponiewierali za nic? Zęby cię wypędzili na mróz chorego,
bez łyżki strawy? Tożeś ty nade mną nie miał ani
trochy miłosierdzia za tyle lat roboty... A co tobie winna znajda,
żeś ją zgubił?... Nie chowaj głowy, nie odwracaj
się, ino sam powiedz: co ja mam z tobą zrobić za twoją
niecnotę? Sam powiedz, bo przecie masz rozum, że taka sprawa nie
ujdzie ci darmo i święty Boże nie pomoże..."
"Cóż
ja mu powiem, nieszczęsny? - myślał Ślimak oblewając
się potem. - Jużci gada prawdę, żem hycel. Niech se
już chyba sam jaką pomstę wymyśli, to może
prędzej się ulituje i nie będzie mnie trapił po
śmierci."
W tej
chwili chora żona poruszyła się na łóżku i Ślimak
ocknął się. Otworzył oczy, ale wnet je przymknął.
Przez okno wpadał do alkierza różowy blask; na szybach iskrzyły
się kwiaty mrozu.
"Świta?..."
- pomyślał chłop i machinalnie powstał z łóżka.
Wnet jednak poznał, że to nie świt, bo różowe
światło drgało.
- Czy pali
się?... - mruknął czując swąd, który był tak
silny, że odurzał.
Ślimak
wyjrzał do drugiej izby, ale Zośki na ławie nie było.
- A co,
nie mówiłem!... - zawołał i pędem wybiegł na podwórko.
Już otrzeźwiał.
Istotnie
był to pożar jego własnej chałupy. Paliła się
część dachu od strony gościńca. Z powodu grubej
warstwy śniegu, okrywającego strzechę, ogień
rozszerzał się powoli. Nawet w tej chwili można go było
ugasić, ale Ślimak nie myślał o gaszeniu.
Wrócił
do alkierza, targnął żonę i zawołał:
- Wstawaj,
Jagna!... pali się izba!...
- O, daj mi ta
spokój!... - odparła nieprzytomna kobieta okrywając głowę
kożuchem.
Ślimak
schwycił ją i potknąwszy się o dwa progi zaniósł
owiniętą w kożuch pod szopę. Potem wyniósł jej
odzienie i pościel, wybił drzwi do komory i wyciągnął
skrzynię, gdzie leżały pieniądze; nareszcie wywaliwszy okno
począł wyrzucać sukmany, kożuchy, woreczki z leguminą,
stołki i naczynia kuchenne. Zmęczył się, pokaleczył
ręce, spotniał, ale jeszcze nie stracił odwagi, bo
wiedział, z jakim walczy nieprzyjacielem.
Tymczasem
cały dach stanął w płomieniu, a przez szczeliny w powale
zaczął pokazywać się w izbach dym i ogień. Wtedy
dopiero Ślimak cofnął się na oświetlone podwórko
ciągnąc za sobą ławę. Odniósłszy ją pod
szopę, chciał jeszcze wrócić się po stół. Nagle
spojrzał na stodołę i - skamieniał. Z wnętrza
stodoły także poczęły wydobywać się
płomienie i lizać śnieg na dachu. Obok budynku stała
Zośka wygrażając pięściami i krzycząc na
całe gardło:
- Macie,
Ślimaku, podziękowanie za moją dziewuchę!... Teraz wy
zmarniejecie jak ona!...
Pobiegła ku
jarom i wdrapawszy się na wzgórze, poczęła przy blasku ognia
tańcować i klaskać w ręce.
- Pali
się!... pali się!... - wołała.
Ślimak
zakręcił się na miejscu jak postrzelone zwierzę. Potem z
wolna poszedł do szopy, usiadł na kłodzie i zasłonił
twarz rękoma. Nie myślał o ratunku widząc w tym początek
kary boskiej za śmierć Owczarza i znajdy.
- Wszyscy
zmarniejemy! - mruknął.
Już oba
budynki paliły się jak słupy ogniste, aż mimo mrozu
Ślimakowi w szopie było gorąco i śnieg zaczął
tajać na podwórku, kiedy od kolonii Hamera doleciał go krzyk i
tętent. To Niemcy biegli mu z pomocą.
Wnet na podwórzu
zaroili się parobcy, baby, dzieci, z wiadrami i bosakami, przytoczyli
nawet ręczną sikawkę i uszykowawszy się we dwie gromady,
pod komendą Fryca Hamera zaczęli rozrywać ściany budynków i
zalewać pożar. Szli w ogień jak na tańce, śmiejąc
się i wyprzedzając; odważniejsi wdrapywali się z toporami
na nie zajęte części stodoły, a baby i dzieci znosiły
wodę z rzeki,
Na wzgórzu
ukazała się znowu Zośka.
- Zmarniejeta,
Ślimaku, choć was Niemce wzięły w opiekę!... -
krzyczała wygrażając pięściami.
- Kto
to?... Co to?... Łapać ją!... -zaszemrali koloniści. Dwu
bliższych pobiegło na wzgórze, ale Zośka skryła się w
jarach. Fryc Hamer zbliżył się do Ślimaka.
-
Podpalili was? - spytał.
- A
jużci - odparł chłop.
- Tamta? -
dodał Fryc pokazując ręką na wzgórze.
- Przecie
ona.
- Nie
lepiej to było nam sprzedać grunt?... - rzekł Fryc po chwili.
Chłop
spuścił głowę i milczał.
Pomimo
silnego ratunku stodoła spaliła się, z chaty jednak uratowano
część ścian. Jedni z kolonistów zalewali wodą
zgliszcza, inni otoczyli kołem Ślimaka i jego chorą
żonę.
-
Gdzież się teraz podziejecie? - zaczął znowu Fryc.
-
Usadowimy się w stajni - odparł chłop.
Niemki
szeptały między sobą, ażeby zabrać ich na folwark, a
koloniści kręcili głowami mówiąc, że choroba
Ślimakowej może jest zaraźliwa. Fryc skwapliwie
przyłączył się do tej ostatniej opinii i kazał
chorą przenieść w półkoszku do stajni.
-
Przyszlemy wam tu - rzekł Fryc - wszystkiego, co potrzeba, a potem
zobaczymy...
- Niech
Bóg wynagrodzi - odparł Ślimak i schyliwszy się objął
go za nogi.
Koloniści
poczęli się rozchodzić. Fryc jedną z bab zostawił przy
chorej, jednemu z parobków kazał przywieźć słomy dla
pogorzelców, a Hermanowi szepnął, aby natychmiast jechał do Woli
po młynarza Knapa.
-
Dziś chyba skończymy z nim interes - mówił do Hermana. -Wielki
czas!...
- Bez tego
- odparł Herman wskazując głową na zgliszcza - nie
wytrzymalibyśmy do wiosny.
Fryc
zaklął. Mimo to życzliwie pożegnał się ze
Ślimakiem radząc, aby do żony sprowadził felczera, bo jest
źle. Lecz gdy schyliwszy się nad chorą rzekł:
- Ona jest
całkiem nieprzytomna...
Ślimakowa
nie otwierając oczu |