|
Czy
wyobrażacie sobie pieśń o Ilionie, śpiewaną przez
wywiezionych w niewolę rapsodów trojańskich? Jakim
przeobrażeniom uległby ten świat, gdyby każda postać,
zanim jeszcze powstać miała ze słów pieśni, skazana
była na nieuchronną, nikogo nie szczędzącą zgubę,
gdyby wyobraźnia nie mogła powołać do życia
żadnej drogiej sercu postaci, żadnego wydarzenia, żadnego
kształtu życia objąć rozkochanym wzrokiem, aby jej nie
przeszyła nieskruszona pamięć przenikliwym czuciem, iż zaginęło
to wszystko na wieki, że szczęście, sława, duma,
wielkość tu w pieśni trwają jeszcze, ale przepadły
już w świecie twardych faktów? Im serdeczniej, pełniej
chciałoby się żyć, im różnostronniej i
potężniej pragnęłoby się kochać, tym dotkliwiej
czułoby się ból wieczystej utraty. Mało istnieje w nowoczesnej
sztuce artystów o tak subtelnej, zróżniczkowanej i głębokiej
miłości życia, jak ta, którą tętni każda stronica
pism Żeromskiego. w nieskończenie zmiennych, przelotnych,
krótkotrwałych i niepowracających drgnieniach chwyta on
pulsujący nieustannie zachwyt życia: świat przyrody i świat
psychiczny stał się tu jedną nieogarnioną wibracją
wzruszeniową. Cud życia jest obecny tu wszędzie, nawet poza
martwotą zatraconych, dążących w zagładę już
tylko chwil podeptania i nędzy. Dusza tu wnika we wszystko, wrasta w
każdy szczegół: cały świat kształtów i cały
świat myśli istnieje tu jako forma wielkiego, obejmującego
wszystko wzruszenia życia. Życie samo stało się tu czuciem,
serce nie może znieść ostrego natężenia ekstazy.
Upojenie jest tu wszędzie: ostry, bezrozumny szał życia,
najgłębszy, obejmujący wszystkie gamy zachwyt, przywiązanie
do samego siebie. Życie tworzy, wyłania wszystko. Z niego jest
cały świat rzeczy, myśli, woli, tu wchłania ono na nowo,
reabsorbuje cały ten wyłoniony świat: - staje się
wzruszeniem. Z każdego elementarnego czucia rodzi się tu, wytrysku j
e, cała ta wzruszeniowa pełnia i wszędzie też czai się
ból, że to właśnie, cała ta swoboda, niedorzecznie
wystarczająca sobie głębia, ten czar muzyczny życia
zostały utracone; że śnią się one tylko jak
baśń wspomnień, która po nocach wygnańców budzi. W
każdej chwili dusza jest tu rozdarta przez ból rozłąki, utraty,
zanim samą tę chwilę powita. Od dawna już zwracam
uwagę na tę właściwość indywidualności
artystycznej Żeromskiego; wydaje mi się jednak, iż zbyt
słabo dotąd uwydatniłem głębsze duchowe procesy,
których wynikiem jest ten indywidualny sposób ujmowania świata i że
sens procesów tych na tym właśnie polega: pieśń Ilionu
śpiewa tu niewolnik. Głęboko i namiętnie kocha życie.
poeta, który nadaremnie w sobie i naokoło siebie szuka punktów widzenia,
myśli, czuć, nie wysnutych z wiodącego ku śmierci i zgubie
watka. Życie stało się tu organem zguby, jej mową, i
nadaremnie Żeromski usiłuje pogodzić miłość
życia z wiarą w jego wartość, namiętne roztopienie w
nim z twardą, prześwietloną wolą, która życia chce, bo
nim rządzi. Mimowoli nasuwa się tu niejednokrotnie jako patetyczny
komentarz demoniczna Hebblowska Judyta: to straszne skłębienie
sromoty, entuzjazmu, woli, instynktu i wykrętu. Zachodzą, jak
się zdaje, bardzo głębokie, a często umyślne
nieporozumienia co do pojmowania społeczno-psychicznej struktury twórczego
świata poety, świata, który dzisiaj po Dziejach grzechu
odsłonięty został przez Żeromskiego, do
najgłębszych chyba pokładów. Zatrzymano się na pierwszej
powierzchni ostatniej powieści Żeromskiego, ujrzano w niej
społeczną tragedię zarysowaną w samej fabule; nie zdano
sobie sprawy z czegoś innego, co wydaje mi się najważniejszym.
Nie znalazł poeta w całym zakresie czucia i myślenia, w
całym zakresie życia naszego, jakie zna, ani jednego momentu, ani
jednego drgnienia, które nie wiodłyby w zatracenie, które by nie były
napiętnowane rozszczepieniem pomiędzy wolą, "która
chce" i wolą, która "jest chciana", że
posłużę się tu formułą czcigodnego Blondela.
Życie trwa jako upajająca się sobą
namiętność, jako nieprzezwyciężony nałóg, trwa i
toczy się niepowstrzymane, choć ochronione przez wolę.
Żyjemy, spychając siebie i innych w nicość. Każdy akt
życia jest grzechem; nie ma na czym oprzeć pewności, że
człowiek powinien żyć, że utrzymuje go przy życiu
coś prócz ślepej żądzy, upokarzającego odurzenia -
samym sobą. Ośmielono się mówić o sadyzmie
Żeromskiego, dopatrywano się go w pewnych pojedynczych opisach i
scenach: nie zrozumiano, że tam gdzie życie nic prócz hańby i
zguby gotować się nie zdaje, sama miłość życia w
najniewinniejszych nawet swych objawach zawiera w sobie jadowity pierwiastek
szczęścia wiodącego w upodlenie, namiętności stopionej
w jedno z sromotą, tej siły bezwstydu, o której mówi Karamazow.
"Jeżeli kto jest choć trochę moralnym szlachcicem" -
mówi Żeromski w Dziejach grzechu i brzmi to jak wyzwanie.
Jeżeli na niczym nie można oprzeć prawa do życia,
jeżeli nikt nie może powiedzieć, że stwarza życie, za
jakie chciałby przyjąć odpowiedzialność, - nikt -
oprócz Płaza-Spławskiego oczywiście - to czym trzyma się
życie, jaką siłą? - Ewa pozostaje do końca
niewinną - mówi mi. Boże miły! Cóż jest w tym, że
człowiek kocha życie, sam fakt życia w jego nieskończenie
pierzchliwych momentach, czy nie ma pewnej świętości w
takiej miłości samego życia, czy nie jest to pierwiastkiem
niezbędnym wszelkiej świętości umieć zachować w
duszy taki zakątek, z którego rozlewa się dziecinna, słodka
miłość życia? I oto to najnaiwniejsze, najpierwotniejsze
uczucie staje się zawiązkiem hańby i grzechu. Widzimy, jak
nieuchronnie ze wszystkiego wyrasta grzech, zguba, hańba i
zaprzepaszczenie: wszystkimi swymi drogami ku nim zmierza życie. To osobiste,
to własne, to tylko nasze, trzepocące się na dnie piersi jak
ptak życie okazuje się jakąś zbiorową
własnością. Przeżywając tylko siebie, nic nie
robiąc, jak tylko żyjąc, tworzy się groźny, brzemienny
w nieszczęście, grzebiący sławę pokoleń - los
zbiorowy. I klęska, straszliwa klęska wyrasta ze wszystkiego, i
widzimy, że nie tylko niezawiniona krzywda, lecz i nasza wina budują
ten gmach naszego życia, nad którym ciążą jak
przekleństwo słowa: dzieje grzechu. Dzieje grzechu - wszystko,
co myślicie, czujecie, czynicie - całe wasze bieżące
życie - wasz epos dzisiejszy. Ci, co mówili o sadyzmie, nie zastanawiali
się nad tym, jakie zagadnienie poruszali, (nie poruszali zresztą
żadnych zagadnień: - szczuli). Nie dostrzegali, że w tym głębokim
wyczuciu bezmiernej odpowiedzialności za każdy moment życia,
zlewającym w jedno z ekstatycznym ukochaniem życia pasyjne
oddanie się mu, tkwi nie tylko tajemnica tego cudownego zjawiska, jakim
jest styl artystyczny Żeromskiego, ale także jeden z najbardziej
charakterystycznych i zasadniczych rysów nowoczesnej świadomości
moralnej w ogóle. Nie może ona oczekiwać, nie oczekuje zbawienia
znikąd - z siebie musi je wydobyć. I nie to już mamy na
myśli, że nie spodziewamy się żadnej pozaludzkiej "nadprzyrodzonej"
pomocy, lecz rzecz o wiele bardziej nowoczesną, choć mniej na
zewnątrz efektowną - głębszą. Zmienił
się sam wewnętrzny stosunek między różnymi dziedzinami
psychicznego życia. Życie zmysłowe, wzruszeniowe nie jest
już jakąś na wpół tylko ludzką dziedziną, która
ma być kształtowana, regulowana z góry przez postanowienia i zwroty
zachodzące w intelektualnych, abstrakcyjnych zakresach myśli i woli.
Hierarchia wewnętrzna tego typu była odbiciem pewnej hierarchii
społecznej: rozdarcie, rozszczepienie pomiędzy myślą
a pozostałą psychiką odtwarzało tu tylko różniczkowanie
społeczne. Ludzie myślący, kierujący, należący do
warstw w ten lub inny sposób rządzących losami innych wytwarzają
właściwie tylko myśl, która organizuje życie poza nimi.
Jaki stosunek zachodzi pomiędzy ich życiem a tą wytwarzaną
przez nich myślą i wolą - jest prawie obojętne. Są tu
oni właściwie tylko instrumentami, wytwarzającymi rozum i
wolę. Życie przeciwstawiało się i przeciwstawia dotychczas
w ten sposób wszechświatowi, że wypełnia ono swymi czynami i
wysiłkami pewien systemat koniecznych dla istnienia społecznego
zadań. Ważnym jest, że to konieczności poznawane
są jakby poza życiem, że sam proces poznawania jest uznawany za
coś odrębnego od samego konkretnego życia, że
pozostaje on w odległym tylko związku z wzruszeniem, odczuciem,
przeżyciem bezpośrednim. Poznanie i poznawane przez nie
konieczności mogą tu jakby nie być niczyją osobistą
miłością, rodzi się w jakiejś ponaduczuciowej,
pozaosobistej sferze, jako pewien rodzaj automatycznie utrzymującej
się dyscypliny społecznej. Rzeczą niewątpliwą jest,
że związek pomiędzy tą ponadpsychiczną dyscypliną
a życiem psychicznym jednostek nie może być zupełnie
zerwany, ale może on być w wysokim stopniu skomplikowany i trudny do
ujęcia. Pewnym jest tylko, że muszą być siły, zdolne
wytwarzać owe automatyczne formy, siły, zdolne je czynem
wypełniać. Psychika w każdym razie musi być zdolna do
wytworzenia zarówno prawodawczej jak i wykonawczej woli: ostatecznie więc
siły jej tkwią w niej samej. Gdy usiłuje ona
zgłębić rozterkę wewnętrzną, musi ona uświadomić
sobie, że znikąd nie spłynie jej ratunek, jeżeli ona sama
go nie stworzy: rozum, wola, obowiązek muszą być stworzone przez
tę samą psychikę, która czuje w sobie grzech, ciemnotę,
rozpacz. Z całym bólem swym, wyrzutem wewnętrznym pozostaje ona sama
z sobą i w sobie zamknięta, z siebie musi wydobyć zbawienie. Gdy
grzech, beznadzieja zniszczą, wytrawią miłość
życia, nie pomoże już jej nic. Musi ona kochać siebie nawet
na dnie, jeżeli nie ma zaginąć, musi zachować pomimo
wszystko naiwną, nie rozumującą miłość istnienia,
przywiązanie do niego, zdolność radości. Ten świat
zagadnień tkwi tu poza słóweczkiem "sadyzm". Kto swego
życia nie pogłębił aż do tego poziomu, gdzie styka
się ono bezpośrednio z całym tragizmem istnienia, kto żyje
na tle pewnych społecznych form i im się powierza, dla kogo istnieje
jakiś zastany przez psychikę i niezawiniony świat,
świat, który może ona przyjmować z ciekawością,
obrzydzeniem, rozkoszą (wszystko jedno ostatecznie jak, w granicach
niewinnego zastania), ten nigdy nie będzie w stanie zrozumieć
różnicy między takim poetą jak Żeromski a takim -
choćby bardzo utalentowanym - pisarzem jak Reymont.
Znamy
świat, do którego należy Reymont i Sieroszewski; świat
Żeromskiego nie istnieje: istnieje tu dusza ludzka usiłująca
sama siebie wydźwignąć i zbawić lub przynajmniej
modląca się o zbawienie. Istnieje niezmiernie bogata, najbogatsza w
Polsce organizacja uczuciowo-wzruszeniowa, usiłująca w życiu,
jakie wyczuć może, odnaleźć siłę, zdolną
uczynić życie polskie wartością pewną samej siebie.
Świat Żeromskiego jest w tworzeniu tak, jak Polska. Żeromski dla
nas dzisiaj jest czymś więcej niż pisarzem, od którego oczekuje
się książek; żąda się od niego
wyzwalających, wewnętrznych czynów. Na duszy jego zawisł
cały świat dusz: ma on za nie odpowiedzialność. Nie
może być tu mowy o przyjmowaniu za podstawę kontemplacji
przypadkowych ukształtowali. Tak mi się przywidziało - ten
pierwszy paragraf magna charta praw artysty i niewolnika w Polsce tu nie
wystarcza. Żeromski to jest życie nasze własne, łączy
nas z nim konieczność rozwiązania zagadnień, bez których
rozwiązania żyć nie można, których wyrzekając się
- żyć nie wolno. On żyje nie na powierzchni tego lub innego
"danego" świata, lecz w tych głębinach, gdzie przebywa
sama z sobą psychika wszelkie światy dźwigająca. On nie
odtwarza tego, co można dziś zobaczyć. On jest w tej
dziedzinie, gdzie życie nie związane niczym samo w siebie wnika,
zastanawia się, sądzi. Książki jego nie są dla nas
"obrazem" rzeczywistości, - należą do zgoła innej
kategorii.
Jest
wynikiem dziwnego nieporozumienia, że w ogóle o tym potrzeba mówić.
Nie idzie tu bynajmniej o siłę talentu, lecz o
głębokość, o poziom duchowej pracy. Można Reymonta
zestawić z Sieroszewskim albo Sienkiewiczem - są to artyści
bardzo dużej miary. Ale Żeromski z innej jest głębi.
Żeromski i Wyspiański; Żeromski i Przybyszewski, tak! Tu
istnieje duchowa współwymierność: tu ściera się dusza
z wiecznym zagadnieniem człowieka i jego przeznaczeniem. Pisarze pierwszej
grupy na takim oto mniej więcej stoją stanowisku. Istnieje
społeczeństwo, do którego i ja należę; posiada ono pewien
zasób doświadczeń, wzruszeń, form typów życia: trzeba to
wszystko uporządkować, ukazać społecznej myśli, wskazać
perspektywę istnienia. W tej perspektywie mogą zachodzić u
różnych pisarzów bardzo wielkie różnice, ale zasadniczym pozostaje
fakt: w ten lub inny sposób pisarz ufa automatyzmowi życia, albo się
nad nim nie zastanawia (jak Reymont - mimo wszelkich prób
pogłębienia, które wykolejają go tylko stylistycznie) albo
formułuje sobie to zaufanie i na jego podstawie daje obraz wytwarzanego
przez społeczeństwo i poznawanego przez pisarza życia. Sprawa
jednak przedstawia się inaczej, gdy centralnym staje się
właśnie zagadnienie, skąd, z jakich źródeł płynie
samo życie społeczeństwa, jaka moc je wytwarza, czym jest ona,
czy mam ja oto ją w sobie, a jeżeli nie mam jej - to skąd mi
wiara, że jest ona poza mną. Życie samo całego
społeczeństwa polskiego stało się dla Żeromskiego, Wyspiańskiego
- zagadnieniem osobistego ich sumienia. Dlaczego chcesz, aby był ten
wielki zbiorowy fakt: - Polska? - Skąd czerpiesz tę swoją
wolę, na czym opierasz? - Mówi o homeryzmie. Homer miał przed
sobą i w sobie odpowiedzi na te zagadnienia, był
świadomością społeczeństwa, dla którego kształty
życia zlewały się z wartością. U nas dzisiaj ludzie
sądzą, że dość jest upodobać sobie w swoim
przypadkowym wpleceniu w losy społeczeństwa, które walczy i o
ideał i o sam fakt życia, - aby stać się przez to
artystą homeryckiego szczepu. Niewiedza, nieświadomość,
nierozbudzenie nie są siłą. Życie jest irracjonalnym
faktem, nie można go wyrozumować. Ale samo poczucie, że się
stoi mocno wobec świata, na sobie tylko wspartym, że się bierze
osobiście czynny udział w walce człowieka o zwycięstwo, gdy
społeczeństwo jest pierwotnie proste, ma pewne szansę, że
nie zawodzi. W naszym zawikłanym życiu, gdzie wszystko, zdaje
się, jest zdane na los przypadku, gdzie prawo jest nieobecne, samo
zaufanie nie wystarcza. Tu nie ma miejsca
na Homera.
Homera chcecie znaleźć dziś w
Polsce lub w Europie. Tak. od razu na ulicy znaleźć to, co może
być tylko wynikiem odnalezionej wiary społecznej,
społeczeństwa, rozkochanego w swych urządzeniach, obyczajach,
nie rozumiejącego, że mogłoby być innym. Zapewne,
jeżeli istnieje społeczeństwo czyniące zadość takim
wymaganiom - to jest nim nasza dzisiejsza Polska. Tu właśnie mamy
prawo czuć, że rytm ogarniający nasze życie jest rytmem
rosnącej wielkości, tu właśnie samo życie stało
się żywiołem, szczęśliwym dojrzewaniem bohaterstwa i
piękności, - a sława jest rozlana naokoło dusz jak
powietrze. To właśnie odróżnia poetów pierwszorzędnych od
tych, co mają mniej lub więcej talentu, że względem
pierwszych nie może przyjść nawet myśl, że mogliby
być czymś innym. Nie opracowują oni z mniejszym lecz
większym powodzeniem daną treść, lecz są ze
swą treścią twórczą czymś jednym, są w tak
nierozerwalnie ścisłym stosunku z historią współczesną
sobie, że forma ich twórczości jest formą duchowego przesilenia,
że tak oni wznoszą całość z momentów duszy, jak tworzy
się ona w samych dziejach. Bo pamiętać potrzeba, że forma
artystyczna jest w istocie swej zawsze wynikiem społecznego
owartościowania indywidualnych treści, że forma artysty odbija
zawsze stan wartości w narodzie. Głupcem jest, kto
żąda, by Dante pisał jak Homer, aby Ibsen miał do
życia stosunek Shakespeare'a, kto wymaga od Dostojewskiego, aby
zdobył się na Mickiewiczowskie, słoneczne opanowanie dziejowych
demonizmów. Gdzie istnieje przestrzeń między tematem a artystą, treścią
a opracowaniem, tam mamy do czynienia z odtwarzaniem przypadkowych
wartości, a nie z ich świadomym tworzeniem. Można
żądać od Reymonta, aby inaczej napisał Ziemię
obiecaną i Fermenty, czuje się, że mógł je
inaczej napisać i pozostać tym samym Reymontem, czuje się,
że jest w nim wprawdzie coś niezmiennego, ale to niezmienne coś
czy ktoś działają w granicach rozwiązanych już
uprzednio ludzkich problematów; i właśnie dlatego może tu
być mowa o dowolnym, przypadkowym oświetleniu. Nie o artyzm tu
chodzi. Żeromski pisze bardzo nierówno, miewa bardzo słabe stronice,
popełnia olbrzymie błędy, ale jest on zrośnięty, nie z
wykonaniem danej treści, lecz z nią samą. Świat jego
zbudowany jest nie ze spostrzeżeń, lecz z czynów serca i sumienia.
Nikomu nie przyjdzie do głowy, że Żeromski mógłby inaczej
ująć Dzieje grzechu, Bezdomnych, Popioły,
to są rzeczy bezpośrednio wydarte z własnych jego trzewiów.
Mógł on ich nie napisać - a z jakiejś jednej krwawej jego karty
krytyk, jeżeli jest istotnie krytykiem z powołania, wyczyta
duszę tych dziel. Przy pisaniu ich był on sam z tym ognistym
spojrzeniem milczącego świata, o jakim mówił Carlyle, które
czuł na sobie Gogol. Miał sam sobie na coś odpowiedzieć
tak, by mu to wystarczyło w życiu i śmierci. Daleko od Homera -
nieprawdaż? Ale kto nie rozumie, że w nowoczesnych
społeczeństwach walka o jasny i czyniący zadość
żądaniom duszy świat jest właśnie postacią
duchowego bohaterstwa, że niemożliwość eposu jest
jednym z zasadniczych rysów naszej kultury, ten naturalnie i z samego Homera
zrozumiał nieskończenie mało. Homerycki świat jest też
swojego rodzaju objawieniem, pisał Dostojewski. Jest to świat,
którego ewangelia zlała się z plastycznym istnieniem. Charakter eposu
wymaga, aby poeta nie miał duchowych wartości prócz tych, które
znajdują się w konkretnych postawach narodowego życia i aby
wartości tego poety wystarczały istotnie dziejowemu widnokręgowi
odnajdującego się w nim narodu. U Żeromskiego czuje się
obecność w nim samym męki o bohaterski, wartościowy świat.
Czuje się, że szuka on życia, które byłoby odpowiedzią
na całą jego szamocącą się pracę: - po to
żyłem i ginę, by t o było. Kto tego nie czuje, ten
nie umie już obcować z duszą poety poprzez
książkę. To nie są opowieści dla ludzi, którzy
wiedzą, czym jest życie, którzy już przestali tworzyć, dla
których już świat tak lub inaczej umilkł. To są
głębokie wtargnięcia w samo nasze wnętrze, przeistoczenia
go, niebywałe po raz pierwszy stworzone apele duszy, zwiastowania, nakazy.
Można było czytać listy apostoła Pawła tym samym
duchowym okiem, jakim się czytało listy Cycerona, ale nie
czytało się wtedy tego, co napisał Paweł. Można
było czytać pieśni barszczan, o których mówi Mickiewicz, tak
samo, jak się czytało poezje Trembeckiego, Krasickiego, Naruszewicza,
ale nie rozumiało się z nich nic. To samo z Żeromskim: czyta
się go rozbudzoną duszą, albo wcale. Mówi mi ktoś: tacy
pisarze, jak Żeromski, piszą dla pewnych kół, tacy jak Reymont,
dla wszystkich, dla narodu. Złudzenia. Żeromscy piszą dla tych,
co świadomie dźwigają narodowe losy, duszą łamią
się o naród, a więc właśnie dla narodu: inni dla
wszystkich, co żyją na tle stwarzanego przez naród życia, dla
wszystkich przypadkowych istnień, stwarzających liczby w tabelach
statystycznych, ale nie naród. Naród to nie liczba: to duchowa potęga,
która może żyć w piersi jednego człowieka, a wystarczy, aby
nie zginęła, to bezwiedny i milczący związek dusz
nieustannie przeciwstawiających całą swą
przeszłość wszechświatowi, usiłujący ją
wznieść na szczyt. Nie fakt życia - ale tworzenie wartości
czyni członkiem narodu i nie przyjmowanie byle jakiej rzeczywistości,
lecz dźwiganie dziejowej treści do poziomu wystarczającego duszy
i żywiołowi - jest narodowym życiem, myśleniem o narodzie.
Nie uniknie się tragizmu, jeżeli się tylko żyje prawdziwie
głębokim życiem. Sam proces twórczości dźwiga
nieuchronnie ku samotnemu szczytowi, na którym trzeba walczyć o dziejowe
istnienie w sobie..
Mało istnieje poetów o tak klasycznie
przejrzystym typie rozwoju twórczego jak Władysław Orkan. Dlatego
jego twórczość pozwoli mi ukazać, że tu nie idzie o
żadne moje konstrukcje, ale o głębokie konieczności,
utajone w samym naszym dziejowym położeniu. Ocala od nich tylko
niedojrzałość, ale to wątpliwa kwalifikacja na
homerydę. Jeżeli zaś o homeryckości mogłaby być
mowa, to właśnie ex re Orkanowskiej powieści W
Roztokach można by użyć tego wyrazu. A raz jeszcze
powtarzam, że kiedy przeciwstawiam tu tę powieść Reymontowskim
Chłopom - to nie idzie mi o krytykę estetyczną, bo na
tę tu nie mam miejsca, lecz o duchową strukturę. Bardzo
możliwą jest rzeczą, że Reymont rozporządza nieco
bogatszą od Orkana skalą spostrzeżeń, że ma w
pamięci więcej gestów, więcej odcieni barw, zapachów,
załamań głosu etc., że wskutek tego świat jego
jest szczegółowo bogatszy: nie zmienia to jednak istoty rzeczy.
Epickim nazywa się nie stan duszy przypadkowej opisowości, nie sztuczne
ograniczenie się do zakresu przedmiotu, lecz roztopienie całego swego
duchowego życia w danym społecznym świecie, tak, aby jego
ogarniające nas życie chłonęło w sobie całą
naszą istotną a nie ad hoc stylizowaną duszę.
Reymontowski stosunek do polskiej wsi składa się z różnych
pierwiastków. Mamy tu jego empiryczną zdolność zaciekawienia
się samymi zjawiskami niezależnie od ich znaczenia, jego typowo
bezdziejową duszę, która oddala mu tak niepospolite usługi w wyczuwaniu
wszystkich niesformułowanych jeszcze instynktów naszego
przekształcającego się, wytwarzającego nowe, nie
znające przeszłości, zbyt świeże, by miały
myśleć o przyszłości, typy: świat drobnych
karierowiczów, urzędniczków, pośredników z Fermentów, Ziemi
obiecanej. Mamy dalej jego silny zmysłowy stosunek do przyrody
(wystarczy przeczytać jego Burzę, aby poznać jak wielka
jest jego siła). Te cechy zamykają Reymonta w odciętym od
przeszłości i przyszłości postrzeganiu; jego
świadomościowe zachcianki w kierunku pogłębienia - o ile
nie płyną z rzeczywistego, fizjologicznego niemal strachu
przypadkowości własnego przemijania - pochodzą ze
źródeł intelektualnych. W Chłopach Reymont umyślnie
starał się powstrzymywać od tego rodzaju wycieczek i dał
jaskrawy i silny obraz chłopskiego temperamentu, obraz, w którym nieprzemyślenie
rzeczywiste tragizmu i niebezpieczeństwa, jakimi grozi wsi cały
istniejący poza jej obrębem świat, występuje w masce
epickiego obiektywizmu. Chłopi Reymonta byliby epopeą, gdyby
można było już przedstawić samo życie wsi naszej jako
wystarczającą sobie dziejową całość,
całość, która by swoim kształtem już i istnieniem
tłumiła tragizm, była wcieleniem wartości. Tu tragizm
się nie zbudził, i dlatego wieś ta odbija się nie w
zwycięskiej historycznej świadomości, lecz w przypadkowym
spojrzeniu nie znającej swych historycznych podstaw psychiki
aktualnej. W innym zupełnie położeniu znalazł się
wobec swoich Roztok Orkan. Jego artystyczne ja wyrosło w tym
świecie: znalazł go on w sobie samą siłą artystycznej
anamnezy. Dusza jego - to właśnie ten skrawek ziemi z jego
ludźmi: i z tego świata wydobył Orkan formy swej
osobistej myśli. Gdy chce on sobie odpowiedzieć na pytanie, czym jest
śmierć i życie człowieka, cisną mu się tu
zrodzone obrazy. Nie potrzebuje o niczym zapomnieć, aby
wejść w ten świat. Przeciwnie, rozszerza mu się i
pogłębia wraz z duszą własną: jest on w nim jako
własna żywa treść, tak jak świat jakiejś greckiej
osady w duszy starożytnego poety. Rakoczy mógłby w kategoriach tego
świata przeżyć wszystkie walki duszy: rozumie on duchowe
życie ukryte pod kształtami, w które Reymont lęka się
włożyć coś ze świadomości własnej. Dlatego
życie duchowe Reymontowskich chłopów jest stylizowaną na
bezduchowość obserwacją, u Orkana widzimy rodzenie się
duszy w chatach! Czytając go, pojmuje się powstawanie ludowej
poezji, ludowych przysłów; dusze jego postaci są zawsze
głęboko zindywidualizowane i nie ulega on pokusie stylizowania ich na
prostotę. Orkan jest w Roztokach jak całkowity żywy
człowiek między ludźmi: u Reymonta pracuje subtelna technika
pisarska. Psychika Reymonta czuje mus "schłopienia". Orkan nie
czuje żadnego musu, jest swobodny. Wieczyste zagadnienia zła i dobra,
miłości i śmierci wcielają się tu w żywe
kształty; i właśnie dlatego, że świat Orkanowski jest
jego światem, własną jego treścią, nie może on
dla artystycznego efektu wyprzeć się swego
głębokiego bólu grozy, jakie go zdejmują na myśl, co |