| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Zygmunt Krasinski O stanowisku Polski z Bozych i ludzkich wzgledów. IntraText CT - Text |
II. O TRÓJCY W CZASIE I PRZESTRZENI
Z całego powyższego ciągu myśli wypada, że czy w świecie natury, czy w świecie ludzkości, czy w światach żywota wiecznego, wszystko jest i być tylko może duchem - ale rozmaicie stopniowanym i różnie przedstawiającym się według miary wyrobu własnego, czyli stosunku zachodzącego między trzema onymi kierunkami, które istotę jego troistą, a jedną, zawsze i wszędzie objawiają.
W onych światach wszystkich rozwijają się następne kształty tychże samych, jednych, żywych, nieśmiertelnych duchów - w naturze uśpione, jakby dzieci w powiciu, występują tylko pod bytu postacią, do myśli o sobie, czyli osobistości, jeszcze nie doszłe.
W człowieczeństwie zaś duch każdego człowieka rozdarty walczy w sobie samym domową wojną. Już myśl obudzona, już wie o bycie, już wie o sobie, ale byt nie zgadza się z nią, nie przypada do niej. Rozstrój między nimi - stąd niedoskonałe, wpół obumarłe, pasujące się w tym rozpadnieniu życie. - Brak całości, mimo przytomność pierwiastków, z których ona powstawa. Brak potęg osobistości, choć osobistość już nabyta. Dopiero w żywocie wiecznym następuje pojednanie i całość duchowa nastaje w pełni. Osobistość do najwyższego znaczenia dochodzi, wewnątrz już nie pasując się z sobą, występuje z olbrzymią mocą za siebie i tworzy na zewnątrz, tworząc zaś tak, wznosi się sama cochwilnie wyżej, czyli żyje prawdziwie. Prawdziwe albowiem życie jest ciągłym postępem w nieskończoność - mierne tylko dotychczasowe nasze przypuszcza cofania się i upadki, i zawody, i nawroty, i próby, i pokuty - piekielne zaś stanowiłby bezprzestanny upadek, nieskończone w zad odstępowanie. Ależ złe możeż być nieskończonym, kiedy w nim zarodu i warunku nieskończoności, tj. twórczej siły, nie masz? - Kto by w tym kierunku odwrotnym od Boga doszedł aż do śmierci wiecznej, aż do nicestwa, najostateczniejszej granicy nietwórczości, złego, cofania się i piekła, mógłżeby on, który z Boga wynikł, mieć wieczną śmierć oną wieczną? - Nie - musiałby przebudzić się znów i znów zacząć zawód wiekuisty. W tym nawet sroższa kara niż w nicestwie zupełnym.
Celem więc ostatecznym dziejów naszych planetarnych, ostatecznym dla nas jako w kształt człowieczy ubranych, jest dostanie się do stanowiska, od którego rozpocznie się żywot wieczny. Do niego zaś doprowadzić nas tylko zdołają postępowo uzupełnione i wyczerpnięte naszym trudem wszystkie stanowiska pośrednie, zmierzające do dopięcia celu, ludzkości jako ludzkości. Tym zaś celem Królestwo Boże powszechne i już na ziemi święte, bo nie samowolą i swywolą, ale wolą ludzką, do woli Bożej przypadłą, ożywione - czyli nastrój Chrystusowy, w czyn i rzeczywistość przeszły, nie już tylko pojedynczych dusz się tyczący, ale całego człowieczeństwa, wszystkich praw jego, ustaw i urządzeń, a tym samym przemieniający ziemię w jedną, wielką, żywą świątynię Ducha Świętego!
Czymże więc ludzkość? - Oto wspólną pracą wszystkich ludzkich pojedynczych duchów, ciągnącą się przez wieki planetarnej historii, by wzajemnym wyrobem samych siebie dostąpić mogli szczebla onego w czasie, z którego wzlecą w swój żywot wieczny. Chcąc czy nie chcąc, wiedząc o tym czy nie wiedząc, zawszeż wspólnie pracują i wypracowują się, bo muszą wspólnie - a muszą, bo są duchami. Duchów zaś prawem wiecznym jest prawo miłości, zależące na udzielaniu się nieustannym, wzajemnym. W krzywym zaś pojęciu, czyli raczej niepojęciu rzeczy, na sfałszowanych torach historii ukazuje się nieprzerwanie konieczna wspólność, ale nędz i klęsk - miasto czynów miłościwych. Ludy i wieki nawzajem sobie przekazują jad nienawiści - późniejsze zdarzenia wywierają pomstę za przeszłe. Za ojców odbywają się sądy wiekowe nad synami - wybuchają długo tajone wulkany, których pierwszego zarzewia ledwo dopatrzyć się można, bo stulecia nad nim się zwarstwiły. Krew jednych spada na drugich i nieubłaganie o krew drugą woła, póki jej nie dostanie. Złe, nie mogąc się oderwać od wiekuistego prawa duchów, uwspólnia się, rozsiewa, rozpływa się po świecie z pokolenia na pokolenie, z epoki w epokę - i tym samym wykazuje, że z duchów wyszło i śród duchów krąży, bo warunku istoty ich i istoty miłości dopełnia. Chrystus objawił ludziom ono wieczne prawo wszelakiego ducha - On wypowiedział przed nimi, że wspólność ich powinna być stowarzyszeniem nie złego, lecz dobra, że wzajemnie nie nienawidzić się, ale miłować powinni, że wszechświat jest wspólnią odwiecznej miłości i że jedynie wzajemnym kochania działaniem dostaną się do królestwa zapowiedzianego na ziemi, a stamtąd do żywota w niebiesiech, kędy już śmierci nie masz. On założył Kościół powszechny, Kościół żywych i umarłych, który właśnie obrazem jest ludzkości pojednanej w prawie Bożym, nastrojonej i ożywionej tchem Bożym, przez pierś ludzką przejętym. - Kościół to proroctwo uwidomione - to posąg granitowy przyszłości, już stojący na falach płynącego czasu.
Jeśli więc ludzkość wspólną pracą duchów pojedynczych, dążących do żywota wiecznego - muszą też być pośrednie okręgi, w których odbywa się wspólna praca duchów pojedynczych, wyrabiających samą ludzkość w najwyższym jej znaczeniu, tj. Królestwo Boże na ziemi - bo bez osiągania tego stanowiska niepodobna przejść do następnego, wyższego, tj. do żywota wiecznego. - Gdzież więc te okręgi pomniejsze, gdzie te szkoły duchów, wyrabiające w sobie rozmaite władze, idee, kierunki, zmysły, że tak powiem, ludzkości, z których nastroju i zgody powstać ma żywy i doskonały organizm, który Królestwem Bożym i panowaniem Ducha Świętego na planecie tym zowiemy? - Jako ludzkość zmierza ku żywotowi wiecznemu, tak narody zmierzają ku ludzkości - naród każden jest wspólną pracą wybranych na ten koniec duchów, odwiecznie z Bożej łaski z sobą połączonych, na wyrobienie jednej z idei, jednego z organów ludzkości. Lecz prócz Bożej łaski jest w narodzie każdym, tak jak w pojedynczym człowieku, wolna wola - z tych dwóch pierwiastków wciąż się składa duch zbiorowy narodu, nimi rośnie, żyje - przez zgodę ich silnieje i dopełnia powołania swego - przez rozbrat ich nie dorasta, słabnie, nie dochodzi do całej mocy przeznaczonej sobie osobistości i stawa się innych narodów pochłoniętą cząstką - ależ wtedy nie mógł nawet zwać się narodem, nie zasłużył na to miano, tak jak liść nie był kwiatem jeszcze ani kwiat też nie był owocem. Taki lud był tylko do narodu rosnącą możnością. Narodem albowiem ten tylko zbiór duchów żywych, stowarzyszonych nazywamy, który już pojął w sobie cel, do którego dąży, tj. ludzkość w najwyższym jej znaczeniu, i czynami historycznymi jej się poświęcał, czyli tak działał, by jej zjawienie się i pełń przyspieszyć. Jak dziecka nie nazwiem mężczyzną, tak i hordy, plemienia, monarchii jakiej wschodniej lub miasta republikanckiego starożytnego nie nazwiem narodem. Domagały się one narodowości, ale jej nie dostąpiły. Znikły jak za wcześnie umierające dzieci, a z ich zwłok dalsze usypały się pokłady, na których zjawić się miały przyszłe narodowości świata.
Narodowość wysokim już jest stopniem towarzystwa duchów, zdobytym wielą trudami i czasu długiego ciągiem. Żywe to już obcowanie ich między sobą, a do takiej siły nierozerwalnej, wnętrznej doszłe, że śmierć polityczna nie zdoła go nawet zniszczyć. Narodowość na planecie jest tym dla ducha zbiorowego, czym dla pojedynczego nieśmiertelność w nieskończoności wszechświata: niepodobieństwem śmierci mimo pozór śmierci. Mówim: na planecie, na niwach historii rodu ludzkiego, bo w istocie narodowość trwa tylko aż do dni ostatnich planety - gdyż jest tylko nutą potrzebną do złożenia akordu harmonijnego ludzkości i jako ludzkość cała tylko przy sposobieniem duchów pojedynczych do żywota wiecznego. Ale na planecie duchy pojedyncze winny poświęcać i ciało, i duszę, tj. wszelki znikomy kształt swój, duchowi zbiorowemu na to, by on rósł według Bożych przeznaczeń. Za ojczyznę, za narodowość - za ludzkość winny męczeństwo znosić i rade gardło dawać, o ich rozwój i postęp Chrystusowy nieustannie się starając - Chrystusowości albowiem ducha zbiorowego nie otrzyma się inaczej, jak przez Chrystusowość duchów pojedynczych i nawzajem najwyższego pojedynczych uświęcenia nie otrzyma się inaczej, jak przez organiczne zlanie się zbiorowych z prawem Chrystusa. Czyn ogólny, społeczny, Chrystusowy musi się wykonać i dopełnić w narodach, a przez narody w ludzkości. Zatem duchy pojedyncze, poświęcając się dla zbiorowego na ziemi, właśnie tego dopełniają, co ma ich wyrobić na dojrzałych żywotowi wiecznemu. Oddawszy ciało i duszę dla narodu, dla ludzkości, tym samym ją odzyskują, bo naród się podwyższa i dzień Królestwa Bożego się przybliża, za czym i rozwiązanie historii rodu ludzkiego - a to rozwiązanie zależy na przeanieleniu pojedynczych tychże samych duchów, doszłych ciągiem wiekowego wyrabiania się do pełni Chrystusowej.
Naród więc każden jest całością duchową, zbiorowo żyjącą, która dąży do zlania się w jeden nastrój z innymi podobnymi, wcale swoich odrębnych przymiotów nie tracąc, owszem, przynosząc je w uzupełnieniu i najprzedziwniejszym rozkwicie do owego nastroju na to, by istnieć mógł Kościół ludzki powszechny, jeden, a z rozmaitych członków olbrzymio złożony i duchem Bożym przenikły na ziemi. - Stąd wynika świętość i nietykalność narodowości. Jest ona wysokim już bardzo szczeblem wykształtu społecznego duchów - takim, który, skoro raz osiągnięty, już zatraconym być nie może - a zależy na dziejowej, znakomitej przeszłości, pełnej walk, prób, ofiar - po wtóre na poznaniu siebie samej wewnętrznym, tj. na poczuciu się do idei, którą ma przeprowadzić przez świat i urzeczywistnić w stosunku do ludzkości. Pierwsze, tj. przeszłości dzieje, w których szczególnie łaska Boża pod postacią instynktu i natchnienia narodowego, jeszcze nie rozwinionego, działała, z kolebki mitycznej i ciemnej wyprowadzając go na pole słoneczne histońi i tam tysiącom zapasów go poddając, stanowi byt narodu, jakoby ciało już sobie ulepione przez wieki śród mnóstwa chorób, trudów, przypadków i zadanych ran, które sprowadzić zgonu nie potrafiły.
Drugie, ów rozbłysk, po wiekach wyrabiania się zstępujący weń, objawiający mu tajemnicę własnego bytu, tj. pod jakim wiecznym prawem on przez Boga pomyślan i jakim powołaniem w stosunku do całego człowieczeństwa naznaczon, stanowi myśl narodu - jakoby duszę jego wiedzącą siebie, uznającą cel, ku któremu byt swój nakręcić musi.
Między tymi oboma pierwiastkami, tą duszą i tym ciałem narodu, może nastąpić długa walka, zanim one przypadną do siebie i jednomyślnie w jedną wolę zrosną i jeden, ten sam czyn wywiodą z swej jedności. Tu właśnie nastaje pole społecznych zaburzeń, rewolucji, odmian w pojęciach prawnych, w pojęciach religijnych, w pojęciach o własności. Dopiero pojednanie harmonijne tych dwóch kierunków nada twórczą osobistość narodowi, uczyni go żywym członkiem ludzkości, środkiem do ustalenia na planecie Królestwa Bożego. Dopiero na onym trzecim stanowisku duch narodu nieśmiertelny na ziemi zaświeca w pełni, podbiwszy sobie własne ciało i duszę, czyli zlawszy je w miłość jedną i jedno życie. To stanowi przyszłość dzisiejszą narodów, a tym samym i historii świata!
Jak wszelka pewna całość w świecie stworzonym, tak i historia rodu ludzkiego z trzech składać się musi okresów, z których pierwszy odpowiada bytowi, drugi myśli i walce jej z bytem, trzeci walki tej przejednaniu i zrośnięciu strun walczących w jednego ducha. Dopiero po takim trójcy rozkładzie w czasie i przestrzeni nastąpi jej nastrój w człowieczeństwie jako w człowieczeństwie i wyczerpnie się historia zbiorowego ducha ludzkiego.
Świat starożytny, którego początek w podaniach o raju, dalszy ciąg w monarchiach despotycznych Wschodu, kwiat najpiękniejszy w greckim umnictwie, a owoc najdojrzalszy w Rzymie, był okresem bytu w historii, był rozwojem ciała, dążącego do myśli i duszy swej, która do niego w pełni dopiero zstąpiła przez Chrystusowe objawienie. W tym pierwszym okresie nie ma wyobrażenia o ludzkości, a tym samym nie ma narodów; są zewnętrzne tylko kształty, pozbawione wewnętrznej duszy, pasujące się z sobą bez wiedzy o tym, co wyrażać mają, bez pojęcia celu, do którego dążyć powinny, a zatem jakoby ślepych namiętności i przeczuć błędnych tylko nieustanna bójka. Państwa, jakie bądź one, czy monarchiczne, czy republikanckie, zawsze absolutnymi się objawiają, bo siebie same za cel ostateczny siebie samych mają i dlatego każą sobie poświęcać wszystkie inne zewnątrz istniejące ludy i wewnątrz siebie istniejących własnych obywateli. Jeszcze wyobrażenie o godności i nieśmiertelności pojedynczego ducha każdego z jednej strony ani też z drugiej o powadze i świętości człowieczeństwa całego nie zabłysło. Nigdzie myśli o poświęceniu siebie samego dla celów ogólnych świata ani też tej drugiej, że nikogo do poświęcenia się zmuszać zewnętrznie się nie godzi, ale że się każden wewnętrznie winien na to godzić, by się sam poświęcić dla innych. Wolności więc żadnej, tylko ciągłe jarzmo, ucisk bez przerwy - wszędzie chuć zwierzęca, wszystko chwytająca dla siebie i pochłaniająca. Stąd wszyscy cudzoziemcy za barbarzyńców, czyli nieprzyjaciół uważani, a los wojny zamienia ich w zwierzęta, w niewolniki. Oni sami, skoro traf w ręce zwycięzcy ich oddał, uznają się przez ten zewnętrzny przypadek za spadłych z godności człowieka - nie czują jeszcze jaźni swej ludzkiej, wiecznej, nieobalalnej, niezatracalnej - kształt tylko zewnętrzny, rodzimy, ojczysty noszą na sobie, a skoro ten tknięty i nadwerężony, nie wiedzą, na czym się oprzeć. Oderwani od kątka rodzinnego, od ojczyzny i pokolenia swego, bydlętami się stają. Zatem o człowieku w tym okresie stanowi nie to, czym się sam czuje i myśli, ale to, czym wygląda w stosunku do innych współobywateli tam, gdzie ma bogów własnych, swojskich, domowych. Skoro ten stosunek zewnętrzny przerwan, wszystek człowiek sam znika. Nikt ni Boga jednego, ni ludzkości jednej ani też narodowości rozmaitych, a jednak z ludzkością w harmonią miłości połączonych, nie zna. Zamęt uderzających brył o siebie, brył martwych, nie prawami życia, ale tylko mechaniki rządzonych. Wciąż więc kruszą się i rozsypują te wszystkie zwierzchnie kształty jedne po drugich. Hordy, ludy, plemiona stojące pod pręgierzami, na których napisano: „państwo", to wschodzą, to upadają - nic trwałego, nic w kształtach swych rozmaitego, a w pojęciu swym jednego, nie występuje - podbój jedynym środkiem skupienia. Zlepki społeczne podbojem rosną i podbiciu ulegając, bez śladu znikają. Jeden tylko lud żydowski do upadłego broni narodowości swej, ale też wierzy w jednego Boga i wciąż prorocy mu o przyszłej, jednej ludzkości śpiewają - w nim przez wieki przeczucie Chrystusa się wypracowywa - on jakoby obrazem przyszłych narodowości, rzuconym w świat!
Świat starożytny cały był zmysłowością zewnętrzną tylko, bez wewnętrznej podstawy i bez pojęcia celu, do którego wszelki duch zbiorowy iść powinien. Ślepy traf alboli też nieubłagana konieczność go porwała i najwyżej bestwiła się nad nim. Stąd wszystkie prawa jego srogie, nie wyrażające stosunku żadnego między duszami, jedynie tylko stosunek mogący zajść między ciałami, chodzącymi wprawdzie po ziemi, ale pozbawionymi serca i uczuć ludzkich - a prócz prawnego pojęcia, żadnego innego na dopełnienie i złagodzenie tej wyłączności. Stąd też i zguba tego okresu pierwszego historii przez rozpustę cielesną pojedynczych i przez tę społeczną rozpustę państwa zwaną niewolnictwem. Rzym oparłby się był napadowi barbarzyńców, gdyby nie odwieczne niewolnictwo, które wielką część jego ludności albo przerobiło na słabych i nieodważnych cieleśnie, albo też na dusznie już do ziemi i porządku społecznego nie przywiązanych i szukających pociechy w innym świecie - idealnym - roztwartym przez chrześcijaństwo. Hordy barbarzyńców nieliczne były ni też wszystkie razem nie rzuciły się jak potop na rzymskie ogromne obszary. Dwie rzeczy w historii bardzo podobne do siebie: rozsypanie się Rzymu i rozbiór Polski. Ani pierwszego, ani drugiej wszyscy ziomkowie nie bronili; Rzymu tylko legiony, Polski szlachta tylko.
Na ruinach tych czterech tysięcy lat zmysłowości został się nam kwiat nie zwiędły, piękność, wprawdzie formy tylko, ale w tym wyłącznie zewnętrznym kierunku pełna i uwieczniona. Jednak i tu godzi się uważać, że sztuka grecka, która owo uczucie piękności urzeczywiściła i przepotomniła, właśnie zakwitła przez popęd ludu greckiego do wyjścia z okręgów bytu i przejścia do okręgów myśli - na niwach umysłowych starożytności myśl grecka stanowi zasługę ludzką, a żydowskie natchnienie łaskę Boga. Zasługa też owa ludzka odnalazła się cała w następnym objawieniu, w chrześcijaństwie. Piękność zatem sztuki greckiej nie wyłącznie tylko ze zmysłów wynikała, choć im hołdowała przeważnie - w istocie byt w niej przemaga. Ciała bogów urodziwsze niż ich oblicza - na ich twarzach znać spokój raczej zwierzęcia niż ducha, bo żadnym ruchem wewnętrznym nie władnący; czoła ich niskie, zrzenic pozbawieni, co z samej istoty rzeźbiarstwa wypadło, oczy marmurowe bez iskry żywota. Kształt tylko od stóp do głów anielski, ale na licach obojętność, brak osobistości, płci nawet rozeznać nie można; sen duszy nie rozbudzonej znamionującym je piętnem.
Wszystkie mitologiczne wiary ubóstwiały naturę, przejęte wrażeniem życia rozlanego po niej, krążącego jak krew po żyłach organizmu wszechświata. Jedni Hebreje o Bogu za światem mówili - ale twierdząc, że za wiatem i nad światem jest, odrywali go zupełnie od natury - wpadali na stanowisko przeciwne stanowisku pogan. Ci ostatnie tylko skutki widome życia Bożego spostrzegali i te skutki rozmaite, wieloliczne, nadając każdemu postać całką i odrębną, ubóstwiali. Tamci, nie zważając na te pulsacje niejako najoddaleńsze od serca Bożego w świecie, tylko pierwszą, oderwaną ich przyczynę za Boga czcili. U jednych każden objaw życia Bożego z osobna wzięty stawał się bóstwem sam. U drugich oderwany od świata byt jaikiś wieczny, wszechmocny, wszechgroźny, bez związku z stworzeniem, stanowił przedziwność Bożej istoty. Dwie to były wyłączności i sprzeczności. Tam rozmaitość bez kojarzącej ją jedni - tu jednia bez ożywiającej ją rozmaitości; przez Żydów jednak utrzymało się wyobrażenie o Duchu Bożym osobistym, jednym, a tę osobistość połączyć ze światem i świat z nią wiązać prawem miłości i życia przyszedł Chrystus.
Wszechmyśl objawiając, tym samym Syn Boży nadał duszę ludziom. Jego przepis jest prawem idealnym, według którego wszystko winno się rządzić, prawem udzielania się i poświęcenia, którego ostateczny wynik dla duchów pojedynczych to żywot wieczny. Rozwojem zaś historycznym tego prawa na ziemi jest postęp duchów zbiorowych, czyli społeczeństw ludzkich.
Świat starożytny tu się kończy. Myśli świat rodzi się nad światem dotychczasowym bytu, ale nim oba się rozpoznają, wysprzeczają, przewalczą, a potem pojednają i spłyną razem w świat jeden ducha, ileż to wieków ujść musi, ileż przemian, klęsk, burz się zdarzyć, ile krwi upłynąć z ciał, ile rozpaczy z dusz? - Oczewista, iż naprzód myśl owa, jako oderwana, wyrobi sobie swój okrąg czysto oderwany, stojący naprzeciw światu zmysłów - aż świat ten zmysłów przestarzały upadnie i zaginie – po tym zwycięstwie oczewista, że myśl ogłosi się panią ponad wszelkim bytem, ponad wszelką świeckością, że w swym oderwaniu pojmie siebie królową wszelkiego kształtu społecznego na ziemi. Nastanie rozdział i odgraniczenie obu światów współcześnie istniejących, a jeden z nich wiecznie głosić będzie zwierzchnictwo swoje nad drugim. Zjawią się cesarz i papież, Kościół i świeckich państw dzielnice - duchowni i laicy. Będzie chciała myśl oddzielona od ciała wszelkim ciałem pomiatać i nim jak niewolnikiem rządzić. Wyniknie stąd, jak z wszelkiej niewoli, jak z wszelkiego ucisku, bunt ciała, bunt państw, bunt świeckich - zdarzy się reforma religijna, później reformy polityczne, rewolucje, prosto z niej płynące. Te znów w pierwszej chwili zapału i zwycięstwa zechcą ową myśl oderwaną zaprzeczyć, precz z świata wyrzucić, zatracić wszelki kościół idealny i religijne uczucie, aż znów po wielu pasowaniach się zacznie się przypominać ludziom, że na to, by dojść do zbawienia, trzeba pojąć w zupełności Chrystusowe słowo, trzeba przez narody i ludzkość Chrystusową iść do żywota wiecznego, a narody i ludzkość, w ten sposób urzeczywistnione, niczym inszym, jedno ureligijnieniem wszelkiej świecczyzny i zeświatowieniem czynnym wszelkiej religijności - niczym innym, jedno zlaniem najnieoderwańszym wszechmyśli Bożej, objawionej przepisem Zbawiciela, z bytem rzeczywistym ludzkich społeczeństw.
Okres poczynający się historycznie od Chrystusa, a trwający dotąd, jest w dziejach tego planety właśnie przejściem od epoki bytu martwego do epoki żywego Ducha na ziemi - od państwa despotycznego, wschodniego, głuchego, ślepego, niemego, do Królestwa Bożego, w którym ma zakwitnąć pełnia harmonijnego życia ludzkości - od religii mitologicznych i żydowskiej do pocieszenia rodu człowieczego przez Ducha, którego zesłanie przyobiecał Chrystus - i będąc przejściem, ten okres nosi wszystkie jego znamiona, wszystkie cechy rozdwoju, rozdarcia, walki między bytem a myślą, ciałem a duszą świata.
Kościół i państwo, w starożytności zupełnie jedne, a jednością nierozwikłaną i martwą, tu się rozstąpiły, rozszczepiły, od jedności odbiegły, jako sprzeczne stanęły naprzeciwko siebie. Każde z nich z osobna występuje i kształci się - raz Kościół jarzmiony przez państwo - następnie państwo pod uciskiem Kościoła - i znów Kościół poniżon przez państwo. Wszędzie i ciągle te dwa okręgi, czy jawnie, czy skrycie, wojują z sobą. W samym Kościele także ciągłe kształtowanie się, a zatem i walka jedności z mnogością, prawowiary z schizmą i kacerstwami; i nie tylko ta - żywioły organiczne uspołecznienia, demokratyczny kształt, arystokratyczny, władza monarchiczna, niższe duchowieństwo, biskupy, papież, sobory w niezgodzie, w przemianach i historycznym pasowaniu się. Na drugiej stronie, w państwie, zupełnie to samo i jeszcze rozdarcie - świat ciała przejmuje od świata myśli wszystkie jego ruchy, rewolucje, postępy, tylko że nie rozprawami, ale potokami krwi rozlanej je sprowadza i oblewa - nie przypada doń, nie schodzi się z nim, ale, stojąc na uboczu, naśladuje go, tym samym mimo niezgodę powierzchowną wykazując wewnętrznie ukrytą konieczność, która go wiedzie do utworzenia z nim kiedyś jednej i tej samej żywej całości. - Wszystkie kształty rządowe w świeckich społecznościach za kształtami Kościoła się wyrabiają - przez długie wieki Kościół wyprzedza ciągle państwo. Feodalność świecka nastaje po okresie, w którym biskupy rządzili przewładnie, prawie się do Rzymu wcale nie odnosząc, przed reformą Hildebranda. Pomysł monarchii absolutnej przychodzi do głowy królom we trzy wieki dopiero po reformie Hildebranda, który absolutyzm i nieomylność papieską założył i urządził. Wreszcie po Lutra rewolucji zaczynają się nowożytne nasze rewolucje, naprzód angielska, później francuska. Kościół, ta świątynia myśli unosząca się nad światem, w oderwaniu swym od świata własnym rządząca się nastrojem, a pomimo to z konieczności rzeczy tak ściśle, nieodzownie, cochwilnie związana z ziemią i w istocie dążąca do zupełnego wcielenia się w nią od początku samego swojej istności, losami swymi przygotowywa i niejako objawia później nastąpić mające losy i przeroby państw świeckich. Rozstrój jego od trzech wieków wieszczym jest znakiem rozstroju zbliżającego się i do państw, ale dla obu będzie zmartwychwstanie w skojarzeniu się wzajemnym i powszechnej jedności.
Pośród zamętu trwającego przez te wszystkie wieki, doskonale średnimi nazwane, kształcą się niewidomie prawie przyszłe żywe organa ludzkości - narody. Nikt o nich nie mówi i nie wie - świat pełen królów, książąt, panów, wszechmocnych osobników, bohaterów rozbijających, a oni wszyscy to tylko maski, znikome maski na twarzy narodów, a że nie dość wielkie na twarze tak wielkie, z nich spadają wciąż. Starożytność była wyrobiła i puścizną po sobie zostawiła zewnętrzne kształty państw, li tylko zewnętrzne w stosunku do drugich ciał politycznych, monarchie i rzeczypospolite. Podczas średnich wieków wszędzie wewnątrz samych ciał politycznych objawia się pracowite burzenie się i wykształtywanie się stanów, rozdzielonych i rozmaicie do siebie się mających, szlachty, mieszczan, ludu. Stąd państw na zewnątrz i na wewnątrz nastrajanie się coraz porządniejsze; ale sameż państwa są tylko jakoby błądzącym kształtem, formą tylko, oderwaną od swej istoty, a zapowiadającą jej nadejście i panowanie w świecie. A tą państw istotą i rzeczywistością, dla której się wyrabiały i do której zastosować się muszą, bo inaczej ni powodu, ni celu by logicznego nie miały, to narodowości. Państwo nie może być ciałem oblekającym choćby najpotężniejszego i najgenialszego człowieka pomysł - dowód na Napoleonie i Karolu Wielkim - tym mniej ciałem rosnącym koło zdrady, kłamstwa, interesu prywatnego jakiejś rodziny pojedynczej, dynastycznej. Państwo jedynie może być nastrojem żywym i trwałym, przybranym tu przez myś