|
Wells mówi w jednej z ostatnich swoich
książek z prawdziwie zastanawiającym entuzjazmem o
"humorze". Rzadko kiedy jesteśmy w stanie zrozumieć
prawdziwe znaczenie jakiejś myśli lub jakiegoś stanu duszy, gdy
stanowią one cząstkę zasadniczej struktury kulturalnej
jakiegoś obcego nam, a posiadającego wielką
przeszłość poza sobą narodu. Im głębiej tkwi w
organizmie kultury dana myśl lub stanowisko duchowe, tym
niedostępniejsze są one dla cudzoziemca. Psychologia zaznajamiania
się z obcymi kulturami jest w ogóle bardzo ciekawą rzeczą,
widzimy często w obcej kulturze to, czego nam najbardziej brak w naszej
własnej, czujemy jej dobrodziejstwa, nie czujemy ograniczeń.
Przychodzi ona do nas jako świat gotowych już wartości,
świat, w którym psychika nasza może swobodnie wyszukiwać te
tony, których najbardziej potrzeba jej w życiu. Obca kultura jest zawsze
dla nas światem wyzwolenia duchowego, oderwania się od życia i
dlatego ukazuje się ona nam w innym zupełnie świetle niż
nasza własna. Tu nas nie uciska, nie gnębi powolność
dojrzewania, tu jesteśmy w stanie wyczuć wielką
jedność zasadniczą poza najgwałtowniej zwalczającymi
się wzajemnie antagonizmami. Gdy wżyjemy się np.
głębiej w historię zjednoczenia Włoch, ukazuje się nam
głęboka solidarność, jaka łączyła,
bezwiednie dla nich samych, uczestników potężnego tego dramatu.
Cavour, Mazzini, Garibaldi, Gioberti, Ricasoli, Crispi itp. stoją w naszej
myśli obok siebie, dźwigając wspólnie wielki ciężar
narodowego odkupienia. To samo ma miejsce wobec każdej epoki. Ma miejsce
wreszcie wobec całych narodów. Uczymy się pojmować naród jako
wielkie zbiorowe dzieło pokoleń, uczymy się kochać i
rozumieć te wielkie całości. Ulegamy tu często
złudzeniom: przypisujemy znaczenie obiektywnej, rzeczywistej jedności
własnym stanom poznawczym, utożsamiamy własny nasz proces
psychologiczny rozumienia, klasyfikowania z surową i twardą
pracą dziejowego życia, podstawiamy myśli na miejsce
twórczości dziejowej, operujemy złagodzonymi dysonansami i
spotęgowaną harmonią. Pomimo to jednak jest coś istotnego w
tych naszych stanach psychicznych. Sprawiedliwość oddalenia nie całkiem
jest złudzeniem i można powiedzieć, że nasze
doświadczenia w dziedzinie obcych kultur są i powinny być
korygowane przez doświadczenie realnej pracy u siebie i odwrotnie: uczymy
się, gdy wracamy z obcego nam świata dokładniej, lepiej
rozumieć całość własnego naszego gmachu. Tylko u
siebie, tylko przez własne życie nabywa się poczucia realnego
wysiłku, poznaje się rzeczywistość
przezwyciężanej przez ludzką wolę historycznej siły ciążenia;
ale zetknięcie z obcymi kulturami wyrabia w nas zmysł
całości, zdolność ujmowania wielkich dziejowych planów. Gdy
zbywa nam na życiu własnym, plany te wydają się
jakimiś nadprzyrodzonymi potęgami, geniuszami, które rządzą
ludzkim losem; gdy zbywa nam na szerokim widnokręgu, przestajemy
rozumieć własną, nawet dokonywaną przez nas pracę.
Zrozumienie intelektualne wyradza się w powierzchowny, szematyczny
optymizm; otacza nas światem, utkanym z samej myśli, - a więc
nie stawiającym istotnego oporu. Wydaje się nam, że
dość znaleźć plan naszego życia,
połączyć je z nim myślową linią, a przez to samo
potoczy się ono lekko i niezawodnie jak po relsach. Wydawać się
może, że jest to nieuchronne, że istnieć może taki
tylko olimpijski spokój punktu widzenia Syriusza albo ślepe i nieme parcie
jakiegoś dogmatyzmu chwili; albo "morlockizm"* dziejowy
albo bezoporne unoszenie się w abstrakcji.
Gdy zaczynamy rozumieć prawdziwe
znaczenie tego zagadnienia, rozumieć jego głębokość,
odsłania się nam prawdziwe znaczenie "humoru".
Spostrzegamy, że jest to coś więcej niż forma literacka, że
mamy tu do czynienia z pewnym rodzajem głęboko nowoczesnej religii
narodowej, że jest to stan duszy, pozwalający bez kłamstwa,
zacieśnienia i obłudy brać świadomy udział w
stwarzaniu nowoczesnego życia, stan duszy, potęgujący nasze
usposobienie czynne i nie kaleczący jednocześnie w niczym naszej
swobody umysłowej. Kto chce przekonać się, jak skomplikowanymi i
głębokimi są prawa, rządzące przekształceniami
wzruszeń ludzkich, niech zapozna się z historią i strukturą
moralną humoru. Studium takie stanowiłoby zarazem wstęp do
głębokiego zapoznania się z wewnętrzną duszą
literatury i kultury angielskiej. Biblia i głębsze od niej
pokłady psychiczne religii północy, Shakespeare i purytanizm, Swift i
Milton, walka o panowanie nad morzem i głębokie poczucie rodzinnego
życia, nowoczesny przemysł i tęgi opór tradycji
feodalno-rodowej: - wszystko to tkwi w tym zdumiewającym stanie duszy,
którego głębokość odsłania się nam nagle i
niespodziewanie, i wtedy staje się dla nas jasnym wiele z tego, co
przedtem zastanawiało nas w literaturze angielskiej jak zagadka. Gdy na
przykład roztwierają się niespodziewanie między wierszami
powieści Dickensa perspektywy w nieskończoność, gdy poprzez
płacz i śmiech jego postaci, poprzez ich powszednie banalne rozmowy i
gesty dojdzie do nas nagle jakby błysk miecza archanioła z
Miltonowskiej epopei, jakby tchnienie tęsknoty wiecznego upadku i
wygnania, to nie jest to czysto zewnętrznie wpleciona w przęsło
powieści reminiscencja, lecz odsłania się ten sam
głęboki religijny szacunek dla życia ludzkiego, dla
bezwzględnie zindywidualizowanych duchowych procesów, jaki cechuje dumny
arystokratyczny artyzm zmarłego niedawno mistrza Jerzego Mereditha.
Widzicie wszystkie dziwactwa tych Dickensowskich postaci, ich gesty
zewnętrzne, ich całą tak bardzo dzisiejszą
ograniczoność, znacie postacie ich dusz, ich ukształtowanie;
wiecie, jak wzrastały one i rozumiecie dobrze, że żadna z nich
nie jest jakimś ostatnim słowem ludzkiej natury, żadna nie jest
specjalnie ad hoc stworzonym, uroczystym, metafizycznym reprezentantem gatunku.
Przeciwnie, każda z nich jest uwarunkowana i ograniczona w pewien
najzupełniej specjalny sposób, tak znamy wszystkie brodawki na jej twarzy,
wszystkie garby i narośle jej duszy, wszystkie śmiesznostki jej kostiumu,
jej codziennego zachowania się, że jej losy wydają się nam
czymś zewnętrznym względem nas samych. To jest historia co
najwyżej człowieka, zbierającego stare akty sądowe, lub
człowieka, uwięzionego za długi i tu idzie tylko o jakiegoś
antykwariusza, tam znowu o człowieka, który, gdy jest wzruszony,
wyciąga chustkę od nosa, jakiej nikt już oprócz niego nie
używa. Zawsze więc idzie o jakąś bardzo powszednią
realność, i tylko o nią, o jakiś całkowicie względny,
bardzo przypadkowy szczegół konkretny. A przecież, gdy ginie taka śmieszna
przypadkowa jednostka o wiecznie rozwiązujących się
sznurowadłach od trzewika, jest to zawsze ujawnieniem potężnego
dramatu pomiędzy tym wszystkim, co zawiera się w kształt,
mający znaczenie dla człowieka, a wiecznie bezkształtnym, lub po
swojemu kształtującym morzem żywiołu, o którym nie wie
nikt, co robi ono z naszych umarłych. To właśnie codzienne,
powszednie, zawsze uwarunkowane, ograniczone nasze życie jest
rozrachunkiem raz na zawsze dokonywanym pomiędzy tym, co ukazuje się
nam jako czas - zakres naszej władzy - a czasem, jaki jest poza nami, poza
człowiekiem. To nasze zawsze tak nie uroczyste w momencie
przeżywania, jak gdyby nie gotowe, nie dojrzałe życie - oto jest
nasza prawda wobec tego, co jest poza nami. Tym właśnie
jesteśmy. Każda nasza chwila ryje się w życiu gatunku; tak
jakeśmy ją przeżyli, przeżyła ją
ludzkość w nas, w naszym wnętrzu. Nie ma bowiem organu prócz nas
samych i nie ma przedziału pomiędzy tym, co przeżywamy prywatnie
dla samych siebie, a tym, co przeżywamy dla ludzkości. To życie,
które przez nas przypływa, przez nas tylko ukształtowane być
może; tym już razem na zawsze będzie, czym je my uczynimy.
Religijne znaczenie życia ludzkości kojarzy się dziś w
naszych wyobrażeniach z jakimiś osobliwymi, "operowymi"
momentami. Złudzenie! Każda chwila przeżyta przez nas, jest
już przeżyta raz na zawsze tak a nie inaczej, zużytkowana,
ustalona wobec tego, co jest poza człowiekiem, wobec sumującego w
sobie wszystko, tak jak było, nie mogącego kłamać,
życia gatunku. Każda nasza chwila jest przeciwstawieniem się
głębinie. Nie odstraszy się losu staromodnym krawatem,
chustą w kraty, tabaczkowym frakiem: to właśnie, co jest w nas
samych, to nie gotowe, nie dojrzałe, nie przystrojone jeszcze w szemat
uszlachetniający lub poniżający - to jesteśmy my. Mylimy
się, sądząc, że możemy sobie żyć na co
dzień w ukryciu przed losem, zbywając go zastrzeżeniem, że
to nie wchodzi w rachunek, a od czasu do czasu tylko wstępować na estradę
i przeżyć na benefis absolutu jakiś bezwzględnie
interesujący, popisowy kawałek. Niestety, "absolut" jest o
wiele bliższym nas: - tu się właśnie mieści w naszym
własnym, tak powszednim zazwyczaj i mało oryginalnym ciele; tu jest
on i nieustannie chwilę za chwilą czynimy w nim coś istotnie
bezwzględnie - raz na zawsze. Postacie Dickensowskich powieści nie
są mniej rzeczywiste, niż ci żydzi, do których zwracali się
autorowie ksiąg "proroków" - nie dalsi są oni, ani
bliżsi tworzącej piersi Bożej.
Wszędzie i zawsze, każde drgnienie
naszego osobistego życia wnika w samą istotę ludzkiego
tworzenia; uwiecznia się w nim każda chwila i tu jest jej sąd
ostateczny; jest bezwzględnie, jest, jakąśmy ją uczynili,
taką już pozostanie i nie uczyni się już jej
niebyłą. Prawda, bezwzględna prawda ludzkiego istnienia nie jest
związana bynajmniej wyłącznie z jakimiś
"historycznymi" czy też "metafizycznymi" chwilami:
takie, jakim jest, jest całe życie bezwzględnie. Absolutnym
znaczeniem człowieka jest suma tego, co przeżył on: to jedno i
to już nieuchronnie. Niepodobna uczynić nieprzeżytym, co przeżytym
zostało. Niepodobna żyć, przeskakując chwilę: czas
cały, jak jest, tętni naszą odpowiedzialnością.
Żaden wzgardliwy sąd o tym, co stanowi naszą codzienną
rzeczywistość, nie wykreśli jej ze spiżowej prawdy czasu,
który nie wraca, w którym każda chwila jest tylko raz - tak już
niezmienna i groźna - jak tercyna Dantego. Nic nie wstrzyma czasu:
nieustannie przeżywamy coś, co już tak a nie inaczej potem
istnieć będzie, jako niezmienny moment zbiorowej walki ludzkiego
gatunku. To, co ukazuje się nam jako puste widmo czasu, jest
właściwie samą tą walką, nieustannym
wytężeniem i jeżeli prawdą jest, że życie ludzkie
jest sprawą nieskończenie ważną dla człowieka,
każda chwila taka, określona właśnie, jak przez nas
przeżytą została, posiada w sobie istotny majestat religijnego
aktu**. - Człowiek - kapłan bezwiedny, pisał Norwid.
"Jeżeli to, co się rozkłada trwa - pisał Bergson -
jest to możliwe jedynie dzięki solidarności z tym, co się
nieustannie tworzy". Pusty, bierny czas trwa jedynie przez związek swój
z wysiłkiem. Teoria wartości Marksa może ponieść
klęskę w dyskusji czysto ekonomicznej, zawiera jednak w sobie
głęboką i genialną intuicję metafizyczną:
krytykę druzgocącą drogiego fejletonistom Artura
Schopenhauera***. W tym zrozumieniu, że czas jest formą
naszego stosunku do powszechnego życia, że jest ono w nas tak, jak
on, wszechobecne, widzieć należy punkt wyjścia wszystkich
płodnych intuicji i roztrząsań filozoficznych. Czas nie jest
pozorem, jest formą, w jakiej ukazuje się nam zbiorowa ludzka swoboda
wobec tego, co człowiekiem nie jest. Może to, com powiedział,
zdołało już dać pewne wyobrażenie o tym, jak dalece
miałem słuszność, nazywając "humor"
głęboko religijnym w nowoczesnym znaczeniu stanem duszy. Fryderykowi
Schleglowi przewijała się po głowie ta myśl w okresie jego
rozrzutnej, półboskiej młodości, w tej przedziwnej epoce, gdy
Jena ciężarna była jakimś potężnym mitem, który
wchłonął w siebie intuicję Goethego, Schellinga, etyczny
patos Fichtego, Arystofanesowską bezczelność, słodycz bez
kresu Novalisa. Doświadcza się dziwnych wzruszeń,
przerzucając karty wydanych przez Minora młodzieńczych pism
Schlegla. Coś potężnego i upajającego przedziera się
poprzez słowa, dyszą one jakąś nierozczłonkowaną,
usiłującą ująć, poznać samą siebie wiedzą,
rozumie się cały tragizm słów Newmana, że życie
ludzkie bywa nieraz zbyt krótkim dla zrealizowania w słowie i pojęciu
zasadniczej, nieustannie obecnej i odczuwanej jako obecna - prawdy. Tu bardziej
niż kiedykolwiek czuje się, iż duszą filozofii jest wierność
samemu sobie, jest tworzenie organów trzepocącej się na dnie duszy,
ożywiającej nas swym ciepłem wizji umysłowej. Tu tkwi ona w
nieskończonych możliwościach, ukrytych w tym zasadniczym stopieniu
w jedno indywidualności z powszechnością.
Znaczenie życia naszego jest w nim
samym, takim właśnie, jakim jest, a nie zaś takim, jakim je
mieć byśmy chcieli. Nieskończenie łatwo ulegamy
złudzeniu, iż bezwartościowe jest nierzeczywiste. Sądzimy,
że prawdziwe znaczenie naszego życia zawarte jest w tym etycznym,
filozoficznym, estetycznym itp. sądzie, jaki wydajemy o samych sobie. Na
miejsce rzeczywistości własnej, rzeczywistości konkretnego
życiowego procesu, który dokonywa się w nas i w którym bierzemy
udział, przedstawiamy szereg logicznych, estetycznych tytułowi wydaje
się nam, że gdy zdołamy, we własnych choćby tylko
oczach, ustalić pewien stosunek między nami a tymi definicjami i
rubrykami, sens naszego życia został już przez to samo
określony. Sens życia naszego to nie to, co my myślimy o sobie -
nie nasz stosunek do zamkniętych w sobie, wystarczających samym
sobie, estetycznych, logicznych itp. określeń i systemów - lecz nasz
nieustanny, ciągły, konkretny udział w życiu takich samych
niedokończonych, stających się, a właściwie
tworzących siebie istot. Względność nasza jest naszym
absolutem. Gdy nadajemy swemu życiu jakieś bezwzględne,
nieskończenie słuszne znaczenie, wymykamy się samym sobie i
przesłaniamy przed samymi sobą prawdę naszą obrzędem.
Humor jest stanem duszy religijnym, a niweczącym
obrzędowość: jest wyzwoleniem życia od wewnętrznego
popa, przed którym można się wykłamać. Jest on wielką
szkołą, uczącą nas poprzestawać na naszej
"względności", i przyjmować za nią
całkowitą, bezwzględną odpowiedzialność,
przeżywać samych siebie tu - w piersi własnej - a nie w
jakimś historiozoficznym, metafizycznym, czy estetycznym niebie. Gdy burza
pochwyci na morzu wątły statek, niczym wydaje się męstwo
serc i siła mięśni wobec żywiołu: niczym, czymś
bezwzględnie znikomym, bezwzględnie nie wystarczającym jako
przeciwwaga huczącego orkanu. Gdyby jednak majtkowie i wioślarze
sądzili, że ocaleniem ich może stać się tylko coś
bezwzględnie tu wystarczającego, przekonaliby się, że ocean
nie liczy się z logicznymi doskonałościami. Tacy, jakimi są
oni - są oni tu bezwzględnie, są absolutni wobec naporu fal i
szumu wichru. Nigdy nie gotowy, zawsze niedojrzały, stający się,
rwący się, poczynający człowiek jest swą
bezwzględną osłoną wobec bezmiaru i żyje tylko tym,
że swoją względność śmiało i
bezwzględnie przeciwstawia nacierającemu chaosowi. Poza
własną swą piersią, własną swą istotą
nie znajdzie żadnej rzeczywistości, jeżeli tą pierwszą
i zasadniczą wzgardzi. Nie zniknie ona przez to, że nie będzie
on jej widział; nie, godzinę za godziną, chwilę po chwili
będzie nim to właśnie, co sam on w sobie zlekceważył i
jako rzecz lekka zaważy on na nieprzebaczających szalach.
Myśleć, czuć swoją
względnością, nie przeinaczać jej, nie kłamać
sobie, przezwyciężyć nałóg myślenia o sobie w
kategoriach zamkniętych - oto szkoła humoru. Gdyby człowiek
mógł sobie wystarczać, nie byłoby już życia.
Życie, to jest właśnie to śmiałe i nieustraszone,
uporczywe zmaganie się wszystkich nie wystarczających, tak lub
inaczej ograniczonych, nie monumentalnych istot ludzkich groźnemu,
pozaludzkiemu światu. Nie tam, gdzie mię już nie może
dosięgnąć śmiech, ale tu, gdzie otacza on mię jak
żywioł i atmosfera - żyję i jestem. Biada człowiekowi,
który nie czuje się nigdy już śmiesznym. Jest już więc
doskonały, ma bezwzględną słuszność,
przestał żyć, nie chce już stać się niczym innym.
(Kto nie jest w stanie dźwignąć się na skrzydłach
własnego śmiechu, ten przerzucany jest jak martwy ciężar
przez śmiech cudzy. Gdy czujemy się pełnymi majestatu w sobie,
zawsze nasuwa się obawa, że coś poza nami uprawia z nami
jakąś całkiem cyniczną grę w piłkę.
Podrzucany na prześcieradłach Sanszo-Panszo myślał zrazu,
że to zaczyna się jego wniebowstąpienie). Dotąd tylko
żyjemy, póki jesteśmy materią, obiektem - możliwego
śmiechu. Śmiech nie zaprzecza, nie zabija; samego siebie można
ująć jedynie poprzez śmiech: męstwo nasze jest w nim.
Śmiano się nie na jednym z niezdobytych bastionów. Cienie i upiory
tylko nie znają śmiechu. Tacy, jakimi jesteśmy, czujący,
że każdej chwili stracić możemy wszelkie prawo do
istnienia, śmiechu godni, w tym śmiechu broniący samych siebie,
jedynej naszej rzeczywistości, która właśnie dlatego, że
sama z siebie się natrząsa, ginąć nie chce, chce
ginąć jak najpóźniej, ustępując sile, nie
słabości własnej - stoimy wobec żywiołu, zmagamy
się z nim. Nie broni nas żaden majestat, tylko własne
męstwo, własna siła. Kto, by być mężnym,
potrzebuje uroczystego ku sobie spojrzenia, samouwielbienia,
monumentalności, ten już podziwem swym zakreślił swoje
granice, a te są zawsze wobec nieskończoności, uderzającej
na nas, niedorzecznie śmieszne. Życie nie potrzebuje i nie znosi
słuszności, stwarza ją, więc jej nie ma: chce trwać i
walczyć, jako uporczywa, nie cofająca się przed niczym -
niedorzeczność. Nasze ja to nie jest wzór absolutny, ale także
nie jest rzecz absolutnie lekceważenia godna. Jest pełne
ograniczeń, ale jest dla nas jedynym dostępem do wszelkich
możliwości: szczelnie określoną, fantastycznie
powyrzynaną furtką w nieskończoność. Takie, jakim jest
- jest naszą jedyną prawdą, jedyną
rzeczywistością wobec wszechświata. Śmieszną
rzeczywistością. O tak - ale złudą i pozorem, bierną
materią bynajmniej. Takim, jakim jestem - jestem, ale to moje ograniczone
ja jest całym moim bytem; więc biada, gdy ktoś usiłuje je
traktować jak nierzeczywistość: tu w tym niedoskonałym
konkrecie przebywam cały: nie ma mnie poza nim. Śmieszny i
ograniczony - ale samym śmiechem zwiastujący swą
prężność - kształt siły. Habeas corpus! Nie
wstydź się mieć ciało. Nie na chmurach przebywamy, nie na
łonie absolutu - ale tu właśnie jako ta zdumiewająca
cielesno-psychiczna rzeczywistość. Nie swoboda więc, jako
absolutnie wyzwolone od walki samowolne tworzenie, ale siła; siła,
ograniczona, lecz rzeczywista, raz jeden tylko istniejąca. Nie widmo - nie
wzór z tablicy praw, lecz coś, co na niezupełności swej, na
ograniczeniu polegać, opierać się musi, musi umieć
przeciwstawiać się i zwyciężać. Gardzi
człowiekiem, kto nie umie go czcić poprzez śmiech. Tylko
kłamstwo, złudzenie, pozór - są zawsze poważne. Dusza
dostojna: to uduchowienie wroga swobody i piękna "ducha
ciężkości" (Geist der Schwere). Młoda Polska nie
kochała śmiechu.
Nowaczyński go miał i
przeląkł się go: nie życia tylko, nie następstw swej
satyrycznej działalności, ale także i siebie samego. Młoda
Polska nie chciała mieć śmiechu, bo nie miała sama w siebie
wiary. Starała się zawsze siebie nie widzieć. Alibi szukała
w sztuce, metafizyce, pisaniu. Nie miano tu odwagi przeciwstawić samych
siebie twardemu światu i tworzono dwa kłamstwa, pozornie sprzeczne,
właściwie wspierające się wzajemnie. Jedno uroczyste:
indywidualność niezdolna do walki, - a więc nietykalna,
absolutnie nieruchoma; nie człowiek - przenigdy, ale wizja absolutu,
czysty duch, jaźń na pustyni etc.; drugie lisio
uśmiechnięte, pobłażliwe, wytwornie ironiczne: to czym
się jest - miły Boże - to tylko empiria, coś co
właściwie nie istnieje, - tylko życie. Rzecz ciekawa, ta sama
rzeczywistość czuła się lekceważenia, co najwyżej
pobłażania godną - i właśnie dlatego musiała
być uznana za absolut, wyniesiona poza świat. Habeas corpus! Tu przede
wszystkim nie chciano mieć ciała. Żyć myślą tu,
gdzie się cieleśnie żyje, - a więc z konieczności
działa: co znowu?! W zaświaty! W zaświaty! Młoda Polska -
jakże niekłamanie śmieszne zjawisko na tle nieustannie
potężniejącej Europy. To ciągłe paplanie o smutkach
dusz, rozpaczach, te kokietujące demonizmy... to wszystko jest
śmiechu godne. Tak jest. Ta oto gromadka miała tworzyć
wiarę narodu, chciała ją tworzyć gdzieś tam w
chmurach, tam, gdzie bezsilne ja grzmiało jak
nieskończoność, a słaby człowiek bił czołem
w proch i spisywał jako objawienie to, w co nie zdołałby
uwierzyć sam, gdyby miał słowa własne ugruntować przed
sobą... To nie ja piszę - lecz coś pisze we mnie, to jest przeważające
tutaj stanowisko. Gromadka kilkudziesięciu ludzi tworzyć miała
silę dziejową, wiarę narodową, własną
zbrojną i zwycięską narodową duszę. To miała
być prawda, czy też tylko uroczysty nastrój? Śmieszna prawda! -
bez nauki, bez środków materialnych, wobec ciemięstwa obcych,
obłudy i obojętności swoich. A przecież. Każda
siła, gdy się poczyna, jest niczym wobec świata, w który ma
się wszczepić. Byleby tylko chciała być sama wobec siebie
rzeczywistością. Trzeba mieć odwagę przyjąć
własną, poczynającą się ze śmiechu godną
rzeczywistość. Śmiesznym i bezsilnym był Luter, majestatycznym
usiłował być Leon X, usiłował on zniweczyć swego
przeciwnika poczuciem popełnianego przezeń nietaktu. Każdy
początek dziejowy jest zawsze brutalnym pogwałceniem smaku,
żadna z ustalonych form nie może poznać się w tym, co jest
zaczynaniem. Trzeba mieć odwagę "złego smaku",
"nietaktowności", "śmiesznego" zerwania ze
światem, który jak przedziwnie zdaje się sobie wystarczać - w
takich właśnie chwilach. Wszystko, co się poczyna, jest poza
prawem, poza prawdą, poza pięknem, majestatem; to wszystko przyjdzie,
kiedy dojrzeje, do starości chylić się zacznie dzieło.
Gdybyż w Polsce przestali mówić pomazańcy, ludzie majestatyczni,
senni, dostojni, ociężali: gdyby pojawiło się
prężliwe, młode, nie lękające się
śmieszności, umiejące się śmiać życie.
Groźną rzeczą i pełną zapowiedzi jest śmiech -
oznaką rzeczywistości. Czy nie widzisz, że śmieję
się? - znaczy to: mocno tkwię w swojej skórze, znam wszystkie swe
braki i nie przeszkadzają mi się one poruszać, szpetota moja nie
znika - ale przestaje być argumentem przeciwko życiu, które pomimo
wszystko w niej i z niej śmiać się umie. Śmieje się;
więc biada temu, kto mnie tknie: tu właśnie przebywam w tym
organicznym bycie, zrosłem się z nim, jestem nim; śmiech jest
duchowym synonimem prężności. Nie śmieją się
dziś, nie umieją się śmiać w Europie. Nie ma
śmiechu we Francji ani w Niemczech, które hodują w sobie par force
manię wielkości. Jest tak, jak gdyby się nic już nie
miało zacząć. Jak gdyby było już wyreżyserowane
przez wielką firmę dziejowych "pompes funebres". Nie
śmieje się klasa robotnicza: nie dają jej poznać
całego, młodego zuchwalstwa jej sprawy. Nie dlatego się
zwycięża, że się jest doskonałym.
Doskonałość niczego nie pragnie. Zwyciężają ci,
co najwięcej mają odwagi dla siebie i od siebie żądać.
Klasa robotnicza nie zdobędzie się na swoją poezję, póki
czynić ją będą wykonawczynią jakiejś teologii.
Pomazańcy pańscy nie śmieją się nigdy, są oni
sztywni i uroczyści jak marionetki. W wielkim Engelsowskim teatrze jest
proletariat zwyciężającą marionetką, wysuwaną na
pierwszy plan przez mechanizm praw niezależnych od niczyjej woli. Tu jest
miejsce tylko na spinozystyczny śmieszek ironii, lub na jakieś
bezwzględne przerażenie, które wyzwala się w śmiechu, tak
dobrze znanym Dostojewskiemu. Wielki ruch dziejowy nie może
poprzestać jako na zasadniczym swym objawie na groźnym miarowym
rytmie walącego nieprzepartą masą tłumu. Wiara w
konieczność zwycięstwa wyjaławia: wierzyć trzeba w
siebie - a nawet nie zdawać sobie sprawy z tej wiary, nie czuć jej
jako czegoś odrębnego. Jest to niebezpieczny symptomat, gdy ktoś
usiłuje wszystko udowodnić, mieć słuszność.
Słuszność dowiedziona - to zawsze apel do gotowej, już
istniejącej, usystematyzowanej treści. To co ma być stworzone,
dowiedzione być nie może: zrywa bowiem zamknięte koło
tożsamości. Argumentem twórczości jest sama twórczość
i nic prócz niej samej. Humor jest postawą duchową,
pozwalającą nam myśleć o samych sobie nie w kategoriach
słuszności, lecz tworzącego się życia. Jest on nie
wykluczającą tworzenia, rodzenia rzeczy nowych postacią
koordynowania wysiłków. Wyprowadza on nas poza szranki podmiotowości
- a jednocześnie nie zamraża w żadnym gotowym, wykrystalizowanym
już przedmiocie. Życie nie staje się tu logicznym czy estetycznym
lub etycznym planem. Humor przełamuje platonizm wartości a zachowuje
jej moc zespalającą, zespala on sam wysiłek jako taki, nie
zaś jakiś przepisany rezultat. Czymkolwiek bądź jesteś
i będziesz wobec życia - stanowi to twoją jedyną
siłę. Carlyle pisze Sartora resartusa, niemal autoparodię. Nietzsche
- Zaratustrę - dytyramb. Carlyle nie |