| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Waclaw Berent Zywe Kamienie IntraText CT - Text |
Wyprzedził lekarz na koniu gromadę całą. Na oklep jedzie - w popłochu chwili nie zdążył osiodłać szkapy, ledwie te wory ziół i kamieni narzucić mu zdołał na szyję. Kiwa się nad tymi wory kołpak i broda starego. Naleczył się dziś ludzi na odpuście, napatrzył doli wszelakich; duma tedy nad nimi, rozważa w sobie dziwne sprawy człecze; nade wszystko: jak to niejednemu porwaniu się ludzi przodują żywe kamienie grobów i żonglerowych opowieści duchy.
"Bożaż to wola nadaje im osobliwą władzę nad duszami? Czy szatan tak nimi zwodzi? Lub może te gwiazdy, tak dziś rozjarzone na niebie, dopomniały się w duszach, o swoje horoskopy?... A jeśli nie Boża, nie czarcia, nie gwiazd to sprawa, może to one mediae virtutes - doli i żądz człeczych, nie wyżytych w murach - wloką siły młode na przygody, wyrzucając tęsknoty niejedne i ponad to Empireum samo...?"
Przechylała się głowa w kołpaku, gdy lekarz w tych dumaniach zapatrzył się oto w przepaść gwiezdną nad sobą. Aż się koń zatrzymał u dróg rozstaja, nie wiedząc, w którą stronę skręcić mu każą. A że rozkaz nierychły, więc ten łeb swój dziwnie kudłaty i szczeciniasty ku ziemi wyciąga, skubie rozchodników kępę pod sobą.
Tu, za bramą miasta, u pierwszego rozdroża, stał w kamieniu od pradawna Dobry Pasterz z jagnięciem na ramionach i trzodą owieczek długoszyich, garnących się pod jego dłoń. Spojrzy lekarz na Jezusa-za-murem i pochyli się na koniu. Milszym nad kościół w grodzie był kacerzom ten Pasterz, że idzie, jak mawiali, z czasów dawnej ufniejszej wiary; zanim mnichy poczęły ludzi straszyć a nękać nieustanną wystawą krzyża ku przypominaniu żydowskiego morderstwa nad Synem Bożym; - które to nękanie jest przeciwne naturze Dobrego Boga, uczą kacerze.
Widzi lekarz u podstawy kamienia jakoweś słowa, żłobione w głazie. Więc przechyla się bokiem na siodle z palcem przed się wyciągniętym, by, dojrzeć uważnie, co też tam napisano.
"Dokąd..." - wypatrzył z trudem pierwsze zaledwie słowo.
I utknął wraz na nim: stropiło go bardzo Boże pytanie z rozdroża.
"Ledwiem to nędzne życie swoje w tym gwałcie zratował i bramę grodu minął - wraz: "dokąd..."? Za rycerzami błędnymi, w wagantów kompanii wyruszyłem z grodu. Mamże się tego powstydzić przed Tobą? Za błędnym rycerstwem porwał się wszak po raz pierwszy z rodzicielskiego domu i Twój Franciszek święty; a nie zaparł się przodownictwa tego, aż po próg wtórego żywota swego na ziemi - bo wonczas to właśnie: w chwili najwyższego tryumfu duszy, zaśpiewał hymn błędnego rycerstwa. Więc mamże ja się powstydzić?... Żem człek uczony?... I ze świeczników wiedzy niejeden, za błędnych rycerzy przykładem, wyruszał z rodzinnego grodu w Twoich światów tajemnice - choć z ciężkiej szkapy lat szanowniejszych wyprze się pewnie onych przewodników młodego serca; nie stać go będzie na wdzięczność Franciszka. Nazbyt bo roztropny stawa się z wiekiem stęp uczonych kobył - brak im wiatronogich za młodu towarzyszów Muzy: igrców i żaków gościńców świata... Więc wyznaję bez wstydu: z nimi wyruszyłem ja z grodu. Dokąd zasię sam dążę, człek stary? Do śmierci, pono. Którędy? Drogą cierpień i smutków człeczych, którym Ty, jak piachowi morza, rozmnażać się pozwalasz, a my ledwie tysiączne usuwamy gdzie ziarnko. Taka to nasza droga, lekarzy, za widmem rycerzy błędnych."
Nieprędko oderwać się dała szkapa od kęp trawy na rozdrożu. Wreszcie truchtem ruszy z miejsca - roztrzęsie nad swym grzbietem kołpak lekarza, obtłukuje o swe boki cienkie piszczele wędrownego klerka.
"Dokąd?... Dokąd?..." - swarzy się w myślach kacerz i z najmilszym dla się Bogiem.
Z daleka długą po gościńcu wstęgą wił się w blasku księżyca pstry tabor wagantów. A te ich zaszeptania rozrechocą się raz po raz w pochodowy rozgwar gromady i cichną z nagła, jak te żabie chóry po nocy. Gdy tak zmilkną na czas jakiś w zadumie nad poległymi towarzyszami, wyda im się ta cisza jakby poniechaniem żalów nad nimi - więc westchną tłumnie. Żałobników korowodem wyruszyły dziś waganty w światy.
We krwi spaliło się rozpłomienienie niedawne. Ofiarą kilku żaków, siłacza, linochoda i gęślarza - ran własnych wcale nie licząc - pomogli oto panom do przebicia się z grodu. Panowie hen gdzie odjechali! - ku swym sprawom szczytnym, ku swym celom górnym, ku wysokim przeznaczeniom pańskim! Ochotnik! zaciężne na gościńcu pozostali: pogrzeb swoich, jeśli możesz, i wracaj, jak umiesz, do swej doli - jużeś jest niepotrzebny. Dymem gryzącym dopaliła się pochodnia zapału. Ostała po wszystkim ta gorzka próżność, z posmakiem jakby krwi samej, że się tęgo biło o coś, ku czemuś, za coś - czego ani oczy nie zobaczą, ani dusza nie dozna. Panowie sami tylko wiedzą. Graal?... Będzie, znajdzie się niechybnie, powiadają. Bóg ich tam wiedzieć raczy!... Żonglerzy bo nasi obiecują to - tak tylko: dla sztuki - duszom na rozprężanie się z powszedniości. Panowie zasię - po prawdzie. A Bóg chyba tylko wie, w czym jest więcej prawdy.
Powracali tedy myślami ku swej doli, kurczyli się ku niej duszami.
Ciągną oto po gościńcu i wzdychają tłumnie.
Niedźwiednik, który dla ciężkiego kroku swego zwierza pozostawał zawsze w tyle, mitrężył dziś nazbyt po drodze. Że śmierć u bramy grodzkiej go nie dosięgła, porzucił krwawą siekierę i chwycił się znowu łańcucha igry: dawał się z powrotem bestii. Kto zaś do doli swej od progu śmierci powraca, tym żarliwiej oglądać się pocznie za dawnych dni ciepłem lub tęsknotą ich bodaj.
Od czasu do czasu zatrzymują się towarzysze na gościńcu i hukają na niego z daleka. Patrzą: przysiada znów niedźwiedź na zadzie pośrodku drogi, pysk żałośnie jak na zawycie wyciąga, rozdyma chrapy - śle niuchy w gościńca mgliste po księżycu dale.
Daremnie obaj tęsknią za swą panią, daremnie wypatrują skoczki na gościńcu, od bramy grodzkiej.
Muza wagancka zdradziła tym razem nie tylko goliarda, lecz i towarzyszy wszystkich.
Alić niedźwiedź tak się szarpnął znienacka, że aż wyrwał swemu panu łańcuch z ręki. Z mgły księżycowej wynurzyła się nagle od strony miasta garstka najbardziej zapóźnionych żaków. Czyjś płacz rozlega się między nimi. A oni prowadzą tę płaczkę z pogrzebową atencją i nawołują kamratów, aby przystanęli pojrzeć, kogo się tu przywiodło z grodu.
Wrzawą, raczej śmiechu i zdzwienia niźli radości, powitali waganty - dziewkę z gospody.
Żaki wdzięczne nie opuściły jej w żałobie: oderwawszy siłą od bruków ulicy przy ciele gęślarza, tu ją ze sobą przywiodły. "Ma całe życie przy beczce teraz płakać, niech szerszej i weselszej doli na świecie zazna, Zwłaszcza że i z gospody niewiele zostało po tym porąbaniu stołów i ław." "Niech idzie!" - godzą się wszyscy. Gdzie? po co? nikt w tej kompanii o to nie pytał. Gadkarz płaszcz swój czarny na ramiona jej zarzuca, by się tak nie trzęsła w płaczu i godniej przedstawiała się oczom w swej żałobie. "Sądzono!" - pociesza ją zarazem po kochanka stracie.
"Moiściewy! moiściewy!" - rozrzewnia się tym bardziej dziewczyna. I ciągnie z nimi w światy, prawie że nie wiedząc o tym.
Kobieta rosła wydawała się całkiem okazale i dorodnie w płaszczu czarnym. Aż się nad nią zastanawiać jęli waganty. Nauczyć by ją igry jakiej?... Skoczki nie ma - i może wcale już nie wróci...
Że za gruba?... Schudnie, nie bój się, na chlebie naszym; zwłaszcza gdy kawał świata po gościńcach przebiegnie... Ze gęba jej się świeci? Zblednie, odglansuje się i na policzkach, wybielą się i te ręce czerwone przy robocie naszej. Tańczyć zasię będzie miała czym: dziewczyna jak łoś! Byle tylko nauczyć.
"Niedźwiedzia nauczy, dlaczegoż by kobiety nie miał? Nie święci garnki lepią, nie święte ponoć i tańcują. Niech tylko z nami wytrze się nieco po świecie. Najmądrzejsze, najbardziej szczwane stają się zazwyczaj te, które za młodu pogrzebały tkliwość. Niech tylko zeszczupleje, uwysmukli się, wypieści i udelikatni rączki, a pod rzęsy weźmie to aksamitne nastawienie oczu ku niedbałości. Jeszcze o kwiatuszek polny skomlić będziesz za nią, młodzieńcze niejeden!... A niech się dopiero przyozdobi dumnie w stroje i futra, niech ubarwi szafranem wargi, nozdrza i uszy, niech w chrapki weźmie to pomiatanie wami - panowie!... Wy to wszak wiecie najlepiej, że wszystkie one: brylantami przez was obwieszane, zmysłów waszych panie - z naszych to szkół kobiety, z naszych akademii waganckich!... Z jakiej gospody się wywodzi, od jakiej beczki wzięta, rozpytywać nas pewnie nie będziecie; a my, kamraty dobre, jak kamień w wodę w niepamięć to rzucimy.''
Narybek zasię najmłodszy: żaczki, dziś dopiero z grodu od matek zbiegłe, zbyt są oszołomione wszystkim, aby dziwić się czemukolwiek. Uskakują tylko każdemu z drogi, czapkując głęboko nawet tym rybałtkom o barwionych twarzach, które przypatrując im się bacznie, już sobie wybierają śród nich kęsy co najsmaczniejsze. Za matkami w grodzie te pierwsze na szerokim świecie powiernice młodzieży wypytują ich życzliwie: dokąd też Pan Bóg prowadzi? ku czemuż to wyniosło ich dziś z grodu? Więc młódź zwierza się z zamierzeń swoich tym paniom nieszpetnym:
Długo w waganckiej kompanii nie zamierzają pozostawać, co innego ich nęci. Płonie nad światem wielkie lumen wiedzy i sztuki wszelakiej: Paryż się zowie. Goliard będzie wiedział na pewno, kędy droga do Paryża, i wskaże im, kiedy i gdzie skręcić trzeba. Okrutnie to daleko, mówią - daj Boże za rok tam zajść. Byle tylko przez bramy wpuścili, bo, słychać, przepełnione jest to miasto od żaków, a ze wszystkich świata stron płyną wciąż i płyną ku niemu te rzeki młodości.
Więc się tym zamartwiają żaki, czy starczy aby dla nich miejsca w Paryżu.
"Starczy!" - pocieszają panie uprzejme.
Pozwoli Bóg i lichemu żaczkowi z najgłuchszego grodu dotrzeć jak pątnikowi do onej krynicy cudownej. Inny tam jest porządek społeczności niźli wszędzie. Króle tam panują święte, a duchowne władztwo dzierżą biskupy najuczeńsze, kolumny Kościoła Bożego. Miasto zaś dla lepszej zgody podzielone jest na dwie części, mówią: na wyspie, przy zamku gród dla mieszczan i wszelkiego gburstwa; za rzeką zaś, na górze świętej Genowefy - miasto dla oświeconych: uniwersytet się zowie. Zaś w tym to grodzie klerków, po wszystkich klasztorach, kanoniach, przykościółkach, największe mistrze świata uczą wiedzy wszelakiej. Zaś na ulicach usłyszysz tam rzeczy takie, za które u nas turma i klątwa. B j co mistrz w terminach uczenie wywiedzie i łaciną w głowy włoży, to żak niejeden piosnką na ulicy wyśpiewa ku zohydzeniu mnichów i ich nauk - bo z mnichami wre tam walka okrutna. Muzy - na które u nas wypaskudza się mieszczuch gburny i dufny, którymi pomiatają wzgardliwie panowie - są tam w wielkiej estymie i osłonie. Żonglerom wszystkie tam pieśni wolne... Duch tam króluje, a wielkość rządzi i oświeca.
Tak wynurzają się żaczki przed rybałtkami. Młodzież, w życiu świeża, nie umie jeszcze wymiarkować granic kobiecego rozumu i zaciekawień. I owo "Muzą", "duchem" i "oświeceniem" atakować zechce każdą.
"Mhm!... mhm!... mhm!" - za jedyne żakom przytakiwania słychać było tamtych kobiet chrząkania maciorne.
Tak się skończyła przyjaźń żaczków z nieszpetnymi paniami. "Głąby zielone!" - myślą o nich kobiety.
Ciężka głupota kobiet lekkich musi poczekać, aż młodzież schytrzeje lub zgnuśnieje duchem do damskiego towarzystwa.
Pierwsza iskra pychy klerków zatliła się w urazie żaczków. "Non des feminae animam tuam" - szepczą do się, zdobywszy osobiście tę wstępną mądrość życia.
"Wrócicie do nas!" - myślą rybałtki.
Wiadomo: kto żaczkiem od waganctwa rozpoczął, temu mierznąć będzie zawsze życie stateczne; ten do goliardowej familii i ze szkół jak do rodziny powraca. A choć w skrusze znów przez roczek jaki fałdów w szkole przysiedzi, aliści zwieje znowuż na gościńce - żak wędrowny! Kościół biskupa mieć z niego nie będzie. Bo nad szkoły i kościoły milszą mu się stanie ta po gościńcach academia vagorum i jej Musa pedestris. Przy niej wykształci się w rzeczach, których z książek nie wyczyta: życia się nauczy, kobiet się nauczy, rozumu się nauczy. A inne Muzy nie zobczeją mu przy goliardzie. Bo choć wiele mądrości wiedzą nauk doktory po szkołach - poeta wie wszystko: poetam omnia scire oportet, napisane jest.
Tylko te żaczki, które dziś dopiero z grodu zbiegły, nazbyt to jeszcze nieopierzone było, aby im po, nad wszystko na świecie nie imponowały szkoły i nauk doktory. Na to jedyne junactwo stać ich był od siebie w marszu wagantów: owo na zaśpiewanie chórem tej pieśni goliardowej "Gaudeamus!"
Aż ich starsza młódź przyciszać musiała: że te pieśni goliard nawet sam już całkiem nie lubi, jaki że nazbyt często ryczą ją żaki pilne po szkołach. Spotkało tedy żaczki drugie dziś rozczarowanie w afekcie - tym razem do goliarda.
"Nie."
"Hm!..."
Innej by pieśni posłuchać im - powiada młódź starsza - najpiękniejszej, nahardziej waganckiej, jaka jest: pieśni Arcypoety!
To słowo elektryzuje żaki: jakżeby nie wiedzieć ale słyszeć nie przytrafiło się nigdy.
Więc starsi i najmłodsi hurmem zgarną się do goliarda; otoczą go rzeszą wyznawców; dopraszają się o rosę słowa, o chrzest pieśni. Goliard gdzie indziej błądzi myślami (hej! za dziewczyną lekką; nie wiedzą o tym żaczki niedoświadczeniem dumne), więc w pierwszej chwili nierad ich koło siebie widzi. "Ja nie bakałarz, bym kilka razy cokolwiek powtarzał." Skomlą żaczki o słowo Muzy, głaszczą go po rękawach, w ramię całują. Kotłuje się wokół niego na gościńcu rzesza młoda.
Więc, dla skrzepienia w młodzieży waganckiego ducha, imał się wreszcie gęśli z tymi słowy Archigoliarda:
Factus de materia
cinis elementi,
similis sum folio:
de quo ludunt venti.
Mądry w
skałę wbija
domu fundamenty,
wagant, nurtem płynę
w błędnej doli skręty.
Nie zdzierżą
mnie więzy,
nie strzymają klucze:
wolnych w świecie szukam,
z luźnymi się włóczę.
Ni to ptak w podniebiu,
za nieścigłym krążę;
ni to łódź bezsterna
[.......]
Urwała się nagle pieśń i przycichły gęśle. Gdyż oto towarzysze wszyscy, jeden za drugim, klękać poczynają u figury na rozdrożu. A szyje rybałtów wydłużają się po niewoli, jak u tych owiec Dobrego Pasterza. Żaki odczytują uważnymi usty słowa nie doczytane wonczas przez lekarza na koniu:
Dokąd idziesz,
drogie dziecię!...
Jam Zbawiciel twój jest przecie!
Pozdrówże mnie, chrześcijaninie,
Pochwal Boga w Bożym Synie.
"Bądź pochwalony!" - zatrzepoczą się gromkim chórem na odczytane przez żaków wezwanie.
I poczną wraz odmawiać pacierze, a żegnać się gęsto i w piersi bić. Tak się namodlą za poległych towarzyszy, nasmucą u figury; wreszcie powstaną z westchnieniem i ruszą dalej szlakiem wędrowania.
Nie dźwignął się tylko goliard z klęczek. Zatrzymał go przy sobie Pasterz tym pytaniem swoim:
"Dokąd?"
"Otom bezwiednie sam wprzódy odpowiedział słowem Archigoliarda. Takie to nasze drogi poetów - za widmem rycerzy błędnych. Ten ci wyspie, wał je - wiekom ponoć."
Zwisać mu jęła głowa w kapturze.
"Odrywasz nas, Panie, z drzewa zakorzeniałego w murach życia, aby się rozsiewały po świecie ochoczość serc i ducha czujność. Po co?... Ty jeden wiesz. I Paweł Twój. Który zasię liściem płonym który owocem rozsiewnym od drzewa się oderwie - kto z nas wiedzieć może? - i kiedy - i przed kim?!... Grzmią kościoły od pieśni naszych, my w kuglców i wesołków kompanii z sprośną piosnką i gawędą ciągniemy przez gościńce. Roznosimy po świecie człowieczeństwa kielnię i młot, i gęśle i pieśń, i słowo, sami - wytrącony ze społeczności chór człowieczeństwa..."
Aż się w tym zadumaniu wmyślił po niewoli w żarliwość zamodlenia. Kłoni się jeszcze niżej głowa, splatają po niewoli ręce,
"Jeśli mnie liściem płonym mieć nie chcesz, nie daj zatracać ziarna Twego w skorupie ciała mego! Nie daj, by pierś zbyła prawej gorącości wagantów: pątniczego łaknienia i żaru tułaczy. Nie daj ich ukoić u żadnej strugi!... Zasię u pierwszej bodaj kałuży wolnego gościńca daj zmyć - zmyć z oczu i serca! - wszystką miałkość żądz i smutków razem: lęgną się, niczym w ciasnocie murów grodzkich, w każdej cieśni dusznej... Wyzwól! upogodnij duszę! Skoro mnie za bramę każdego miasta, na wiatry żeniesz, nie daj brać w duszę murów zacieśnienia. Skoroś ze mnie świata włóczęgę uczynił, dajże ku tej doli i serce świata, by ogarnęło wszystkie rzeczy człecze: Jesu! cor mihi crea mundum!..."
Uderzyło czoło w kamień na rozdrożu.
Po drugiej stronie gościńca pomyka się chyłkiem brat franciszkanin. Za siebie, w stronę klasztoru wciąż się ogląda, żegna raz po raz i zatula w habit.
Z miesięcznej mgławicy, z gościńca opylnej bieli wynurza się w pełne światło księżyca stwór dziwny: chwieje oto skrzydłami w podrywach miękkich, ni to pląsa, ni polata rozchwiejnymi pióry. "Ptak czy strzyga?!..." - przeraził się mnich. Nie skrzydła to ponoć wieją w oddali, spostrzega wreszcie, lecz dziewczyny ręce białe. I nie pióra to na wietrze łopocą, lecz jej ramiona w stroju czerwonym, pod rańtuszkiem zwiewnym, ustrzępionym jak w pierze. Niesamowicie to jednak giętkie i skrętne, i polotne na stopach, a ochocze po nocy u dróg rozstaju. Srebrzą się po księżycu blade ręce i twarz dziewczyny... "Nie nimfa to jaka znad tego tu strumienia?...
"Wolnam i ja!" - huknie nagle, wyrzucając ramiona ku górze. Jak żagiel powiała chusta w obłoku pierzastym.
"Bacche!!" - dzikim wrzaskiem odkrzykną jej się zewsząd rybałty.
Witają panią swą zapóźnioną - królową cygaństwa swego.
Gdy tuż za nią, na gościńcu, wyłania się nagle przed oczy mnicha postać już dlań nie obca: człecza na pozór, lecz na koźlich radach; w kudłach głowy wiją się rogi capa. Na przedkościelnym placu dopadł go już było stwór taki, różę królowej wyjął mu wówczas z garści i parsknął nad nim jak ten koń. Tym razem struchlał mnich tak, że o zażegnaniu nawet zapomniał.
"Onoż to jest! - myślał - to zło, które z rybałtami w gród naszło. On ci to w postaci własnej: Zły pasterz! który wypędza w światy trzodę swoją. Ostatni wynurzył się z grodu, gdy wszystkie już dusze tułacze z niego wygarnął."
Lecz on stwór, mijając oto figurę u rozdroża, przyklęknął na jedno kolano, żegna się raz i drugi...
Z nieufnością oglądał się mnich na kamienną postać Jezusa-za-murem, Więc nie darmo chcieli dominikanie zburzyć tę figurę, że kacerska: pogańskim kształtem zdziałana. I zło a czary na rozstaje przynęca.
A tamten cap tymczasem popędzając trzodę swoją, przygrywa sobie na fletni pasterskiej. Stąpa lekko na kopytkach, kołysze w chodzie zad tłusty. I dmie w dwoiste piszczałki swoje. Gra cicho - rzekniesz, głosem tego strumienia, który na nurcie skrętu w dwa zabełtania dwoistą nutą ciągle się swarzy. Na organach nocnej ciszy wygrywa się wciąż ta muzyka sprzeczna: gdy nuta jedna szklanym głosem jakby nimf swawolą pluska, ta druga - samego nurtu koniecznością bulgoce, prądem rzek wartkich na kamieniach zagra, a pod dali zawiewem i morzem wielkim w przeczuciach swych szumi... Tak się gędzie pieśń Pana u każdego nurtu... Po dniu wielce słonecznym skoczniów murawianych bezliki biorą strumienia nuty na tysiącogłosowy chorał swoich namiętności po nocach utęsknienia. Czyni się wtedy muzyka zaklęta: mrużą się - bacz, grają! - gwiazdy na wyży. Świat cały za organy staje, na których wygrywa się gędźba tęsknoty niebieskiej - pod te chóry na niży jak pod wielki spazm namiętności ziemskich.
Dmie Panek w dwoiste fletnie obie nuty życia i wiąże, wieczyście sprzeczne, w swoich uroków harmonie.
Kiedy niekiedy zawtórzy mu z oddali Arcypoeta sam w żaków chórze:
Factus de materia
cinis elementi,
similis sum folio:
de quo ludunt venti...
nunquam permanenti!...
Idzie mnich na wędrowanie dalekie za morze, ku Ziemi Świętej. Nie z dobrawoli pielgrzymi brat i nie za pobożnych myśli przewodem. Wiodą go w światy, ni te topielice w wody wielkie, one dwie: Sintgunt, wędrownica gościńców, i jej towarzysza Saga, wiele wiedząca opowiadaczka.
Gdy rybałtów tabor w mgławej poświacie dotarł nad urwę gościńca, w łęku między borami i zakłębieniem mar czyśćcowych (zdało się mnichowi) zaroił się tam, w górze - księżyc nie opierał się o przełęcz, nie zamykał przepaści, lecz umniejszony kształtem i jaśniejszy barwą, płynął jak w chmurze w mglistej otoczy.
W czym ledwie się rozejrzawszy, daremnie mnich powieki przecierał: już i śladu nawet nie było po wagantach.
Pochód ich cały runął snadź na tamtą stronę: w przepaść świata i czasów - właśnie jak ten strącony chór człowieczeństwa!...
Na mlecznej omgle wokół księżyca rysowała się tylko cieniem rogata głowa z piszczałką u wargi. I choć tak wyogromniała kształtem, olbrzymieje wciąż jeszcze, rozwiewa się na widnokrąg cały - wsiąka, rzekniesz, w Empireum samo...
Przedświt to może rozsnuwał tak gońce obłoków wokół późnego księżyca.
Na dalekim gościńcu doganiają już oto mnicha pierwsze głosy świtania z murów grodzkich. Pieje kur klasztorny jak co dnia przed świtem, odzywają mu się ze wszystkich stron miasta te głosy powszednie. Tam, w klasztorze, na długo przed jutrznią zrywają się w tej chwili bracia franciszkanie, wszyscy zatrzepotani w ocknieniu radosnym, jak to Boże ptactwo czujności.
Każdym serca uderzeniem wracał mnich do klasztoru: przepaść dusz tułaczych ujrzał na widnokręgu grodzkim.
Dobry Pasterz podjął na rozdrożu owcę zbłąkaną, na bary ją wziął i odnosi przeorowi - w stronę grodu o świcie idący.
Wśród tych opałów i perlistości cichego zaranka.
Oto mury miasta otrząsają już z siebie tuman nocy: dołem zatulone w bielejące opary, po wieżach i blankach ociekają już rośnią czerwienią. Gdy uroki tęsknot księżycowych zalegały jeszcze nad duszami pierwsze głosy świtu obwołują zaprzańcom radosną czujność dnia powszedniego - już oto kury wtóre pieją najwyraźniej: Christus natus est!...
Gdy u furty klasztornej imał się brat krzyża kołatki, stężała mu ręka... ,,Szkatuła twoja kwestarska - gdzie?! I w czyich rękach?... A za co oddana?"
Kłodą zwisło ramię, odpadłe od krzyża. A i próg furty, gdy doń czołem przy legł, odpycha precz:
"Po coś tu się zwlókł, mnichu? Rozwłóczyć chuci po klasztorze? Zamącić te święte cisze wziętym w siebie zgiełkiem kobiecego ducha? On duch i najsurowsze mury samotności pokruszyć zdoła. Idź, idź, przeklęty, z myślą o kobiecie w świata zgiełk! Za żonglerami śpiewaj na kobiet cześć! za skoczkami po rynkach skacz! za goliardem Kościołowi bluźń! Oddaj habit, oddaj sznur!..."
Rozpaczliwym zaciskiem ramion przygarnia mnich do piersi habit, sznur i różaniec. I odstąpiwszy od furty, jął się błąkać koło muru, dłonią po nim wciąż wodząc. Tak sczeznął, powiadają, mnich niejeden wypędzony z klasztoru, choć go miłosierdzie braci podkarmiało u furty z misy wystawianej dla psów zbłąkanych.
Wreszcie powalił się na klęczki gdzieś u węgła na zakręcie muru.
Tu bywał kres jego wędrówek codziennych: tu przychodził co ranka, zdobić kwiatami podnóże Tej oto, którą pobożność braci wystawiła w kamieniu, by strzegła od złego granicy klasztornej. Oto kwiaty na poły już zwiędłe, które wczoraj o świcie wychodząc, na kwestę złożył było u Jej stóp.
Wszystkie święte i rycerskie panie nabierały pod pędzlem brata cichości Jej kamiennego lica; karty przeorowej księgi zaludniały się jakby smukłymi siostrami Tej oto postaci; w złoto, błękit i purpurę przystrajał je pracowicie pędzel mnicha. Jakże się cieszył przeor każdą taką panią na karcie! Każda mu była najpiękniejsza, że zawsze do Tej tu podobna. Głaskał mu wtedy głowę pochyloną nad pracą i mawiał:
"Z najczystszego źródła piękności niebieskich pijesz, bracie Łukaszu, dary sztuki twej... Pomnij na onego żaka, który się łaski tego cudu dopraszał: by ujrzeć na własne oczy Przenajświętszą Pannę. Że oślepnąć musi, powiedziano mu, kto ją ujrzy za życia w glorii niebieskiej. I na to się godził: takie miał oczy chciwe najwyższego piękna! A przecie, w chwili iszczenia się wymodlonego cudu, żak chytry jedno oko przysłonił, by je zratować dla życia. Ujrzał. Oślepł na oko, które widzenia doznało. Lecz odtąd okiem uratowanym na żadne piękności świata spoglądać już nie chciał. Habit najsurowszej reguły na się wdział i strasznie tęsknił do śmierci - by zjawioną na chwilę d o s k o n a ł o ś ć móc oglądać zawsze."
Jakże się spłakał mnich przy tych słowach przeora. I jakże nawiedzał odtąd co ranka tę tu Postać, kwiatami ją przystrajając. Jakże pił oczyma cichość Jej lica w kamieniu i z surowości dziewiczego kształtu to miękkie wychylenie szyi. Jakże śnił dla Niej na karty księgi obiele i błękity szat najpowłóczystszych w najpiękniejszej glorii złota.
Lecz począł go przeor wysyłać za kwestarza na odpusty, by nieco farb świata w oczy wziął, Tej tu na płaszcze a korony do księgi zdobniejsze. Blednąc poczęły mnichowi własne kolory na kartach księgi, pełzły i klasztornego ogrodu kwiaty: kramów blaski barwiste przynosił w oczach, w sercu tęsknotę ku Ziemi Świętej, a w myślach nieodgonione wspomnienia tylu wejrzeń niewieścich. I jęły panie rycerskie pod pędzlem mnicha przystrajać się w barwiste stroje sukiennic, występować stopą spod szat długich, przeginać umilnie kibicie, a rączkami wywodzić coś zalotnie przed twarzami swymi. Ożyły postaci przeorowej księgi.
Powiadał przeor dobry, że grzechu w tym nie masz jeszcze żadnego. A jednak tu się zamąciła krynica piękności niebieskich, tu się odwróciły oczy ku ziemskiej krasie!
Czołga się mnich na klęczkach i bije w piersi:
"I oto wziąłem dziś w oczy najpłomienniejszą purpurę świata. I w ogień żył swoich. I na usta. Tu, tu na wargach ją mam! - bo tej róży, rzuconej mi przez królową, ustami tknąć nie śmiąc, jam wszystkie jej ciernie... Nie pomogły bicze!"
Porwie się mnich z kolan i przygarnia piersią całą do podnóża żywego kamienia, między te lilie wczoraj tu zniesione.
"Weź, bracie Łukaszu, te kwiaty..."
W ten szelest osypywać się jęły kwiaty już powiędłe.
"Weź... I nie przynoś Mi ich więcej - słyszy dalej w tym poszumie smutnym. - Sprawię, że nie odtrąci cię od furty przeor dobry. Ale obrazu zwiastowania nie maluj: ja nie chcę, by Mi ona zwiastowała!"
W załkaniu gwałtownym przypada mnich ustami do stóp świętych; śluby wierności w przysięgach odmawia.
Alić z tyłu za ramię coś go kleszczem chwyta i odciąga precz od żywego kamienia.
"Frate - usłyszy nad sobą - zakończże wreszcie to bogomolstwo swoje. Moja sprawa do cię zwłoki nie ścierpi: rozkaz! wola królowej!""Ktoś jest?!... .jeśli jesteś?"
"Karduelowego dworu marszałek, królowej Ginewry poufnik, książę z żonglera opowieści sam!" Uskoczył mnich w tył - zastąpi ono mu drogę "Na zamek mi z miejsca do pani pójdziesz!.... Daremnie tak się zwijasz, skręcasz, w habit zatulasz, a ręce przed się prężysz... Jakżeś ty nędznie poniżył w sobie rycerski grzech pana Lancelota, który - przez żonglera opowieść a serce skazanego rycerza - wziąłeś na się w pocałunku warg jego... Terazże ci to, mnichu, dopiero za głowę się chwytać i ciemię rękoma jak od razów przysłaniać!... Gdzie pokuta obiecana?!... Więc po grzech pana Lancelota samego, w twoim sercu dziś żywy, zgłaszam się tu. Pojąłeś?... Najskrzętniejsza to dziś robota nasza - szatanów - zbierać żonglerowych powieści żniwo po sercach ludzi osiadłych."
"O, czemuż raczej z wagantami na kres świata nie uciekłem?!"
"Do kobiety czy od kobiety precz - gdy z myślą o niej - jedna to droga!... Wiesz wszak, frate: opuścił i święty Aleksy umiłowaną żonę dla duszy swej, żądnej zbawienia. Aliści, po siedemnastu latach tęskliwej męki, żebrakiem zwlókł się pod jej progi, aby się lica napatrzeć. I umrzeć pod jej drzwiami. By po nierychłej śmierci swej małżonki, w trumnie nawet ustąpić się lubej jak w łożu - i zatulić zbielałymi kośćmi ramion." Wyrzuci mnich ku niemu dłonie obie. "Przekleństwo słowu twemu! Niebieską to już wonczas miłością święty Aleksy..."
I usłyszy on śmiech piekieł, o którym powiadają pokutnicy, że jest jak rozdarcie żagla, jak starganie łańcucha kotwicy i strzaskanie steru. Fala wspomnień świeckich porywa lichą łupinę łodzi naszej i niesie na falach marzeń w okrutny zamęt światowego zgiełku.
"Nie umkniesz się, mnichu, woli orlicy. Posłuchaj, jak skwirem tęsknoty odzywa się z zamkowej wyży.
Więc zbądź mi wreszcie mniszego pełgania ciałem i duszą: odraza w nim dla kobiety! Tym oto płaszczem pana Lancelota, który ci na bary zarzucam, przystroisz się do pani. Lancelotowy miecz i tarczę w rękach dzierż!... W puchach purpurowego łoża czeka na cię przebiała pani w złotych włosów chuście. Płacze noc całą i kaprysi w rozmarzeniu piękności swojej, że za twym uściskiem wstąpi w wieczność - urodą ciała swego."
,Nie pójdę" - tuli się mnich do ziemi, rad by jak kret ciałem się w nią wcisnąć.
"W jeństwo wziąć muszę i siłą do pani przywieść. Kazano!"
Rozchyla się ciemne skrzydło płaszcza; błyska zbroi i miecza pogroza.
Porwie się mnich z ziemi i przypada piersią do żywego kamienia:
"Czynnie złu się broń!" - usłyszy Głos. I starł się w tej chwili ze szczękiem miecz w dłoni brata: nie mnisza wola, nie człecza siła targnęła mu ramię.
"Z prawa szczyt! - ostrzega Głos. - Zastaw się!"
O tarczę huknął cios wroga. "Krzep się!"
Mnich poły habitu za sznur zatyka, by się nie plątały. "Nastąp!"
Natrze mnich ze wszystkich sił - nie swoich sił wszelako. "W szłom!..."
Uderzy Lancelota samego mocą, gdy na cześć swojej pani wielkoludów gromił. I usłyszy trzask okrutny hełmu i czaszki razem - runął do stóp mnicha szatan pogromiony!
Jeszcze się targa ramię brata zwycięsko, jeszcze ściska krzepko w kułaku - nie rękojeść miecza przecie...
Różaniec tak kurczowo trzyma - postrzega mnich teraz dopiero.
Zaś ręka druga za tarczę całą dzierży - mocno przed piersią...
Lilię - widzi brat teraz dopiero. Otworzyły się mnichowi oczy.
Padł na kolana, sunie na nich ku stopom kamiennym swej Pani. Lecz oto krzyk tryumfu w zwycięstwie nad szatanem zastygł, zamarł mu na ustach rozchylonych. I w nagłą jakby niepamięć zapada wszystko, co było przed chwilą. Bo stokroć większa radość, przemożniejsze nad wszystko zachwycenie rozpłomienia go wskroś. Oczy otwarte na świat nieziemski widzą, widzą jawnie! - czego dusza nie ogarnie chyba... I już tylko ten szept olśnienia wytrzepocze mu się z piersi:
"Królowo wszechcudna!..."
W otwartej furcie klasztoru stał przeor z bratem furtianem i coś mu prawi nad głową pochyloną. Milczenie snadź nakazuje, bo z palcem na ustach, a drugą dłonią na piersi chyli się pod kapturem brat furtian.
Z posochem w dłoni i torbą przez ramię wyrusza pasterz szukać owcy zbłąkanej. Z rzadka za furtę wygląda: i oczom, i nogom starym świat nazbyt rozległy; daleka mu tedy droga pod klasztornym murem - dalekie wędrowanie...
Trzęsie się głowa i broda siwa w śniecie pielgrzymiej zadumy.
Aż na koniec - gdzieś u węgła, przy muru zakręcie - ujrzy najmilszego dla się brata.
Klęczy oto mnich z rozstawionymi ramiony, a tchu prawie w piersi nie czerpie: taki się oderwany zdał od świata. Spadł przeorowi ciężar z piersi: nie ciałem, a duchem zabłąkał się ten wagant mniszy śród odpustowego wczoraj zgiełku w grodzie. Znał pasterz doświadczony trzodę swoją: po samej skrusze klęczkowej odgadywał łacno popełnionego grzechu naturę. Zaś ten tutaj wspomaga jeszcze klasztor gorliwą modlitwą i pod jego murami.
Podchodzi tedy do mnicha, kładzie mu rękę na głowie i powiada za wymówkę całą:
"Strzeż się, bracie Łukaszu, by ci Bóg nie odjął darów sztuki twojej z duszy nazbyt wątłej, którą nawet odpusty zamącić potrafią; by nie uprzykrzył sobie i mojej powolności dla cię. Wszelako słusznie czynisz, włóczęgo, że się do Tej tu garniesz, która i za wagantów dusze najniestateczniejsze zastawia się zawsze przed Bogiem - za co ma od nich pieśni i muzykę, jeszcze piękniejsze od mniszych." "Ojcze, jak nie oślepłem, chocia...!" Wzniesieniem dwóch palców mówić mu przeor nie dozwala. "Ojcze, ja doznałem...!"
"Nakazuję ci, bracie Łukaszu, milczenie w mowie innej nad pędzle i farby, aby tym wymowniejszą stała się przed Bogiem. Im głębsze doznanie, tym cichsze milczenie - i w modlitwie. A kto pracuje, modli się - powiada święty Bernard."
Poczuł się mnich pod mocną ręką: wracała mu ufność do samego siebie.
A gdy stanęli u furty, śmiało ujął krzyż kołatki. Przepuszcza ich brat furtian z palcami na ustach, a drugą dłonią na piersi. Zamknęły się za nimi wrota świata, okoliły mury milczenia.
Bacznie spogląda przeor na krok jego słaniający się i to drżenie co chwila, które nim wstrząsa bezwiednymi już może wspomnieniami doznań na świecie. Każe mu iść za sobą do piekarni, na ławie sadza, sam mu przynosi kubek mleka i bułkę. Długo trzyma to mnich w garściach obu, nie spożywając przecie, choć mu bułka, jeszcze ciepła, nie zakwasem niecki pachniała, lecz dobrocią samą.
I nie posilając się jadłem wcale, krzepił się oto chleba dotknięciem: ustępowała z czoła bladość miesięczna. Gdy wtem odstawi nietknięty posiłek na ławę. "Szkatuła moja kwestarska!" - szepnie. I w pałąk pogięty w przygnębieniu, ku ziemi opuszcza ramiona. Aż się przeor nachmurzył przez chwilę; odpędza jednak sprzed czoła domysły wszelakie.
"Nie godzi się nam biadać nad stratą doczesną Nie ty nas będziesz żywił, bracie Łukaszu, lecz łaska Boża. A czyś ze szkatułą i cenniejszych skarbów klasztoru nie uronił, okaże się rychło miarą tego, coś przyniósł w wnętrznej skarbonce."
Każe mnichowi odpasać sznur. I kiwa siwą brodą nad śladami krwi na nim, nie racząc nawet zapytać przeciw jakiej to pokusie było: w tak wielkiej pogardliwości miał grzech myśli cielesnych śród braci. Zadzierzgnął natomiast pętlę na końcu sznura, zarzuca ją bratu na szyję. I wiedzie go jak na postronku.
Pojął mnich kary zamierzenie: ukrył się jak najgłębiej w kapturze, a i dłońmi jeszcze się przysłania - szepcze pacierze. Wiedzie go przeor podcieniem krużganka. Dygocą ściany pohukiem organów, z krypty dochodzą pomruki litanii i głuche przyjęki śpiewacze niczym oddechy i westchnienia samych murów klasztornych.
Wprowadza przeor mnicha do celi, wiedzie w nyżę okna i przywiązuje do wysokiego stołu księgi.
"Tę ci, włóczęgo, penitencję zadaję, skuteczniejszą nad bicze. Do dzieła twego wiążę cię! Stoisz przed tą księgą jak przed wrotami czyśćca, pod którymi przejdą postaci twego zaznania ziemskich pierzchliwości, aby się tu czyściły sumieniem świadomym. Zasię powłoki cielesnej, szat i farb tyle im tylko użyczysz, by kiedyś nie do ciał, lecz do dusz przemawiały."
Łzy ciche spływają po twarzy mnicha, gdy ręce same sięgały nad księgę po pędzle i farby.
A przeor dobywszy dla się inną księgę, zajął swe zwykłe miejsce na skrzyni. Dobra, powszednia praca głaskała przez czas długi obie te głowy. W wielkiej ciszy słyszał mnich tylko te westchnienia znad skrzyni - nie ciężkie wszelako - takie ot: potoczne wzdychania starości, niewiele co różne od gołębich turkań na dworze.
A gdy się przeor naczytał w księdze, kładzie oto rękę na kartach i prawi: jak to brat Łukasz, choć w pętli pracy, jest najwolniejszym w tej chwili człowiekiem na świecie. Bowiem, za łaską Bożą, odczuwa niechybnie, jak z chaosu materii grubej, przez ciała człeczego skorupę uwięziony Duch się wyświetla.
I wyszła ta światłość z księgi i mnicha słońcu samemu naprzeciw. Za słońcem zajrzały przez okna i gołębie ciekawe; dziwią się i wypatrują ruchliwymi główki: czy nie Franciszek to może sam w błogosławieństwie glorii?
Póki ich przeor chustą z dala nie spieszy powiadając, by nie przeszkadzały bratu Łukaszowi.
Furkną nad klasztoru wieżę, polecą w górne kręgi. I znów oto spadają na okna celi, przynosząc bratu za kolory do księgi - złote błękity podniebia na swych skrzydłach białych.
Ale przeor chustą znów je płoszy, powiadając, by nie przeszkadzały bratu Łukaszowi.
Acz z księgą na kolanach, już jej przeor dawno ponoć nie czyta - spostrzega mnich po niejakim czasie. Kierował się ojca wzrok gdzieś przed się i jakby mury celi przenikając wpatruje się bacznie w to widzenie dalekie, a czoła uwagą nasłuchuje w ciszy - wnętrznego chyba głosu. Więc mnich pędzle odrzuca i ostrzy pióra. Rychło mówić pocznie z przeora, a wtedy pośpieszać trzeba z zapisywaniem. Nierad powtarza słowo nie dosłyszane, a rozpytywaniem zmylony w toku, zasmuca się bardzo i mówić całkiem przestaje.
"Pora nam, bracie Łukaszu, przystąpić do ostatniego już, przy Bożej pomocy, rozdziału księgi. Niech nam wybaczą mistrze, niech się nie pogniewają poeci, żeśmy lichym słowem i pędzlem mnichów podjęli to dzieło - na klasztoru chwałę. Nie gotowym zawsze mistrzostwem doktorów zdziałane ono było, nie przy Muz codziennej pomocy jak u poetów - lecz w godzinach łaski. Ileż to razy daremnie zawisało twe pióro nad kartami księgi; nieme były usta moje: ponurzony bywał duch nawałnością trosk, nie wylatywała gołębica z serca, które zawarł smutek... Aż nastawał ten dzień najradośniejszy, kiedy wszystko w nas weseli się i woła z Dawidem: "Gotowe serce moje! Boże, gotowe serce moje: będę śpiewał i grał... wstanę o świtaniu!" Owóż w szeregu ranków błogosławionych ten poranek ostatni."
"W imię Ojca, Syna i Ducha" - żegnał się brat Łukasz, ujmując pióro.
Już przeor palec do czoła przykłada łowiąc te oporne słowa pierwsze, które przebijają się przez skałę materii ku źródła gorącościom.
Gdy w tejże chwili przez uchylone drzwi wsuwa głowę brat furtian i, choć z palcem milczenia na ustach, szepcze w alteracji jak ten zausznik dobrą nowinę:
Oburącz odmachnie się przeor w niełasce gwałtownej:
Zasapał się, zadyszał cały, a i poczerwieniał na twarzy w gniewie - tak nieoczekiwanym dla brata furtiana.
"Daj mu co jeść i niech rusza z Bogiem" - złagodniała przecie niełaska chwili.
A i teraz oto jeszcze wypręża drżącą rękę poza się ku drzwiom: zatrzymuje brata furtiana. Co ten zdał się przewidywać, bo z okiem nastawionym przenikliwie nie ruszał się wcale od proga.
Opadło ramię, a wraz z nim i gniew; odmieniły się myśli przeora:
"Nie godzi się nam, franciszkanom, odpędzać od furty żonglerów i goliardów ze świata: są jak oni "mdli bracia", o których mówił Paweł, że im wolność na pokażenie serc idzie. Nie godzi się nam zapominać, że żonglerów to opowieśćmi o rycerstwie błędnym wykarmiła błogosławiona Pia serce i tęsknoty Franciszka. Nie powstydził się święty Franciszek przywołać igrców imienia na nas, franciszkany! Czymże my, słudzy Boży, powiada, nisi quidam joculatores ejus, którzy serca człecze poruszać winniśmy ku radości duchowej."
Z lubością słuchają brat furtian i Łukasz pouczenia przeora. I błożą się tą myślą, że są igrcami przed Bogiem.
Zaś przeor powiedziawszy swoje, zapomniał już całkiem o goliardzie u furty. Nie zdziwiło to wcale mnichów obu: z starości przytrafiało się to przeorowi, a i z lekceważenia spraw ziemskich, że przy duchownym pouczeniu o jego świeckiej przyczynie zapominał zgoła. Oto teraz rozsiada się znów wygodnie na skrzyni i powiada:
"Ad laetitiam spiritualem daj nam Boże poruszać serce człecze i w dziele naszym. Na czymżeśmy to stanęli, bracie Łukaszu?"
"Jeszcześmy nie zaczęli, ojcze."
"Powiadasz?..."
Wówczas to dopiero brat furtian zdecydował się przypomnieć goliarda. Wysuwa się na środek celi z palcem na ustach, a drugą ręką wskazującą jakby na mury, ku furcie.
"Aa?!... twój poeta! - przypomina przeor teraz dopiero. - Przyprowadźże go, przyprowadź. Pozwalam."
Gdy na progu stanął goliard w czarnym płaszczu i kapturze klerka, z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, a z gęślą i smyczkiem w kułaku - wydało się mnichowi, że zmora tej nocy dościgła go w celi.
I ze zgorszeniem nieomal postrzega, jak żwawo podjął się ze skrzyni przeor stary, witając goliarda z tą łaskawością dworną: sali nowe pieśni i wiersze na świecie i że chętnie ich się tu posłucha, gdy piękne.
Ale on spojrzawszy spod oka na księgę i pióra przy niej, posępnie coś odpowiadał, że zamilknąć po, no goliardowym gęślom, gdy pospolitą mową Muza i z ksiąg nawet klasztornych przemawiać poczyna.
"Nasza, mnichów, Muza cicha - uspokaja go przeor. - I po staremu łaciną tylko, jak goliardy, swoje powiadać potrafi. A i z tym nawet przed trony biskupie nie pójdzie ani przed swarliwe stoły oświeconych. Tu zostanie, gdzie i kości nasze."
I na to cierpko odpowie goliard, że gdy żywe słowo pieśni i wierszy martwe, bez tonu, w księgi się znów jak u pogan składa - pora goliardom i żonglerom gęśli swe o kamień przydrożny roztrzaskać... A i próżne zresztą te zabiegi mnisze: wina igry nie przechowa beczka księgi. Muza w niej sama jak w trumnie leży. Mistrze po szkołach i żaki o pilnych zadkach lubią trupy takie. Goliardy zaś nic innego podczas nie czynią, jak owo, że się piersi swych żarem przykładają do tej Muzy omartwiałej niczym pątnik do żywego kamienia przy drodze. A gdy się im wyda, że choć niejakie w niej ocknęli tony, biorą je czym prędzej na struny gęśli swoich - nie mistrzom, przedsię, i żakom po szkołach, lecz ludziom, łaknącym po świecie żywego tonu Muzy.
Zrazu wybłysnął ku niemu przeor mądrym okiem i czołem. Ale przyjrzawszy się baczniej osobie, opuścił powieki.
"Bardziej ty mi się, bracie, o Muzę troskasz w pysze swojej niźli o duszę. Jabłonki, widzę, zaniedbałeś, nie pożywisz jej korzeni, a o jabłka stoisz."
Przysiadł się goliard na skrzynię i - skarcony - już nic złego nie powiada. Po chwili, chcąc naprawić swe wejście opryskliwe, wyciąga obie ręce w kierunku księgi na stole.
"Gdy, naszym zwyczajem, do oświeconych tylko przemawiać pragniecie, niech Bóg po stokroć błogosławi tę księgę: niech jej użyczy ciepła serc waszych i tonu najprzedniejszych gęśli goliardowych... Z gościńcam tu przyniósł, ojcze, gorycz swoją: inny mnie tam cierń głuchą wieścią tak piersi rozranił, żem odbiegł kamratów do waszego klasztoru. Niech się tu, w ciszy serc waszych, wykrwawi ma rana swą czarną krwią pychy aż do tej pokory ostatniej, w której krzyknę: przeklęte niech będzie życie moje!" Pochyli się przeor ku niemu gwałtownie i dłonią stłumi na ustach ostatnie słowa.
"Pierwsze!... pierwsze życie! powtarzaj za mną, bracie, czym prędzej, by diabeł, który się w tobie miota, nie zamknął ci tym bluźnierstwem drogi do wtórego życia: za tymi tu murami - gdy do nich prawdziwie zatęsknisz - serca skruchą, a nie pychy raną... Pierwsze! mów za mną, jak każę!"
"Pierwsze" - powtórzy goliard posłusznie.
I wtedy dopiero przeor, uspokojony, odjął mu dłoń swą sprzed ust.
Goliard tymczasem o wtórym, o nowym życiu pytającym głosem do się coś powiada i po celi franciszkańskiej jakby za nim się ogląda. I ukrywa twarz w dłoniach. Zmaga się a boryka z żalem jakowymś, który mu piersi aż podrywa. Póki mu przeor siłą tych rąk sprzed lica nie oderwie i nie zatrzyma w swoich.
Mnich zaniepokoił się wobec tego nad swą księgą; a że przywiązany do stołu, wyjść nie mógł, nasunął czym prędzej kaptur na oczy i oburącz przysłania uszy - przed świętą tajemnicą spowiedzi.
Omylił się jednak brat Łukasz w pobożności swojej: obu tamtym nie do spowiedzi było. Oto przeor, po krótkiej z goliardem rozmowie i wypytywaniach o coś, chodzi tam i sam po celi;, a choć się bardziej niż zwykle trzęsie broda jego siwa, krok zdał się mocniejszy, żwawszą postać cała. (Tak bo zawsze odmładzał się przeor, ilekroć poeta jaki wędrowny zamakał się bywało do klasztoru.)
"Ktoć, bracie goliardzie, te wieści o mistrzu przyniósł?" - rozpytuje oto ciekawie.
"Ultramontanus, który nam drogę na gościńcu zaszedł; człek zza gór."
"I tenże ci mówił, że Pitagor to po piekle i czyśćcu mistrza za żywa wodził. Źleć powiadał!" Zaprzeczy goliard niecierpliwym gestem. "Mnież to - powtarza widocznie po raz drugi - mnie Pitagor czeluście piekieł otwierał i za mnie z potępionymi duszami gadał - w zrojeniach moich, z których zaledwie strzępy jakoweś, tu i owdzie spisane, błąkają się między oświeconymi po świecie." "Znam, znam!" - usłyszał niespodzianie. Daremnie goliard czegoś więcej wyczekiwał oczyma: przeor zadumał się raptownie. A po chwili powiada:
"Dopełnienie w duchu, tonie i kolorze na wielceć pono szlachetniejszej dojrzało jabłoni."
I w starczej nagle krzętności pośpiechu spędza goliarda ze skrzyni. Nurzając się w niej na kolanach, powiada, jak to najmilsi bracia franciszkanie, ni te kruki Eliaszowe, znoszą mu tę karm. Bosymi nogami przebiegają skalne w górach pustynie, gdzie i żebrem bogobojnym się nie pożywią, a takie oto skarby bezcenne przynoszą mu na plecach.
Z tymi słowy dobył ze skrzyni księgę skórzaną. "My zasię, żonglerzy i goliardy, zawsze o głodzie i nie na żebraczych karkach pokory, lecz w piersiach dumnych - i żywym słowem - przynosimy ludziom wszelaką karm ducha; a przedsię nie mnichom tylko" - zamruczy goliard w nowym osępieniu.
A że przy tym mnichom po dwakroć w swych słowach urągał, więc się przeor obraził. Poniechał księgi, którą ucieszyć chciał goliarda; na bok ją odłożył, dłonią przyklepał: niech leży, skoroś taki!
I kroczy znów po celi, z sobą gada, sobie przytakuje.
"Kto wedle ciała po świecie chadza, wedle ciała błądzi, temu nawet wieści o rzeczach z ducha ledwie musną ucho na gościńcu, gdy trafem koło niego przewieją - ku naszym samotniom! Kto wedle ciała chadza i błądzi, ten choćby cudem nawet natrafił na jaki skarb ducha, zagubi potem w pamięci nawet drogę ku niemu - jak Parsifal sam za młodu, który otrokiem był pono raz na Monsalwacie... Tyżeś w piekle i czyśćcu duchem był i rozproszył to potem po gościńcach świata - komu innemu na dopełnienie." Goliard zwieszał głowę.
Tym mocniej prężyła się głowa starca, już wcale teraz nie roztrzęsiona brodą. Odmładzała ją myśli ożyłość w słowie. (Martwą, bez tonu jest i mądrość nawet sama w księgach, i klerków samotna nad księgami zaduma!) Po wielomiesięcznej ciszy klasztoru, w obcowaniu z nieoświeconymi braćmi jedynie, nadarzyło się oto klerkowi echo - ku zadumie głośnej. Dziwnie pełnym, organowe zasobnym w ton, wydał się w tej chwili bratu Łukaszowi głos przeora:
"Kto ducha oświeceniem w sobie nie wywyższy, oddaleniem od zgiełków świata nie skupi i duchem na szukanie rzeczy z ducha nie pójdzie - ten chociażby i czysty prostaczek wobec Boga i Muz, jak Parsifal za młodu; choćby i ziemskich wrogów pogromca i ofiarny prostotliwiec jak Lancelot sam; choćby i niebieskich roztęsknień prosto-dusznik tkliwy jak owca tu moja każda - prostakiem miłości zostanie mi nade wszystko!" Goliardowi zaokrągliły się oczy w zdumieniu. "I franciszkanin to powiada?! Tak miłość, by najczystszą, niży? i tę ofiarność rycerską, jaka z niej się rodzi? i ten cud, jaki ona dokonywa w waszych sercach, franciszkanie?... Prostakiż to, gbury nieledwie?!"
Mało baczy przeor na to oburzenie:
"Wiódł Żydów Zakon gniewu. Wiedzie nas on wtóry Zakon miłości ku wywyższeniu rodzaju człeczego - i ponad miłość samą."
"I franciszkanin to wszystko powiada?!"
A przeor podejmie tylko na niego to ciche rozświetlenie oczu.
"De spiritu sancto któż wam tedy powiadać będzie?..."
A gdy te oczy jego, nastawione jak gdyby na dale, na bliższe rzeczy po chwili wejrzały, zatrzymawszy się przelotem na twarzy goliarda - zachmurzył się wzrok starca. Ujrzał przed sobą chciwą ciekawość artisty, może paryskiego dysputacji ucznia - a nie wejrzenie duszy łaknącej światła.
Więc przeciął jakby dłonią tamte wynurzenia myśli swoich, odsuwał je w surową dal przed ciekawością włóczęgi.
I dla przerwania ostatecznego spraw tamtych sięgnął znów po księgę, odłożoną przed chwilą na bok.
"Wiedzże tedy, bracie, nieco więcej bodaj o tym, coc ostatnio musnęło ucho na gościńcu i z czym do mnie tu przybiegłeś: gdy twe rojenia na poły płonę Pitagor po piekle i czyśćcu wodził - dopełnieniom tamtego przodował Wirgil, zatrzymując się również u wrót niebieskich. W niebo wiodła mistrza cnotliwa pani Beatrice."
Bratu Łukaszowi wypadły w tej chwili pędzle z rąk, dłonie same złożyły mu się przy ustach:
"Oby między święte policzona była!..." Gdy z poprzednich słów przeora wiało nań ziąbem i ponurością, zdało mu się teraz, jak gdyby ciepły promień słońca weń uderzył. Więc się zapamiętał, ubłożył w tym zamyśleniu: "Oby między święte policzona była, skoro duszy ludzkiej za żywa raju doznać..."
Nie pochwalił wcale tej pobożności przeor stary, bo wystawił palec i karci go surowo:
"Nakazałem ci, bracie Łukaszu, milczenie w mowie innej nad pędzle i farby! Słowo zostaw oświeconym."
Sam zasię przysiadł się do goliarda na skrzynię. Zwaśnionych klerków pogodziła księga. Pochylają kaptury nad jej kartami: na głos czytają a pilnie. Czasami się prostują, odsuną od siebie na skrzyni, w oczy sobie popatrzą: zachwycają się społem, by tym gwałtowniej pochylić się, na tym gorliwsze czytanie. Cieszą się oświeceni nową karmią ducha.
Goliardowi żyły nabrzmiewają na skroniach, a pod oczyma zapalają się rumieńce gorączki. Zasię w palcach ma dziwny niepokój, jak ten mnich, gdy różańca pod ręką nie czuje. Aż sięgnął bezwiednie po swe gęśle. I tak je jakoś na kolanach ułożył, tak na nie osobliwie popatrzył, jakby to dziecko było jego, o całun. proszące zamkniętą powieką.
Mowa księgi jest pospolita - ludzi zza gór. Zna wagant bywały wszystkie gwary po ziemiach cesarstwa, obie mowy zza Renu i tę zza gór. Więc czyta chciwie, póki mu oczu nie przyćmią łzy. Ale przeor nie spostrzega tego; po drugą księgę już sięga - i z tej rad by coś na głos wyczytać. Tymczasem pieści się nią, głaszcze jej okute skóry i niczym do skrzyni cedrowej onych skarbów zza gór, dobiera się wreszcie do niej: chroboce u klamr.
Wreszcie otwiera na traf. Goliard czai się uchem i powieką na słowa mistrza, rozkołysane jak katedralny dzwon.
Którzy chadzacie
drogą miłowania,
Słyszcie i wejrzyjcie na mnie!...
Przerwał sobie stary na samym początku, wystawia palec i rozważa:
"Do chrześcijan to wezwanie. "Którzy dążycie drogą miłości!" - tymi słowy ich nazywa. Za przechodnią drogę ku dalszym celom snadź i mistrz sam ją uważa. Z nami jest! Nie z dominikany."
I w cichości wywodzi coś jeszcze dłonią sobie Przed oczyma. Goliard zniecierpliwiony czytał dalej sam przez ramię przeora:
Słyszcie i
wejrzyjcie na mnie:
Byważ li kędy żalu moc, równa mej boleści?...
I w tejże chwili kułak goliarda uderzy z całych sił w otwarte karty, aż się księga zwali z kolan przeora i runie z łoskotem o ziemię.
"Z żonglerowych to ust spisał, słowo w słowo mistrz twój!"
Na tę profanację księgi tylko wargi przeora rozchyliły się niemo, bo gniew powoli dopiero zapalał się na policzkach. Przemógł go jednak w sobie w brodzie ukrył.
I klęka starzec nad swą księgą cenną, podejmuje z ziemi.
,,0wóż i krewkość słabości twojej, mdły bracie!" "Pytaj, ojcze, żaków naszych, którzy wszystko pamiętają, zali na ziemiach francuskiego króla nie słyszeli tego - słowo w słowo - chociaż w innej mc wie!... Zasię tamto drugie bodaj (że to jeszcze jem wypomnę!): "Nie masz większej boleści nad wspominanie szczęścia w niedoli..." Boetius to pisał w więzieniu, Boetius! Każdy żak ci to powie i na pierwszych zaraz kartach jego księgi odnajdzie!"
Widzi przeor: miota się goliard w takiej złości, że aż kaptur osunął mu się na plecy. Spod jego stroju, na pierwszy rzut oka rzekniesz, mniszego, wyjrzała oto jawnie dusza inna - płowymi aż po ramiona kędziory.
"Nie stoim my skąpo o pieśni i wiersze nasze: żaden z nas imieniem się do nich nie dowiesza! - woła i trzęsie w alteracji tą czupryną. - Wagant wagantowi za kufel piwa odstąpi pieśń, wiersz lub gadkę przez się zdziałaną... Ale tamtemu nawet za najlepsze wino w karczmie nie oddałbym żadnej pieśni mojej! I w kości nie przegrałbym do niego wiersza mego. Nie przegrałbym!" - zgrzyta w pasji.
"Nie z wędrownych on" - powiada przeor na uspokojenie.
"I to jest nieprawda! - sprzecza się goliard już całkiem gburnie. - Ultramontanus inaczej powiadał. Z grodu do grodu wędruje on tam. Tylko przed studniami nie staje ani do piekarni nie zachodzi, lecz wprost do pałaców pańskich, gdzie go słuchają z wielką atencją, a goszczą i nocują nawet u siebie. I u nas może taki stałby się i dojrzał, gdyby panowie innego byli ducha. U nas, przedsię, wolą panowie zasadzać się na kupców juki i wory, a ducha samego odtrącili od się precz - na rynki grodzkie!"
I tak się w nim wszystko burzy, że te gniewy w wielki niespodzianie żal ściągnęły mu twarz bladą.
"A ostatniego może poetę przy gęśli oddali owo skoczce na przekarmienie."
Oburącz zasłonił się przeor od tych słów.
"Skoroś tu do mnie nie przyszedł ze spowiedzią, wiedzieć nie raczę o tej plugawości grzechów twoich."
W nazbyt bo wielkiej pogardliwości miał przeor wszystkie grzechy z ciała.
A jednak srogim po chwili nachmurzeniem popatrzał spod oka na goliarda.
"Tyś jeszcze, spod Zakonu gniewu jak Żydzi duszą nie wyrósł... Obaczysz! doznasz! - pogroził. - Każda dusza pod taki Zakon się dawa, ku jakiemu wartością swą dojrzała."
"Surowszy jest twój Zakon Ducha, widzę, i od Bożego bodaj gniewu... Nie lepszy ponoć jest i ten mistrz twój - podjął na chwilę księgę, by ją wnet odłożyć - ...Dante?... Który ze strun naszych wszystkie zdjął... niedopełnienia, on to właśnie i te gęśle nasze zapowiedne, i nas samych za stracone łamie!... Takie to, ojcze, twojego Zakonu mesjasze, że swe Jany..."
Tu goliard załamał się całkiem: osuwa się na kolana u skrzyni, a czołem uderza mimo woli o księgę. Bratu Łukaszowi wydało się w tej chwili, że słyszy głuche podzwonne strun, jak gdyby tam kto gęśle o ziemię rzucił i roztrzaskał.
A przeor chmurzy się wciąż nad tymi znamiony największych targań się, niestatków i grzechów świeckich: nad zwichrzoną czupryną wędrownego poety, rozwianą oto w tej chwili na skórze i okuciach księgi wiecznej. Kiwa głową nad tym widokiem i szepcze do się: "Pierwszy człowiek z ziemie ziemski, wtóry człowiek z nieba niebieski, powiada apostoł."
Nawet księgi przestały cieszyć przeora, gdy powrócił od furty, dokąd jako gospodarz klasztoru odprowadzał goliarda. To jedno już tylko powiadał mu na rozstaniu: aby nie minął bez pacierza postaci Tej, która i za wagantów dusze najniestateczniejsze zastawia się zawsze przed Bogiem - za co ma od nich pieśni i muzykę, jeszcze piękniejsze od mniszych. Dobrze by goliard uczynił, gdyby dla oczyszczenia duszy i zaskarbienia sobie Jej łask pieśń taką zdziałał. A jeśli, prawdziwie, zmilknąć goliardowym gęślom, niechże Ona weźmie na się ich strun tony ostatnie; odda je niechybnie wiekom.
Dziwnie odmienił się wygląd przeora, gdy powróciwszy do celi, zasiadł znów na skrzyni. Już nie te potoczne westchnienia dobywały się z jego piersi, lecz ciężkie, chrapliwe przydechy zgrzybiałości. A i myśli odwróciły się w nim od ksiąg i ducha ku ludziom i ich dolom: kamieniem leżała mu na piersiach własna surowość sprzed chwili. (Nic tak samotnych nie udręcza jak ten wyrzut głuchy, że się nie dość dobrym było dla tego, kto nas przypadkiem nawiedził.)
"Poszedł - powtarza teraz wciąż - poszedł, bracie Łukaszu: w światy, do Magdaleny tej swojej, na grzeszną goliardię żywota swego poszedł mdły brat nasz, vagus!... A nowych wierszy ze świata - widzisz - nie powiadał nam wcale - choćby o jakiej świeckiej miłości... zgrzeszeniu. I pokucie... A sukna na nową szatę - uważałeś? - nie dostał dziś w grodzi ani płaszcza nowego, ani butów, ani czarki, z której gościem pił. Oziębły serca ludzi dla Muz."
Sapliwie wtórzył mnich westchnieniom przeora. I duma:
"Przybiegł tu ze świata jak do prawej rodziny swojej, mdły brat franciszkanów: joculator świecki, poeta. Był - i poszedł, uczepić się może znów zalotnego płaszcza swej Magdaleny. Był - może wyspowiadać się nawet pragnął, a pogrożę gniewu Bożego jeno usłyszał. I poszedł - z nie ulżonym grzechem swej duszy."
Zdało się mnichowi, że zerwie chyba w tej chwili więzy penitencji przy księdze, wybiegnie za furtę i dogoniwszy go na drodze, padnie mu na szyję, wołając: "Przerzuć, bracie poeto, grzech swój w moje serce mnisze! na moje barki pokutnika! w żarliwość moich pacierzy!..."
Lecz oto baczyć musi na biadanie starego przeora, który każdym słowem dopomina się o spojrzenia brata.
"Gęśle swoje - spójrz, Łukaszu! - goliard nam zostawił: za votum do kościoła powiadał. Co miał, to klasztorowi w pobożnej myśli oddał. Sam zaś od nas pogrożę gniewu Bożego jeno dostał. Bo nawet kromki chleba na drogę nie otrzymał... Kto tu grzeszniejszy? Kto - franciszkanin na wskazania miłości mniej baczący? Kto dolę, sumieniu łatwiejszą, od Pana Boga dostawszy rad innych sądzi surowo i okrutnie: zły sędzia, Kajfasz?!..."
"Ja! - ja! - ja!" - żarliwie, po trzykroć, uderzy się w piersi brat Łukasz.
"W imię świętego posłuszeństwa nakazuję ci, bracie Łukaszu, abyś mnie słowem nie omijał, gdy sumieniem ominąć nie zdołasz!"
"My..." - rzeknie mnich cicho i ulegle,
I tym ciężej uczyni mu się na sercu.
Nielekko było snadź i przeorowi. Serce stare surowo sądzi ludzi z oddalenia ducha; w pobliżu zetknięcia się z cudzą dolą srogość dla ludzi w smęt nad życiem łacno odmienia i, sądzące, samo osądzone się czuje - że owo stare, że z życia odchodzi, że nie ma już uczucia z żywymi... "Odpuść nam winy nasze, nie czyń z nas Kajfasze!" - czytać się dało w zadumie starca.
W takich chwilach rodzi się w sercu starym ogromna potrzeba zatulenia dobrą myślą czyjejś młodości całej - wraz z jej błędy i grzechy, ,,Oto - myśli - sznurem do księgi przywiązany, pracuje nad nią pędzlami mój prostak z duszą przez Boga obdarowaną! mój wagant mniszy! mój grzesznik największy, który mi z klasztoru na noc całą zabałamucił się na świecie!... Jeśli nie dość surową ręką dotykam go, niech ta powolność na mnie grzechem spada. Baczę na kruchość Twego naczynia, Panie! Na to burzenie się w nim ziemskiego tworzywa dolewam niebieskiej oliwy owładania i harmonii za całe moje tu włodarstwo."
Zatrzymał na nim tak ojcowskie wejrzenie, że spod kaptura nad księgą wychyliła się jak po błogosławieństwo ta głowa mnisza z wiankiem włosów wokół wygolonego ciemienia - o ileż bliższa przeorowi nad zwichrzoną czuprynę waganta!
I znalazła się wraz ta głowa przy piersiach starca, w obu dłoniach jego.
"Ułomiłem cię, kwietna gałęzi, z płonej oliwy wagantów, byś wszczepion w klasztor franciszkański, jak w to dobre drzewo, stał się uczestnikiem korzenią i tłustości oliwnej!..."
Ponurą była ta droga w świat, między murem i okopem klasztoru. W długi zacień tego rozdołu ziało zewsząd wonią ziemnej próchnicy i piwniczną zatęchlizną cegieł. Stopy grzęzły w omiękłościach drogi: za kobierzec ciszy porastały mchy nie jezdny gościniec mnichów. Czyjegoś tu jednak przejazdu z dawna nie zatarty ślad widniał w głębokich na drodze wyciskach; niegdyś nasączała się w nie chyba woda tego mokradła: dziś grzybnia liszajów wyżłabiała niesamowite ślady kopyt tuż pod zamkiem mniszych samotności. Gdyby czarne i ściągnięte w tej chwili żagle nawy żałobnej zwisają nad furtą olbrzymie gałęzie; żaden w nich nie zaświegotał ptak Pod igliwia ciche jak pacierz zaszumy. Nad omszałą czerwienią murów klasztornych czerniał się tak ogrom cedru w rozprężnej owisłości konarów - drzewo dumań Salomonowych w ciszy majestacie.
Nasłuchał się było goliard z ust przeora, naczytał w księgach tyle ducha, że mu owo i cedrowe drzewo samo u klasztoru furty wydawało się Salomonowych mądrości arką:
"Nauka dobra da łaskę, na drodze gardzących przepaść!..."
Szedł pod klasztoru murem jak ścieżką wygnania z przystani ducha i dobrej samotności na niestatek tułactwa, na gorycz poniechania. Już nie gęśle pod pachą, lecz jakby kłodę psa włóczęgi dźwigał u szyi oglądając się co chwila na tę cichość zakorzeniałego spokoju w rozłożystościach cedru.
I przekorą natury waganckiej swarzył się mimo wszystko z tym wejrzeniem statku i osiadłości:
"W habicie zakonnika pod konarami tej ciszy błędnego rycerza i wędrownego poetę razem znalazłem ja przecie! Bo czymże są te słowa przeora powiadane w celi?... Pomrukują wszak głucho dominikany o nowej znów nauce, zagnieżdżającej się śród franciszkanów co znaczniejszych: o ich wyczekiwaniu nowej Ewangelii, wyższej nad objawione!"
I aż się przeraził w tej chwili takim ich wyczekiwaniem. I zapatrzył się po raz drugi na te dziwne, pieczęciami grzybiej plechy odciśnięte ślady w tym pustkowiu. "Diabeł - myśli - krąży wokół tego klasztoru. Zwietrzył snadź grzech waganctwa i w skrzyni przeorowych ksiąg. Konno, postacią błędnego rycerza może, snuje się tu. I zostawia po sobie ślady diabelskie w grzybiej piesze: te jasnoszare wyciski podkowy w mchów szmaragdzie na pustynnej drodze pod klasztoru murem... Tam, u furty, zatrzymuje się pewnie i czeka na przeora, by się przysiadł na jego konia. Bo nie jednoż to: od kielicha w cyborium szukać Graala czary czy od Ewangelii na ołtarzu nowego zakonu?!..."
Wiatr przebiegł nagle szelestem po chaszczach przydrożnych i jął skrzypieć cedru konarem, ocierającym się o mur. "Głusz! - pustkowie! - omartwica!" - skowyczało to skrzypienie nad klasztoru furtą. I wypłoszyło coś żywego z gałęzi. Bezgłośny trzepot skrzydeł ciężkich, przelatujących nisko, chyłkiem, tuż u muru samego. Ziemi grudą przypadła gdzieś sowa na krzew. I z wklęsłej twarzy swej błyska żółtym okiem.
"Gołębica kacerskiego ducha!" - Otrząsnął się w sobie.
I jął się rozglądać naokół, jak by z tej urocznej drogi samotnictwa wydostać się czym prędzej w tchnienie świata i życia - w słońce gdzieś wyskoczyć, polem szczerym przebiec, choćby jak ten pies włóczęga z kłodą u szyi, dlatego niczyj, że bezpański.
Rzucił się w bak, między te głogi i ciernie na okopy klasztornej granicy, strzeżonej od złego przez oną tu Postać w kamieniu.
Szamoce się i targa śród krzewów ciernistych, depce chrusty pod stopą, póki zadyszany nie zatrzymał się na wale.
Za klasztorem ostro rysował się w tej chwili gród w baszt wieńcu pod obłoków przegonem. W dali nad tonią borów wypiętrzały się po skałach czerwone murowiska zamków pod błękitu banią i chmur białych przelotem - dziwna powietrzność wypełniała świat. Tuż pod sobą widział klasztoru rozłożyste dachy i cedru czarną nad nimi zastygłość. Spoglądał na te zamki, gród i klasztor jak na przystanie, w których stargał po kolei łańcuchy wszystkich kotwic nadziei. Z gęsią w klasztorze jakby i ster swej łodzi zostawił. Chyba się teraz na wznak w łódź swą bezsterną rzuci i - pod obłoków przegonem nieustającym na błękitu bani - spłynie, gdzie wichry poniosą.
Jakby dla zagłuszenia tych myśli zaczął z nową zawziętością przedzierać się przez krzewy naprzeciw onej Postaci, która strzeże od złego granicy klasztornej.
Lecz tym razem czepne witki cierniowe chwytały się już nie szat jego, lecz ramion, oplatając je wzwyż aż po dłonie: "Na Boga prawdziwego, stój! Nie chodź tam!... Nieprawda to, żeś niczyj na świecie. Bożyś ty, Boży, jak wszystkie dusze człecze! Nieprawda to jest, żeś wszędy poniechany. Panią swą macie wszak waganty u Bożego wprost tronu! Onaż to wszak za te pieśni i muzykę, którymi ją obdarzacie, za wami to właśnie - żarliwiej niźli za wszystkie inne dusze - zastawia się zawsze przed Bogiem. Spójrz na Nią: stoi tam w kamieniu, pod klasztoru murem. Wyciągnij ręce do tej Orędowniczki nędz ostatnich, Skarbonki łez najbardziej gorzkich, poniechanych Matki boleściwej!... Słysz! dzwonią w klasztorze."
A choć się łzami w tej chwili zachłysnął, ponura już zawziętość ogłuszyła go rychło i na ten ostatni zew franciszkańskiego ducha. Zaciskał zęby.
"Raczej mieć pogan lub Żydów serce niepłodne a myśl ich pojemną i bystrą w pogodzie, niźli się zatruwać mnichów smutkiem: po holokauście wypijać jad acedii!"
Jakby pod wiatru nagłym zawiewem otworzyła się przed nim gąszcz cierniowa.
Prędką stopą zbiegał po upłazie tamtej już strony.
Patrzy: świat dziwnie biały, kolumn potrzaskanych rumowisko pod ciemnymi osłonami bluszczu. Ledwie mignęły w popłochu zielonych jaszczurek bezliki na głazach - i oto zaczarowana jakby pustka w przejaskrawym słońcu. Między złomami kolumn jakoweś usypiska kamiennych szczętów, gdzieniegdzie na oko jak ciało obłych i miodnie pozłocistych od marmuru starości. Bracia to snadź ogrodnicy łopatą i motyką, z zagonów swych dobyte, te białe gruzy pogaństwa wyrzucali tu pewnie - za klasztoru niedobrą granicę - jak to zło ruszone w ziemi. Jaszczury się na tym lęgły i rozsnuwały bluszcze.
Wstrząsa się jednak ta cisza zaklęta: krzyk, zrazu gardłowy, rozbija się wnet w pohukiwania dzikie, a wraca echem zawodzeń. Dziwnie się to słyszy - może ptak jaki z gór dalekich opadł tu gdzieś na złamaną kolumnę i cietrzewi się skrzydły a głosem; budzi wszystkie echa słonecznej tu głuszy, wygrywa gardła krzykiem gamę gór echową: grda, tokuje, tęskni... I urwie nagle.
Tam przycichło - gdzie jak maku kwiat zapaliła się nagle czerwień jakowaś u ciemnej zasłony bluszczu nad kamieniem. Coś się tam zatrzepoce w podrywie gwałtownym i dwoistymi jak gdyby skrzydłami cheruba wionie wprost na piersi goliarda.
I spadają mu całunki na policzki, na oczy, na usta, w tym śmiechu zębów białych: że owo zaklęć śpiewanych mocą wyczarowała go przecie zza murów smutku i śmierci - że nie został, nie został w klasztorze!...
Ledwie poznać ją może w żałosnych strzępach wczorajszego przepychu. Zalotne wczoraj wypukłości sukni stargały się oto przez jedną noc w kraśne i zbrukane szmaty cyganki. Te buty, których tak dumnym tupotem wypełniała wczoraj gospodę, zawiesiła sobie dziś u pasa; dziką stopą ...li snadź przebiegać gościńce włóczęgi. Wstążkami w podłuż splecione rękawy, teraz wzdłuż rozdarte, czerwienią się u gołych jej ramion, niczym druga para skrzydeł tego ptaka waganckich przelotów. Krótkie bo zawsze bywały przystrojenia skoczki:
ciało jej stworzone do rozprężnych wolności tańca pieszczoty stargałoby na sobie i najdelikatniejszego bisioru oponkę, a cóż dopiero te nakrochmalone sztywne pancerze strojów, którymi tak lubo utrapiają się wszystkie kukły niewieście po grodach i zamkach. Ale dziś nazbyt prędko poszarpało się na niej to wszystko.
Widząc tę ponurą badawczość w spojrzeniu jego, opowiadać mu czym prędzej poczyna o jakiejś sprzeczce z niewiastami w grodzie, gdy z heroldem przechodziła przez ulice. Kobiety, szukając z mą swaru z zazdrości o modną suknię, narzuciły się na nią, że zgorszenie swym strojem w miasto wnosi i że się z ludźmi wałęsa - swojemu niewierna. (Ku temu opowiadana była rzecz cała, aby w przypuszczalnym gniewie jego na te wtrącania się babskie spalić od razu rozrachunki między nimi dziś najprzykrzejsze.)
On mało w to wszystko wierzy, a jednak słucha tak uważnie, że aż mu żyły obrzmiewają na skroniach.
"Nie ich rzecz" - powtarza za nim jak echo.
"Moja sprawa. Gdy zechcę, sam obiję."
"Obijesz" - wtórzy echem, byle przytakiwać męskiemu słowu, gdy gniewne.
On chmurzy się coraz bardziej. Zaś ten wstyd ogromny, że o zdradach jego dziewczyny wiedzą już wszystkie kobiety w mieście, wraz z pomstą na tamte jędze w grodzie - tak mu się mieszały w gniewie, że diabeł by sam nie odgadł, na kim się to skrupi. Co chwila czerwienieje na twarzy i ogląda się przy tym na miasto. Zda się, że gotów nawrócić tam i w odwecie za jej krzywdę obić do krwawych sińców najcnotliwszą w mieście matronę.
Więc ona popłacze nieco dla podjudzenia w nim tych pomstliwości. Po czym ciągnie go za obie ręce, sadza przy sobie na kamieniu.
"Nie zostałeś w klasztorze?" - pyta o rzecz tak oczywistą.
"Mm!" - nie raczy nawet odpowiedzieć słowem.
I gwałtownym ruchem wyrywa jej coś z ręki. Badawczo rozkłada to przed sobą.
"Kapelusz - mruczy - z czterema rożkami... Widział to kto coś takiego!"
Ta całkowita jego ignorancja w rzeczach stroju przejęła kobietę tak głębokim oburzeniem, że ucięła z nagła wszelką jej potulność sprzed chwili. Obezwała go głupim, powiadając, że się na niczym nie zna. "Toć to czapka! potrzebna do sukni."
"To suknia, to kapelusz!... A każda przy niej szmatka bardzo potrzebna i ogromnie ważna. Takie to wasze, kobiet, czarnoksięstwo nad naszymi głowami."
Czapka!" - poprawia go dziewczyna z uporem.
On tymczasem zwiesił głowę w nagłym zamyśleniu.
Zełgane było wszystko, co opowiadała mu przed chwilą! Po prostu burmistrz spotkawszy rybałtkę z kapeluszem na głowie, pociągnął ją na ratusz do podatku i do zapisania w grodzkie księgi nierządu. Na taką jawność już przyszło! Opiszą ją niebawem po wszystkich grodach - a jego za pomocnika w tym jej rzemiośle... Zaś to odziewku potarganie tak gwałtowne? Kto zgadnie, gdzie ryba w wodzie bywała...?
Odpycha skoczkę od się precz. I powiada, że nie obije cholewą lub rzemieniem, bo nie pan mąż, bo gardzi onymi mieszczany, którzy obijają swe żonki, by do spłakanych pchać się rychło pod pierzynę. Wstrętną jest każda sprzeczka z kobietą, ale wstrętniejsze bodaj jest takie godzenie się potem. Więc to jej powie tylko: że pieszczotą nie dotknie się jej już nigdy.
"Nigdy!" - dodał wybłyskiem oczu spod kaptura.
Stropiła ją bardzo ponurość tego wejrzenia. "Od mnichów wraca - myśli - kto go wie...?" A rozbrojona z kłamstwa swego, już nie wie, co począć; aż omiękły nagle te jej usta bezradne.
"Nie zostałeś w klasztorze?" - pyta nie do rzeczy, po raz drugi już dzisiaj.
I wybuchnie nagle takim zaszlochem, że aż stuli się cała i rozdygoce ciałem.
Chwycił ją mocno za ramiona oba.
"Bij!" - woła w szlochu dziewczyna.
"Głupiaś!..."
W tył ją przegina tym uchwytem, odsuwa od się, ku lepszemu podpatrzeniu prawdy.
"Mimo piachu łzy twej głupiej, jaki mi sypiesz w oczy?..."
"Nie mogę bez ciebie!..." - buczy dziewka w obie swe dłonie u twarzy.
Więc podjął odruchowo dłoń dla pogłaskania tej głowy: niechże się uspokoi wreszcie. Prawdopodobnie wcale tak nie jest, jak powiada, może przed własną duszą teraz coś płaczem kłamie, pewnie wcale nie to jej dolega, nad czym się użala. U kobiet mody nie wiedzieć. Bo one same nie wiedzą nigdy. Inne w nich dusze.
"I niech je Pan Bóg sam sobie sądzi!" - kończył w zniecierpliwieniu.
Ale ta miękkość w myślach i dłoni, niczym przez gęśle i smyczek, zapadła mu w piersi. Gdy mu dziewczyna po niejakim czasie o sobie opowiadać każe: czemu odbiegł od kamratów na gościńcu, co śród mnichów porabiał - on rozpoczął swe zwierzenia po męsku: od końca - od najdokuczliwszych na razie uczuć. Jął jej tedy opowiadać swe myśli ostatnie, gdy z tego tu wału spoglądał na gród, zamki i klasztor: jak to wytrącony jest ze społeczności człeczej.
A z samego nadmiaru rzetelności, w przystosowaniu się do kobiecych myśli, zdrobniały się jakoś te żale.
Oto i wśród kamratów nawet obcym się czuje. Żaden mu z nich przyjacielem nigdy nie był. Linochód, że melancholicus; niedźwiednik, że zazdrosny; żonglery i żaki, że się o sztuki ciągle swarzą; inni, że zgoła rudes. Sam jest. Nie ma przyjaciół na świecie.
Tak jej się użalał, tym męskim wynurzaniem się przed kobietą, w którym się wszystko w jedno miesza i na drobne miele. Do nie wiadomo, jak zboczył z tego na opowieść o wielkim mistrzu zza gór, którego słowo jest jak dzwon, duch jak Pawła apostoła, a ton nie gęśli, lecz organów.
,,W czyśćcu i piekle był za żywą duszą jasnowidzącą" - kończył w zamyśleniu.
"Nad czym to się utrapia pod kapturem!" - dziwi się w duchu dziewczyna, spoglądając nań mimo woli z zezem politowania.
Ale gdy to i owo z księgi mistrza opowiadać jej począł? zaciekawiła się niebawem tak bardzo, że oto już nie na kamieniu przy nim siedzi, lecz na ziemi. Ramiona splotła na kolanach jego, zapatrzona weń w tej chwili jak w tęczę: że mądry jest i wszystko wie! Oderwały się na chwilę jej myśli od siebie samej; jęły się błąkać po świecie.
Nagle dotykając jego ręki, rozpytuje potulnie:
"Powiedz... te nimfy? Sali jeszcze prawdziwe na świecie? choćby tam - za morzem?"
Aż się goliard żachnął rozczarowany: "Złożyłaż i w to nawet swe jaje!" - A głośno parsknął tylko:
"Kobieta!..."
Przytuliła się doń, cała rozpromieniona wdzięcznością za to słowo. "Nie satanassa przecie!"
"Nie trzeba i diabłu pomocnic lepszych!"
Ale gdy się myśl kobieca czego uczepi, nieprędko daruje ciekawościom swoim. Niechże jej tedy opowiada, co wie o tych nimfach: jakie one były z siebie? czy ładne nade wszystko? i czemu ich dzisiaj już nie ma, skoro dawniej były? Na wygodzenie tym naprzykrzonym rozpytywaniem powiada jej - ot, by rzec cośkolwiek - ze po łąkach nad strumieniem kwiaty tkały osadzając je na łodygach traw.
"One?!..."
Objęła ją nagle sapliwa nad tym zaduma. Podbródek wtłoczyła w dłonie i patrzy, a raczej słucha oczyma, co dalej będzie. Coś się tam kłębi, coś mota żywo w tej głowie. Więc on podsuwa temu motkowi jeszcze jakąś tam nić, powiadając, że one takie były zawsze zwiewne ku śmierci, iż wystarczało wyrwać im jeden włosek, a umierały natychmiast.
"Ee?!..." - zdumieniem aż nieufnym spojrzała nań. I w tejże chwili obie jej ręce poderwały się ku włosom na ciemieniu, by poprawić roztargane, przygłaskać nieco dłońmi. A przyłapana uśmiechem jego na tym odruchu bezwiednym, zarumieniła się aż po uszy. I przyznaje ze skruchą, że jest bardzo niemądra.
Jemu podobała się widocznie ta niemądrość, bo głaszcze ją długo po dłoni.
Tym ośmielona przysiada się doń znów na kamień - z przyjaźnią zresztą tylko; nie naprzykrza mu się wcale, niech Bóg broni!... Smutne jest jednak takie sztywne siedzenie w przyjaźni, więc się przytuli tylko nieco, ramieniem szyję mu ogarnie, przy sposobności wąsy mu poprawi. I zaszepcze przy tym niskim nagle głosem:
Zresztą cicha jest przecie i uległa w wielkości przytulenia.
Ale jemu nie do opowiadań żadnych było już w tej chwili. Zmąciła się w nim powaga i surowość cała. Zaś jedwabista ochłodność jej ramienia, wyczuwana szyją, parzyła go w tej chwili jak pokrzywa w tym przypomnieniu gwałtownym - że wszakże to jej ciało tak niedawno jeszcze...?!
Chwycił ją znowu za ramiona i trzęsie z całych sił.
"To jedno powiadaj mi - szepcze gardłowo nad nią. - Na twoją i moją duszę, prawdę mów! - nie diabełże to był chocia?!..."
"Któż tobie znowu?" - żachnie się, bardziej zdumiona niźli zagniewana tą przerwą w pieszczocie.- Któż tobie znowu?"
Ledwie to rzekł, już po łbie dostał - że przypomina. Że zaś dobrą chwilę miłości tak przykro zepsuł na samym początku - ,,niech przepada, skoro taki!"
Zepchnięty z kamienia, przewrócił się tuż obok. A powstawszy z ziemi, zawija się w swój płaszcz i mruczy:
"Na ten koniec - ja obity zostałem!"
Ale ona nawet pomyśleć mu o sobie nie pozwala: rozsierdzenie swe na żale mu przekłada, że ją teraz zazdrością swą zanęka, zamorduje powoli. I pókiż to tego będzie?!... Zechce ją może zanudzać akuratnym rozpytywaniem bakałarza: quis? ubi? quomodo? quantum."? A przecie w kochaniu jest rzecz główna nie w tym, co się komu przytrafi. Przytrafia się zaś każdej kobiecie; niechże raz wie, durny, każdej! Żadna jednemu wierną nie zostanie bez szczególnej pomocy Bożej. Tylko że każda wówczas zatai swoje, wyprze się w żywe oczy, zabałamuci. O, jakież niedobre bywają kobiety! jakie pełne fałszu i obłudy wszelakiej! Ale przez was to właśnie stają się takimi - żebyście wiedzieli. O, jakżeście wy wszyscy jednakowi!"
"Wszyscy!" - podkreśli goliard jadowitym tonem.
Więc ona czując, że się przegadała, tym gniewniej wywodzi swe żale. I to jeszcze: czy diabłem aby tamten nie był? - tym się, głupi, troska. Gdyby ona była mężczyzną, tożby jej wtedy wszystko jedno było, jakim tamten był z siebie, choćby i diabeł sam.
"Choćby i diabeł sam!" - odmachnie się goliard oburącz, nazbyt już cierpko w tej chwili.
Ta niezazdrość znowu zupełna stropi ją w nagłe zamyślenie. A po rozważeniu urazi tym głębiej. Więc pocznie tym gwałtowniej snuć swoje żale i motać je niecierpliwie. A gdy się w tym pośpiechu mówienia nasupła znowu jakie uogólnienie niepotrzebne - wybuchnie na pewno płaczem krzywdy serdecznej.
Tego się goliard bał najbardziej; nie z tkliwości przecie, lecz z niesmaku oświeconego człeka: wszędzie na świecie jest więcej ładu niźli w głowie kobiecej.
Zza cierni i głogów klasztornego wału wychylił się zając, a spostrzegłszy ludzi, położył słuchy na grzbiecie i śmignął co tchu w skokach polotnych. Powiódł goliard oczyma za tym przypadkiem; zamyślił się, zatulił w swą szatę klerka.
"Poucza wiedza - mówi - jak to wąż grzech oznacza, zając - namiętności człecze. Spłoszyć obu nietrudno; tylko gdy wąż gnuśnie tu przy nas w ukryciu się zaczai, zając szparko precz odbieży gdzie indziej."
Nie wierzy coś dziewczyna, by zając aż tak daleko odskoczyć miał. Wie natomiast, jak to oświeceni consolationem i żądz opanowania w filozofii szukają.
I że z nią łatwiejsza kobiecie robota niźli z zazdrością.
Więc po niejakim czasie tak ciepło na niego popatrzy, tak długim zaciągiem wybłyśnie ku niemu spod rzęs, że on tylko się nachmurzy w tym żywszym przypomnieniu herolda. I palcem surowo przed sobą zamacha.
"Nigdy!"
Z okrągłych w tej chwili warg mignie ku niemu ruchliwszym od żmii językiem. I wzruszając ramionami, odchodzi sobie na bok. Poprawia warkocze, nuci coś przekornie.
Lecz oto jeden, drugi kamień, na który wskoczyć wzięła ochota; potem już jak wiewiórkę z głazu na głaz ponosiło samą. Że grobowcowe to niegdyś głazy, więc ją nęci płocha wśród nich psota. A że cisza tu taka surowa naokół, więc huka; drażni echo - że ponure.
Póki nie parsknie jak to źrebię i, zgarniając swe szmatki powyżej kolan, nie zapatrzy się ciekawie na tę obrzydliwość czarną i śliską, która w drgawkach spłoszonej gadziny stepie się oto u kamienia śród szmeru traw.
,,Wąż!" - powiadają wtedy dopiero okrągłe usta i zaokrąglone oczy dziewczyny.
Goliard najeżył brwi pod kapturem, acz uspokaja się rozwagą, że gdy się wśród ruin węże przytrafią, zawsze bywają czarne z natury swojej.
Dziewka przycichła. I poszła między kolumn białe złomy, a bluszczów ciemne na słońcu gąszcze. Migoce na ich tle czerwonymi jak mak szmatkami sukni: wnosi w tę ciszę barwy bodaj krzyk i wyskoki, gdy usta zamilkły i nie skaczą już stopy. A rusza i drażni wszystko. Oto bluszczu potężny kierz zwisa czarną kaskadą na jednej gałązce tylko: rozkołysze go więc, rozbuja nad swą głową, I niczym kasztany wytrząsa z jego gąszczy ślimaków mnóstwo: gradem uderzyły małże o głazy.
Skryła się wreszcie za tą kaskadą.
I wtedy takie milczenie zaległo w słońcu śród ruin, że zamigotaniem zielonych jaszczurek ożywiać się znów jęły marmurów biele.
Aż jego zaniepokoiło przykro to długie zaczajenie się ciszy. I nasłuchiwać mu każe. Zło nie śpi w takich kątach urocznych. Począł oglądać się za dziewczyną i szukać jej w milczeniu, by nie nawoływać głosem - łatwo wywołać co w takim miejscu niedobrym.
Uchylił wreszcie nawisłą zasłonę bluszczu. Patrzy - stoi dziewka jak ta Ewa pod jabłonią: golusieńka na całym ciele, nawet przyrodzenia żadną gałązką u bioder nie przysłania. Tylko za jabłko pierś własną w dłoni waży. I wygięta skrętnie, przypatruje się biodru i nodze swojej.
"Sprośna ty!... Oto nad czym przycichła nareszcie."
Za całą odpowiedź wskaże mu przed się. O mur wsparta stoi oto pochyle jakowaś postać w kamieniu o odbitej głowie i strzaskanych stopach. W biodrach ma takie właśnie wygięcie, jakby pod własne spojrzenie wystawiała się ciałem.
"Nimfa!" - naszeptuje dziewczyna.
"Sprośna ty!" - zgromi ją po raz wtóry. A jednak wielkie zdumienie objęło go.
I odwróciwszy się od ciała niesromnej dziewki, zapatrzył się w kamień żywy. Tuż podle, we wnęce muru, dostrzega jakby podstawę tej figury; na niej dzban zdziałany w marmurze i stopy przyrosłe do cokołu. Poniżej widać zatarte w kamieniu głoski.
Rzuci się ku nim klerk, pisma starego zawsze chciwy. Zna dziewczyna tę żarliwość jego w odczytywaniu starego pisma na zmurszałych przy drodze kamieniach lub na głazach wmurowanych w bramę niejednego grodu.
A naszym ku czemuś zapałem przejmują się tak bywa, nasze kobiety, że gotowe i w sprawach ducha współdziałać tą krzętną niecierpliwością swoją. Że zaś w odczytywaniu pomóc mu nie zdoła, więc przynagla bodaj: kopie bosą stopą klęczącego nad napisem goliarda. "No! prędzej!" - niecierpliwi się nad nim.
Ale on przynaglić się nie dał tym poganianiem. Odczytał akuratnie:
"Divae Aphroditae sacr..."
Dziewczynie przywarło coś w tej chwili powiew I nim się spostrzegł, runęła czołem o ziemię, włosów nagłe rozploty wyrzucając przed się, na głowy przysłonięcie rabie:
Ten krzyk bałwochwalstwa urzekł go chyba jawnym już czarem tych ruin - za klasztoru niedobrą granicą.
Bo oto te złomy, jak pnie potrzaskane, dopełniły mu się nagle w oczach aż po one szczęty okapów, które tu i ówdzie zawisały na słupie. I nakryły się dachem w świątyni, ogrom kolumnowy. Zaś te marmurów obtłukł nijakie - z przypadku jakby gładkie lub z kaprysu natury upodobnione czemuś - szeregiem bożyców z kamienia stanęły u wnętrznych ścian. Pośrodku bieli się ołtarz, w bluszczu osnuciach, pod ofiarnego dymu kłębami i smugą.
I słychać głos zza ołtarza tego:
W progi Apolla świętego siedliska
piewca z czym wkracza? Świeżych gron obiata
na łask jakich zbłaganie spłynie z jego czary?
Siebie samego widzi tam, u ołtarza. Klęczy owo wagant na poły mniszy, z gęślą pod pachą, w czarnej i ciężkiej szacie klerka, zapylonej kurzem ksiąg i piachem włóczęgi: joculator niby dzisiejszego ducha z czołem nie jaśniejszym i nie lżejszym ponoć od onych szat. I bijąc tam czołem o ołtarza stopnie, kończy w duchu modły jakoweś:
[........]
nie Indu złoto i słoniową kość,
nie winnic plony lub sardyńską włość
- pogodę duszy mej, o Synu, daj, Latony!...
Nie mniej żarliwie od krzyku dziewczyny przed chwilą dobyły mu się z piersi ostatnie zwłaszcza słowa tej modlitwy. A na pół zaledwie ocknięty z tego czaru, pojął, że na tych bogów cmentarzu żywe kamienie przemówiły doń - przypomnianym tak nagle słowem Horaca.
Wczoraj to wszak jeszcze, na kamieniu grodzkiej ulicy, siedział było nad ona księgą, którą od mnichów wykradła dla niego dziewczyna. "I znowuż ona!" - pomyślał niechętnie. Ścierał z czoła ten czar i urzeczenie, jakie nań rzucił jej bałwochwalczy tu krzyk. Ale czynił to daremnie. Oczy wędrownego poety - jak źrenice mnicha w godzinę cudu - zdołały widzieć przed sobą już tylko świat inny.
Oto kłoda marmuru w bruzdach; popatrzysz: opony to widoczne fałdy na kadłubie, u góry bark się wyznacza, ramienia osada, a u piersi podruzgotanej cytary ślad. Niczym trzon kolumny zwalonej wrósł pochyło w ziemię ten tułów z przyrosłym do piersi szczętem lutni. O n to pewnie sam, który za siebie i Muzy pacierze tu brał, promieniem boskiej pogody dotykając czoła wybrane.
Za chwilę klęczał goliard prawdziwie u ołtarza, który odnalazł w środku tych ruin. I na marmurowej tafli jego, u samych stopni, głaszcze dłonią kształty tańczącego Pana z fletnią. I szepcze do się słowa pieśni śpiewanej jakby pod fletni wtór:
Faune! nimpharum fugientum amator...
Śmiech był w tym pacierzu pogańskiego ołtarza i radość a rąk klaskanie... Potknął się niebawem, jak o kulę, o głowę ze śpiżu zielono-czarną, spozierająca białkami... "Diabła?!" - pomyślał z otrząsem. Ale wcale nie szatanów złością spoglądają te oczy. Błyskawica i płomień żywy zataja się w uśmiechu tych źrenic; aż po granice upojenia stuliły się z lekka powieki. Usta bożyca są w zadumie poważne, gdy rozsiewną jakby pogodą czoła uśmiecha się brodacz ludziom życzliwy. Liść winny i grono oplata mu czoło.
Odgadł: Bachus to sam, w wieku dojrzałym - Dionizos!
A ta ust i oczu boskich sporna jakby ze sobą mowa wlała goliardowi w żyły ogień uniesienia w tyra przypomnieniu nagłym:
Kędyż, o Bacche; uwodzi Twój duch?
wskroś pełen Ciebie, Tobą upojony w szał,
kędyż się rwę? przez jakąż przedzieram się
gąszcz?
[..............]
ku gwiazdom śląc, pod Zeusa tron
pieśni me nowe, które z żadnych ust...
[ .............]
O, słodka grozo! w Twe ślady, o Boże! o Leneusie!... gdy winnic boski liść uwieńcza skronie Twoje...
Urwały mu się słowa tej pieśni; myśl w bok nagle \ odskoczyła. I wyciągnęła się dłoń jakby po własnego życia tajemnicę, która w tej chwili przewiała, zda się, tuż obok niego.
A że tak oczyma i duchem w innych był światach, więc nie spostrzegł wcale, jak zza bluszczów wystąpiła dziewka jego, dziwnie niesamowita po swych niedawnych pokłonach u kamienia. Zwarta nagimi wciąż kształty, stoi jak ta kolumna opodal, jak ona pozłocista na smagłym ciele. Zaś tych ramion sprężeniem przyzywa snadź wielkiego pogromcę smutku i ociężenia: jego łaski w siebie bierze aż do tej bladości na licu, do oczu śćmienia, aż po tę rozchwiejność ciała i oczadzenie w bezwiedny już chyba tan...
Wówczas na miękkich stopach kocicy obiega goliarda kołem urzeczenia - by odgonić mu znad głowy acedii zmory - wypłoszyć spod kaptura tęsknienia w klasztory - by corde jucundo poszedł znów z kamraty na waganctwo, na włóczęgę - w światy.
Życia radosność sama zataiła się wokół ruin świątnicy dawnej jakby zaklęta w cmentarne jej milczenie.
W żywy kamień, w marmuru wyraz i gest, zastygł i goliard tu sam, upojon Bakcha upojeniem bez kruż.
Faun chyba tylko odgadnąć by zdołał na fletni tych zamyśleń goliardowych rytmy i tony.
Jak gdyby zasiadł wprost niego na ruin którymś głazie, rac podwinął pod kolano drugie, gębę odął przy fletni, wytrzeszczył ślepia w zapamiętałości grania - i dmie:
O tych prządkach opowiada pewnie, które śród polotnych skoków dziewcząt łowią oto w powietrzu lata nici wszystkobarwne, by na tkankach słońca i zieleni tkać żwawo wszystkim kwiatom kielichy złote, kraśne, modre i białe - pod nieba lazurem.
Lecz słońca spiekota nuży je rychło w tej pracy i rozkaprysza ciała. Już nie rączymi wyskoki za przędzą barw wszystkich, lecz pląsem wiotkich opieszałości pomykają się ku brzegom strumienia, kędy pięć kolumn białych pod dachem osłania ich to ołtarz może - jak niegdyś nad Lirisu wodą.
Oto biorą już na stopy te pierwsze wstrząsy ochłody, pełzające wzwyż, ku ich ciał takiemu zjędrnieniu, że plecami w tył przechylone, wydają się całe jak Diany łuki napięte.
Południowej pory ocknięto zewsząd gwary i bez Fauna fletni obejdą się teraz. Starczy za nią dziewcząt śmiech szklany w rozbryzgach dreszczów od ziąbu kąpieli: a i te bluzgi, tryszcze i kaskady wokół ich ciał atłasu, tak błyskliwie roześmianego w słońcu i w takie szafiry zasnutego po cieniach. To w cień, to w słońce pstrągiem wyrzuca się z wody z dziewcząt najmłodsza: jeszcze chłopię prawie o kształtach niegiętkich i tak twardo rozrzucanych w poskokach, że się z tych nóg, ramion i główki pod dzwonnymi loki rozgwiazda co chwila czyniła - za krzyk radosnego ciała na "Evoe!" młodości.
Nie matka się o nią troska, lecz - jak to bywa, gdy macierz płocha - siostrzyca nieco starsza. I stateczniejsza - tą porą pierwszego u dziewcząt ściszenia: gdy ich oczy do śmiechu pochopniejsze niźli usta, w młodej już powadze panieństwa. Źrenice jej natomiast są takiej ciekawości pełne, tak słońcem wraz z rosą nasiąkłe i tak rosiście roześmiane, jak te bławaty o wczesnym ranku. Rankiem i wczesnością jest cała, a giętka aż zaczepnie w swych wiotkościach rytmicznych - choć szczupłe ma jeszcze łydki, piersi jak jabłka i różowe ramiona.
Siostrzyce starsze tymczasem, czujnością łani u wody, zasłuchały się nieufnie i w strumienia samego głos, który na nurtu skręcie w nuty dwie, dwa zabełtania i z dziewczęty się teraz swarzy. Oto ledwie zanurzyły w nim swe stopy lekkie, on basem o nurtu głębiach coś im tam prawi i bulgoce w powadze. A prządek piękna rączki chyże czerpią co żywo z tych głębi, roztopione słońca złoto na piersi swoje. Póki prąd wartki u skrętu nie klaśnie znienacka wodą o kamienie. I strumienia nutą wtórą jak sam satyr wysokim chichotem się nie zachłyśnie.
Dziewczęta spłoszone wyplusną się nagle z wody gromadką całą. I wioną za kolumny swej świątnicy otwartej. Wychylają się zza tych marmurów bieli, Po których pulsujące plamy słońca trzepocą się niczym motyle złote. Wynurzają się wiotkie zza głazów stęgłości, biorą na swe plecy i ramiona tych blasków roje. Tak dyszy, tak się trzepoce na ciałach dziewcząt niepokój słoneczny, gdy okrągłymi oczyma zapatrzyły się z lękiem w strumienia wody.
Z rozchylonych trzcin sitowia wystawia ku nim Panek chrap swych niuchy, bródkę złośliwą i te strzygące pod rogami uszy.
I pędzi wraz ku nim z chwytną już z dala garściązda się, za biodro, za udo z miejsca ułapi, gdy zgoni. Lecz oto biegnąc brzegiem strumienia, zaplątał się jakby kopytami między te kaczeńce złote, pomieszane z skocznymi promykami słońca w cieniu osiny. I zaloty swe całe wytupotał oto wśród kwiatów i promieni, wyklaskał w grzechotki swych dłoni. Tylko że do tańca miał nogi nazbyt długie - w kolanach - jak te skoki zajęcze. Więc choć drepce wciąż posuwiście, cietrzewi się i klaska, śmiech jego dziewcząt wzgardliwy otrzymał w odpowiedzi. Nie stropił się tym bynajmniej, na nic w tej chwili nie baczący. Sobie tańczy. Sam się weseli.
Oto coraz to wdzięczniej nad rogami klaska i, zasłuchany w te grzechotki swoje, przebiera kosmatymi łydy: jak umie, tak tańcuje sobie żwawo. Dopiero gdy się tym nacieszył, zwrócony ku dziewczętom zatrzepie się łapami po udach i parsknie rżeniem śmiechu tak żartko jurnym, jak samego południa wyiskrzony skwar:
Południowej pory zestrojona już muzyka ledwie tego śmiechu rozhuki przewali po wszystkich dalach, a już oto sama zaplątała się w jakoweś zwiewne, skoczne nuty.
Dziewczęta zalęknione wyskoczyły zza jasnych kolumn swej świątnicy. I rozpierzchły się, i rozwiały na wsze strony - pod gwałtownym nagle rozedrganiem osinowych liści (w które prządki dziewicze wetkały, wiadomo, dusz swych młodych niestatki i trwogi).
Te dwie najmłodsze nie nadążywszy siostrom, pozostały nieco w tyle. Oneż to chyba?! - te dwa blaski słońca przejasne, które zwiały oto z kolumn bieli na murawy głęboki cień? I pędzą gdzieś przed si