|
Walka
wewnętrzna z bezdziejowością, usiłowanie
przezwyciężenia jej w sobie, zrozumienia, na czym polega psychiczna
natura narodowego rozbicia, wypalanie rozżarzonym żelazem z duszy
własnej stygmatów beznarodowego, nieczynnego istnienia, rozpaczliwe
dźwiganie się ku zjednoczeniu duchowemu z potęgą historyczną
narodu - ten straszny samosąd, krwawe zmaganie się stanowią
istotę zasadniczego procesu duchowego poety, z którego wyłaniały
się jego dzieła. Na tym zasadza się wielkość
Wyspiańskiego, że toczył on z bezdziejowością
rozpaczliwą walkę, że dzień po dniu, etap po etapie
pasował się w sobie z psychiką prywatnego człowieka -
niewolnika, że walczył z tą pozahistoryczną psychiką,
która ciąży nad całą twórczością polską, jak
bezwiedne fatum wewnętrzne. Niewola weszła w duszę i
przeżywając samych siebie, ulegając swobodnemu,
żywiołowemu, pędowi psychiki naszej, żyjemy jako
własną naturą - rozkładem dziejowości, straszliwą
siłą ciążenia ku narodowej nicości. "Dumne"
rysy naszych indywidualności rysami są istotnie sklepienia i murów
historycznego gmachu, linią jego przyszłego załamania się.
Mowa nasza wewnętrzna, mowa naszej nieskrępowanej natury, to szmer
rozpadania się i rozluźniania: stajemy się sobą, bo
całość ginie. Praca twórcza Wyspiańskiego to walka z tym
procesem, walka pełna złudzeń, nieobca upadkom, gorączkowa
- i dlatego właśnie taką straszną czcią
przejmująca każdego, kto ją przemyśli. Tu była
rzeź wewnętrzna, tu spiżową stopą deptano lękliwy
liryzm, tu okutą dłonią brano za włosy duszę i gdy wyczuwamy
w pismach poety echo wewnętrznego buntu, szept pokus, które
odwieść go usiłują od twardego dzieła - jest to dla
nas nowa rękojmia rzetelności. Wyspiański nie komponował
walki, lecz istotnie duszę swą przetwarzał, i sama
niezupełność pracy, luki w niej, niespójności - wszystko to
nabiera nowego znaczenia, gdy rozpatrujemy te dzieła z tego punktu
widzenia. Groza bezwiednie, naiwnie przyjmowanego przez nas położenia
zarysowuje się w tej krwią znaczonej, łamanej linii
zwycięstw i osłabień. Co znaczy żyć dziejowe? -
tworzyć dzieje? działać? - dlaczego jest naokoło życie
i ja jestem, a oto tu we mnie, w piersi mojej naród się zatracił?
gdzie, w czym jest? - jak go ująć w sobie, odtworzyć,
wskrzesić przede wszystkim w tym własnym wewnętrznym poczuciu,
że jest on we mnie? - czym jest ten bunt wewnętrzny przed
koniecznością żelaznego okiełznania duszy? - czy nie jest
to bunt jakiegoś wyższego, ponaddziejowego sumienia? - czy warto, czy
godzi się być narodem? - co jest poza granicą historycznych
gmachów, w nieludzkiej dziedzinie meduz Laokonowych wężów? czy nie
lepszym jest wyrzeczenie, niż przelewanie krwi Achillesów i Hektorów na
ofiarę Tersytowemu trwaniu? jak stłumić mowę nocy, gdy
się ją raz zasłyszało, gdy się weszło już
duszą poza okopy historii? jak przymusić opierającą
się w imię świętości duszę? wlec ją w
wirowisko i rzeź? jak zlać się z naiwnym, instynktownie
niewinnym, mającym śmiałość grzechu życiem? gdzie
znaleźć słuszność? Czy jest ona poza życiem? -
czy nie jest to wszystko, całe to zmaganie się wewnętrzne - wędrówką
Odysa, który gdzieś w zaraniu życia
wyrzekł
się czynu i teraz błąka się ponad ludzkim pobojowiskiem jak
hamletyzująca, wszechwiedząca - myśl, która kształtu swego
tylko nie ma, nie może się wcielić, lęka się wcielenia
i czuje, że pomimo wszystko nie żyła? Wydaje się, że
od Meleagra aż do Powrotu mamy do czynienia z jednym tragicznym
dziełem. I tak jest istotnie; najgłębszą
spuścizną Wyspiańskiego jest tragiczny żywot twórcy,
przeświecający przez jego utwory. Poeta może się niekiedy
łudził, sam siebie usiłował zwieść sztuką -
artystycznym interesem odtwarzania. Krytyka Feldmanów i Stenów
usiłowała zwieść naród, który czuł, iż dzieje
się tu coś innego: właściwie od początku do końca
na scenie obecny jest tylko sam Wyspiański. Teatr Wyspiańskiego, to
wewnętrzna walka duszy i gdy się wżyjemy w to zbiorowe
dzieło - wyczuwać będziemy dokładnie, gdzie poeta
usiłował sam siebie uśpić, gdzie łudził się,
że już zdobył spokój, roztopił ból w widzeniu i nagle
nowym, głębszym wzrokiem odkrywał, że to obce, artystyczne
widzenie - to własna męka, która o jeden stopień dojrzała,
za gardło chwyta i żąda, żąda jedynego uspokojenia:
poczucia, że przeżytym zostało coś, co ma w sobie
dziejową pełnię, że narodziło się w duszy
poczucie pozwalające nie zastanawiać się nawet nad tym, jak to
mogłoby być - aby narodu nie było, ale wprost czuć w sobie
uśmiechem, łzą, szumem duchowych kłosów - jestem w
narodzie, żyję w nim i on we mnie; jesteśmy. Tego poczucia
Wyspiański nie zdobył i krytyka, która twierdzi coś przeciwnego,
nie rozumie absolutnie nic, nie chce rozumieć, chce tylko napisać
artykuł, felietonizuje.
Duszą
przylatującą na Dziady, bijącą krwawymi skrzydłami o
sklepienie teatru, szukającą wyzwolenia - wcielenia w żywe
narodowe czucie - był sam Wyspiański. Wy i ja tu jesteśmy -
poeta i słuchacze: przeszłość cała nad nami, nie
kłamiąca, nie przebaczająca obecność w nas, słowo
polskie łka tu między nami i broczy - czy jesteśmy? - czy
czujemy się narodem, wy i ja, czy czujecie wolne, narodowe życie we
mnie? Tłum bił oklaski, wolał: czujemy - dusza poety w krwawym
swym wnętrzu odpowiadała: nie wierzę. Nie mogła
przełamać tej niewiary, skruszyć czaru nieistnienia: i walka
trwała dalej; walka o siebie - o to własne duchowe poczucie - o
odnalezienie w sobie twardych, niezaprzeczalnych narodowych mocy - o taką
stałość, która daje nagle zapomnienie, iż samo pytanie
powstać mogło. Bo w teatrze, w sztuce nie wygrywa się
politycznych bojów; i nie hasłem do powstania było Wyzwolenie, lecz
tym właśnie - zapuszczeniem ołowianki w duchowe
głębiny, wewnętrznym pasowaniem się, rwaniem tęsknoty
ku temu, by było u nas, i w nas przede wszystkim - jak wszędzie, by
było rzeczą zależną od rezultatów walki dziejowej, jakim
będzie życie Polski, ale rzeczą niewątpliwą,
wewnętrznie naoczną jej istnienie. I wiem, że każdy
dziś umie wydawszy policzki mówić, że on właśnie tak
naiwnie w sobie Polskę czuje - ale wiemy także, czym to jest: to
darcie czerwonego sukna na indywidualność sławy i
wielkości. Polska literatura poza Wyspiańskim, to niezrozumienie
samego zadania, z jakim walczył poeta - to głos tej właśnie
rozhistorycznionej duszy, którą on w sobie stłumić, zdeptać
usiłował, to biernie przyjmowana niedojrzałość,
mieniąca się w subiektyzmach, liryczna nicość, muzyka
rozkładu; to sobkostwo duszy pojmowane jako samowiedza narodu, to nieraz
na wpół świadome eksploatowanie stanowiska, na którym zatarła
się różnica między złudzeniem i prawdą, to
Norwidowskie życie bez sprawdzianu. O sprawdzian ten Wyspiański
walczył i nie zdobył go, lecz przeszył duszę bólem jego
braku, strasznym pragnieniem poprawy, skruchą za igranie słowem, za
czad marzeń, pychę abstrakcji, i tym pozostał jego teatr:
wyciąganiem rąk ku odnalezieniu życia w sobie, strasznym
uderzeniem w dzwon, walącym o ziemię przerażeniem, że w
gruzy idą bez świadka dziejowe gmachy, że samo słowo
przestało być organem żywej jedności, a stało się
tumanem wzajemnego mirażu, że my wszyscy nie wiemy, czym
jesteśmy, kto nas pędzi, gdzie jest siła zdolna wstrzymać
wewnętrzne osuwanie się, staczanie się po pochyłości.
Wyspiański tę siłę właśnie usiłował z
siebie wydźwignąć i. gdy miał ją, nagle ginęła
mu ona, ukazywała się w mamiącym udaniu historycznej pozy
naśladującej moc, to znowu cofał się sam przed nią,
gdy naciskała mu na duszę całą swą prostotą.
Dusza rozsubiektywizowana, przyzwyczajona do nieogarnionej swobody
tolerujących się wzajemnie złudzeń, opierała się,
sięgała aż do istotnych, poprzedzających dzieje samotnych
źródeł, z nich biła płaczem, kołysała
rozpływająca się morską mądrością
żywiołowej wielokształtności - i to właśnie
świat tragiczny poety; jego istota. Teatr jako swobodny samorząd
zbiorowej duszy nie mógł też powstać: tu widzenia
przeciągały nad widzami, szukały w nich oparcia, szukały
tego centralnego ogniska, z którego bije piorunem narodowa wola i centr nie
ustalał się nigdzie. Teatr stawał się liturgią, to
znowu mirażem, czasem postumentem chwilowej niezdrowej ambicji, i
najgłębszym pozostało to straszne pytanie: co ja tu robię z
wami i co wy robicie ze mną? ten jęk z głębi duszy, ach! -
choć nad trumną moją milczcie - czy nie rozumiecie, że ja
idę w śmierć bez pewności o rzetelnej prawdzie polskiego
słowa? I wydaje się, że Powrót Odysa jest czymś w rodzaju
Ibsenowskiego epilogu: Gdy się zbudzimy pośród umarłych. Walka
marzenia z wolą, opór marzeń, samowola poetyczności zwieść
usiłująca żądzę poezji gruntującej swą
swobodę - to była istota procesu. - I dzisiaj, gdy się mówi o
zamkniętej ideowej spuściźnie Wyspiańskiego, za jego
"słowo", za jego testament uznaje się to właśnie
- poetyczność wyłamująca się spod żelaznej woli,
usiłującą zwieść pozorem, roztopić duszę w
biernych uczuciach, zaćmić wolę gestem. Fałszuje się
dziś Wyspiańskiego - tak, jak fałszowało się i
fałszuje romantyków, udusić się usiłuje go kadzidłami,
sprawia się nad jego grobem tryumf masek. Temu stanowi rzeczy
przeciwstawić trzeba swe veto, nie lękać się rzeczywistości,
zrozumieć, że gdy maskaradowy tłum udający naród
usiłuje wieńcem laurowym uczynić z tragicznego ducha - wodza
szalbierstwa i szychu - jedyną odpowiedzią może być:
kłamiecie. Od czasu Wesela i Wyzwolenia straciliśmy prawo głosu.
Twórczość poety to była walka o prawo do słowa; cała
twórczość ta, to królewski jęk: nie mam go, nie mam korony i
berła! I wtedy chór dzienników usiłuje zaprzeczyć:, nie. Ty
masz, ty dzierżysz narodowe słowo, rządzisz, panujesz. Konrada
maski wloką w apoteozie: kłamiemy, kłamiemy - jak wszędzie.
Krytyk, który stwierdza prawdę rzeczy, który korzy się przed
rzetelną męką i właśnie dlatego nie chce, by była
ona sfałszowana, krytyk, który przeciwstawia swój protest chórowi
hańbiących pochwał - to tylko właśnie czyni: nie pozwala
przeistoczyć poety w nową postać, nową metamorfozę
Chochoła. Kto rozumie Wyspiańskiego - ten wie, że cała jego
twórczość jest bolesnym dopracowywaniem się narodowej duszy,
że stoi się tu u zawartych w głębi własnej duszy wrót
narodu, że w nas samych obudzić się ma Apollo Salvator i że
w nas samych trwa męka pasowanie się, praca, wydzieranie duszy
omamieniom, że tu nie ma miejsca na tryumfalne frazesy. Gdy artysta
odsłania rany wewnętrzne, żrącą chorobę
duchową, gdy ukazuje ją w nas i sobie - oddaniem czci jest
wejście w siebie, praca i poprawa. Ale u nas entuzjaści z
urzędu, zawodowi uprawiacze krzepiącego lenistwo nonsensu -
uproszczone mają o tym wszystkim pojęcia: wysłuchaliśmy
Wyzwolenia i siądziemy na koń; czapkami zarzucimy świat
cały. Na koń narodzie! Na koń! Wtedy trzeba mieć
odwagę powiedzieć, że twórca Wyzwolenia w dalszych swych
dziełach - z tymi oto zmagał się zagadnieniami: czy warto, czy
godzi się być narodem? czy ja umiem żyć, czuć, jak
członek narodu, czy ja chcę być narodem? Artysta miał odwagę
samowiedzy, miał odwagę zaglądać w swą duszę, on
lękał się, czy zdoła żyć w narodzie, wahał
się, czy chce tego. Ludzie, którzy tej strasznej męki nigdy nie
przeżyli, bo za działanie uważali - uleganie swym wybujałym
w próżni zachciankom, ludzie, którzy za swobodę uważają
bezkrytyczne uleganie marzeniom, kapitulację woli wobec nałogu i
kaprysu, którzy za swobodę uważają nieskrępowanie -
helotyzm duszy - sądzą, że właściwie Wesele i
Wyzwolenie są tylko czymś w rodzaju ułańskiej przygrywki: -
trębacza czczą oni w Wyspiańskim, nie poetę. Polskę
trzeba odnaleźć w sobie, - ja jej szukam i w pomroce duszy mej
własnej odnaleźć nie mogę - mówi Wyspiański. - My
tobie damy Polskę, tyś ją nam dal, my ją dajem tobie -
hosanna, hosanna! wola tłum. Wyspiański to nie tryumf. Słyszycie
- to nie obchód narodowy w "Sokole" - to noc żałoby i
pokuty wśród prochów, to płacz spowiedzi u królewskich kości, to
szukanie po omacku wśród żalu i płaczu - to wnętrzna odbudowa
duszy. - Ale dziś w Polsce wyobrażają sobie, że i na Golgocie
tańczono z radości, że przecież już raz ten świat
został odkupiony - a teraz już rozpocząć można
prawdziwie wyzwolony kabaret.
Istnieją w
twórczości Wyspiańskiego dwa procesy psychiczne, dwa wzajemnie
sprzeczne prądy: z jednej strony poeta walczy o wytworzenie w sobie stanów
duszy, które godne byłyby stać się cząstką zbiorowej
świadomości, które stałyby na wysokości sztuki -
usiłuje on sam siebie podnieść, dźwignąć do
wysokości jedynego myślenia, które pozostaje - tj. sztuki; z drugiej
strony mamy sztukę jako równoważne wypowiadanie mniejsza o to jakich
stanów duszy. Każdy stan duszy niezależnie od tego, jakie stanowisko
zajmuje w całokształcie tragicznej walki poety, zdaje się
wystarczać samemu sobie jako przedmiot artystycznej kontemplacji. Artyzm
wyrasta tu jako unieruchomiejąca, niwelująca pokusa na wszystkich
poziomach, i ten niwelacyjny, indyferentystyczny charakter artyzmu
przesłania niejednokrotnie prawdziwie tragiczne oblicze poezji
Wyspiańskiego; w analizach, a raczej gadaninach komentatorów wysuwa
się na pierwszy plan. Trzeba nieustannie rozróżniać i
rozgraniczać w dziele Wyspiańskiego, nie można brać w
jednakowej cenie wszystkiego, co do tego dzieła należy.
Rozróżniać trzeba przypadkowe, czysto indywidualne cechy od istotnego
procesu: w ten tylko sposób można przyczynić się do
pogłębienia wpływu Wyspiańskiego. Ukaże się nam
wtedy niejedno: np. pewne charakterystyczne cechy teatru Wyspiańskiego,
jako ściśle związane z tą psychiką, którą
Wyspiański usiłował w sobie zwalczyć i jestem przekonany,
że właśnie wpływ Wyspiańskiego na teatr jako
artystyczną formę groziłby prawdziwymi niebezpieczeństwami
istocie jego dzieła, że natomiast wpływ Wyspiańskiego
rozpocznie się w tej chwili, gdy każdy z nas zechce w dziedzinie swej
pracy prowadzić tę samą walkę oczyszczenia i wychowania
duchowego, jaką pro-wadził on w swym ujawniającym się
poprzez teatr życiu duchowym. Nade wszystko zaś pamiętać
trzeba, że spuścizna duchowa Wyspiańskiego, to przede wszystkim
wyznaczenie kierunku duchowej walki, a nie zaś system przekonań,
myśli, jakiś rodzaj filozofii narodowej. Niczego podobnego u
Wyspiańskego nie znajdujemy i strzec się trzeba złudzeń,
gdyż sztuka utrwala jako istniejące światy chwilowe stanowiska,
często zapadnięcia się i zboczenia walczącej woli.
Nie może tu
być naturalnie mowy o przybliżonym chociażby tylko wyczerpaniu
znaczenia twórczości Wyspiańskiego; idzie mi tylko o uwydatnienie
punktów widzenia, które uważam za rozstrzygające. Ze strasznym widmem
bezhistorycznego "osobistego" życia spotkał się
już Wyspiański od razu w pierwszych swych dramatach. Jest rzeczą
niewątpliwą, że Meleager, Protezylas i Laodamia
wyrażają coś osobistego, że wiążą się
one z pozostałą twórczością o wiele ściślej,
niż to się zazwyczaj przypuszcza. Nade wszystko zaś nie
należy tworzyć spośród dzieł Wyspiańskiego sztucznej
grupy dramatów greckich. Protezylas, Meleager, Achilleis, greckie sceny z
Akropolis, Powrót Odysa - są to wszystko utwory powstałe na
różnych płaszczyznach duchowych. Sądzę, że świat
tragiczny Protezylasa, Meleagra innym podlega prawom niż świat
Achilleidy, że z innych znowu widnokręgów wysnuty został Powrót,
że w ogóle twórczość Wyspiańskiego zmieniała w
ciągu samego procesu swą strukturę, że nagle moment czysto
malarski lub muzyczny, wybujała metafora przedzierały się na
pierwszy plan, gąszczem swym przesłaniały wewnętrzną
pracę ducha. W tych nagłych wpleceniach w pasmo czysto duchowe
motywów innego pochodzenia można się zupełnie
zabłąkać, jeżeli się zechce szukać w nich
głębszego sensu i naturalnie sens ten odkrywać.
Wydaje mi
się, że Meleager i Protezylas należą do najliryczniejszych
utworów Wyspiańskiego, tj. że przy tworzeniu ich kierowała
poetą chęć wypowiedzenia przede wszystkim czegoś o sobie i
z siebie. Meleager jest tragedią osamotnionej, odciętej od gromady jednostki.
Altea pali głownię, gdy syn w uniesieniu swego życia, swojej
miłości podnosi rękę na jej brata. Stare gromadzkie
życie, z którego wyszła, z którego wyrosła jednostka, posiada
istotnie w swej mocy jej los. To, co stanowi ją we własnych jej
oczach, każda płaszczyzna jej samopoznania, każda forma jej
działania, wszystko to związane jest z życiem gromady, do niej
należy. Ja samodzielne jest w stanie samo siebie wyżyć i
rozwinąć tu jedynie na tle zbiorowego życia, z którego
wyrosło, w związku z nim. Gdy Altea pali głownię, gdy
związek ten zostaje zerwany, społeczne znaczenie jednostki w jej
własnych oczach unicestwione, czuje ona, że to własna jej,
najgłębsza istota ginie rzeczywiście w tych płomieniach,
że dusza jej staje się teraz martwym przypadkiem bez żadnego
związku z ludźmi i naturą. Raz na zawsze ukazuje się tu
poecie ta głęboka prawda, że nie ma nic w naszej
indywidualności takiego, co by nie było jednocześnie narodowym,
historycznym. Naród jest związkiem psychiki z bytem: bytowe znaczenie jej jest
w nim, z niego wyrasta. Nie może ona odnaleźć życia dla
siebie poza nim. Wszystko, co wydaje się pierwotniejszym od narodu, jest
faktycznie późniejszym od niego. Wszystkie "bytowe" kategorie
są momentem narodowego dziejowego życia - lub też przeciwnie
momentami wynarodowienia, etapami rozkładu narodowej duszy: ale ona jest
najgłębszą formą rzeczywistości, z jaką
pozostajemy w bezpośrednim stosunku. Takim przypadkiem, wystawionym na
łup śmierci duchowej, ukazuje się sam sobie po spaleniu
głowni Meleager. Gdy zostaje zerwany związek pomiędzy nim a
zbiorowością, czuje on, jak zamierają jedna za drugą
wszystkie władze duszy: poprzez zbiorowość tę tylko
wzrastały one w ciało istnienia; gdy zbiorowość ta ginie
dla jednostki, ginie ona sama we własnych swych oczach. Poznajemy bowiem,
wyznajemy, czujemy siebie w formach społecznego istnienia; jednostka
absolutnie bezwzględnie bezhistoryczna nie byłaby w stanie
świadomie istnieć: nie daje się absolutnie pomyśleć. Z
życiem własnym ja ludzkie związane jest poprzez zbiorowość,
gdy to pośrednie ogniwo ginie, ja nie jest w stanie znieść
ciężaru gatunkowego istnienia: własne utajone w nim życie
wydaje się siłą ślepą, demonicznie bezcelową i
szyderską. Zdaje się, że to, cośmy powiedzieli, wystarczy,
aby wykazać, jak bardzo współczesnym jest archaiczny Meleager. To, co
występuje w nim jako oddalenie od nas, - "styl archaiczny" - nie
jest bynajmniej konsekwencją tylko przez wirtuozostwo wybranej formy. U
natur tak głębokich jak Wyspiański forma pozostaje zawsze w
związku z najistotniejszym charakterem przeżyć. Mówiąc
ogólnie, formę zyskuje stan duszy, gdy nabiera on w naszych oczach
wartościowego, tj. pozaosobistego znaczenia. Forma Meleagra, jego
struktura artystyczna mówi nam, czym stawały się w momencie jego
tworzenia stany duszy Wyspiańskiego, przekraczając granice jego
osobistego życia. Forma w głębokim znaczeniu tego wyrazu - forma
wewnętrzna, jak nazywał ją Hebbel - to zawsze sposób, w jaki
odczuwamy życie duchowe zbiorowości, to stosunek, jaki istnieje w
naszym głębokim, nie rozumującym przeświadczeniu
między rozgrywającym się w naszych przeżyciach losem
indywidualnym a duszą zbiorową. Gdy tworzył Wyspiański
Meleagra - rozgrywało się w jego odczuciu życie jego własne
pod martwym spojrzeniem, które umie tylko widzieć, jak się
człowiek w swej złudzie życiowej plącze i w niej ginie.
Wszyscy ci ludzie przeżywają tu siebie wzajemnie, nie wiedząc o
tym, nie widząc: własne bezwiedne ich dzieło panuje nad nimi,
jak Diana (ta nieszczęsna Diana, która miała w oczach
młodocianych krytyków dowodzić "hellenizmu"
Wyspiańskiego), i śmierć tylko, tylko zwiastujące ja
osamotnienie i znużenie jest jedynym wyzwoleniem. Nie ma dla
człowieka losu poza gromadą, a gromada jest tylko twórczynią
złudzeń nie prowadzących nigdzie poza nią, zrywających
się u krawędzi grobu, w który wstępuje każdy sam - nie
rozumiejący i niezrozumiany. Psychologicznie tu może jest
związek pomiędzy Legendą i Meleagrem. W Legendzie zaziera
poprzez te drzwi, które rozwiera śmierć, poprzez uczyniony przez
nią wyłom świat pozaludzki w życie ludzkiej gromady: z
niego, z tego, co w tym pozaludzkim świecie wyroi, wyśni Wanda -
czerpie ona poczucie mocy. Człowiek żyje, wierząc, że stany
jego duszy, wytężenia gromadzkiego żywota przełamują
zaporę, jaka odgradza świat ludzkiej duszy od pozaludzkiego,
wiecznego "nie-my". Atmosferę własnego swego zbiorowego
istnienia wyrzuca świadomość nasza w pozaludzkie, charakterem
swoim wypełnia cały otaczający ją świat. W ten sposób
utrwala jako coś istniejącego to, co ją przejmuje i nadaje wzruszeniom
swym niezawisłe istnienie, wytwarza nad sobą skupienie energii i z
niego czerpie ją w chwili niebezpieczeństwa. Żyje ona tymi swymi
wytworami, ale dokonawszy ich mocą tego, czego dokonać mogła w
społecznym istnieniu, zstępuje w bezwzględność
śmierci, w coś, co jest niezależnie od tego, co nasza myśl
o tym sądzi. Własny świat nadprzyrodzony zmienia tu swój sens:
staje się teraz wyrazem dzikiej nieujarzmioności zabijającego
nas świata: i wyprawiają nad trupem Kraka swe igrzyska, pozaludzkie
dziwy; groza i pośmiewisko nad ludzkim istnieniem czyhają nad
myślą, co w mniemaniu własnym wyrastała już z samego
dna żywiołu. Gromadę swą i jej żywot ma człowiek
jako jedyne schronienie w bycie, poza ich granicami ślepnie nasza dusza,
staje się igraszką istniejących nieprawdopodobieństw. U
samego wstępu twórczości poetyckiej, od pierwszych dzieł
Wyspiańskiego odnajdujemy zasadnicze, historyczne założenie jego
poezji. Tylko że nie odsłoniło się jeszcze całe ich
znaczenie samemu poecie: - są one w nim jako ton jego wzruszeń, styl
ujęcia artystycznego; są bez jego osobistego wdania się;
władają nim jak umarły los w Meleagrze.
Poezja ukazuje
jako tło swe wielką, niezachwianą jasność myśli.
Czyja jest myśl? Życia, które było, pozostawiło po sobie
jasność śmierci. Widzieć jeszcze możemy siebie w
świetle oczu, które zgasły. Poeta myśli, widzi organami
zbiorowej świadomości; czy zbiorowość ta żyje jeszcze?
- to go nie obchodzi; on przebywa w dziedzinie formy i widzenia, chociażby
forma ta istniała jedynie w polu wzrokowym na wieki zgasłego
narodowego ducha. Wszystko jedno, spełnijmy zadanie poety. Czy nie
dość jest dla piękna, by było widziane? mniejsza o to, kim
jest ten, kto je widzi. Jak powstała, skąd pochodzi widząca
dusza artysty? - mniejsza o to. Istnieje jej pole widzenia, płaszczyzna
piękna, świat zawieszony w widzeniu, utrzymującym samo siebie
poczuciem własnego piękna. Tu żyć mogą, poruszać
się, ginąć postacie świadomego życia: w tym stworzonym
przez widzenie i zawieszonym w nim świecie jest ich ojczyzna. Sztuka dla
Wyspiańskiego to zrazu kraj czystego widzenia: istnieje ona jako
kształt duszy, wydźwignięty przez własne piękno, kraj
zmarłego świata, otoczony przez dziwne tragiczne milczenia, spoza
których świeci poprzez mrok głęboka, ciemna purpura. Z tego
mroku dobiega nas wstrząsający jasnym i umarłym polem huk, ton
głęboki i podziemny. I nagle bucha krew poprzez usta wybladłym
postaciom: z płaszczyzny plotynowskiej kontemplacji i bije w niebo
słup krwi spod Termopil, bije o skrzydła losu serdeczna muzyka,
Laodamia wyciąga ramiona ku światu przeszłości, - tam
chcę żyć! tam z wami jest moja dusza i płynie ku niej
poprzez milczące morze łódź Charona - łódź
śmierci, obraz ciążący nad całą
twórczością Wyspiańskiego, powracający w niej nieustannie,
jak jakaś najgłębsza tajemnica. Czyja dusza jest już
cała w widzeniu, ten należy już do tej dziedziny, w którą
zapadło widzenie. Tylko ze śmiertelnej łodzi rozpościera
się w świat ludzki perspektywa czystego, nieobowiązującego
spozierania*. Żyć ciężko, widząc
chwałę, a nie mając chwały, żyć poza
światem, w którym żyje dusza. Dusza własna zawisa nad nami jak
zimne widowisko, - ale jest przecież życie, byle jakie, ale dzisiejsze.
Laodamia odrzuca pieśniarza. Nie wystarcza widzenie piękna, serce
pragnie żyć w nim: gdy jest zaginione, lepsza śmierć.
Komu sztuka
staje się nie tworzeniem życia, lecz ucieczką przed nim, kto
szuka w niej kraju, w którym bezczynna psychika samej sobie wystarcza,
umarł już lub wybrał gorszą od śmierci -
śmierć za życia, zaprzepaszczenie duszy przez kłamstwo. |