|
Dzięki
wielkiej ilości uczonych i pisarzów, zajmujących się fachowo
badaniem literatury naszej, dzięki miłości, z jaką
pielęgnują tradycję polską warstwy, które z ochraniania tej
tradycji czynią swe sowicie opłacane posłannictwo narodowe,
polski romantyzm, twórczość nasza zwłaszcza z lat 1830-1850
znane są nam nie o wiele dokładniej, niż jakaś
zamierzchła literatura, z której pozostały tylko fragmenty i
rękopisy. Trzeba specjalnych poszukiwań dla zapoznania się z
dziełami tak bliskiej i tak nieskończenie ważnej
przeszłości. Gdyby użyto pieniądze, wydawane przez
Akademię na ogłaszanie drukiem prac rozmaitych uczonych, o tyle tylko
interesujących, że należą do sodalicji mariańskiej,
profesorów, których uczucia rojalistyczne przyprawiają o prawdziwe
zaburzenia językowe*, na przedruki polskich pisarzów z epoki
romantyzmu, emigracji - sprawa byłaby już załatwiona, nie ma
więc powodu tłumaczyć się specjalnymi przeszkodami.
Jedną z najważniejszych przeszkód jest antynarodowy duch krakowskiej
Akademii, jest opieka, jaką nad naszą przeszłością
roztaczają wszechwładni w Galicji, gdy o sprawy kulturalne idzie,
stańczycy. Przy obecnym stanie rzeczy, jest romantyzm polski -
wciąż jeszcze wielkim nieznajomym: - posiadamy o nim pojęcia
zupełnie fragmentaryczne, brak nam szczegółów, brak
wiążących w jedno oddzielne dzielą i indywidualności
ogniw. Na ogół mało są dostępne materiały, które
pozwoliłyby nam wżyć się w atmosferę duchową, w
której powstawała twórczość naszych romantycznych pisarzów.
Niedokładnie znane są prądy i antagonizmy społeczne,
krzyżujące się w otoczeniu Mickiewicza, wpływy, jakim
podlegał Słowacki, Towiański i wywołany przez niego ruch,
przewroty psychiczne w życiu oddzielnych indywidualności, które
uległy wpływowi tego wielkiego człowieka, wszystkie te
niezmiernie ważne i tak ciekawe zagadnienia - pojmowane są
powierzchownie: przystępuje się na ogól z uprzedzeniem i bez
dobrej wiary do poznania tej szlachetnej i czcigodnej postaci.
Nad wyraz
szablonowo znanymi i pojmowanymi są stosunki wybitnych naszych pisarzów z
osobistościami i prądami kulturalno-społecznymi zachodu. By
dobrze romantyków polskich rozumieć - trzeba zżyć się
przynajmniej z tego rodzaju postaciami jak Lamennais, Mazzini; kto zadał
sobie trud porównać ducha, ożywiającego wykłady Mickiewiczowskie
i te, jakie równocześnie wygłaszali Michelet i Quinet? Nie chodzi tu
przecież o pustą ciekawość, lecz o zrozumienie in
concreto stosunku ówczesnej romantycznej myśli polskiej do pokrewnych
jej zachodnioeuropejskich prądów, - nic ważniejszego, niż
zrozumieć, gdzie kończą się pokrewieństwa, a zaczynają
różnice. Mickiewicz przecież nie zgodziłby się na wszystkie
twierdzenia Quineta z jego Revolutions d'Italie, na sam zasadniczy
kierunek myśli tego pisarza, i Michelet, który musiał nosić w
zawiązku przy
najmniej
późniejsze swe dzieła o Rewolucji, Odrodzeniu, nie
wszystko musiał aprobować z pierwszych nawet kursów Mickiewicza; on,
który wprowadził Vica do Francji, musiał mieć zastrzeżenia
co do archeologii i filologii i samego sposobu wyzyskiwania ich w Kursach.
Wyznawca prawa, jako idei przeciwstawiającej się teorii
łaski, musiał widzieć niebezpieczne zbocze, ku któremu pochyla
się wszelki mesjanizm; późniejszy demaskator Napoleona, burzyciel
jego legendy, nie mógł już wtedy bez bolesnego rozszczepienia widzieć
tego przeobrażenia, jakiemu ulegała ta postać w krwawym sercu
naszego poety. Ile było w tym sympatii dla cudzoziemca i wygnańca,
ile francuskiej, nieco obrażającej pobłażliwości, ile
wreszcie umyślnego lub zwyczajnego niezrozumienia. Są to kwestie,
wymagające opracowania - zawiłe i trudne; łatwiej jest dać
raz jeszcze podobiznę trzech medalów i poprzestać na zdawkowych
frazesach. W podobny sposób wymagają sumiennej rewizji wszystkie fakty i
dokumenty z historii naszego romantyzmu, a znaczna część tych
faktów i materiałów jest jeszcze całkowicie nieznana. Nie można
więc dziwić się, że w ocenie i pojmowaniu
całokształtu romantyzmu polskiego muszą na każdym kroku
zdarzać się luki, niedokładności faktyczne; gorzej jeszcze,
że ten stan zawieszenia między jawą i marzeniem, ta
bezkonturowość obrazu romantyzmu naszego wpływają ujemnie
na sam nasz do niego stosunek. Niepewność faktycznego materiału,
poznawanie fragmentaryczne działają na, wyobraźnię,
niepokoją ją, pozwalają domyślać się dalszych,
nieustalonych związków i pogłębień: - wszystko to sprawia,
że myśl nasza wobec romantyzmu znajduje się w stanie, jak
najbardziej sprzyjającym powstawaniu wszelkiego rodzaju legend,
"głębszych syntez", "metafizycznych
ujęć".
W danej
chwili zajmuje nas romantyzm przede wszystkim w tej formie, w jakiej
został on ujęty i zrozumiany przez myśl Młodej Polski.
Na ogół Młoda Polska poczuła się spadkobierczynią
romantyzmu, wskrzesicielką jego tradycji. W jaki sposób to
zrozumiała? Na czym zasadzało się pokrewieństwo? Stosunek
jest bardzo charakterystyczny: można powiedzieć, że ciągnęło
Młodą Polskę do romantyzmu to, co było jego fatalizmem,
odosobnienie, odcięcie od życia. Romantycy usiłowali je przemóc,
wyrównać wysiłkiem ducha przedzielającą ich od życia
przepaść. Cały romantyzm polski zawarty jest w symbolicznym
rzucie Kordiana z wierzchołka Alp na ziemię ojczystą: wszyscy
oni byli nieustannie wytężeni, naprzód podani ku ziemi, ku
złączeniu się z realnym, krwistym życiem, walczyli
nieustannie z pustką i padali jej ofiarą, gdy myśleli, że
ją przemogli, tworząc całe duchowe gmachy, które
zastąpić miały swobodne, bezpośrednie obcowanie z
organizmem narodowym. Młodą Polskę olśniewały
te właśnie duchowe konstrukcje. Romantycy usiłowali przemóc w
sobie upiora. Młodej Polsce upiór właśnie był
głębią i prawdą. Tam widmo - duch było losem -
wrogiem, tu celem. Stać się duchem, przestać być
człowiekiem - to wyglądało na usprawiedliwienie. W ogóle
romantyzm służył Młodej Polsce jako prawzór jej i
uzasadnienie. Ponieważ niemoc była klątwą tamtych
wielkich, więc stała się ona w oczach tych dzisiejszych ich
zasługą. Ich samotność: męczeństwo i klęska
- stała się dzisiaj szczytem i dumą; każda porażka -
zwycięstwem. I tak przeżywano ich dramat w odwrotnym kierunku: wydawało
się więc, że sami romantycy siebie niedostatecznie znali.
Każdy czuł się powołanym do tłumaczenia
Słowackiemu i Mickiewiczowi, jak wielkimi byli olbrzymami. Powstał
pewien gatunek histerycznego kultu (odmów pacierz - lecz na wspak), na ogól
można by tu mówić o powtórnym pogrzebaniu romantyzmu: zjawisko
ciekawe i zasługujące, byśmy się z nim bliżej
zapoznali. Musimy tu oczywiście poprzestać na zasadniczych rysach,
lecz sama sprawa zyskuje przez to na wypukłości.
Z
umysłu rozpoczynam od pisarza, który został przez Młodą
Polskę istotnie odkryty, jak dotąd po to, by po długich latach
przemilczenia sprawdzonym zostało, że przegadanie jest od niego
stokroć złośliwsze i niebezpieczniejsze.
1
To, co
okazuje się nam jako styl artysty i pisarza, jako jego ustalony i
zamknięty świat, jest zawsze wynikiem długiego i
głębokiego procesu duchowego; tym, co miało naprawdę
znaczenie, jest ten proces właśnie: geniusz i talent utajone są
zawsze w samym życiu, są postacią życia
natężonego i rozległego. Krytyka nazbyt łatwo zatrzymuje
się na powierzchni zastygłej i zakończonej fizjognomii,
nazbyt łatwo sądzi, że w tym, co z zewnątrz jest
dostrzegalne jako różnica, - zamknięta jest istotnie siła
żywa indywidualności twórczej. Sądy polskiej krytyki o Norwidzie
należą, jak mi się zdaje, do tego właśnie typu;
sądzę, że proces wykrystalizowywania się stylu Norwida
czyli sam Norwid żywy - jest do dziś dnia niemal całkowicie obcy
komentującym go i podziwiającym wielbicielom. To, co znamy z Norwida,
jest właściwie zewnętrzną linią skamienienia jego
duchowego życia, tak, jak tężało ono pod uciskiem
całkowitego osamotnienia: samo życie wewnętrzne, zatajone pod
tą kamienną maską jest dotychczas mało rozumiane. Znamy z
Norwida właściwie postawę, gest, nie to, co żyło poza
postawą. I może trudno sobie wyobrazić bardziej całkowity
antagonizm, niż ten, jaki istnieje pomiędzy rozumieniem Norwida, a
tym, co dzisiaj za kult jego uchodzi. Dobitnie można to w ten sposób
określić, że forma śmierci, jaką tragizm losu
Norwidowi narzucił, stała się dla nas treścią jego
dzieła, to jak go świat zabijał - istotą jego
życia. Z Norwida wzięliśmy maskę pośmiertną, i
ten jej odlew gipsowy ukazujemy jako żywą twarz poety. A może
niewielu jest poetów i pisarzów, dla których w tym stopniu byłoby takie
utożsamienie niezrozumieniem ich. Treścią bowiem dramatu Norwida
jest to, że żyć nie mógł, nie mógł żyć tym
życiem, jakie miał w sobie, że cały bieg jego żywota
był tylko nieustanną samoobroną, mężnym wysiłkiem
nieuronienia niczego ze świata, jaki miał w sobie. Gdy jednak szuka
się duszy Norwida w samym tym negatywnym fakcie, gdy się go odnajduje
tylko w geście oporu, jaki stawiał światu, gdy się
wielkość jego widzi nie w tym, czym był on w swoim wnętrzu,
w swym samotnym przeświadczeniu, lecz w tym, że to
przeświadczenie samotnym, zamkniętym pozostało, grzebie się
ten wielki umysł ponownie. W naszej opinii literackiej grasuje dziś
mnóstwo niezmiernie dziwnych przesądów: jakiś rezultat wysoce
złożonych procesów psychicznych bywa uznawany za ich istotę.
Ponieważ odosobnienie, poczucie samotności było istotnie
udziałem Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Nietzschego, Norwida
- wszystkich niemal twórczych duchów, które dochodziły do niego,
ulegając swojemu własnemu życiu psychicznemu, idąc jego
szlakiem, zostaje uznane, że samotność stanowi cechę zasadniczą
twórcy. Twórca dochodzi do samotności poprzez duszę własną,
tu chciano by dojść do duszy poprzez izolację. Ponieważ
każda wykrystalizowana treść kulturalna ukazuje się swojemu
twórcy jako konieczny, nieodzowny pierwiastek życia, jako coś, bez
czego życie nie dałoby się dla niego pomyśleć, ponieważ
świat przez niego stworzony ukazuje mu się jako treść,
mająca w samej sobie całkowitą rację swojego istnienia - a
więc jako coś mającego w samym sobie trwanie, postać
wieczności, - wieczność sama, naga forma
pozaczasowości, w jakiej ukazuje się nam wartość jako taka,
staje się przedmiotem poszukiwań. Zapomina się, że jest ona
tylko formą, w jakiej twórca opanowane przez siebie życie odczuwa,
szuka się je nie przez opanowanie życia, lecz przeciwnie przez
odwrócenie się od niego, jako obciążonego klątwą czasu.
Za kanon twórczości zostają uznane metody wyparowywania z siebie
wszelkiej twórczej treści. To samo z kontemplacją, jaźnią -
z wszystkimi formami, które są dla nas dostępne jedynie poprzez
treść życia, poprzez walkę naszą z nim, pracę nad
nim, a które ukazują się zamistyfikowanej świadomości jako
jakieś absolutne źródła wszelkiej treści.
Twórczość
Norwida pada nieustannie ofiarą takich nieporozumień.
Norwid
był człowiekiem, kochającym potężne, wielowiekowe
twory - narody - to spostrzeżenie Cezarego Jellenty jest do dziś dnia
jedyną prawdziwą i głęboką myślą,
wypowiedzianą o Norwidzie. Norwid, w oczach dzisiejszych jego wielbicieli,
to uosobienie myśli pozaczasowej, bytowej - był świadomością
rdzennie i przede wszystkim historyczną. Ze wszystkich naszych poetów
posiadał on najgłębszy zmysł dziejowości. Historia
była dla Norwida nie czymś przypadkowym, zewnętrznym w stosunku
do prawdy, - lecz jej niezbędnym organem. Gdy Norwid
przezwyciężał swe nieszczęście, nie uznawał on pozahistorycznego
stosunku między myślą osobistą, pojedynczą, a
pełnią wieczną - Bogiem. Poznanie, widzenie prawdy nie było
dla niego w momentach najgłębszych procesem indywidualnym, .
stosunkiem czysto abstrakcyjnym. Nieszczęściem Norwida było to,
że mając w sobie poczucie, zrozumienie konieczności dziejowego
życia - musiał całe życie myśleć i
działać jako jednostka. Miał on w piersi swej potężny
dziejowy organizm - naród, - a brakowało mu ziarn piasku pod stopami:
głowa, w której myślą samowiedną stało się
życie wieków, tłukła się o twardy kant tapczana w
noclegowym przytułku. Tu była tragedia: problem osobisty,
nieszczęście osobiste, mocne postanowienie wytrwania w swej wierze,
zachowania jej, to przesłania nam samą tę wiarę. Istota
twórczości Norwida z niej przecież wypływa i jedynie na jej
podstawie może być rozumiana. Centralną ideą Norwida jest
naród stwarzający swego ducha i poprzez tego ducha stwarzający,
przetwarzający sam siebie. Ma on olbrzymią wizję swobody
dziejowej. W opowiadaniu Stygmat ukazuje on nam narody starożytne
jako wyniki i wytwory tych przyrodniczych warunków, pośród których
rozwijały się i żyły. Tak las urabiał i tworzył
Germanina, step - koczownika. Tyle łez i krwi wylano - mówi Norwid - a nie
było jeszcze właściwych narodów, właściwego
człowieka; w innym miejscu zwraca się ku "społeczności
chrześcijańskiej" i wyrzuca jej, że żyje
właściwie na gruzach starożytnego świata, że nie
stworzyła dotąd swego własnego gmachu, - nowoczesnej, na idei
"odkupionego", swobodnego człowieka opartej kultury, która
byłaby istotnie dziełem człowieka, budową przezeń
wzniesioną, a nie zaś stygmatem, wyciśniętym na jego
życiu przez zewnętrzne konieczności przyrody. Ten element
swobody własnego samoutwierdzenia cechuje dla Norwida wieczne,
głębokie znaczenie sztuki.
Pracując,
człowiek zmaga się, pasuje z przyrodą, ale na barkach
zwyciężonego wroga oprzeć on musi siebie, własne samowiedne
dzieło, aby praca była jego pracą, a nie zaś
zewnętrznym, ciążącym nad nim musem. - Praca musi
przerastać w sztukę, ujmować się w niej, oddychać
poprzez nią swobodą i stąd, z tego wierzchołka
rozlewać ją poprzez tętnice. W Promethidionie zawarł
Norwid w kilku wierszach swe najgłębsze myśli o
konieczności związku sztuki z pracą, o nieustannym przerastaniu
czynności zawodowych, rękodzielniczych w świat artystycznej
twórczości. W związku ze stanowiskiem, którego wyrazem jest Stygmat,
myśli te nabierają olbrzymiego znaczenia. Dopóki cała budowa
życia ludzkiego jest wyłącznie wynikiem walki z tymi
przyrodniczymi warunkami, wśród których żyje i rozwija się dany
naród, dotąd nie ma tam właściwie miejsca na swobodę,
sztukę, człowieka. Przyroda wrasta bezpośrednio w życie
ludzkie: narody wyrastają z niej jak jej krzewy, jak kolonie i pnie
polipów. W tym świetle ukazywały się niewątpliwie Norwidowi
narody i kultury starożytności. Człowiek, samowiedne i
odrębne ja jest tu późnym przybyszem, synem rozkładu
właściwie i zmierzchu. Los narodu, jego głęboka, ciemna,
przez konieczność wyhodowana zbiorowa dusza ciąży nad
jednostką jak kamienne, dokonane przeznaczenie. Ma ono swoją
własną, jakby przez samą siłę ciążenia
wykreśloną, drogę. Byt zbiorowy toczy się jak lawina,
porywa z sobą jednostki. Są one wobec niego bezsilne, myśl ich
skonstatować tylko może tę bezsiłę:
bezwzględną pustkę wśród narodu, który jest nie ludzkim,
nie prześwietlonym przez myśl, nie przepojonym przez swobodę
dziełem żywiołu, samotność poza narodem.
Kleopatra
i Cezar, unoszeni przez wielkie, zastygłe już, obce sobie ciała
Egiptu i Rzymu przeżywają swój stosunek w tej bladej próżni
międzyplanetarnej, czują i widzą, że los ich dokonał
się poza nimi, unosi ich i wlecze z sobą, że mogą oni tylko
wymienić między sobą myśli i uczucia, które dotąd
są w ich władzy, dotąd tylko ustalają między nimi
związek, póki stoją oni ponad życiem, póki poprzestają na
tym bladym, ślizgającym się po życiu jak
księżycowe światło po granicie-upiornym bytowaniu. Jako
żywi ludzie są oni we władzy ciemnych przeznaczeń, które
ich życie osobiste wyprzędły. Rzym i Egipt ścierają
się ze sobą, biją o siebie jak dwie bryły w jakimś
obcym myśli i duszy świecie. Blada myśl widzi tylko, że jej
jednostkowe życie jest wszczepione raz na zawsze w te uderzające na
siebie, ślepe i nieme ciężary.
Gdy teraz
w próżni tej, jaka powstaje przez zagładę narodu, osamotniona,
świadoma jednostka usiłuje znaleźć dla samej siebie, dla
swojej świadomości podstawy, ukazuje się jej jako jedyne
wybawienie, jedyny ratunek - powstanie narodu, życia zbiorowego, już
nie jako ślepego, dźwiganego przez samą konieczność
natury ponadjednostkowego ciała, lecz jako swobodnego dzieła
człowieka. Naród zaginiony może odrodzić się jedynie wtedy
siłami jednostek, jeżeli nie będą one już tak wobec
zbiorowego życia bezsilne, - jak owe ślizgające się po
głuchych światach, zbłąkane niby dwa widma w
międzygwiezdnej pustyni dusze Kleopatry i Cezara. Jednostka musi
pozostać bezsilnym świadkiem dokonywającego się fatalizmu,
jeżeli swoboda nie jest w stanie wszczepić się w sam rdzeń
istnienia, rodzić i dźwigać od wnętrza nie
ślizgające się po powierzchni życia marzenia i myśli,
lecz pełnokrwiste i rzeczywiste kształty samego życia. I tu
występuje przed nami związek myśli Norwida o tym, że nie
było jeszcze właściwych narodów z naszą historyczną,
polską tragedią.
Narody
zaginione, narody śmiertelne, - to były tylko ślepe twory przyrodniczej
konieczności: siła była w niej, a nie w nich; poza
człowiekiem, którego życie kształtowała. Odrodzić
się może naród jedynie jako świadome dzieło człowieka,
jego własny twór, zwycięstwo jego swobody nad ślepą i
niemą koniecznością. Znajdujemy tu tę samą myśl,
którą tak często powtarza Krasiński, że od czasu Chrystusa
żaden naród nie umarł. To samo rozgraniczenie znajdujemy u
Cieszkowskiego, Hoene-Wrońskiego. Związane ono było z
rozpowszechnionymi w tym czasie w polskich i europejskich umysłach
pojęciami o historycznym znaczeniu chrześcijaństwa, o
całokształcie dziejowego życia ludzkości.
Jest
rzeczą ważną, abyśmy zrozumieli teraz pewną
dość trudno dostępną wobec współczesnej naszej,
fetyszyzmem przyrodniczym przesyconej kultury umysłowej
właściwość stanowiska Norwida. Przede wszystkim zaś
musimy podnieść to, co stanowi zdaniem naszym nie przemijający
pokład umysłowy naszego romantyzmu: swoboda jest stanem
dojrzałym samowoli. Samowola utrzymuje się w niej i zwycięża.
Dla Engelsa swoboda jest produktem konieczności, jest poznającą
samą siebie tożsamością. Dzisiejsza myśl tragiczniej
wyobraża sobie położenie człowieka w przyrodzie.
Człowiek jest sam wobec chaosu i nie ma stać się tego chaosu
logicznym wynikiem, lecz siebie, swą irracjonalną
treść ocalić wbrew niemu. Człowiek nie jest dalszym
ciągiem ewolucji, lecz przeciwnie zerwaniem watka, przeciwstawieniem
się mu. Gdy zaczyna się on - wszystko przedludzkie staje się
wrogiem, silą, której trzeba się przeciwstawić.
Demoralizująca mitologia Engelsa pozostaje w zasadniczej sprzeczności
zarówno z wymaganiami myśli filozoficznej, jak i ze
zwyciężającymi zarówno w biologii (Réné Quinton np.) jak i w
fizyce i chemii poglądami. Aby swoboda pozostać mogła
swobodą, - musi ona być wynikiem zwyciężającego
świat irracjonalizmu, musi być twórczynią swojego własnego
kosmosu. Przyroda jest narzędziem swobody, ciałem, które stwarza ona
sobie poprzez pracę: wrasta ona w przyrodę i kształtuje ją,
nie zaś wyrasta z niej**. Praca jest procesem urabiania sobie
przez swobodę swego ostającego się wobec żywiołu
ciała. Rzeczywiste, na tle przyrody w walce z nią rozgrywające
się życie zbiorowe ludzkości jest właśnie tworzeniem
swobody; poza tym życiem pozostałaby ona jako ślepa i
głucha, nie znająca siebie, bezsilna samowola, jako nagi
obłęd. Dla Norwida jest swoboda aktem duchowym, zdobywa się
ją poza bezpośrednim życiem, w życiu wewnętrznym, jest
ona momentem w dramacie, rozgrywającym się między
człowiekiem i Bogiem. Tu na tym szczycie osiągnięta
wstępuje ona dopiero w rzeczywiste, historyczne ciało. Na tym
właśnie zasadza się przełomowe znaczenie dziejowe
Chrystusa. Chrystus stworzył, powołał do życia
swobodę; teraz wstąpić ma już ona tylko w ciało historii,
porodzić swój nowy, własny, na przezwyciężeniu
konieczności oparty świat dziejowy. Jest to niezmiernie ważne:
swoboda dojrzewa tu, dochodzi do samo-wiedzy, tworzy swój duchowy organizm nie
w samym życiu, lecz w pozaświatowej dziedzinie, - między duchem
a Bogiem - jest zdobyczą pozadziejową człowieka wiecznego.
Dzieje, kultura - życie historyczne - nie jest żywiołem, w
którym swoboda wykuwa samą siebie: dokonana, osiągnięta swoboda
spływa w świat dziejów, wciela się weń, ale
właściwie jest już poza nim. Zadanie dziejowe zostanie
dla Norwida dopełnione wtedy tylko, jeżeli swoboda ludzka
zawładnie dziejowym, rzeczywistym ludzkim życiem, ale sama przez
się jest ona rzeczywistością transcendentną, aktem
pozaświatowym. Duch ludzki istnieje dla Norwida poza dziejami,
przynajmniej in potentia, noumenalnie daje się od nich logicznie
myślowo przynajmniej uniezależnić. (Myślowo dla
człowieka - a realiter może dla Boga: - to jest może
całkiem demoniczny, ekstatyczny pierwiastek wiary Norwida: Bóg mój
odnajdzie mię poza narodem, bez narodu, takim, jakim byłbym w
narodzie aż do szczytu wyzwolonym; zbawienie indywidualne - to historia
zastąpiona przez cud). Jednocześnie zaś czuje on, czuje
całą tą krwawą pustką, jaką nosi w sercu, -
że nie tylko dzieje potrzebują ducha, ale że i jemu są one
koniecznie potrzebne. Dlatego właśnie tak trudnym do uchwycenia jest
ten odcień, że transcendentalizm Norwida nie występuje prawie
samoistnie, przeciwnie kładzie on nacisk na to, że wyzwolenie,
odkupienie człowieka dokonane ma być w świecie dziejów. Nie jest
to jednak immanencja zasadnicza jako stanowisko, lecz raczej rozszerzenie
transcendentalizmu na świat cały. Ważnym jest, że wiara
Norwida w historyczną przyszłość ma pozahistoryczne
źródło, że nie wypływa ona z jego stosunku do rzeczywistej,
otaczającej ją historii, lecz jest wynikiem stosunku jego do Boga,
jest stanem duszy, niezależnym od rzeczywistości dziejowej, jej
doświadczeń. I niewątpliwie o to właśnie
chodziło. Wiara Norwida musiała mu dać punkt oparcia przeciwko
"mamiącemu światu". Trzeba było mieć ponad
historią punkt oparcia dla dążącej do odrodzenia narodu -
swobody ducha: trzeba było wypracować punkt widzenia,
pozwalający uznać istniejącą - mimo zagłady
politycznej narodu, - rzeczywistość dziejową za nieistotną,
pozorną: znaleźć punkt oparcia dla nowej, wyższej
rzeczywistości, z którą byłoby zrośnięte odrodzenie
Polski.
Cała
tragedia i wielkość myśli emigracyjnej były w tym: musieli
ci wygnańcy, oderwani od rzeczywistego życia w kraju z własnego
ducha wydobyć założenia, pozwalające wbrew otaczającej
ich rzeczywistości mieszczańskiej Europy - wierzyć w to, że
byt narodu nie został utracony, że zaprzeczony przez powierzchowne
prawa życia jednej epoki, posiada on podstawy swe w samej istocie
człowieka, w samym jego dziejowym, ziemskim przeznaczeniu. Ludzie ci mieli
za jedyną rzeczywistość duszę własną i
musiała dla nich Polska stać się momentem niezbędnym
życia ducha, zadaniem, bez którego dopełnienia życie
świata, wszechświatowego, wszechludzkiego ducha nie wypełni
swoich przeznaczeń. Musieli oni ugruntować Polskę w jedynie
dostępnym im świecie ideologicznym, w świecie kulturalnych
treści: musiała ona wypływać jako wniosek z
założonego głębiej, niż dzieje, sylogizmu.
"Uczucia moje - pisze Norwid - jeden Bóg może zniszczyć, - a położyłem
w nim nadzieję". Sama istota Boga musiałaby się
zmienić, on sam musiałby sobie zaprzeczyć, aby zachwiana
była wiara poety. Podstawy jej wsparte są o te dwa ponaddziejowe,
pozadziejowe bieguny: - człowieka wiecznego - Boga. Przebywa wiara ta w
życie narodu w świecie ponadrzeczywistym, świecie absolutu. Jest
to ścisłe. Ale treść tej wspartej o absolut wiary, tego
ponaddziejowego przekonania jest w istocie swojej historyczna. Absolut Norwida
- to diamentowa podstawa, na której wznosi się jego Jeruzalem: -
życie narodu, pojęte jako niezatracalna całość, jako
żywy i pełny kształt prawdy. I rzeczą pewną, że
istotną jest tu treść, a nie duchowa forma, że formę
tę treść wypracowała z siebie, aby zyskać
bezwzględną odporność, moc niezłomną
bezwzględnego trwania - wbrew naporowi urągających wierze, lub -
rzecz straszniejsza - niewspółwymiernych z nią, ignorujących
ją codziennych zdarzeń. Tu jest paradoksalne, tragiczne zaostrzenie
antagonizmu: tym, co zachowuje w duszy Norwida taką abstrakcyjną,
niezmienną stałość, jest ens realissimum, istnienie
najbardziej konkretne - naród. Żyje on jednak z geometrycznym aksjomatem,
jak z pozażyciową kontemplacją - z obrazem, najsilniej
działającym na nasze życie osobiste, najbardziej
natężającym wszystkie nasze aspiracje czynne. Całe to
wytężenie ku życiu - skamienieć ma, stać się
bazaltową kolumną, - dźwigającą niezmienną, nie
wymagającą już czynu dla umocnienia samej siebie w swym
przeświadczeniu - wiarę. Stężało ono, to całe
|