Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Seweryn Goszczynski
Zamek Kaniowski

IntraText CT - Text

  • CZESC TRZECIA
Previous - Next

Click here to hide the links to concordance

CZĘŚĆ TRZECIA

 

l

Gdzież jesteś, duchu Nebaby?

Zjaw mi się znowu; znowu śpiew ci wznoszę.

Za te nikczemne, świeckie powaby

Mieniałem, wietrznik, duszne me rozkosze:

I oto z wstrętem przesytu,

Obojego tułacz bytu,

Nie wiem, gdzie się dziś obrócę,

Jak mojej pieśni donucę!...

Burze serca, burze losów

Ogłuszyły mię na chwilę!

Losy piorunowały tyle!

Obyłem się z grozą ich ciosów.

I serce tyle wichrzyło,

Tak kochało, tak mi biło,

Że już omdlało - czczość, mgłę zostawiło.

W tej czczości, w tym omdleniu

Świat tobie, memu marzeniu!

Jesteś więc ze mną! witam cię, o cieniu!

A z łomu gruzów, śród morderców gwaru

Wznosi się szatan falami pożaru

I w równi trzyma na wadze zniszczenia

Rozkosze zemsty i zbrodni cierpienia -

Dając mi porę, bym w czasie cofnionym

Puścił wzrok wieszczy za jezdcem zgubionym:

Otom go znalazł i oto go wiodę

po zasłużoną jego dzieł nagrodę.

 

2

Niepomnych czasów nieznana mogiła

W cieniach gęstego lasu się ukryła.

Nad boki mszyste, nad jej szczyt okrągły

Odwiecznym cieniem sklepienia się sprzągły

Ze sklepem dębu, co z lasów zarośli

Strzelał swym szczytem widniej i wynioślej

Niż wieża Ławry złotem błyskająca1

Pośrodku dzwonnic kijowskich tysiąca.

Starszy brat sławnej puszczy Łebedyna,

Niejednej puszczy plemię on zaczyna;

Bo burza nieba i czasu wstrząśnienia

Tak się po jego przesuwały szczycie,

Jak tej piastunki, co chce uśpić dziecię,

Zmyślone groźby i głaszczące pienia.

Czy spiekłe lato piorunami sieje,

Czy płaszcz jesieni mgłami się odyma,

Czy w nagich borach mroźna iskrzy zima,

Korona jego ciągle zielenieje;

Niby mąż wieków w mogile tej leży,

Niby myśl jego, w kształt drzewa odziana

I bohaterską posoką podlana,

Piastuje wieniec chwały, zawsze świeży.

 

3

Nebaba, senny, pod nim odpoczywa:

Wpółzwiędły trawnik jest kobiercem łóżka,

Namiot z gałęzi, ze mchu pnia poduszka:

Przykry świst puszczy piosenkę mu śpiewa.

A kozackiego wartownik posłania,

Koń tylko wrony, tręzlami podzwania.

Po miejscu wspomnień, po męża postawie

Można by myśleć, że duch bohatyra,

O którym marzy ukraińska lira,

Tu, w pełni życia, zmartwychwstał na jawie.

Ale śpiącego zajrząc wspaniałości,

Snu atamana niech nikt nie zazdrości.

Wejrzyj na lice: w ich się ruchu kréśli

Cała męczarnia skrępowanych myśli.

Zdawało mu się widzieć ogień z wieży:

Dosiada konia - zebrać swój szyk bieży;

Ale na miejscu Kozaków obozu

Spotyka stado wilków śród wąwozu!

Wtem głos Orliki, jakby gdzieś za górą...

Spieszy ku niemu; światło, co błyszczało...

To Ksenia w oczy patrzy mu ponuro;

I kruków kilka w uszy zakrakało.

Zlał go pot rzęsny; wymknąć się im sili,

on harcuje na żelaznym pręcie...

Tu go przestrachu ocknęło wstrząśnięcie.

Lecz cóż postrzega w przebudzenia chwili?

 

4

Człowiek spokojnie siedział sobie z boku:

Z brody sędziwej lata widać mnogie,

A że nie widzi, z zapadłego wzroku.

Trzymał na nodze założoną nogę;

Na niej wsparł lirę i tonów próbował,

Niby przypomnieć piosnkę usiłował.

Kamrat, Nebabie nie bardzo przyjemny.

Więc z góry krzyknie, ku starcowi skoczy:

"Dziadu! kto jesteś? co robisz w tym borze?"

Z wolna, drwiąc prawie, odpowiedział ciemny:

"Jak mowa groźna, taka twarz być może;

Dziękuję Bogu, że mi wydarł oczy."

I znów spokojnie wziął się do brząkania,

Jakby wszystkiego zbył odpowiedzią.

"Nikt żartem nie zbył mojego pytania!

Bóg cię tu przyniósł, diabeł nie wyniesie!

Starcze, kto jesteś? co robisz w tym lesie?"

I siłą starca pochwycił niedźwiedzią,

Ale w krwi zimnej lirnik jednakowy:

"Puść! strunę urwiesz, a nie kupisz nowej.

Gdym już tak bardzo nieprzyjemny tobie,

Ty widzisz dobrze, jam ślepy na obie:

To zamiast gniewów i tego hałasu

Na trakt ubity wyprowadź mię z lasu

Albo mię przeproś, daj grosz jaki w rękę -

A na dobranoc usłyszysz piosenkę." -

"Diabeł, nie ślepiec; w miejscu odpowiedzi,

Niezlękły groźbą, jak z kamienia siedzi" -

Pomyślał Kozak, skrycie się uśmiechnie,

Bo już i gniewu uniesienie cichnie.

"Czemu to, ślepcze, nie masz przewodnika?" -

Już łagodniejszym zapytał się głosem.

Dziad się uśmiechnął. "Hm! - mruknął pod nosem -

U mnie to kostur, co u kogo pika.

W słotę, w pogodę, czy to dniem, czy nocą,

Całą Ruś przejdę za jego pomocą.

A od Kaniowa do samej Smiły

Wszystkie pod ręką poznam ci mogiły;

Pień tobie każdy poznam nad drogą,

Każdą murawkę, co nastąpię nogą.

Ale kiedym się odbił od kamratów

I tutaj blisko smacznie odpoczywał,

Ktoś mi dziadowskich pozazdrościł gratów

I skradł kostura. Prawda, był okuty,

Stanie za szablę. Czyś się już przegniewał?

Długi gniew grzechem. No, będę ci śpiewał

Na zgodę; tylko daj mi dwie minuty,

Że sobie lirę do głosu nastroję.

O! wszędzie, wszędzie lubią pieśni moje."

Nebaba ani zezwala, ni wzbrania,

Więc lirnik zaczął po chwili brząkania.

 

5

"Wypłyń, wypłyń zza obłoku!"

I nagle urwał w samym pieśni toku.

"Trzeba, bym wprzódy rzecz powiedział całą.

Historia długa, siądź tu, rzuć ratyszcze2:

Długa, lecz pewnie twą pochwałę zyszcze.

Gdzie się to działo i z kim się to działo,

Trudno jest wiedzieć - niekoniecznie wreście.

Może i nie chcesz. Dość, we wsi czy w mieście

Była dziewczyna z niepełnym rozumem.

Dawno chodziły wieści między tłumem:

Że nad jeziorem, w zarosłej ustroni,

Kiedy się wszyscy w chatach spać pokładą,

A noc na niebie błyśnie gwiazd gromadą,

Jasny latawiec spływa ogniem do niej.

Wszyscy to pletli, wszystkich to bolało,

Że o tym cudzie wiedzieli tak mało.

Ale z szatanem niebezpieczna sprawa.

A był tam chłopiec, sztuczka śmiała, żwawa.

Brząknąć w bandurkę, przylgnąć do dziewczyny,

Wywinąć tańca, coś spłatać - jedyny.

Jak się rozszalał z drugimi chłopaki,

Przyrzekł, że diabła na schadzce dostrzeże;

I dostrzegł. Czegoż nie dokaże taki?

Każdy to przyznał i ja temu wierzę.

Bo obłąkana drugiego wieczora,

Zamiast miłego czekać u jeziora,

Duszą i ciałem chłopaka się trzyma.

niezabawem i łono się wzdyma...

I gdy już o tym pełne kumów uszy,

Ktoś wyjął z wody dziewczynę bez duszy:

Po żwawym chłopcu ni śladu, ni słychu.

Różnie to różni gadali po cichu;

Choć najpewniejsza utwierdza pogłoska,

Że ot, w tym wszystkim moc była czartowska!

Diablich miłostek mieszać nie wypada.

Ksenia... Ten język zawsze się wygada!...

Szalona żyje. Ale choć jak wprzody

Błądzi pomiędzy i lasy, i wody,

I na noc całą przed gwiazdami siada -

Nikt jej nie śledzi, nikt jej tam nie bada:

Bo, niechaj z nami zostanie Duch Święty,

W ciało niebogi wsadził się bezpięty.

Ale dojrzano kwitnące paprocie,

To i jej pieśni słyszano w ciemnocie.

Będę ci śpiewał, jakem nauczony."

I nucił, w liry uderzając strony:

"Wypłyń, wypłyń zza obłoku,

Po błękitnym przeleć niebie!

Ja, kochanka, wzywam ciebie!

W lasów ciszy, w nocy mroku.

Ho-hop, ho-hop! wzywam ciebie!

Głucha ciemność wioskę kryje;

Zgasł kaganek w oknie chatki;

Sen zakleił oczy matki:

Moje serce bije, bije,

Do twojego serca bije!

O północnej wyszłam porze,

Na burzliwą nie dbam porę;

Skoro mi blask luby gore,

Niechaj zgasną wszystkie zorze!

Całą noc przesiedzę w borze!

Kiedy promień twych warkoczy

Spłynie na obłoki sinie,

Ziemia złotym dniem opłynie;

A mnie dusza, a mnie oczy,

A mnie serce szczęściem spłynie!

Ho-hop, ho-hop!... ja, kochanka,

W lasów ciszy, w nocy mroku

Radam do samego ranka

Wywoływać cię z obłoku.

Ho-hop! spłyń do mego boku!

W końcu najpiękniej; chcesz, to ci powtórzę:

"Ho-hop, ho-hop!...""

I musiał stanąć. Z ócz Nebaby błysku

Dawno już widać, co tam w myśli chmurze

I gromowego jak blisko pocisku.

Zdaje się, brakło ruszenia lub słowa.

Szczęśliwa dotąd, widać, stara głowa.

Ale w tej chwili schwycił go za ramię,

Że mu, jak szatan, musiał wypiec znamię:

"Jak mi raz jeszcze to "ho-hop" zawyjesz...

Słuchaj, przeklęty! czy już nadto żyjesz?"

Nie mógł dokończyć, bo rżenie wronego

Wezwało nagłej obecności jego:

Skoczył od starca, błysnął w ręku piką

I prędzej gęstwą przemykał się dziką.

 

6

A koń, jak wryty, stanął niespokojny:

To wzrok zaiskrzy i nozdrze rozszerzy,

To znowu zarży, kopytem uderzy,

Jakby go tchnienie obwiewało wojny.

Nic tu nie widać, nie słychać nikogo;

Chyba się listek odezwie pod nogą.

"Lecz karosz jeszcze nie trwożył mię próżno:

Nieostrożnego i Bóg nie uchował;

Złe się przechodzi pod postacią różną..."

I do lirnika myśli swe skierował:

"Trzeba go zbadać, podobno to zdrada,

Bo choć się dziadem i ślepym powiada,

Te drwiącym śmiechem wykrzywione usta,

Jeśli nie diabła, zdradzają oszusta.

Ten głos donośny, sama broda biała,

Ślepota nawet coś mi się nie zdała.

Patrz, jak usłuchał! a przeciem mu wzbronił!

Jakby we dzwony swoje "hop" zadzwonił!

Trza go nauczyć, choć to siwa głowa!

Niech dla weselszych swoje żarty chowa!"

 

7

Już Kozak drogi do drzewa miał mało,

Kiedy w gęstwinie jeszcze się zaśmiało.

Teraz bezpiecznie szukaj go z latarnią!

Dokoła pusto: wszystko się ściszyło,

Jakby lirnika ni liry nie było,

I kwiat, gdzie siedział, wstał już między darnią.

Stał Ukrainiec i w długim podziwie

Po razy kilka pobożnie się żegnał:

Jeśli to szatan, żeby go krzyż przegnał;

Jeśli szpieg, w starca przebrany kłamliwie,

Żeby mógł znowu dostać go do ręku!...

Lecz gdzie go śledzić, że tak wkoło głucho!

Ukląkł, przyłożył do mogiły ucho:

Tętnienie konia słychać w ziemi stęku.

Ha! myśl szczęśliwa kręci się po głowie:

Oko najlepiej z tego dębu powie.

Wstał; ale jeszcze uchem wiatru schwytał,

Raz jeszcze okiem gęstwiny zapytał -

I pod mszystymi zniknął gałęziami:

Tu pika błyszczy, kołpak czerwienieje,

A tu, po dębie, coraz bliżej wierzchu,

Gdzieniegdzie gałęź szeleśnie czasami -

oto razem postać zajaśnieje,

Gdzie sam szczyt drzewa tonie w ogniach zmierzchu.

 

8

Darmo Nebaba wodzi orlim wzrokiem

Nad różnolistnym gęstych puszcz obłokiem,

Darmo okrąża po polu szerokiem.

Zawsze w pustynie czczości wzrok zapada:

Ani kurzawy po drożynie dziada.

Jak tylko zajrzeć, wokoło tumany,

Snują się jary, wstają w piątrach wzgórza;

Śród nich gdzieniegdzie lasek się zachmurza;

Błyszczy dnia resztą dach zamku blaszany;

Błyszczy na prawo Dniepr dołem rozlany.

W błędnej z tysiącznych węzłów plątaninie

Liczne się drogi na lewo rozbiegły:

To skrętnym wężem pełzną po wyżynie,

To się jak wstęga snują po równinie,

To w paszczach jaru giną niespodzianie -

razem znikną w dalekim tumanie.

Tak tu wyraźny ten widok rozległy,

Że zliczysz wszystkie przydrożne figury;

A oczy lepsze dostrzec nawet mogą:

Gdzie jaki żebrak ciągnie którą drogą,

Gdzie koło błyska pośród pyłu chmury.

A dnia ostatkiem zachód pozłocony,

Pocieniowany lotnymi obłoki,

Jest jak zwierciadło tej ponętnej strony,

Z każdym jej cieniem, z wszystkimi uroki!

 

9

Kogoż ten widok, kogo nie zachwyci?

Kiedy nad otchłań pognębienia wzbici

Krążymy po niej spojrzeniem wpół-bożem,

A bliżsi nieba, czuć wyraźniej możem,

Żeśmy na samym dwóch sfer pograniczu,

W swojej kolebki, w ojczyzny obliczu.

Weselsza dusza żywiej tu promieni,

Jaśniej tu czyta w literach z płomieni,

Którymi Wieczny w tle chaosu cieni

Do swej potęgi dziedzictwa wpisał;

Sprzed tronu Boga głośniej tu dolata

Śpiew, co w łonie wieczności kołysał;

Głuszej tu jęczy płacz niskiego świata;

Na dół, do ziemi smutku kwef ponury,

Na dół westchnienie, co zawichrza duszą,

Łzy, sercu ciężkie, na dół tu ciec muszą -

Jak nawałnice i deszcze, i chmury

Płyną do ziemi od niebieskiej góry.

 

10

Co to Nebaba tak myśli głęboko,

Między gałęźmi oparty bez ruchu?

Czem' tak zasunął rozigrane oko?

Czy dąb, gaduła, szepce w jego uchu

Smutne powieści o klęskach tej ziemi,

Gdy pod jej niebem sęp mordu ponury

Toczył cień trwogi skrzydłami krwawemi,

A z nim Tatarów napływały chmury?

O, nieraz może na tym jego szczycie

Rozwiewały się przestrogi znamiona3;

Niejedno może ta z liści zasłona

Przed srogą śmiercią uchowała życie.

Nie; w zadumaniu cichem i głębokiem

Puścił się Kozak swoich dni potokiem.

Po jego myślach młody wiek przegania

W kwitnących barwach świetnego zarania.

Co za świat w ciszy rodzinnego sioła!

Gdy dusza grała ogniami jutrzenki,

A wabna przyszłość, jak wróżka wesoła,

W kolej nadziei uchylała wdzięki.

Jak wszystko pełne, jak tam wszędzie miło!

Jak dzień skąpany w jeziorze rodzinnym,

Cicho, ponętnie w marzeniach świeciło -

Przeszłość i przyszłość, szczęście i niedole:

Życie - koń wrzący; świat - kwieciste pole!

Wzburzenia duszy, cierpkie serca bole,

Wszystko się topi w uśmiechu dziecinnym:

Łzę utrapienia łza rozkoszy strąca;

I struna w tony rozliczne bijąca

Leniwiej smutne wesołymi zmienia,

Jak jego umysł, swoje poruszenia.

Albo ten wieczór, ten ogień Kupały!4

Po zwierciadlanej Biełozyria wodzie

Mkną się rybackie z kagankami łodzie;

Niebo ciemniało, szyki gwiazd gęstniały,

Błękitna fala sypała kryształy,

Szum sosen mruczał piosenkę żeglugi,

Muzyczną miarą uderzały wiosła:

Cyt! płomieniami rozgorzał brzeg drugi

I wrzawa dziewic zewsząd się podniosła.

We mgnieniu oka ucichli żeglarze,

Złożyli wiosła: czółna w okrąg płyną;

Już w oczeretach syknęły gadziną.5

A brzegi kipią w piosenkach i gwarze,

A tanecznice migającym cieniem

Snują się ciągle przed wielkim płomieniem.

Wtem zaczajona młódź nagle wypada.

Nebaba huknął: "Zdrada, siostry, zdrada!"

Już po bałwanie! Z wianków oberwany,

Złamany leży. Skończyły się tany,

Ucięto śpiewy, a mściwe dziewczęta

Całusem karzą śmiałego natręta.

A też pustoty!... Gdy wszyscy usnęli,

Widmo kobiety wysnuło się w bieli...

Dziką piosenką serce zaśpiewało,

Blask obłąkania strzelił ze źrenicy:

Kozak na chwilę zniżył skroń ściemniałą,

Jakby chciał przetrwać, ucichną pieśni,

mu natrętne widziadło się prześni.

Czyż taka pamięć pieszczot miłośnicy?

Darmo! nie ścieraj z czoła mgłę natrętną,

Nie stawiaj myśli na spojrzenia warcie;

Raz jeden zbrodni wyciśnione piętno,

Jak blask fosforu, czyści się przez tarcie.

Choć w całun duszy twe się oko wprządło,

Zawsze nieczystych miga się w nim żądło.

 

11

Inny Nebaba, bo z inną już duszą,

Pomiędzy borów majaczeje głuszą:

Grom namiętności mgłę spojrzeń rozświeca,

Szyderski uśmiech kazi hoże lica;

Wszystko kipiące, od serca począwszy

do rumaka, co go, gdzie chce, niesie;

Jak w duszy jego, posępno w tym lesie;

Jak żądze jego, kraj tu coraz nowszy.

Z piąter na piątra, z gór na góry drze się;

Za każdym krokiem rosną w nim tęsknice,

Im lasy głuchsze, wyższe okolice.

oto nowa zajaśniała chwila

I cienie troski ciągle mu umila,

Jak noc wieczności zorza zmartwychwstania.

Cóż to za dziwna strona się odsłania?6

Tu, pod nogami, na równi poziomej,

Moszen spojrzeniem policzone domy,

Irdyń drzymiący w spleśniałej głębinie,

Wiecznie z wiatrami sporne oczerety;

Jak rozsypane zielone bukiety

Drzewa i sady, i gaje w dolinie.

Tam błyskający jasnymi zwierciadły,

Tu w gardła jaru jak w otchłań zapadły,

Dniepr tutaj całkiem skrył się w bór ponury,

A tu się znowu wylał z bioder góry.

Dalej - piaszczyste, pozłocone morze;

Dalej bór spływa po spiczastym szczycie,

Podobny strzępnej narodowca kicie.

A jeszcze dalej i dalej, i bliżej

Góra po górze, bór idzie po borze;

Tysiącem węzłów, tysiącami krzyży

Plączą się, mącą, rozchodzą, zbiegają

Niepoliczoną, nieobjętą zgrają

Wioski i grody, pustynie i laski,

Jary i góry, i łąki, i piaski.

A coraz dalej stepy piasku bledsze,

A coraz dalej lasy błękitnawsze,

A coraz dalej dymniejsze powietrze

I nieba niższe - a mgły, a mgły zawsze.

Ileż uniesień, swobody rozwinie

Jeden tu widok w jednej tu godzinie!

Gdzie ten wiatr wieje, gdzie ten obłok dąży,

Co tam za strony! gdzie w tumany sinie,

Wiecznie drzemiące, fala Dniepru płynie?

Orzeł niech powie, co pod niebem krąży;

On wyżej buja i jego źrenice

Wyraźniej widzą tamtą okolicę;

O Zaporożu niechaj on opowie,

Jak tam rozlegle panują koszowi;

Jakie tam wiecznie hulanki i wola;

To samo słońce jak tam rozpromienia

Porozsiewane gwarne ich kurzenia.7

A tabun pędzi ze rżeniem na pola,

A Zaporożec na swobodnym koniu,

Jak jego myśli, ugania po błoniu:

Jak wicher stepu jego pieśń tak dzika.

A tam, po Dnieprze, łódka się przemyka,

Lekka i chybka, i szybka jak fala

Leci za nurtem po szklannej równinie:

Wpadła na poroh; ze skał się przewala;

Zapadła w głębię... przepadła... z dala

Pęka wód kryształ, łódź jak łabędź płynie.

"Przeszło, co było! i co będzie, minie! -

Ockniony z myśli ataman zawoła -

A co być musi, niechaj się już staje!

Kozacy tęsknią i ogień goreje!"

Spuścił się z dębu na skrzydłach sokoła,

Na szumie wichru przemknął się przez knieje;

Już pod bajrakiem i już hasło daje.

 

12

Poznała hasło kozacza drużyna

W gęstwie bajraku dotychczas drzymiąca.

Lekkie gwizdnienie biegać w krąg poczyna

I ciszę zmroku powoli zamąca -

Ale nie głośniej jak szum między drzewy,

Gdy wstaje chmura nawalnej ulewy.

Prędko, spokojnie wszystko się odbywa;

Bo i pochodu młodzież niecierpliwa,

I atamana rozkaz wykonywa.

Nie śmie złowiony koń zadzwonić w pęta;

Nie śmie stal brząknąć do boku przypięta;

Natrętna innym, gałązka przydrożna

Kozaczej czapki nie dotknie, ostrożna.

A z jaką ciszą do zbroi się brali,

Z taką, już zbrojni, z lasu wyjechali.

Czekał ataman kołpakiem omglony;

Pod atamanem kopał ziemię wrony.

Dał znak, mołodcy obwiedli go kołem;

Podniósł kołpaka, powiódł śmiałym czołem:

"Panowie bracia, czas nam ruszyć dalej!

Droga daleka, gwiazda się już pali,

A zamek czeka z łóżkiem i wieczerzą!

Więc z Bogiem naprzód! niech koń w pęcie dłużej,

A noże we rdzy niech dłużej nie leżą.

Szlak wiemy dobrze, choć się niebo chmurzy.

Aby dłoń sprawna i pika niekrucha,

To za godzinę do Dniepru popłynie

W diable ochrzczona niewiernych psów jucha!

Naprzód, Kozacy! spoczniem po godzinie!"

A nie chcąc dłużej rozwlekać się słowy,

Pokazał ręką na ogień zamkowy;

Świstnął i wprzód się wysunął miło,

A wojsku chęci we dwoje przybyło.

 

13

Niezbyt daleko jeszcze odjechali

I widać jeszcze przez mroku zasłonę,

Gdy śpiew się ozwał w międzyleśnej dali.

Zwrócono oczy i uszy w stronę:

Pieśni znajome, ich słowy złożone.

Patrzą, ciekawi, co się dalej stanie,

Patrzą do lasu: ucichło śpiewanie;

i dwóch jezdnych, szłapiąc wolnym krokiem,

Zamajaczyło między szarym zmrokiem.

Ile w ciemności dopatrzeć się można,

Kozacza burką opięci się zdają

I długie piki, zda się, w ręku mają.

Ale we wszystkim trzeba iść z ostrożna:

Na znak Nebaby czterech wyskoczyło

Rozpoznać z bliska, co by to tam było.

 

14

Już powrócili; dobrze się sprawiono:

"To niedobitki, ojcze atamanie!

Wielkie przy Mosznach było krwi rozlanie8;

Tabor tam naszych ze szczętem zniesiono:

A tym dwom jakoś to trzciny Irdynia,

To okoliczna pomogła pustynia,

Że się wymknęli, upatrzywszy porę;

Ale ich serce i dziś na bój gore.

I gdyby można, to by jeszcze radzi

Tu pohulali. A więc z dobrej chęci

Proszą, by u nas mogli być przyjęci.

Nam się też zdaje, że to nie zawadzi,

Przyjm ich, prosimy, do swojej czeladzi."

Coś pomyślawszy, zezwolił wódz na to:

Bo dwóch nareszcie ni zyskiem, ni stratą.

Kozacy, radzi z nowych towarzyszy,

Ruszyli dalej w porządku i ciszy.

 

15

Wieczór gęstniejsze rozsiewa tumany,

Brudniejszym niebo obłokiem zaciemia,

Z ciemniejszym niebem zasępia się ziemia;

Toczą się szlakiem obłędu bałwany.

Chropawym torem, w ślepiącej ciemnocie

Orężny orszak bacznie się posuwa;

Daleki ogień, co na przodzie czuwa,

Dodaje bodźca wojennej ochocie.

To na zamkowej wieży się paliło:

Kochankom wojny tak go widzieć miło,

Jakby się w oko dziewczyny patrzyli,

Gdy je nadzieja rozkoszy umili,

I dalej hufcem ściśnionym stąpali,

Ciągłe milczenie zachowując dzikie,

Nadzieję mordu mając za muzykę,

Za wtór stęk ziemi i brząkanie stali.

Cóż się tam dzieje z myślami Nebaby

Teraz, gdy zemsty dostępuje szczytu?

Musi mu jaśnieć wszystkimi powaby;

Teraz to musi w rozkoszy zachwytu...

Ej, ile można miarkować po czole,

Po dosłyszanym zazgrzytaniu szczęki -

Znośniejsze serca zdradzonego bole,

Gdyby się pojął, niż te zemsty wdzięki.

Czegożby marzył po tryumfach noża

O błędnym życiu w stepach Zaporoża?

I czegoż w myśli tak brnąć, że pomału

Jakby w sen zapadł, jakby w śnie się rzucił,

Gdy pistoletu wystrzał go ocucił.

"Kto tam wystrzelił?" - wnet groźnie zawoła.

Pilnie patrzono po sobie dokoła -

To w ostatnich szeregach oddziału.

"Droga tak ciemna, koń się potknął w chodzie.

Przeklęty kurek, źle trzyma na zwodzie,

Aby go dotknąć, to zaraz i pryśnie." -

"Niechaj no każdy pistoletu strzeże!

Bo czy umyślnie, czy to nieumyślnie,

Raz ja ostatni w ten przypadek wierzę!

Nie przetrze oczu, jak plunę któremu!

Hej, kto wie drogę, niech jedzie przed nami!

Wy z bystrym okiem, biegnijcie stronami;

A tył oddziału wręczam pod straż temu.

Wróg - bodaj mara; a wystrzał przestroga!" -

"Pozwól się prosić, ojcze atamanie -

Pochwycił Kozak, co w tej chwili stanie -

Każda mi znana pod Kaniowem droga;

Niejedne wiozłem tu listy, a wprzody

Nie raz tu, nie dwa wypasałem trzody.

Wybierz mi oczy, jeszcze i w chwilę,

Na krzyż przysięgam, że o krok nie zmylę." -

"Zanadto mowy, lecz kiedyś ochoczy,

Więc prowadź. Zawsze ku temu ogniowi;

To nam gospoda." Tak Nebaba powie,

A zwinny Kozak przed wszystkich wyskoczy:

Westchnie - przez piersi święty krzyż położy;

A za nim reszta - i dalej, w czas boży!

 

16

Ciemnymi szlaki wywijając kręto,

Nad jar głęboki przerżnął się Nebaba.

A już i jasność miesięczna, choć słaba,

Biła ze wschodu w chmurę nasuniętą

I widzieć w cieniach wyraźniej zaczęto.

Gęstymi trzciny szeleści jar na dnie;

Woda gdzieniegdzie drzymie śród bagniska,

Chwilkę jaśniejszym zwierciadłem zabłyska,

Gdy drobna gwiazda zza chmur się wykradnie

I w srebrnych iskrach na jej marszczki padnie.

"Patrzcie no! co to tym wzgórzem ciemnieje?" -

" To powyż jaru podnoszą się lasy." -

"Lasy w tych stronach? a ja znam te strony.

Może... słyszycie ten szum przytłumiony?" -

To za Dnieprem biesiadują knieje." -

"Nie, bracia; kłamstwo! to coś jak hałasy."

Ale gdzież Kozak, co przed atamanem

Po błędnej drodze jego hufiec wodził?

Czy w czarodziejskim kole się ogrodził?

Czy jak widziadło rozwiał się tumanem?

Byłże to Polak przykryty kołpakiem,

By nieostrożnych naprowadzić w siatki?

Badał i lubo śród przykrej zagadki

Dreszcz, co oziębia, przebiegał po ciele,

Żadnym nie zdradził podejrzenia znakiem;

Tylko zawołał na swoich i śmiele

Puścił się z góry, jak gdyby skrzydlaty.

Podwójny wystrzał błysnął, zagrzmiał w tyle;

I jęk śmiertelny ozwał się za chwilę.

"Stój, atamanie! - leci jeden z czaty -

Zdrada od Lachów! Już nasz jeden zginął;

Ledwie dał hasło, pod koniem się zwinął;

Takim go smacznym przywitał nabojem

Czart zaczajony w kudły naszej burki;

A teraz z wojskiem połączył się swojem,

Co już nam odwód przecięło na wzgórki.

Słyszysz - czy widzisz, co się to zaczyna?"

Zaledwie skończył złej wieści posłaniec,

Kozacy na dół runęli nawałą,

zastękała w dnie jaru głębina;

A z góry chmurą gromami nabrzmiałą

Z wolna bagnetów następował szaniec.

Wpółchmurny księżyc pozierał nieśmiało;

Rzęsne się błyski sypały z oręża;

A szyk doborny, koń w konia, mąż w męża,

W nieprzełamanym i niemym szeregu

Sunął po jarów górującym brzegu.

Tylko szeleści sztandar rozwiniony,

Jak gdyby szeptał już naprzód pacierze

Po duszach, które śmierć za chwilę zbierze;

A czasem trąbka wrzaśnie w przykre tony.

 

17

Jak ta na wstręcie zaburzonej fali,

Co przez dnieprowe porohy się wali,

Skała śród szumu stoi niezachwiana -

Tak się wydaje postać atamana,

Kiedy zepchnięte nieprzyjaciół siłą,

Wojsko się jego dokoła stłoczyło:

"Stójcie! - zakrzyczał - podstęp, nie wygrana!

Prawda, że wrogi stoją nam na