|
Istnieje u nas
kategoria umysłów, która z dobroci, wyrozumiałości
uczyniła jedyny kulturalny sprawdzian. Dobre, cenne, słuszne jest to,
co nas nie rani, co nami nie wstrząsa, nie razi naszych nałogów i
przyzwyczajeń. Szukają oni w myśleniu nie prawdy, lecz
względności, domagają się od świata, by miał dla
nich wyrozumienie, sądzą, że zakon życia, cel istnienia
ludzkości nie może, nie powinien ich skołatanymi istnieniami
targać. Los nie oszczędza ich; widzą, jak na
społeczeństwo, do którego należą, sypią się razy,
widzą, jak zrywa się ono i rozpaczliwie, po omacku, krwią
własną znacząc swoje ślady, drogi dla siebie szuka,
słyszą, jak głuchym jękiem .dopomina się o myśl i
słowo. Słyszą i widzą i właśnie dlatego
twierdzą, że mają prawo domagać się od myśli
pociechy. Pociechy i ukojenia - nie prawdy. Na głos jęczą,
ukazują rany na ciele i duszy narodu, krwawe, straszliwe stygmaty, kopce
wzniesione z męczeńskich prochów i u stóp tej góry nieszczęścia,
tego strasznego zwaliska, pod którego ciężarem szamoce się i
zmaga życie, błagają: litości, mówcie nam same
miękkie, pocieszające rzeczy. Niech słowo twoje będzie nam
litościwe, bo bezlitościwy jest los. Istnienie nasze, to staczanie
się w przepaść, myśl niechaj będzie nam odpocznieniem.
Patrz, patrz, co dnia giną nasi najlepsi, w ciemnocie, głodzie dusz i
głodzie ciał zstępuje w śmierć, walczy z nią
rozpaczliwie, ostatni nasz twór dziejowy - nasza klasa robotnicza.
Kadzidłem kościelnym, jak umarłego ukołysać
usiłujemy masę wieśniaczą. Niechaj śpi, niech jej
śpiewają dzwony kościelne: w imię nędzy i głodu
naszych robotników, ciemnoty naszych chłopów, w imię tych
trudności, jakie budzące się w nich życie napotyka, w
imię szubienic, na których konają rycerze, w imię tej ciszy,
która powstaje nad ich mogiłą, w imię braku prawdy
wierzącej w siebie w naszym społeczeństwie, w imię tortur,
na jakie skazani są nasi artyści, w imię zaniku sił
myślowych u nas - oszczędzaj nas, oszczędzaj nas -
kimkolwiekbądź jesteś a chcesz pisać w Polsce.
Pamiętaj, że przeszłość nasza skończyła
się katastrofą i rozbiciem, pamiętaj, że nie wiemy, czym
będzie przyszłość, pamiętaj, że nie mamy chleba
dla naszych robotników, prawdy dla naszych dzieci, że nie możemy nic,
nie chcemy nic, że nas zabija życie: bądź dla nas dobry i
nie mąć nam spokoju. Powitamy i my wtedy ciebie braterskim sercem, boś
i ty bratem nam w niedoli. Wszyscy spleceni bądźmy
miłością i wyrozumieniem. I kiedy noc każda spycha nas o
jeden krok znów ku wspólnej mogile, kiedy tarcice rozpadają się w
naszej tratwie, nie jątrzmy przynajmniej naszych ran, w miłości
i zgodzie mówiąc o rzeczach pocieszających, stoczymy się
słodko na dno. W braterstwie i miłości, nie dostrzegając
zagłady, ulegniem jej i niechaj ostatnie słowo dwóch ostatnich
Polaków będzie pełne pogody i szlachetnego optymizmu: kochajmy
się bracia i sursum corda.
I wiecznie
i wiecznie ci, co przeżyli wszystkie nieszczęścia i niczego
się z nich nie nauczyli, domagają się, aby w imię tej
niedoli, którą wraz z innymi gotowali, być dla nich, dla wszystkich,
dla samych siebie wyrozumiałym. Ci, co żyją z tłumienia
myśli polskiej, protestują, gdy idzie ona naprzód w ostrej,
śmiałej, żywej samokrytyce, siebie samej nie
szczędząc. U nas lichy dziennikarski skryba, żyjący z
wykrzywiania i wykoślawiania myśli twórczej, powołuje się
na majestat cierpienia narodowego, gdy się dowodzi mu, że i on i jemu
podobni są jednym z ciężarów, które zmagający się z
wrogim nurtem pływak - myśl polska, pozawieszane ma u nóg i rąk.
Nie, żadne na świecie kazamaty, żadna szkolą apuchtinowska
nie sprawi, aby fałsz, świadomie i celowo nieraz ręką
polską pisany fałsz stał się prawdą, żaden ucisk
nie uczyni eksploatowanego zyskownie nieuctwa zasługą
obywatelską. Pisarze, którzy byliby tłumicielami ducha w
najszczęśliwszym społeczeństwie, - nie stają się
dzięki stanowi wojennemu pożałowania godnymi ofiarami u nas,
zwłaszcza, jeżeli swą pracę pisarską, swoje pełne
dobrych intencji partactwo, umieją w sposób zdumiewająco roztropny
wyzyskać i sprzedać. Nie, po stokroć nie, w
najnieszczęśliwszym narodzie nieuk nie staje się powołanym
przewodnikiem - żaden jenerał Skałon i oberpolicmajster Mejer
nie są w stanie uczynić pochwały godnym pisania o filozofii
przez ludzi, nie mających o niej pojęcia, o literaturze przez ludzi, którzy
może ze względu na smutny nasz stan kariery urzędniczej nie
zrobili - ale pomimo to gustu do swobodnej pracy myśli, do
bezinteresownego życia, ducha nie nabrali. Są pisarze, których
można by nawet ukrzyżować, nie czyniąc przez to prac ich
godnymi czytania - ale zupełnie już niewiarygodnym i nie
zasługującym na uwzględnienie byłoby żądanie
jakiegoś faryzeusza-grafomana, który pragnąłby, aby chwalono i
oszczędzano jego utwory, ponieważ i on mieszkał w Jerozolimie w
czasie ukrzyżowania Jezusa Chrystusa. Nie, po tysiąckroć nawet
pomnożone niedole Polski nie uczynią Jaksy Marcinkowskiego
poetą, Stanisława Kozłowskiego dramaturgiem, a nawet
doszczętne zniszczenie Warszawy nie pozwoliłoby mi na jedną choćby
chwilę powątpiewać, że naród, który wydał
Wyspiańskiego, może pozwolić sobie jeszcze na stu
Kozłowskich i pomimo to posiadać własny swój teatr, i
chociażby Teodor Jeske-Choiński pisał Ostatnich Rzymian, Gasnące
słońce itd. nawet w najbardziej zaprzepaszczonym zakątku
tajgi jakuckiej, to i wtedy pomimo to czytać ich nie należy,
zajmować się nimi nie warto, a myśleć zbyt długo z
goryczą wobec faktu, że istnieją Dzieje grzechu i Popioły,
jest nieusprawiedliwioną przesadą. Bezwzględnie zaś
nieumotywowany jest wniosek, że wobec nieszczęść narodu
można milczkiem grzebać Wyspiańskiego, pobłażliwie
tolerować jego królewski cień, jak dopust boży przyjmować
trwalsze od spiżu dzieło Żeromskiego, mordować latami
Przybyszewskiego, zabijać, niszczyć, lekceważyć wszystko,
co cenne, twórcze i żywe, a natomiast na kształt relikwii
pielęgnować każdy rupieć. Głód i nędza
zlokautowanej Łodzi nie czyni, zaiste nie - polskich fabrykantów
pomazańcami cierpienia; straszliwa tragedia szarpiącej się ze
śmiercią, pracującej, tworzącej Polski nie
uświęca w niczym jej pasożytów i grabarzów. I chociażby
dziesięciu nowych Apuchtinów kark skręcić miało na
zrusyfikowaniu Królestwa, działalność galicyjskiej Rady Szkolnej
nie przestanie być skrytobójstwem na duszy narodu popełnianym.
Choćby stu Miłkowskich życiem przypłacić miało
zuchwałą chęć wzniecenia ognia Prometeuszowego w
kapłańskiej szacie - nie uczyni to arcybiskupa Popiela ojcem
ojczyzny, chociażby noc ciemnoty, którą roztacza kościół
nad naszym włościaństwem, stała się jeszcze ciemniejszą,
nie stanie się kościół ten życie budzącym
słońcem. Nie - zaiste nie - ale pozostanie wrogiem i przeszkodą.
I nie stanie się literatura Tarnowskiego pomnikiem duszy narodowej,
chociażby istotnie liczba zmarnowanych, zaprzepaszczonych duchów i
dzieł polskich dzięki niej wzrosła w trójnasób. I chociażby
ostatni egzemplarz dzieł Hoene-Wrońskiego miał zbutwieć -
nie uczyni to wydawania przez Akademię krakowską bizantyńskich
ojców kościoła pożytecznym przedsięwzięciem tak, jak
nie sprawiłoby nawet ostateczne zaginienie Króla Ducha lub rzadkich
druków Norwida żadnych zmian w poetyckiej wartości dzieł
zgasłej Deotymy. Tak bowiem już jest, że nawet protest
ostatecznego nędzarza nie zawiesi działania praw Newtonowskich,
jeżeli są prawdą. Żadna moc na świecie i żadne
politowanie nie zmieni złośliwego nowotworu w pożyteczny organ,
nie uczyni z postępowego paraliżu drogi wiodącej do
doskonałości psychicznej i cielesnej. Żadna na świecie moc
nie sprawi, aby trwałym i zdolnym do życia stało się to, co
żyć nie jest w stanie: naród, który upierałby się
czynić tradycję swą z tego, co jest chorobą myśli i
woli, który przechowałby wszystko, co samo przez się rozpada i o
zapomnienie woła, naród, który by przez pietyzm czynił z pamięci
swej archiwum absurdu, sam stałby się absurdem. Śmiecie nawet w
muzeum przechowane nie stają się cenną rzeczą, co w
momencie narodzin duszy nie miało, nie nabierze jej nigdy. Impedimenta
nazywali Rzymianie bagaże: naród, który czci i wielbi przeszkody rozwoju,
sam stanie się w końcu dla życia swego przeszkodą: i
dlatego też badać u nas każdy twór ducha trzeba stupudowym
młotem, bić weń ciężarem, jakim wali w nas los: co nie
wytrzyma próby, niech od razu ginie. Gdy się ma iść przez
cieśninę, górskie przebywać potoki, nie czyni się przewodnikami
kulawych, a nie staje się paralityk powołanym do kierownictwa
strażą ochotniczą dzięki temu tylko, że go już
dziesięćkroć z płonącego domu wyniesiono. Dlatego
też i ostatnie lat kilka utworom i pisarzom zawsze i o każdej porze
wartości pozbawionym jej nie nadało i zapewnić mogę,
że pomimo całej grozy wywłaszczenia nie udało mi się
wyszukać głębokiego pojmowania duszy ludzkiej w powieściach
Marii Rodziewiczówny i chociaż skłonny jestem mniemać, że
list pisany przez Sienkiewicza do Wilhelma był dużym upokorzeniem
narodowym, to i ten cios jednak nie pogłębił psychologii Quo
vadis i po nim, jak i przed nim nie udaje mi się na żaden sposób
postawić tego autora obok Stendhala, Balzaka, Dickensa, Mereditha,
Dostojewskiego, Tołstoja, Żeromskiego. I to samo
przeświadczenie, które mówi mi, że mimo bezgranicznego upokorzenia
Włoch w XVII. i XVIII. wieku, nędzarz i samotnik neapolitański,
Vico był najwybitniejszym myślicielem swej epoki, każe mi
mniemać, że chociażby Anglia stała się tak
nieszczęsną, jak my, a my tak szczęśliwymi jak ona, na
stosunek zachodzący między Carlyle'em a Stanisławem Tarnowskim
lub R. Browningiem a Lucjanem Rydlem to by nie wpłynęło. Tylko
jest pewne, że społeczeństwo tak potężne, jak
angielskie, czyni mniej niebezpieczny błąd, nie widząc dystansu
między Carlyle'em dajmy na to a Macaulayem, lub nawet Millem, niż my,
przypuszczając, iż dożywotnio powinien mieć prawo do
wzmagania chaosu w naszej narodowej kadzi każdy, komu się
Stańczykowski kaduceusz w ręce dostanie. Każdy, kto staje
się organem myśli, musi być traktowany jej miarą;
każdy, kto staje się narzędziem życia narodowego - badanym
być musi, czy funkcje swoje spełnia. Funkcja bowiem życiowa musi
być spełniona i nie jest obojętne, w jakiej mierze to się
dzieje: dlatego też tę jedną posiadamy miarę wobec
dzieł i myśli: czy są one zdobyczą naszego życia, czy
trucizną i przeszkodą. Prawda to nie jest jakaś wiecznie
cierpliwa babunia - to jest właśnie zwycięstwo i tryumf w
śmiertelnej walce o życie. Naród polski chce nie zmiłowania, nie
pociechy, lecz zwycięstwa: chce być nie rezydentem u bogatego krewniaka
- losu, lecz własnym swoim panem. Żyć chce w słońcu,
myślą swoją los własny stwarzać, siłami swoimi
kierować. Przestańcie słuchać wrzawy, nie zważajcie na
to, co się mówi, czy nie czujecie, że coś się robi,
że w milczeniu dojrzewa, nabrzmiewa, tężeje jakieś narodowe
jądro? Dzieją się dziś rzeczy olbrzymie w ludzie, zmienia
się psychologia i struktura polskiej wsi, narodził się
potężny, świadomy działacz historii w polskim robotniku.
Przecież to jest nowy, na niczyje oczy nie widziany, niebywały fakt.
To jest Młoda Polska tak niezawodna, jak to, że pomimo
wszystko każdy najlichszy lojalny trójpolak poczuł obecność
w społeczeństwie polskim tak twardej, tak rzeczywistej, jak przyroda
pozaludzka i międzyludzki żywioł dziejów, zmagającej
się z nimi za bary - mocy. Krytyka literacka pojęć, uczuć,
nastrojów? - nie czujecie, jaka krytyka rzeczy dokonywa się w samym
życiu: wykuwa się, powstaje nowy typ Polaka, dziś jeszcze
nieokreślony. Każda chwila tu stanowi, czym będzie: może
jeszcze być wszystkim. Sprawcie, niech myśl, urodzona w miejskiej
klasie robotniczej, zawładnie polskim włościaństwem, niech
skojarzy się z ziemią, przepoi jej oddechem, skąpie w
słońcu, rozszerzy, uspokoi, stężeje, a stanie się
rzecz niebywała: nowy lud, nowa moralność, prawo, kultura. Nie
lękajcie się orać zbyt głęboko, trzeba dojść
aż do tej oto głębi; nie lękajcie się sięgać
zbyt wysoko: jesteście w samej piersi narodu - z niej wszystko
powstało; tu jest miejsce sądzić bogi, idee, wartości; tu
jest trwała opoka. Nie-mimo całej czci dla Wyspiańskiego, mimo
pewności, że jest w nim coś z Ajschyla i Danta, mimo uwielbienia
dla Żeromskiego, podziwu dla Norwida - nie w nich, nie w żadnej
literaturze szukajcie "koncepcji polskiej", skończcie z tym
mesjanizmem estradowym, z tym całym polskim Oberammergau. Tu - oto tu
między fabrycznym, miotem, a chłopskim pługiem, między
proletariuszem-robotnikiem, a polską, chłopską wsią zaczyna
się, poczyna Polska. Tu jest koncepcja nie z bibuły i druku, lecz
z ciała i krwi, tu jest młoda Polska, która oto już jest,
żyć usiłuje wobec pozaludzkiego i międzyludzkiego
żywiołu. Ona jest, o siebie, o przyszłość, o to, czym
będzie, walczy To nie marzenie - to żywa prawda: naród się
stwarza, szuka dla siebie myśli, wyrazu, powstaje w naszych oczach z
miazgi bezkształtnej ten poprzez wieki trwać mający twór, nowy
fakt dziejowy; nie urojenie, nie myśl - lecz życie, nasze życie,
które może, gdy zdołamy, nadać trwanie temu, co stworzyć
potrafimy, jeżeli stworzymy coś, co się wobec tego faktu w jego
łonie ostoi. Historię ludzie tworzą i oto jest moment, w którym
zawiązują się pąki, dojrzewać mające stulecia. Młoda
Polska zaiste to nie ta, o której szczebiocze kawiarnia, to ta, którą
czuł, nosił w piersi ten największy z duchów polskich,
całej jednej epoki, Wyspiański: poeta tak - ale nade wszystko twórca
świadomości, wielki prawodawca narodowy, mąż, który rok
temu zgasł, a już jest w jakiejś niezmierzonej dali, obok tych,
co w życiu narodów, nie przelotnych pokoleń zaważyli, to ta nade
wszystko, która jest ciałem a walczy, aby posiąść ducha,
aby siebie w całej swej, niebywałej nowości, cudownym po raz
pierwszy narodzeniu zrozumieć, utrwalić, posiąść.
To, czy
myśl tę posiędzie ona, czy ją stworzy sobie - to jest
jedyna sprawa, nie ma żadnej innej, o której mówić by dziś warto.
Literatura nasza lat ostatnich, literatura Wyspiańskich, Żeromskich,
Kasprowiczów, Przybyszewskich (tak jest, wbrew protestom stu tysięcy
Zagłobów, silnych w pięści Rochów Kowalskich) sama
pragnęła być sądzona tą miarą. Sama uznawała
się nie za zabawkę, nic za pokrzepienie umierających (lud nasz
wydziera im spod głowy poduszkę), lecz za organ prawdy, zakon
życia. Życiem zajmować się tylko należy: życie
rośnie, zmagając się z sobą. Książka ta jest
bojową, walczy ona z żywymi formami: umarłym, konającym, nieuleczalnym
rada by jak najmniej poświęcać miejsca. Tu na wstępie
więc Polsce dobrowolnie dziecinniejącej i zdziecinniałej
wypisuję ostrzeżenie. Zadaniem książki tej jest
zbadać, w jaki sposób literatura przyczynić się może do
zwycięstwa świadomości klasy robotniczej nad całym naszym
ludem pracującym, w jakiej mierze przyczynić się może do
przekształcenia Polski całej w wielki, samoistnie i samodzielnie
rządzący sobą organizm pracy. To jest cel i zadanie. Polska
zdziecinniała szepce dziś coś o upadku romantyzmu. Niech pada.
Pragnę realnej walki o rzeczywiste ludu polskiego nad sobą panowanie,
pragnę, aby jasna myśl stała się jedyną Polski
pracującej kierowniczką. Chcę jasności i przepowiadam tym,
co szeplenią dziś o niezrozumiałości
"modernizmu", "neoromantyzmu", "mitów"
Wyspiańskiego, że oni to pod osłonę mroku i cienia
uciekać się będą.
Na
jasności, konsekwencji i sile zależy nam przede wszystkim, nam,
którzy pragnęliśmy, aby myśl polska stała się
narzędziem Polski pracującej nad sobą, aby rozwiały
się mgły i powstał ten jeden tylko fakt: wobec pozaludzkiej
nocy, wobec ucisku historii naród pracowników, siebie tylko wobec
wszechświata mających, siłę tylko własną,
myśl tylko własną i wolę ponad sobą, własne,
wykute w głębi dusz szczerze ludzkie prawo, aby stała się
Polska pierwszym organizmem samorządnej pracy, ojczyzną prawdy,
klasycznym krajem samorządu człowieka. Marzę.
Rzeczywistość widziałem. Stała nam wszystkim przed oczyma.
Na sobie tylko, na własnym męstwie, na wierze w zwycięstwo pracy
nad żywiołem wsparty był proletariat polski w ciągu dwu
lat. Z narodowego ciała więzy rwał, o rozkucie duszy narodowej
się dopominał. Co rzeczywiste - nie ginie. Siła ta trwa pod
popiołem, zbroi się i rośnie; czy czekać chcecie znów,
aż przyjdą lata, gdy życie krwią płacić
będzie za naszą ospałość. To jest zasadniczy, jedyny
fakt: świadomość klasy pracującej uczynić duszą
kraju, na niej wesprzeć gmach kultury - niech wychowuje, hartuje, - zbroi.
Jest czyn nad miarę ludzką - czyn do spełnienia. Narodzić
się może naprawdę ta literatura, która będzie
silą dziejową. Tylko śmieć, tylko nie cofać się,
nic drżeć, tylko raz na zawsze skończyć z atmosferą
samozachwytu i słabości. Świadomość klasy pracującej,
powiecie mi, jakie to ciasne, gdzie dusza, gdzie jaźń, gdzie walka
pici, absolut? Świadomość klasy robotniczej! i zarysowują
się wam obrazy szare, nudne, szeregi martwych stronic z ekonomii. Chcecie
wiedzieć, czym jest ten ciasny, klasowo obcy wam, zatrważający
świat.
Ja nie umiem
tworzyć pięknych słów. Myśl każdą sam przed
sobą uzasadniam, ważąc ją długo. Przebyłem wiele
dróg, po których dzisiaj myśl błądzi, zbadałem setki
sylogizmów: cała ta książka - to jest pamiętnik tych
wędrówek. Możecie jej nie czytać. Wolno wam o niej milczeć.
Wolno wzgardzić. Ale na prawość waszej własnej myśli
zaklinam was, nie przeciwstawiajcie jej stęchłych frazesów, nie
mówcie mi komunałów, w których nigdy nie było krwi.
Świadomość
klasy robotniczej to nie jest żadna specyficzna polityczna forma,
żadna specjalna doktryna: to jest ruch żywych ludzi, dążących
do przekucia społeczeństw nowoczesnych w organizmy samowładnie
rządzącej sobą pracy, do wyzbycia się wszystkiego, co
pracą nie jest, niczym rozwoju biologiczno-ekonomicznego ludzkości
nie wzmaga, a na powierzchni życia się utrzymuje i warunki tego swego
utrzymania się uważa za istotę społeczeństwa, zadanie
ludzkości, sens bytu. Myślimy dziś myślą tych
ludzi, ich głowami: myśl nasza unosi się ponad pracą, nie
wrasta w jej ciało, nie odtwarza jej kształtu. Człowiek musi
dokonać wielkiej przebudowy myśli: urodziła się ona na
zależnej od pracy, posługującej się nią, lecz nie
pracującej powierzchni - stać się musi wzrokiem samym,
widzeniem, rozumem i wolą pracujących. Zbliża się moment, w
którym znajdzie się człowiek sam oko w oko z bezmiarem i zrozumie,
że sam z siebie musi wydobyć cel swego istnienia,
miłość do niego, prawo swego życia, niezłomną
wolę, która je wykona. W złą godzinę wybrano się
mówić o romantyzmie. Idzie istotnie czas klasycznej, wielkiej
jasności: czas pełnoletności człowieka,
pełniącego własną swą wolę, w słońcu
własnej swej myśli wy dźwigającego ponad otchłanie
swobodny swój byt. Ale wątpię, aby o tej jasności mówili ci, dla
których H. Sienkiewicz jest klasykiem.
Jasność
wasza!
Znamy jej
źródła i granice. Ciemnym był za czasów Augusta II. ten, komu
się jakieś wizje apokaliptyczne dziejowego sądu i zatraty po
głowie snuły, jasnym ten, kto wbrew wszystkim mane tekel fares
widział jak na dłoni, czuł tłustą i
świecącą gładzizną brzucha, że mimo wszystko
żyje się przecież.
Czy
zastanawialiście się, co i jak czują ginące narody? Czy
sądzicie, że istotnie, jak w powieści Sienkiewicza
przychodzą znaki i widma ostrzegawcze? Przeciwnie. Jasność,
pogoda, słodycz rozlewają się w duszach. Już nie trzeba
myśleć, nie trzeba pracować. Na widnokręgu nie ma
żadnych zagadnień: wszystko jest zrozumiałe, dostępne,
przejrzyste. Ostatecznie nie ma takich warunków, w których człowiek nie
widziałby przed sobą możliwości przeżycia tych lat,
które mu zostały. Chyba by ziemia pod nogami zapadła. I gdy ziemia
zdaje się zapadać, gdy zaczynają się pojawiać znaki,
że może ona przestać wydawać kupony, listy zastawne, pensje
miesięczne - wtedy istotnie wydaje się, że wszystko ginie. Gdy
to przechodzi, gdy znowu natura powraca do swoich praw, jest rzeczą
oczywistą, że pomimo wszystko przeciętna kulturalna polska
rodzina wyżyć zdoła, przeciętnie wychowa dzieci, które
znów, byle tylko różne formy renty nie zanikły, przeciętnie
dalej żyć będą - czyli perspektywa całkiem jasna i
niezamącona. Nic nie przedstawia się tak jasno i przejrzyście,
jak przyszłość bezużytecznych warstw i ludzi: czas niczego
od nich nie zażąda, oni jemu nic nie dadzą. Stąd nastrój
pewności siebie, jasności, spokoju, nastrój pokrzepionych serc,
wiara, że choćby tam nie wiem co, Marynia do Krzemienia wróci. Nazywa
się to dziś plemienną mocą; jest tylko starczą
beztroskliwością. I wielką musi być istotnie siłą
w żywych warstwach narodu, jeżeli się jej parcie przedostaje
nawet przez tę martwą atmosferę. Atmosferę tę znamy od
dawna i dławiła ona kraj całe trzydziestolecie. Powstała
ona dzięki tym, którym nie wolno było nic z tego, co ma związek
z głębokimi, idącymi w przyszłość sprawami: nie
wolno im było widzieć, myśleć, chcieć; oni sami
zaś zrobili odkrycie, że im i tak dobrze: wczuli się i
wżyli w tę swoją prywatną jasność. Nie
zazierała tu żadna zagadka, bo nikt się o nic nie pytał - o
tym mieli myśleć starsi - tam, gdzie załatwia się wszystko
- a wy tu sobie żyjcie na pogodnym osiedleniu, w tym oto "prywiślańskim"
kraju. Stosunki całkiem helleńskie: wszystko przetworzone w
jedną bez wydarzeń chwilę. I gdy się spłaciło
daninę cieniom, można było wyznać, że chwila jest
słoneczną. Ludzie, którzy studiowali Grecję na dywanowych
deseniach i podziwiali w obrazach Siemiradzkiego, byli przekonani, że
wszyscy oni reprezentują, jeżeli nie Helladę, to przynajmniej
zachodnią kulturę: że jest Olimpem a przynajmniej już
Wersalem ta tyjąca w słońcu Atlantyda kapłonów.
I znowu rzecz
godna podziwu. W razie ataku na beztroskliwość,
lekkomyślność, próżniactwo wywoływano wnet krwawe i
żałobne mary: widmo Rejtana strzegło progu każdej polskiej
spiżarni i każdej narodowej alkowy. Wnet więc powołanie na
niesprawiedliwość losu, gorzka łza kapiąca na wąsy,
że oto nam nie wolno nic - a wnet potem spiżarniana nirwana
istnienia, któremu myśleć o przeszłości,
przyszłości, teraźniejszości, o czymkolwiek bądź
wreszcie Apuchtin, Hurko, etc. nie pozwala - istnienia, w którym wolno
tylko optymistycznie tyć - poza przestrzenią i czasem.
Jednocześnie więc było się ofiarą i miało jej
majestat i przebywało się nadal na sienkiewiczowskim Olimpie. Z
miłości dla tego nieszczęśliwego kraju zmieniano swoje
istnienia w nim w jedną wielką mesjaniczną synekurę.
Nacierające zagadnienia odpierano tym, że my je wspaniale
rozwiążemy, gdy już nam to będzie wolno. Tym się
pocieszano. Świat tam na Zachodzie stawał się coraz dziwniejszy
i bardziej skomplikowany, ale my byliśmy wyżsi ponad to wszystko.
Dzięki pomocy Hurki, Apuchtina, Iwanowskiego tryumfowaliśmy nad
"postępem". Do nas on nie przenikał, chyba całkiem
już zdezynfekowany, nieszkodliwy. Można więc było
mówić o sile tradycji, która taki opór stawia wszystkim nowoczesnym
aberracjom. I tak powstała ta psychologia Polaka, który swoją
przymusową niedojrzałość przekuł we własnych
oczach w pewien gatunek wyższości, który z niewoli swej i
bezwładu uczynił olimpijski spokój i naprawdę uwierzył,
że w jego wyjałowionej głowie wszystko jest tak powietrzne i
błahe nie dlatego, że świat rzeczy poważnych pozostał poza
granicami jego woli i działania, lecz dlatego, że w ogóle nic
trudnego i głębokiego nie istnieje. To pewna, że tak nigdy nie
czuł i nie myślał żaden w przyszłość
idący naród. Kto jutro swoje tworzy, ten go nie zna, na tego
następuje ono i wali się czarną ścianą czasu, ten
widzi braki i luki, wołające o zapełnienie, ten żyje
wśród rzeczy niegotowych, czuje się za coś odpowiedzialnym,
coś ryzykuje. I niewątpliwie istnieje u nas i dziś ta
potężna, nieokreślona cyklopiczna wola; jej to hart jest
prawdą tego szychu, który Polska Sienkiewiczowska za siłę
swą wydaje. Istnieją dziś w polskiej duszy siły,
milcz& |