| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Stanislaw Wyspianski Rapsody - Hymn - Wiersze IntraText CT - Text |
Wielkości! komu nazwę twą
przydano,
ten tęgich sił odżywia w sobie moce
i duszą trwa, wielokroć powołaną,
świecącą w długie narodowe noce;
więc, choć jej świeży grób opłakiwano,
przemoże Śmierć i trumien głaz zdruzgoce;
powstanie z martwych na narodu czele
w nieśmiertelności królować kościele.
W szkarłatach mię spowito w
złotej trumnie
i pochowano na wawelskiej górze,
a tam sarkofag stawiono w marmurze,
gdzie z berłem i w koronie spałem dumnie;
zaś wszystkie stany w żałobnej posturze,
niejako płaczki, zwracały się ku mnie,
nade mną, nad ostatnim z rodu, wznosząc lament.
Wielkość - ludowi przekazywał mój testament.
I śniłem życie mojego narodu
królewskie, błękitne, pogodne:
jak rosły, potężniały wieże grodu,
miasta olbrzymy, z mych czasów wywodne,
w Sławie, w szeregach przelicznych pochodu
wieków... i ludów wielość; wszystkie zgodne;
tak myśl je moja łączy i zasila.
Zdało się, że się nieba skłon odchyla.
O snu! długiego snu! O Sławo!
Sławo!
O Dolo ty! płynąca wielką rzeką!
O Losie ty! wulkanną rwiący lawą,
O Wieki! - jak się bezpowrotne wleką ...
Potęgo! surm wojennych grzmiąca wrzawą.
O łzy! te, co radością trysłe cieką.
O serce! - jak miłoście światy kruszą!
O Snu, błogiego Snu! O Sławo-duszo!
Zaszedłem w jakieś równiny
przedwieczne
bez kresu, łąki stepowe, kwieciste;
niebo nade mną rozwiło swe mleczne
drogi i gwiazdy paliło złociste;
gwiazdy poza mną szły na drogi wsteczne,
olbrzymie koła zakreśląc koliste;
a ja łąk stepem bezkresnym w Milczenie
idę i ducha wiodę w zapomnienie.
Już poraz gwiazdy przede mną
zgasały,
nad łąką mglista zawisła opona
chmur płowych, które nieruchome stały.
Obręczne światła, zanim które skona,
tęczowo jeszcze na gęstwie mgieł drżały,
gasnąc; - już dal je chłonie nieskończona.
Już kresy wieczne, dla dusz pastewniki,
pojące wonią ziół - już i strumyki,
których srebrzysta woda, stalo-mleczna,
wiją się, splotne tysiącznymi skręty,
w stronę, gdzie dążę, kędy Rzeka-wieczna
Zapomnień - kędy duch mój zgaśnie z jęty;
aż go Wyrocznia odrodzi słoneczna,
gdy będzie z trudów żywych wypoczęty -
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
A przez te łąki idą dusze
pochodów ciągiem nieprzerwanym,
aż wstąpią w wody białe;
aż hen przepadłe w wodne głusze,
odmętem rwane niewstrzymanym,
przepomną życie całe;
przepomną życia skarg i mąk,
przepomną klęsk, pognębień.
I myją brudy krwawe z rąk,
aż czyste - do pogłębień
podziemnych zestąpią.
I jeszcze w mgłach oparnych z łąk
na darniach ległe ciała kąpią;
i idą dalej przemienione
w stepy bezkreśne, nieskończone,
a kwiaty im rosną, gdzie stąpią.
Już przez te łąki u połowu
drogi
rzeka przez grząsła płynąca, rozlewna,
a wód rozlewem zwalająca progi
porostów; - chociaż cicha, szybko wiewna
po kiściach kwiatów, zwanych złoto-głogi,
którymi ściele się ta łąka rzewna -
a w rzece płynie dziwnie tajna Siła
odmiany; - zasię dusza, która piła
tej wody - Doli swojej zapomina
i jest zwolona z petów ziemskiej złudy
i oczyszczona - i już nie przeklina
ani złorzeczy, a wstępuje w cudy,
którymi tamta święcona kraina,
i zdolna w nowe pójść żywotne trudy,
idzie ... - Już chylę nad letejskie brodła
głowę i czerpam pić, już sięgam źródła ...
Gdy naraz z wody wstaje wielka mara
i oczyma mnie uderza i wiąże,
że tak pół-ruchu stoję: dłoń jak czara,
już sięgająca ust - już duchem ciążę
ku wodzie: - pamięć mię odejdzie stara,
a duch już nowe tchu zawiązki ląże -
gdy naraz głos przeciwko mnie ogromny,
żem się pochylił na brzeg nieprzytomny.
Topiel się rzeczna, jak postać,
podniosła;
wytrysk, wodnymi strugami obwisły
w powietrzu, wstrząsał ponade mną wiosła
rąk, które jako młyńskie skrzydła trysły,
w wielkich rozpędach, miecąc od się trzosła
deszczowe kropel, co zanim rozprysły,
świeciły srebrem kul, aż w rzekę wpadły
na dno, wprzęgłymi zjeżone widziadły.
Przez jedną chwilę była mi
odkryta
toń straszna i dno rzeki, co zdębiona,
wodnistą ku mnie potworą zakwita -
i widzę: - spodów łożyska i łona
w namułach, glebie, żwirach - bo odwita
przede mną zwalna tajemnic przepona:
jako tam wszystkie Zła i Zbrodnie legły
i jak jaszczury potworne ich strzegły.
Tak była mnoga tworów cieśń
skłębiona,
ciał ludzkich, wężych, pniów, konarów drzewnych,
zaplatających w tysiączne ramiona
kamienne, ludzie te o twarzach rzewnych,
o twarzach w bolu strasznym, który kona
wciąż, pod pokrywą ciężką rzek przelewnych -
ten raz jedyny dla mnie odsłoniona. -
I zrozumiałem, co chciałem uczynić,
czerpając wody - ... zapomnieć: zawinić!
A już wśród głuszy, bo tam
płyną głuche,
jak Noc, te strugi w step, w odwieczne dale
gromki głos mary zbudził zawieruche
i huczał wichrem dący ponad fale,
a grzmiał, że stałem się jak twory kruche,
którym się jawi duch nad nie potężny.
Mówił, a ryk po falach szedł daleko-siężny:
"Wracaj!" - a oto głębia
rzeki jawna;
duchy tam były uwięzgłe w kamieniu,
na wielkie męki wydane od dawna;
wiekami wielu jęczące w zamknieniu
kajdan - a rzeka ponad nimi spławna,
ciężarem bielma tłoczyła w płynieniu;
nie pozwalała tchu chwytać i blasku,
że marły wciąż ciałami wryte w piasku.
Cożkolwiek przeznaczono duchom
działać,
dopełnić w krwi rozlewie i przeboju;
czynach, od których serca mają pałać;
aż zryte czoła w ciężkich trudów znoju,
wypiszą same czytelnie: "została-ć
li dusza jeno, łaknąca pokoju;
wielkością, mordów, zbrodni mrąca wagą;
ciężaru upragniona zbyć i stać się nagą" ...
Być, jako dziecko, czystą i
niewinną;
nie znać, co będzie, i nie znać, co było;
żyć chwilą czasów jedną, wieczno-płynną,
co jest dla myśli i działań mogiłą;
bez czucia, bolu, radości, pamięci,
jak Bogi nieśmiertelne, jak pół-święci;
z marności tworów stać się uświęconym;
gdy to, co w życiu zdziałano skończonym,
gdyśmy we walkach padali przeklęci,
z tą samą mocą i tą samą siłą
po wieki swoje zbrodnie upamiętnia
w tym dnie przeklętej prawdy wiekuistej
i nowym tortur zaplotem uwstrętnia
głąb tę odmętną czeluści nieczystej.
"Wracaj" - a moja się dusza zasmętnia ...
miałżebym więźniem być Martwicy istej;
w wieczną Niepamięć rzucon, w Zatracenie,
że drżałem trwogą, jako drżą liścienie
drzew zlękłych . . .
"Wracaj!" - a stałem już
w łąkach Erebu,
"Powracaj!" - a wkoło mnie kwietne pola,
"Wracaj!" - bo oto dzień twego pogrzebu
i twojej Śmierci drugiej, i twa Dola
dla cię wybrana; ty twojemu niebu
wrócon; królestwo twoje! twoja Wola!
"Powracaj!" - i już znika dla mnie rzeka,
"Wracaj!" - - już znikła i łąka daleka.
A ust pragnienie pali, chuć łakoma
tych wód, tych białych wód ochłody!
Już wargi oschłe, językiem oskoma
przewija, jedną choćby kroplę wody!
Męko! choćby ziół soczystych aroma ...
A coraz spod stóp giną strugi, brody ...
Chociażby łodyg narwać jaskru - pusta
wszędy gleba; zaskrzepłe grudy; ... palą usta!
W jakichś ugorach, rozoranych rolach
błąkam się znowu i wlokę spieszący
i wciąż ten słyszę głos - "powracaj!" w
polach,
w poświstach wichrów nade mną grający;
idę a trudem nogi więzgną, w bólach
gnę się, upadam a spieszę; - gorący
dech i opary duszne ziemi...
Powietrza! - Tchu!... Jakby ciasnemi
jestem ujęty ściany -
uwięziony;
więzgną mi ręce w ruchu zesztywniałe,
sprzed oczu znikły te odległe skłony
przestrzenne; - czuję się zamknięty w skałę;
w kość czółna wżarty wrąb ciężkiej korony,
a w ręku berło jakoweś spróchniałe
i czuję, że je kościec, nie dłoń trzyma
i że się kruszy kość, gdy silniej ima.
Powietrza! Tchu! - już głos zamiera
we mnie;
już Echo głuche spada na twarz własną,
jeszcze gorące dechom - w straszne ciemnie
oczy się patrzą, w pustkę czarną ciasną; -
choć kośćmi jamę rozprzeć! - nadaremnie,
tuż nad mym ciałem kamienie tarasną
zaporą zamkły grobowe sklepienia.
Tchu! Tchu! bo spłonę szaleństwem płomienia.
Wtem usłyszałem jakby do grobowca
stukanie - - -
i jakby się obsuwał złom granitu;
uczułem, że się łyska wierzch pokrowca
złotymi nićmi od jakiegoś świtu;
znów woń kadzideł palonych z jałowca
i jakiś strop z gwiazdami i z błękitu - -
- W kościele byłem trup; więcem się wzdrygnął
i naraz kamień tumby ktoś podźwignął.
Tu; gdzie leżałem ja, w grobu
pomroczy,
pochodni łuna zajrzała gorąca
i na prost oczu moich czyjeś oczy
i twarz, w wyłomie muru płomieniąca;
w zorzach się ludzi cichych kilku tłoczy;
żarem się runi twarz moja jaśniąca; -
próchno, zbutwiałe stroje, szata zgniła
nagłą purpurą ognia się paliła.
I to raz zajrzy ktoś, to się
odchyli;
raz buchnie światło prędsze, znów przygaśnie
i głowa czyjaś inna; - patrzą, czyli
jestem - bo imie moje szepcą właśnie;
kilku - bo żywo słowami gwarzyli;
znów kamień ważą taranem hałaśnie.
Spadł; - oni oto naraz zmilkli, dyszą ...
- Ujrzeli, jakom jest grobem i ciszą.
Doczesności się moje już
skończyły?
Więc jużem w proch się starł i skruszył;
to jeno strzępy z szat, co złote były?
Jedwab spopielił się, w pył się rozprószył.
A czymże są wielkości, co się śniły?
z których-em państwu wił Los, świetność tuszył?
Loch grobu czarny, zgnilizna, te łuny!
Szły po mnie dreszczem podziemne pioruny.
Ogromny łoskot słyszałem
ostatni
spod sklepów ciemnych głębokiej czeluści,
długotrwający - ginął w piwnic klatni,
a jeszcze tylko wichrem tęskno szuści...
cichnie. - Już ludzie ci, jak moi szatni
- a niech im nagłość chwili Bóg odpuści -
jęli się zdzierać ręką szat purpury
i złotogłowu szarpać złote sznury.
A już się było
Światło dzienne wdarło
w grób i stanęło urągać w rozłamie:
"Otożeś król" - już słowem-krzykiem
żarło -
"Korona twoim próchnom marnym kłamie!
Co było w tobie potęgą, umarło.
Król-żeś ty? - próchnem łyska zeschłe ramię!"
A mnie tu łzami wstydu twarz pociekła
i czarność na się i mroki nawlekła.
I stało się, żem wszystkie
siły stężył,
kościec - modlitwą jedną wstydu straszną -
jak w konającym bólu, raz rozprężył
i zatrząsł samym sobą; - - tę rubaszną
gawiedź ciekawą trwożąc, bom zaciężył
nad nimi Grozą Śmierci nieustraszną:
sypiąc się w proch, co jeszcze łudził zsiadły;
w popioły kości rozprzęgłe opadły.
Stała tych ludzi półkolem gromadka;
jedni tarany dzierżą, kute młoty -
jakaś zbłąkana, bezpańska czeladka; -
inni papierów pliki, kreślą noty,
sprawdzają, biorą gromnic żar na świadka;
to ku koronie łysną; na pozłoty
wpółbiedrza . . . wszędy ciekawi i skrzętni,
aż ustali: - już tylko na mnie patrzą, smętni.
Nad prochami ksiądz śpiewał
umarłych Wilije; - -
mnie człowiek jakiś za kościec ujmował,
jakby w me ręce składał serce czyje,
jakby mię prosił o co czy dziękował;
ślubował wskrzeszać narodu Gloryje,
że i mnie, chodem król, a dreszcz przejmował;
- spowiadał mi się z bólu i żałości,
szeptał o jakiejś ofierze miłości.
Był mały, jako ludzie ciałem
drobni,
i przygarbiony nie wiekiem, lecz pracą;
był z tych, którzy są Aniołom podobni,
których żywoty wiele wykołacą,
gdy się w nich święta duma odosobni,
gotowi się poświęcać, mając za co; - -
do pocałunku głowę chylił w długich lokach,
z oczu mu gorzał żar - taki w prorokach.
"Przed tobą jako Skarga się
rozpłaczę
i załamię ręce w dnie rozłamu,
i zabarwię twe dumy junacze,
i napiętnuję Rozpacz wobec Kłamu,
byś mię poznał, jak opowiadacze,
i byś nie brał mnie za kupce kramu.
Oto czytaj w sercu i sumieniu,
dajęć duszę w tym rąk uściśnieniu.
"A to są moje łzy, których nie
spatrzy
człowiek, co by się moim łzom urągał
i śledził po mej twarzy, czym nie bladszy,
i horoskopy mej duszy wyciągał,
a w tajemnice moich nędz się wkradszy,
duchem mnie do niewoli zaprzągał;
a to są moje łzy, teraz płynące
na łachman króla-płaszcz i kości schnące.
"A jeźli żywot mej ziemskiej
niedoli
będzie przedłużeń w starość późną,
siwą
i rosnąć duchem Bóg słudze pozwoli,
i przyjmie pracę wysługi cierpliwą;
już serce szczęścia nadmiarem wyzwoli,
a chwilę Śmierci-wyzwolin szczęśliwą
będę zwał; - - tyle wielkich serc upadło,
tylu już smutnych do grobu się kładło".
Patrzył się na mnie i taką
wymową
serca ... Czy były to anielskie warty:
ci ludzie, światłem duchy sobie bliźnie;
żałobnych skrzydeł krąg nade mną zwarty
i szept ten: "Niebios Najświętsza Królowo,
dopuść, by godne ostateczne Słowo,
którym mi przyjdzie zamknąć żywe karty,
było: Błogosław, Boże, mej Ojczyźnie".
Nie rozumiałem, co mówił, co
szeptał.. .
Jakież to chwały wskrzeszać? Gdzie zapadłe?
Któż Sławę ich pohańbił i podeptał?
Ichże to modły ciche, w lęku zbladłe?
Gdzież króle, moi następcy dziedziczni!
Jakie Ofiary-miłości przepadło? - -
Czemuż ci, jakby wszyscy, choć nieliczni,
tacy powagą starzy -
Jakież ubiorki ich czarne,
żałobne,
i dłonie obu rąk drżą załamane.
Czyli wysute już śpichrze zasobne;
w skarbnicach skrzynie denarów wybrane; -
jedne im oczy te łzami ozdobne,
jak perły czyste i niepokalane;
o łzy te święte, wzruszeniem płynące
na łachman króla-płaszcz i kości schnące.
Terazże pojrzę bliżej w ich
oblicza,
jak ich postawy uroczyste, skromne;
że światłość na ich czołach posłannicza,
że dumy-szczerbce i jeszcze niezłomne;
że w serca szpona się wpiła zbrodnicza
zawodów, męczeństw, że klęski pogromne
wielką nad nimi zaciążyły chmurą
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Potem te kości moje ktoś
wybierał;
podawał tym, co na kościele stali; -
lecz jakiś dziwny żal z ócz im pozierał,
tacy się czuli strwożeni, nieśmiali;
jakby mniemając, żem drugi raz umierał,
gdy mię w sosnową trumienkę chowali.
- Aż gdy mi i koronę zdjęto z czoła,
pojąłem: - - oto Pomsty wszystko woła.
A każda moja kość była
nazwana,
przez te ich ręce przesuwana drżące,
że czułem po tych rękach: rozerwana
jest wielka Miłość - a duchy w nich śpiące,
obawą wielką ucichłe tyrana; -
tak się skarżyły, tak były płaczące,
że prawiem szedł przez ręce ich bezwiedne
sam - i poznałem te dusze spowiedne.
Jako w wichrowym locie płaczą
drzewa
brzozy, a liścia warkoczem się skarżą;
jako po starych dzwonnicach wichr śpiewa;
jako nad trupem ległych konie zarżą;
jak wody, gdy się ścina w lód polewa
i co śpiewniejsze fale już zamarżą,
skargami jęczą i żalą się ze dna; -
tak w nich dźwięczała w sercach Skarga jedna:
"Otośmy drzewa na jesiennej
słocie
i kłosy zżęte rzucone na wichrze;
odartych liści na j świetnie j szych krocie
leżą pokotem we krwi - oto spichrze;
kłosów się snopy ponurzone w błocie
walają - przeto skargi wstydem cichsze;
i noc - straszliwa Noc dla ducha ciąży,
a dusze zapęd rwie ... nie wie, gdzie dąży.
"O znaj ty nasze męczeństwa
sybirne,
żelazem dłonie i ręce zakute,
oczy wyżarte, jak przez piaski żwirne,
strugami łez, co zaschły ślozą strute;
że jedno znamy, jako dziady lirne,
straszliwą żalów i jęczenia nutę.
O ty nasz król-dziad, ty ułomny,
a my twój naród, twój lud, twój bezdomny".
"O Pomsty!" krzykłem duchem
przez ich serca,
a nie wiedziałem jeszcze pomsty za co;
jużem rozumiał sercem: ktoś wydzierca!
Ktoś, co korony tknął! - O to kołacą
im w piersiach dzwony skarg! - Do szczerca
dusz ich siągłem; - krwawo płacą
za czyjeś winy; - oni, jak bezdomni,
tulą się, bladzi, chwiejni, nieprzytomni.
Już kości leżą znów w
sosnowej trumnie,
ze świeżych pni ciosanej, z boru;
już chłonę zapach, już czar powiał ku mnie
żywicy lepem i świerków koloru
jakaś majaka w oczach staje; - szumnie
gałęzie zwieśne gwarzą - jak wieczoru
owego . . . Boże! czyliż go przypomnę . ..
gdy - wszak ci było tu - Szczęście ogromne.
Święta pieśń
szczęścia, co się w każdym śpiewa,
choć o tym nie wie, ale przedsię czuje,
że szczęście jest, co w piersiach się przelewa
i myślom z chaty pałace buduje;
że potem taki człowiek jest bogaty;
już choćby rozdał wszystko, nie zrujnuje
śpichlerza, gdzie mu Miłość skrzynie ładzi,
a rękę Litość serdeczna prowadzi,
tak się cudowny nad nim dźwięk rozbrzmiewa.
A on, że w dźwięku czasem
się zasłucha,
nie mogąc zrazu wiedzieć, skąd przylata;
skąd zrywa go na wielkie loty ducha;
skąd wznosi go w rozległe sfery świata
ów dźwięk - co nagły jak wulkan wybucha
i z ideami świętymi go brata -
jest zasłuchany i czuje się boży,
jak dziecko, skoro mu Ojciec położy
dłoń na główce - spokojny,
spokojny
i czysty - jakby przepomni przez chwilę
przyjaźnie-zdrady i sojusze-wojny
i jest ogromnie pewny w swojej sile,
czuje się piastun-król szczodry i hojny,
co siadł do stypy z bracią na mogile
i cienie ojców czcząc stosu pogrzebem,
z każdym, jak z równym swym, łamał się chlebem.
Tutaj to, tutaj kończyłem
budowę
i strop sklepienny przewiązałem tęczą,
i sarkophagum stawiłem ciosowe
ojcu - niech spoczął po trudach, co męczą,
mąż, który wielkie przełomy dziejowe
podjął, nim czoło korony obręczą
podniósłszy dumne, harde, nieugięty,
wrogów w żelazne pozakuwał pęty.
A gdy ja chłopak stałem mu przy
ręku
i na koronę patrzyłem nowiutką,
ojciec coś mówił, a głos ginął w brzęku
hałaśnym trąb; - bo miał malutką
postać; - więc przy tym mleczów szczęku
dobywanych, co przed nim ulicę calutką
zamkły - że stają w mieczyskach rycerze,
a trąby grają hymnus, że dreszcz bierze...
Tutaj to - widzę, że lata -
minęły.
Któż to, ten młody, wysmukły, rycerski;
strojem jak Greki; jakimiż to dzieły
sławien; - li tylko przez Śmierć bohaterski?
że kości jego i prochy spoczęły
opodal - że on mnie dziś duch braterski:
stoi, na mieczu ręka; - duch-że wojny
chwilę przystanął w nim, chwilę spokojny.
A oto w bieli jakowaś niewiasta,
ponad kolumną przygięta strzaskaną;
snadź łzawi lice - i oto urasta
w mych oczach, tyle smutku w niej wydano,
jak błagalnica ta z Bożego-miasta,
gdy nad Chrystusa grobem zapłakaną
pocieszał Anioł;..... pochodnia opada.
Grobowiec Smutkiem wkamienionym gada.
Do marmurowych ścian czarnych kaplicy,
gdzie złotem snopów grodziła się krata,
przenieśli trumnę we światłach gromnicy;
czuli, że mój nad nimi duch ulata,
że są jak mali zranieni orlicy,
i gdy ich tak Nieszczęście wielkie brata,
poklękli, pacierz za mnie mówiąc krótki,
i wszystkie swoje w nim zawarli smutki.
A gdy już miano mnie tam w tej samotni
zamykać i podwojów już parto zawory -
ci ze śpiewami już poszli przelotni
i miałem ostać Sam - na te nieszpory
cicho płonących świec, jak się z nich lotni
modlitwa jakaś odwieczna Pokory;
a widma czarne w pawłokach przechodzą:
płaczki cienie - i od nich żywych mnie odgrodzą,
gdy się mąż nagły zjawia
u podwoi,
im widać z ruchów i postawy znany,
bo się już do nich zwraca: "bracia moi....
nasz król" .... a oni mówią: "zakowany".
I pojrzał wzrokiem obłędu, gdzie stoi
piedestał w ciemne choiny przybrany
. . . . . . . . . . . . . . .
Nadbiega i już woła: - "ja
spóźniony! -
O królu - wieków pięciu latmi wielki,
jużeś ty dla mnie zakowan, zamkniony,
iż cię nie ujrzą wzroki" .... łez kropelki
dwie rozświeciły oczy, zawstydzony,
w ogniach rumieńców Żądzy karmicielki,
dławił w sobie ten płacz - szukał duszą,
oczami, które deski trumien kruszą.
Taka w nich siła duchowa zbudzona,
iskrami cisnąc, do grobu przypadła,
jak błyskawica biegając szalona,
stapiała prochów męt i treść ich jadła -
żarem paląca płomiennego łona,
aż króla mnie pod drzewem tam odgadła.
Więc padł na ziemię krzyżem i zaszlochał,
a groby wkoło widziały, że kochał.
"Widziałem twoję
Wielkość i twą Nędzę.
Czyliś przed oczy moje stawion truchło,
iżbym twe grzechy w twoich dziejów księdze
przemazał - iżby zgnilizną nie cuchło,
co ma być strawą żywych i snuć przędzę,
ażby z niej nowym ogniem życie buchto.
Historia! Dzieje! Otom jest w sumieniu
porażon sędzia; - przebacz, Sędzio Cieniu!"
Głazy głębokim jękiem mu
odrzekły,
dziejów ubiegłych zwołując wspomnienia,
a Echa się te długie w łańcuch wlekły;
zrazu przeciągły w naw niskich podcienia
skrywał się, gdzie wilgocią ściany ciekły;
to się aż chwytał stropów i sklepienia -
rozkołysany na pajęczej pletni,
złotego wieku strząsał pył stuletni.
Nad arkadami wielkie chusty zbladłe,
spylone, zwisły; - na nich jakieś stroje
dziwne - snadź bajki się pleśniły zsiadłe
o jakiejś wojnie - jacyś króle-woje,
w wielkim rozmachu mleczów na tarcz padłe,
i wielkie tłumów zlękłych niepokoje,
i wielkie wieże w gruzach, i świątynie,
jak z nich pożarny dym w kłębach się winie.
Ilijon w gruzach - bohatery walczą,
w smugach obrazu płynący ku Sławie;
młotami walą, biją o tarcz tarczą
w nierozstrzygniętej walki strasznej jawie;
na wieki jeszcze długie ramion starczą
zapasom, w wielkiej snadź podjętym sprawie -
a już złowróżbny koń pośrodku stoi...
O Ilion! przedsię walczą męże twoi!
Polska się cała zbiegła do
mych prochów,
w grób mój patrząca pusty. - "Tu król leżał"
poczęli wołać w szemraniu popłochów.
"Oto już gniazdo wiekowe odbieżał!"
"Oto żądamy widzieć widmo lochów,
aby je każden swoją miarą mierzał.
On jest nasz - wszystkich! Jesteśmy Tomasze;
żądamy widzieć, patrzeć w Święte nasze!"
"Chcemy położyć
głowę w ich pościeli,
pyłem ich świętym żegnać nasze dzieci;
niechajże Jego duch w małe się wcieli
i nieugięcie z nich błyska i świeci,
niechby się w jednym piętnie prochów jęli
ramiony, że się pożar w nich roznieci!
Oto jesteśmy Tomasze bez wiary,
widzieć żądamy próchno - w nim są Czary!"
"Uprowadzają nam króle w
zazdrości.
Odwalon
kamień tumby, a loch pusty.
Oto niesiemy balsamy, wonności,
uwonić strzępy, proch całować usty;
niechby w nas Spokój-wiekowy zagości,
spowiedź uczy nim i znajdziem odpusty".
O pustą tumbę rozbili swe dzbany
mleka i miodu i jękli: "porwany!"
Rzesze
szły; wszystkie szemrzą: "Król porwany".
"Nie
ujrzym Króla! Nie masz!" - Rzesza rosła.
"Gdzie Król!!" A inni krzyczą: "Zmartwychwstany!"
"Oto go Boża-moc z grobu uniosła!" -
"Oto wyklęczym kamienie kolany,
aż go nam wróci Bóg Zwiastuna-posła.
Bo snadź zrządzenie to i snadź być miało,
by Jego wszystko serce dziś płakało".
Widzę ich
potem, jak do krat się cisną,
którymi byłem odgrodzon, w gościnie;
jak ciałem w nie się wpoją, jak zawisną
u zimnych brązów rękami; - - i płynie
na mnie dech twórczy z nich; zaklęciem wskrzysną
się kości, prochy ruszą . . . wstaję ninie!
Duchem podnoszę się z trumnego stosu
na łuny gorejących świec - potęgą głosu.
Potęgą
tego wołania: "Bądź wskrzeszon!
Bo już nam braknie tchu żyć, bo już mrzemy!
Wskrześnij! Aby twój naród był pocieszon,
oto w rozpaczy żalach szaty rwiemy.
Jako ów Chrystus był na krzyż zawieszon,
tak my nad pustką zawiśli, łakniemy!
Króla! - Królewski Cieniu! Z nami, z nami!
Stań się Duch! Zmiłuj nad pokoleniami".
O ludy, teraz
rozumiem głos Ducha;
teraz rozumiem . . . "wracaj" ... skąd wołano.
Teraz, gdy na mnie, jako orkan, bucha
narodu zgodny jęk, rozkaz i miano.
I ta grobowa straszliwa posucha
ust, gdy już kamień tumby odwalano.
Powietrza! Tchu! Hej, z wami, z wami, z wami!
. . . . . . . . . . . . . . . . . .
Ponosi mnie
wicher w skłębionej zamieci,
już chmur się zagony piętrzące odwalą,
już piorun z nich wypadł i czeluść rozświeci,
powietrzne dziwadła piorunem się palą;
jak liściem mną burza przegania i miece,
a głos mój się niesie daleki Echami:
"Do mnie, hej, do mnie! na wiekowe wiece!
Ja król nad wami! Ja Duch znowu z wami!"
Miałem
mieć pogrzeb - a jużem był wolny
jak duch - jużem polatywał nad krajem;
patrzyłem na Rozpacz, na żal nieudolny; -
widziałem, jako lżyli siebie wzajem;
moje dni sam przypomniał mi lud rolny,
dawnym w zagrodach rządny obyczajem; -
a i tam jeszcze dymne spalenisko
kurzące - i już śmierć duchowa blisko.
Po jakiejś
wielkiej pożarnej ofierze
i wielkim dusz zatraceniu
przyszedłem; - gdy pobory swoje bierze
Nędza, całemu władna pokoleniu.
I rany te serdeczne jeszcze świeże,
i przerażenie to straszne w sumi