Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Boleslaw Prus
Placówka

IntraText CT - Text

  • ROZDZIAL DZIESIATY
Previous - Next

Click here to hide the links to concordance

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Strata koni niemal do obłędu doprowadziła Ślimaka. Wprawdzie zbił, skopał i wygnał z domu Owczarza, ale to jeszcze nie wyczerpało jego gniewu. Duszno mu było w izbie, więc wybiegł na dziedziniec i chodził po nim wzdłuż i wszerz, blady, z zaciśniętymi pięściami, z krwią nabiegłymi oczyma, upatrując spode łba, na czym by mógł wywrzeć zemstę.

Przypomniał sobie, że trzeba krowom rzucić paszy. Wszedł do obórki, potrącił stworzenia, a gdy jedno z nich, zatrwożone, udeptało go w nogę, schwycił widły i bez miłosierdzia pobił obydwie krowiny. Potem jak bez pamięci wybiegł za stodołę, a zobaczywszy zwłoki Burka, skopał psa, już twardego jak drewno, klnąc na czym świat stoi.

- Żebyś ty, psie nasienie, z cudzej garści chleba nie pożądał, nie straciłbym ja koni... Gnij tutaj i cierp do wiosny, potępiona bestio!... - rzekł mu na zakończenie i jeszcze raz kopnął, pękło w zmarzniętym zwierzęciu.

Wróciwszy do izby ciskał się tak, że pieniek obalił. Jędrek widząc to parsknął śmiechem, a wówczas Ślimak zdjąwszy rzemienny pas zaczął walić nim chłopaka, ten wlazł pod ławę i krwią się zalał.

Chłop mimo to jeszcze pasa nie zapiął. Chodził po izbie z rzemieniem w ręku, czekając, rychło odezwie się żona, ażeby i skatować. Kobieta jednak milczała, niekiedy chwytając się ręką za okap komina, jakby jej sił brakło.

- Co się taczasz?... - mruknął chłop. - Nie wywietrzała ci jeszcze wczorajsza wódka?...

- Cosik mi niedobrze - odparła cicho żona. Ślimak zastanowił się i przepasał rzemień.

- Cóż ci? - spytał.

- Takie mi czarne kręgi stają w oczach i szumi w uszach... O!... czy może tak w izbie piszczy?... - mówiła, bezładnie ukazując rękoma.

- Nie chlaj wódki, to ci nie będzie szumieć - odburknął Ślimak i wyszedł znowu na podwórek spluwając.

Zdziwiło go, że kobieta ani odezwała się za ciężko pobitym Jędrkiem. Ponieważ jednak gniew znowu uderzył mu do głowy, więc nie mając kogo bić porwał siekierę i zaczął rąbać drzewo. Rąbał do wieczora, w jednej koszuli, wcale nie jedząc obiadu.

Zdawało mu się, że tu, u jego nóg, leżą ci, co mu konie ukradli; więc rzucał się jak wściekły, mu drzazgi i polana wylatywały nad głowę rozsypując się po dziedzińcu.

Nareszcie omdlały mu ręce, zabolał krzyż, a koszula przemokła od poru; zarazem gniew go opuścił.

Wróciwszy do chałupy, w pierwszej izbie nie zastał nikogo. Zajrzał do alkierza. Ślimakowa leżała na łóżku.

- Co ci to? - spytał.

- Trochę mnie rozebrało - odparła kobieta jak obudzona ze snu. - Ale to nic.

- Na kominie wygasło.

- Wygasło? - powtórzyła. Ciężko podniosła się z pościeli i z niemałym trudem na nowo rozpaliła ogień do wieczerzy.

- Widzisz!... - mówił Ślimak, z uwagą przypatrując się żonie.

- Zgrzałaś się wczoraj w karczmie, potem wypiłaś wody z żydowskiej kwarty i jeszcześ se w drodze rozpięła katankę. Zaziębiło cię widać.

- Nic mi nie będzie - odparła opryskliwie. Może nawet lepiej jej się zrobiło, bo odegrzała obiad i dała im na kolację.

Jędrek wyszedł z kąta i wziął do ręki łyżkę, ale zamiast jeść tak płakał, że Ślimakowi zrobiło się przykro. Matka jednak nie zważała na jego łzy i, potoknąwszy byle jako naczynie, poszła spać.

W nocy, prawie o tej samej godzinie, kiedy nieszczęsny Owczarz dogorywał w jarach, Ślimakową porwały dreszcze. Zbudzony mąż okrył kożuchem i dreszcze powoli przeszły. Na drugi dzień wstała jak zwykle do roboty, chwilami narzekając na ból głowy i krzyża. Mimo to krzątała się, ale Ślimak po oczach jej zmiarkował, że jest niedobrze, i zesmutniał.

Ku wieczorowi zatrzeszczały na gościńcu sanie i stanęły u ich wrót. Po chwili wszedł do izby szynkarz Josel. Żyd miał tak dziwny wyraz twarzy, że Ślimaka kolnęło w serce, gdy go ujrzał.

- Pochwalony - rzekł Josel.

- Na wieki wieków - odparł chłop. Nastała chwila milczenia.

- Nic się nie pytacie?... - odezwał się Żyd.

- Co ja się mam pytać?... - odparł Ślimak patrząc mu w oczy i -pobladł, choć nie wiedział dlaczego.

- Jutro - mówił z wolna Josel - jutro Jędrka powołają do sądu za to, co pokaleczył Hermana...

- Niewiele mu zrobią - rzekł Ślimak.

- Zawdy trochę posiedzi w kozie.

- Niech posiedzi. Na drugi raz nie będzie się bił. W izbie znowu zaległo milczenie, tym razem dłuższe. Żyd kiwał głową, a Ślimak patrzył na niego czując, że budzi się w nim niepokój. Nareszcie zebrawszy siły zapytał się szorstko:

- Macie jeszcze co?

- Co tu dużo gadać? - odparł Żyd machnąwszy zaciśniętą pięścią. - Owczarz i dziecko zmarźli na śmierć...

Ślimak uniósł się na ławie, jakby chcąc rzucić się na Josela, ale opadł i oparł się o ścianę. Gorąco go oblało, potem nogi mu się zatrzęsły, a potem było mu niby dziwno, że go taki strach ogarnął.

- Gdzie... kiedy?... - spytał głucho.

- Gdzie?... - mówił Josel. - W jarach, z tamtej strony kolei i nawet niedaleko gminy. A kiedy?... kiedy?... Sami wiecie, że tej nocy, boście go wczoraj wypędzili...

Chłop podniósł się gniewny.

- Uu!... już tak szczekacie, Joselu, że się kurzy za wami... Zmarzł!... Cóż to on ode mnie w jary poszedł?... Nie ma chałup na świecie czy co?...

Szynkarz wzruszył ramionami i cofając się do drzwi odparł:

- Wierzcie, nie wierzcie - mnie wszystko jedno. Sam widziałem, jak zmarzniętego Owczarza z dzieckiem odwozili do sądu, pewnie na egzenterunek. A wy możecie nie wierzyć!... Bądźcie zdrowi, gospodarzu...

- Wielga rzec!... A cóż mi za to będzie, że on zmarzł!... -wykrzyknął Ślimak.

- Od ludzi nic, ale... Pan Bóg... Wy już i w Boga nie wierzycie, Ślimaku?... - spytał Żyd zza progu i od ognia na kominie błysnęły mu oczy.

Zamknął drzwi izby, potrącił się o coś w sieni i wyszedł na podwórek. Ślimak słyszał jego ciężki chód, stopniowo cichnący do bramy; potem usłyszał, jak siadł do sanek i krzyknął: "wio!" -na konia. I jeszcze słyszał, jak sanki skrzypiały coraz dalej i dalej, do mostu.

Otrząsnął się, spojrzał po izbie i z drugiego kąta zobaczył utkwione w siebie oczy Jędrka. Jakaś posępność osiadła mu na myśli.

"Cóżem winien, że on zmarzł?" - mruknął do siebie. W tej chwili przypomniał sobie jedno kazanie, które wikary powtarzał w kościele co roku. I zdawało mu się, że słyszy jego zmęczony ze starości i jękliwy głos wołający: "Byłem głodny, nie nakarmiliście mnie; byłem nagi, nie przyodzialiście mnie; nie miałem dachu nad głową, nie przygarnęliście mnie... Idźcież, przeklęci, w ogień wieczny, zgotowany diabłu i sługom jego..."

- Łże Żyd, jak Bóg na niebie... - rzekł Ślimak czując, że go przechodzi mrowie. I powiedziawszy to, byłby przysiągł, że teraz właśnie jest w stajni Owczarz z dzieckiem, oboje żywi i zdrowi. Był tak pewny, powstał z ławy, aby wezwać parobka na kolację. Lecz gdy ujął ręką za klamkę drzwi, nagle - cofnął się. Bał się wyjrzeć na podwórko...

Powoli strach go ominął. Chłop wyszedł na dziedziniec, zajrzał do pustej stajni, potem krowom rzucił garść siana i gdy zapadł mrok, spać się położył. Żonę znowu porwały dreszcze, więc okrył kożuchem, jak wczoraj, mrucząc:

- To ci podły Żyd ten Josel!

Żadną miarą nie mogło pomieścić mu się w głowie, żeby Owczarz z dzieckiem zmarźli. Owszem, im dłużej o nich myślał, tym większej nabierał pewności, że Josel nastraszył go, może z zamiarem jakiego oszustwa. Rano zaś ze śmiechem opowiadał o tym żonie dziwiąc się bezczelności szynkarza i usiłując odgadnąć: po co Żyd opowiedział mu takie łgarstwo?

Ale po obiedzie zajechał do nich miejscowy sołtys z piśmiennym wezwaniem od sądu do Jędrka w sprawie o pokaleczenie Hermana.

- Kiedy on tam ma być? - spytał Ślimak.

- Jego dzieło jutro - odparł sołtys. - Ale co ma lecieć piechotą tyli szmat drogi. Niech siada ze mną, to go odwiozę.

Jędrek nieco pobladł i milcząc zaczął odziewać się w półkożuszek i nową sukmanę.

- Dużo mu tam zrobią? - spytał markotnie ojciec.

- Iii!... posiedzi kilka dni, może z tydzień - rzekł sołtys. Ślimak westchnął i począł wydobywać rubla z węzełka.

- Ale, ale... - odezwał się. - A słyszeliśta, sołtysie, co ten, para, Josel gada, że Owczarz z dzieckiem oboje zmarźli?

- Com nie miał słyszeć? - odparł niechętnie sołtys. - Przecie to prawda...

- Zmarźli?... zmarźli?... - powtórzył Ślimak.

- Jużci tak. Ale - dodał - kużden rozumie, że to nie z waszej winy. Nie dopilnował koni, wy w złości wygnaliśta go, ale przecie nikt mu nie kazał schodzić z gościńca między jary. Upił się czy co i nieborak zginął bez własne głupstwo.

Jędrek już był gotów i żegnając się z rodzicami kolejno obejmował ich za nogi. Ślimakowi łzy zakręciły się w oczach. Ścisnął syna za głowę i dał mu rubla na wszelki wypadek polecając go opiece boskiej. Zdziwił się jednak bez miary widząc, że matka traktuje chłopca obojętnie.

- Jagna! przecie Jędrek jedzie do sądu i do haryśtu... -reflektował mąż.

- To i co - odparła patrząc błędnymi oczyma.

- Bardzoś chora?...

- Ni. Ino mnie trochę głowa boli i we wnętrzu pali, i... sił jakoś nie mam...

To powiedziawszy odeszła do alkierza i legła na łóżku. Jędrek z sołtysem opuścili chatę.

Ślimak został sam w izbie, a im dłużej siedział, tym niżej głowa opadała mu na piersi. Zdawało mu się, że drzemie, to znowu, że siedzi nad jakimś szarym polem, w każdą stronę bardzo rozległym, na którym nie ma ani krzaków, ani badylów, ani nawet kamienia - nic. Tylko gdzieś z boku (chłop nie śmiał spojrzeć na tamtą stronę) stoi Owczarz z dzieckiem na ręku i uparcie patrzy mu w oczy.

Ślimak wstrząsnął się. Nie, na tym polu nie ma Owczarza, a jeżeli jest, to gdzieś tak z boku, na krawędzi, tak gdzieś daleko, że go nawet dojrzeć niepodobna i widać tylko kraj jego sukmany, a może i tego nie...

Myśl o Owczarzu zaczęła być dokuczliwą. Chłop podniósł się z ławy, przeciągnął, mu w stawach zatrzeszczało, i wziął się do mycia kuchennych statków.

- Oto, na co mi zeszło! - mruknął. - Ech!..., albo to raz bieda padnie na człowieka, a musi się nie dawać?

Uwaga ta orzeźwiła go i zaczął kręcić się około domu. Świniom wyniósł kartofli i pomyj, dla krów zdjął paszę z góry, narznął sieczki, potem kilkoma nawrotami chodził po wodę do rzeki. Tak już dawno nie robił nic podobnego, że zdawało mu się, odmłodniał - i nabrał otuchy. I byłoby mu nawet całkiem raźno pomimo choroby żony i wzięcia do sądu Jędrka, gdyby nie wspomnienie o Owczarzu. Przecie to Owczarz jeszcze dwa dni temu nosił wodę. Owczarz ciął sieczkę, Owczarz karmił bydło...

W miarę zapadającego mroku Ślimak robił się posępniejszy.

Najbardziej trapiło go milczenie w izbie, cisza tak głęboka, że obudzone szczury zaczęły biegać po powale i gryźć. Im robiło się ciemniej, tym chłop widział wyraźniej, że mu czegoś brakuje; wielu, bardzo wielu rzeczy brakuje. Im było ciszej, tym wyraźniej słyszał drżący i płaczliwy głos wikarego, który bijąc pięścią w ambonę wykrzykiwał: "Byłem głodny, nie nakarmiliście mnie; byłem nagi, nie przyodzialiście mnie; nie miałem dachu nad głową, nie przygarnęliście mnie... Idźcie, przeklęci, w ogień wieczny, zgotowany diabłu i sługom jego..."

- Hycle Szwaby! co tu przez nich narodu zmarniało... -mruknął chłop, koniecznie usiłując zapomnieć o Owczarzu. I ustawiwszy rękę naprzeciw okna, tak aby dobrze widzieć palce, zaczął rachunek:

- Utopił mi się Stasiek, to jeden... Niemce byli przy tym... Musiałem oddać krowę na rzeź, to dwa, bo mi bez Szwabów paszy zabrakło... Konie mi ukradli, to już śtyry, za to, żem złodziejom odebrał niemieckiego wieprza... Burka struli - to pięć... Jędrka mi wzięli do sądu za Hermana - to sześć... Owczarz i sierota - to osiem... Osiem narodu zgładzili!... A jeszcze Magda przez nich odejść musiała, bom zbiedniał, i jeszcze mi żona choruje pewno ze zgryzoty, to dziesięć... Chryste Panie!... Chryste Panie!...

Nagle chwycił się oburącz za włosy i zaczął drżeć jak dziecko z trwogi. Nigdy jeszcze tak się nie bał, nigdy, choć parę razy śmierć zaglądała mu w oczy. W tej chwili dopiero, po tym rachunku osób i stworzeń, których mu zabrakło w domu, Ślimak poznał i uląkł się niemieckiej potęgi... Toż te spokojne Niemce obaliły mu jak wicher całe gospodarstwo, całe szczęście, całą pracę życia. I żeby choć sami kradli albo rozbijali... Nie, oni mieszkają jak inni ludzie, orzą trochę szerzej, modlą się, uczą dzieci. Nawet ich bydło szkody w polu nie robi, cudzej trawki nie uszczknie!...

Nic, no nic złego zarzucić im nie można, a przecie zubożyli go, opustoszyli mu chatę samym sąsiedztwem. Jak dym wydobywa się z cegielni, i suszy zioła, tak ich kolonie dymią nieszczęściem, gubiąc ludzi i stworzenia. Co wreszcie on tu znaczy? Alboż ci sami Niemcy nie wycięli starego lasu, nie porozbijali odwiecznych kamieni w polu, nie wysadzili dziedzica ze dworu?... A ilu to ludzi dworskich straciwszy miejsce wpadli w nędzę albo rozpili się, albo nawet kradną?...

I dopiero dziś, pierwszy raz, wymknęło się z ust Ślimaka desperackie zdanie:

- Za blisko nich siedzę... Dalszych gospodarzy oni tak nie uszkodzili...

A po chwili dodał:

- Co z tego, że zostanie grunt, jak ludzie na nim wyginą?... Nowa ta myśl wydała mu się tak wstrętną, że i od niej chciał się uwolnić. Zajrzał do żony - zdaje się, że śpi. Dorzucił łuczywa na komin, a potem począł przysłuchiwać się szczurom gryzącym powałę. Wtedy znowu uderzyła go cisza w domu i w szumie wiatru, ciągnącego ode drzwi do komina, znowu usłyszał jękliwy głos księdza: "Byłem głodny, nie nakarmiliście mnie; byłem nagi..."

Wtem na podwórku rozległy się kroki. Chłop wyprostował się i czekał. "Jędrek?... - przemknęło mu. - Może Jędrek..." Skrzypnęły drzwi w sieni, zamknęły się i jakaś, widocznie cudza, ręka zaczęła szukać wejścia do izby. "Josel?... Niemiec?..." -myślał chłop. Nagle cofnął się przerażony; w głowie mu się zakręciło. Na progu izby stanęła - Zośka.

Zrazu oboje milczeli, wreszcie Zośka odezwała się:

- Niech będzie pochwalony...

I poczęła rozcierać zziębnięte ręce zwróciwszy się do ognia.

Ślimakowi mieszały się wyobrażenia Owczarza, sieroty i Zośki; patrzył na nią jak na człowieka z tamtego świata.

- Skądżeś się tu wzięła? - spytał stłumionym głosem.

- Z kryminału wysłali me do gminy, a w gminie powiedzieli, żebym poszukała roboty, bo nie mają pieniędzy na darmozjadów.

I zobaczywszy pełne garnki na kominie zaczęła oblizywać się jak pies.

- Chcesz jeść? - spytał Ślimak.

- Jużci.

- To se nalej miskę krupniku. A o tu jest chleb. Zośka spełniła, co kazano. Zacząwszy jeść spytała:

- A nie potrzeba wam dziewuchy?

- Nie wiem jeszcze - odparł Ślimak. - Kobieta mi chora.

- Patrzajcie!... Tak tu u was pusto. A Magda gdzie?

- Odeszła.

- Chy!... A Jędrek?

- Wzięli go dziś do sądu.

- Widzieliście!... A Stasiek?

- Utonął noma tego lata - szepnął chłop i zmartwiał na myśl, że Zośka zapyta go o Owczarza i córkę.

Ale ona jadła ze zwierzęcym apetytem, nie wypytując się o nic więcej.

"Wie, czy nie wie?..." - myślał chłop.

Zośka skończywszy jeść głęboko odetchnęła i uderzyła ręką w kolano tak wesoło, że i Ślimak nabrał otuchy. Nagle spytała się:

- Przenocujeta mnie?

Chłopa targnął niepokój. W tej pustce każdy gość byłby dla niego błogosławieństwem, ale Zośka!... Jeżeli nie wie o Owczarzu, jakie nieszczęście przygnało dziś do chaty? jeżeli wie - po co tu przyszła?

I gdy tak myślał, trwożąc się w sercu, izbę znowu zaległa cisza i chłop znowu usłyszał głos wikarego: "Byłem głodny - nie nakarmiliście mnie, nie miałem dachu nad głową-nie przygarnęliście mnie... Idźcie, przeklęci, w ogień wieczny..."

- To se tu ostań - rzekł - ino śpij w izbie.

- Choćby w szopie - odparła.

- Ni, w izbie.

Nie wiadomo skąd trwoga już go opuściła, ale tym mocniej czuł ciężar niepokoju. Zdawało mu się, że niewidzialna ręka chwyta go za płuca, dotyka serca, szarpie za kiszki. Czuł dokoła siebie nieszczęście, a to go najwięcej mordowało, że nie wie, ani jakie ono jest, ani kiedy uderzy. I znowu przyszły mu do myśli słowa:

",Co z tego, że zostanie grunt, jak ludzie na nim wyginą?..."

A potem dodał:

"Czyżby już śmierć szła na nas?... No, a jeżeli śmierć, to i cóż?"

Ogień dogasał, Zośka umyła miskę i w łachmanach legła spać na ławie. Ślimak wszedł do alkierza, ale nie myślał rozbierać się; usiadł w nogach żony i postanowił czuwać bodaj całą noc. Dlaczego? - nie wiedział. Nie wiedział i o tym, że ten dziwny stan jego duszy nazywa się zdenerwowaniem.

A jednak rzecz szczególna. Ślimak odgadywał, że Zośka przyniosła mu jakby część łaski do chaty; od chwili bowiem jej przybycia cień Owczarza i sieroty blednął mu w wyobraźni. Natomiast tym natrętniej przypominali mu się Niemcy i towarzysząca im siła nieszczęścia.

- Stasiek - jeden - mruczał chłop. - Krowina - to dwa... Konie - śtyry... Owczarz i dziecko - to sześć... Magda - siedem... Jędrek - osiem... Burek i kobieta - dziesięć... Tyle narodu!... choć jeszcze na mnie palca żaden nie podniósł... Już widać zmarniejemy wszyscy...

I tak rachując czuł, że mu głowę ściska jakby żelazna obręcz. Był to sen, ciężki sen, towarzysz głuchej boleści. Marzył, że z niego robi się dwu ludzi. Jednym był on sam. Ślimak, który siedzi w alkierzu u nóg żony, a drugim był Maciek Owczarz (ale nie tamten, co zmarzł, tylko jakiś nowy Owczarz), który stał za oknem alkierza, w ogródku, gdzie latem rosły słoneczniki. Ten nowy Owczarz był wcale inny od starego: posępny i mściwy. "Co ty sobie myślisz - mówił gość zza okna, marszcząc się - że ja ci daruję moją krzywdę? Nie to, żem zmarzł, bo zmarznąć może i pijak, ale żeś mnie z domu wygnał jak psa. Ino pomiarkuj, co byś ty sam powiedział, żeby cię tak sponiewierali za nic? Zęby cię wypędzili na mróz chorego, bez łyżki strawy? Tożeś ty nade mną nie miał ani trochy miłosierdzia za tyle lat roboty... A co tobie winna znajda, żeś zgubił?... Nie chowaj głowy, nie odwracaj się, ino sam powiedz: co ja mam z tobą zrobić za twoją niecnotę? Sam powiedz, bo przecie masz rozum, że taka sprawa nie ujdzie ci darmo i święty Boże nie pomoże..."

"Cóż ja mu powiem, nieszczęsny? - myślał Ślimak oblewając się potem. - Jużci gada prawdę, żem hycel. Niech se już chyba sam jaką pomstę wymyśli, to może prędzej się ulituje i nie będzie mnie trapił po śmierci."

W tej chwili chora żona poruszyła się na łóżku i Ślimak ocknął się. Otworzył oczy, ale wnet je przymknął. Przez okno wpadał do alkierza różowy blask; na szybach iskrzyły się kwiaty mrozu.

"Świta?..." - pomyślał chłop i machinalnie powstał z łóżka. Wnet jednak poznał, że to nie świt, bo różowe światło drgało.

- Czy pali się?... - mruknął czując swąd, który był tak silny, że odurzał.

Ślimak wyjrzał do drugiej izby, ale Zośki na ławie nie było.

- A co, nie mówiłem!... - zawołał i pędem wybiegł na podwórko. Już otrzeźwiał.

Istotnie był to pożar jego własnej chałupy. Paliła się część dachu od strony gościńca. Z powodu grubej warstwy śniegu, okrywającego strzechę, ogień rozszerzał się powoli. Nawet w tej chwili można go było ugasić, ale Ślimak nie myślał o gaszeniu.

Wrócił do alkierza, targnął żonę i zawołał:

- Wstawaj, Jagna!... pali się izba!...

- O, daj mi ta spokój!... - odparła nieprzytomna kobieta okrywając głowę kożuchem.

Ślimak schwycił i potknąwszy się o dwa progi zaniósł owiniętą w kożuch pod szopę. Potem wyniósł jej odzienie i pościel, wybił drzwi do komory i wyciągnął skrzynię, gdzie leżały pieniądze; nareszcie wywaliwszy okno począł wyrzucać sukmany, kożuchy, woreczki z leguminą, stołki i naczynia kuchenne. Zmęczył się, pokaleczył ręce, spotniał, ale jeszcze nie stracił odwagi, bo wiedział, z jakim walczy nieprzyjacielem.

Tymczasem cały dach stanął w płomieniu, a przez szczeliny w powale zaczął pokazywać się w izbach dym i ogień. Wtedy dopiero Ślimak cofnął się na oświetlone podwórko ciągnąc za sobą ławę. Odniósłszy pod szopę, chciał jeszcze wrócić się po stół. Nagle spojrzał na stodołę i - skamieniał. Z wnętrza stodoły także poczęły wydobywać się płomienie i lizać śnieg na dachu. Obok budynku stała Zośka wygrażając pięściami i krzycząc na całe gardło:

- Macie, Ślimaku, podziękowanie za moją dziewuchę!... Teraz wy zmarniejecie jak ona!...

Pobiegła ku jarom i wdrapawszy się na wzgórze, poczęła przy blasku ognia tańcować i klaskać w ręce.

- Pali się!... pali się!... - wołała.

Ślimak zakręcił się na miejscu jak postrzelone zwierzę. Potem z wolna poszedł do szopy, usiadł na kłodzie i zasłonił twarz rękoma. Nie myślał o ratunku widząc w tym początek kary boskiej za śmierć Owczarza i znajdy.

- Wszyscy zmarniejemy! - mruknął.

Już oba budynki paliły się jak słupy ogniste, mimo mrozu Ślimakowi w szopie było gorąco i śnieg zaczął tajać na podwórku, kiedy od kolonii Hamera doleciał go krzyk i tętent. To Niemcy biegli mu z pomocą.

Wnet na podwórzu zaroili się parobcy, baby, dzieci, z wiadrami i bosakami, przytoczyli nawet ręczną sikawkę i uszykowawszy się we dwie gromady, pod komendą Fryca Hamera zaczęli rozrywać ściany budynków i zalewać pożar. Szli w ogień jak na tańce, śmiejąc się i wyprzedzając; odważniejsi wdrapywali się z toporami na nie zajęte części stodoły, a baby i dzieci znosiły wodę z rzeki,

Na wzgórzu ukazała się znowu Zośka.

- Zmarniejeta, Ślimaku, choć was Niemce wzięły w opiekę!... - krzyczała wygrażając pięściami.

- Kto to?... Co to?... Łapać !... -zaszemrali koloniści. Dwu bliższych pobiegło na wzgórze, ale Zośka skryła się w jarach. Fryc Hamer zbliżył się do Ślimaka.

- Podpalili was? - spytał.

- A jużci - odparł chłop.

- Tamta? - dodał Fryc pokazując ręką na wzgórze.

- Przecie ona.

- Nie lepiej to było nam sprzedać grunt?... - rzekł Fryc po chwili.

Chłop spuścił głowę i milczał.

Pomimo silnego ratunku stodoła spaliła się, z chaty jednak uratowano część ścian. Jedni z kolonistów zalewali wodą zgliszcza, inni otoczyli kołem Ślimaka i jego chorą żonę.

- Gdzież się teraz podziejecie? - zaczął znowu Fryc.

- Usadowimy się w stajni - odparł chłop.

Niemki szeptały między sobą, ażeby zabrać ich na folwark, a koloniści kręcili głowami mówiąc, że choroba Ślimakowej może jest zaraźliwa. Fryc skwapliwie przyłączył się do tej ostatniej opinii i kazał chorą przenieść w półkoszku do stajni.

- Przyszlemy wam tu - rzekł Fryc - wszystkiego, co potrzeba, a potem zobaczymy...

- Niech Bóg wynagrodzi - odparł Ślimak i schyliwszy się objął go za nogi.

Koloniści poczęli się rozchodzić. Fryc jedną z bab zostawił przy chorej, jednemu z parobków kazał przywieźć słomy dla pogorzelców, a Hermanowi szepnął, aby natychmiast jechał do Woli po młynarza Knapa.

- Dziś chyba skończymy z nim interes - mówił do Hermana. -Wielki czas!...

- Bez tego - odparł Herman wskazując głową na zgliszcza - nie wytrzymalibyśmy do wiosny.

Fryc zaklął. Mimo to życzliwie pożegnał się ze Ślimakiem radząc, aby do żony sprowadził felczera, bo jest źle. Lecz gdy schyliwszy się nad chorą rzekł:

- Ona jest całkiem nieprzytomna...

Ślimakowa nie otwierając oczu