| Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library |
| Waclaw Berent Zywe Kamienie IntraText CT - Text |
Już i królowa, zabawiająca się w polu łowami z sokołem, zwiedziała się było od dworek o linochoda popisach w mieście. Zechciała pani ujrzeć go na własne oczy. Ale chęć wielkich państwa cierpliwa być musi. Nim się orszak należytym szykiem ustawił, przez biegacze w mieście obwieścił i ku bramie zdążył, już linochód zapomniał, kiedy dotarł było do drugiej wieży. Nie bardzo gniewała się pani, bo nie do uciechy pospólstwa jej było, lecz do własnej troski: zażyła tego fortelu, by przez miasto na zamek powracać i zwiedzieć się samej o rycerzu skazanym.
Miała pani lepsze szpiegi nad gburne zbiry królewskie, bo wścibstwo dworek swoich i cichą pomoc co ładniejszych kobiet w mieście. Jakoż ledwie biegacz wpadł na plac przed kościołem, a już oto z naw głębi ciągnęły niewiasty przed królowej oblicze brata franciszkanina. Ten, myślały, będzie niechybnie coś wiedział o rycerzu: nazbyt bo żarliwie modli się i płacze od czasu ogłoszenia wyroku.
Jednego tylko nie mogły wiedzieć kobiety: że w łówkę domysłów swoich schwyciły dla pani najwłaściwszego teraz ptaka. Bo od czasu pocałunku rycerza już tylko o niej myślał mnich śród pacierzy.
A jednak wywleczon z nawy, niczym osiny liść rozdygotał się brat cichy, który królów w żywych kamieniach po kościołach jeno oglądał, a w twarz ich cielesną, za żywa, pojrzeć nigdy się nie ważył choć, bywało, mijał orszaki. Ukląkł tedy przed kobietami i rozkładał błagalnie ręce, a na gardło nimi wskazywał, że głosu nie dobędzie przed królowej obliczem. Powiadają, iż tyle tylko wybiegała ku niej myśl mnisza, że jej zdrowie, jak trzeba, do pacierza włączał.
"Boże, miej w pieczy królową! - powtórzcie jej niewiasty. I że mnich ani więcej myśli w głowie, ani śmiałości w gardle nie znajdzie przy niej. Próżno wzywać niemego."
Co ledwie rzekłszy wstrząśnie się gwałtownie: bo oto wszystkie gołębie sfrunęły nagle z ziemi i nuże garnąć się do murów kościoła, na figury święte: stanęła każda jak ten święty Franciszek w ptactwa chmurze.
Tymczasem psiarni pstrokatej sfora wbiega za ptactwa wiatrem aż na schody fary, a pod bicza klaśnięcie zawrócona zbija się w trzodę owiec. I biegnie truchtem u nóg końskich. Błyskają nad nią skrętne węże trąb u boku harcowników kraśnych. Ciągną dalej konne szeregi łuczników w kitowych czapach. Za nimi dopiero widać jasne stroje dworu.
Patrzy mnich: koń złotogłowiem jak tron nakryty, na nim okazała pani w szkarłatach; przy niej na koniu osoba duchowna. Stanęło serce mnicha na tę myśl radosną: "Królowa pani z biskupem!" I samo ubłożenie słania go na klęczki.
Przeszkodziły kobiety. "To dworska dama ze spowiednikiem dworu."
Ślepną mnisze oczy pod ten rozruch uroczysty i lśnienia naokół; ledwie w nich zaświeci w błękicie kształt niewiasty, smuklejszy od onych na murach kościoła; przy niej rycerz gronostajowego płaszcza rozrzutem osłania siebie i rumaka zarazem. "Król jegomość i pani!" - krzyknęła w mnichu pokora.
Przeszkodziły kobiety. "To panna dworska z wielkim sokolnikiem dworu."
Już się oczom jego ten przepych w tęczę roztargnął i zmigotał w rosnę blaski diamentów. Jak z tęczy i fosy wybłysnął ku niemu uśmiech kobiecy. O! - składa mnich dłonie - królowej to naszej Najpiękniejszej uroda! Przy niej pan! - dumniej żadne nie spoglądają króle!"
Podjęły niewiasty mnicha z klęczek. "To służebna pani i starszy sługa pałacowy."
Rozstęp się czyni w korowodzie i takie zaciszenie wśród tłumów, że słychać z dala ciężki chód komorowej straży. Wynurza się to z ulicy czerwienią drugich pawęży i rysiowymi futrami na ramionach, a stąpa w surowości zakrzepłej. Uderzył wreszcie okrzyk ludu tak gromki, że otrząsły się z świętych murów gołębie kościelne i nuże chmarą białą wiać a wiać nad placem...
"Królowa pani!" - krzykną kobiety mnichowi w ucho. I pchną go, by sam ku niej zeszedł.
Pogięty, przełaman w pasie, głową jeno wygoloną widny, z rozstawionymi jak u pływaka ramionami zstępował, spływał mnich ze schodów kościoła ku strzemionom pani.
"Twoich ja praw spowiednika naruszać nie życzę. Ani okrutnemu wyrokowi króla przeciwić się nie śmiem. Przecie wieści o rycerzu łaknę."
"Boże, miej w pieczy królową!"
"Dziękujęć, choć po raz wtóry to słyszę. I odegnij wreszcie karku, w oczy mi spójrz: może w twej twarzy odczytam wieść jaką."
"Boże, miej w pieczy królową!"
"Surowość nazbyt okrutna jest, bracie, w pokorze twojej. Będę i ja surowa w błaganiu moim: mnichu, podejm głowę! bo, z karku ci zdjętą, pod oczy Podjąć ją sobie każę."
Aż się sokół na berle pani strzepnął, a że oślepion w tej chwili kapturkiem złotym, nie wiedział, czego chcą od niego. Więc się tylko szponami berła lękliwie chwytał, szum orłowy czyniąc nad głową zahukanego mnicha. Podjęła się spod konia charcica biała, ledwie tam przyległa, pręży kabłąk chudego ciała i dziwi się niuchem uporowi mnicha. Nie warkła przecie ta królowej stróżka, a tylko pysk swój długi na ramieniu mu kładzie - łasi się nim do mnicha.
Na ten widok opadł natychmiast gniew pani w oprzytomnieniu onym, że wszak to brat franciszkanin przed nią klęczy: wszelkiego stworzenia przyjaciel najłagodniejszy. Na tę myśl, pewność siebie - ta kobieca - rozjaśniła jej twarz: jako że kobieta z dobrego zawsze swoje dobędzie, a i z niemym, gdy dobry, ugwarzy. Ku czemu wszakże najkrótsza droga, by w lica urodę choć raz przecie wejrzał!
Poprawi się pani na strzemionach, tuż u pochylonej głowy mnicha: ujrzy brat, jak pod białofutrzanym obłogiem królewskiej szaty, na złoty łuk strzemienia, wychyli się łasiczką i zakolebie gołąbkiem siwym pani ciżemek biały. I choć oczy natychmiast zamknie, widzi wciąż tę stopkę malutką.
Dziwi się pani w duchu, że mnich jest tak zakamieniały, iż mimo tego nawet nie spojrzał jej jeszcze w twarz. Więc zgubi strzemię i "popraw, braciszku, popraw! - woła - bo się osunę z siodła". Jęły ręce mnicha opływać on kształt z oddali, nie śmiejąc dotknąć ni tę ptaszynę, gdy sfrunie z gniazda. I tak, troskę świadcząc rąk dewocją, pomocy zaniechał; nóżka sama trafić w strzemię musiała. I już się dawno na nim oparła, gdy przypadły do niej wreszcie ręce nieskore, a za rękoma i usta mnicha. Nie broniła pani, choć się nieco zdumiewa temu zaszlochaniu, które wstrząsa wciąż klęczącym.
"A teraz - cofa pani łagodnie nóżkę, by nie całował bez końca - a teraz, powiadaj mi wszystko, co wiesz o rycerzu."
Ruszyły się wreszcie słowa w zaciśniętym gardle mnicha:
Królowo, niewiele ja wiem. To jedno powiedzieć ci mogę, choć ciałem przypłaci, duszą żyć będzie rycerz wiecznie! Bowiem ja wziąłem na się jego grzech śmiertelny."
Ty?!..."
Aż się stupotał i sparskał pod nią biały rumak królewski.
"Ty?!..." - spojrzy nań z żałośliwą pogardą.
"Bacz, co-ć powiadam! Znajdą się niewiasty, które rycerzowi do ucieczki dopomogą: ty je doń powiedziesz. I powiesz mu, że jeśli króla przebaczenie uzyskać z czasem pragnie, niech wywiedzion na wolę rusza w światy na szukanie Graala. Kocha się król w onej tęsknicy dawnego rycerstwa. A za królem i ja się kochać nie przestawam... Te ostatnie dwa słowa akuratnie powtórz, choćbyś wszystko inne uronił w pamięci."
Ledwie pani o Graalu wspomniała, a mnich porwie się z kolan, nastawi się ku niej twarzą. I jakby mu licowego widzenia nie dość było, ręce rozkłada - dłońmi, rzekniesz, wziera: chłonie w siebie wid i płomienieje w tym napatrzeniu.
A że nie dość korne to olśnienie było, targnęła się po niewoli dłoń pani - aż sokół na berle nastroszył czujnie pióra i, choć oślepion, obraca głowę za wyżą widnokręgu.
"Bacz owo, jakeś zdufniał rychło ku mnie, mnichu korny?"
Ale brat już nie z gardła zaciśniętego dobywał słowa, lecz w pierś wezbraną po nie sięgał:
"Niczym on sokół, próżno ja, Pani, w twe wyże spoglądam: - i jam oślepion kapucą. (Targnął na głowę kaptur mniszy). A przecie pod kapturem onym przeżywam ja w sobie wszystkie dzieje onego rycerstwa, o którym rzekłaś przed chwilą. Bo wiedz: składa przeor mój kroniki śpiewne o rycerzach Graala, jako że żonglerzy po piekarniach nazbyt już nieświętym uczynili słowo dawne. Na skrzyni ksiąg w swej celi siada wtedy przeor siwobrody i mówi wonczas z siebie. Ja zaś w nyży okiennej przy księdze stoję i wpisuję w nią akuratnie przeorowe słowo, A gdzie się pieśń nowa rozpocząć ma, tam ja wymyślnymi sploty w złoto i purpurę obłamiam przeorowej księgi karty wieczne; zaś gdzieniegdzie i obraz błękitny w księgę kładę. Nie za grzech mi to liczy przeor dobry. A odpustową porą nawet za kwestarza oto na miasto wysyła, bym nieco farb świata w oczy wziął: księga, powiada, piękniejsza przez to się sta nie - na klasztoru chwałę... Oto napatrzyłem się dziś w sukiennicach wszystkich farb świata! Oto nasłuchałem się w piekarni takich kolorów życia, że za oczyma śćmiła mi się i dusza!... Aż na koniec biorę w swe oczy purpurę życia, świata różę! - oblicze jakby onej królowej pana Lancelota, o której żongler opowiadał w piekarni - lico najpiękniejsze, jakie Bóg dał kiedy kobiecie ziemskiej!..."
Wonczas dopiero pojęła pani to zapatrzenie się jego. Spod kaptura na bladej jak opłatek twarzy jarzą się ku niej oczy mnicha: świecą zjawie żonglerowego romansu. Aż zrumieniła się twarz pani i rzęsami przytuliły jej oczy na takie aż pochlebstwo! - Ileż bo razy w rojeniach swych skrytych miała się za królową Ginewrę najpiękniejszą, pana Lancelota samego kochankę! ileż to razy kazała żonglerom opowiadać sobie ona powieść! - Więc aż się wstydzi. A gdy palce zabawia teraz w zmieszaniu różą u swych piersi, myśleć musi, że wszak to malarz, piękności zachwytliwiec, utonął oto oczyma w jej urodzie. Więc ta jej głowa na wiotkiej szyi sama się słania ku zapatrzeniu mnicha: napatrz się, miły, napatrz do syta.
I zaduma, na poły senna, skołysała nagle jej myśli:
"Miodna pszczoła na mej róży - miód piękności wiecznotrwały!... W przeorową księgę wieczną, w błękit, złoto i purpurę, w szat królewskich glorii całej mnisze wwiedzie mnie pacholę."
I skinąwszy, by pochód ruszył dalej, tę różę sprzed piersi miotnie w uroczne oczy mnicha.
A gdy się wszczęły koło niej orszaku gwary i okrzyki ludu, patrzała przed się jak nie w porę ocknięta: tak dziwnie obce zdało jej się wszystko naokół: i ten plac przed kościołem, i ten lud pokrzykliwy, i ten zamek na górze widny. Kędyż to śpieszyć kazała i wieść się dworakom? W komnat swoich pustkę smętną, gdzie tłuką się marami wszystkich grzechów i zbrodni przypomnienia? Czy tak jej się niesamowicie wydało, że skinęła oto, by pochodem królewskim ruszyć poza wszystkie grzechów chwile i życia mknienie - wyżej - dalej - w złoty błękit wieczności...
Pod to zapatrzenie się malarza, jak gdyby łódź chwili ochynęła się w morze czasu.
"Mej urody czasom stanie - jak kościoła!"
Nad miastem wyświetlały się jeszcze wieże, a wielce strome dachy martwym już odblaskiem, niby pyłem ceglastym, wypełniały rynek i ulice. Oczom nikli ludzie o tej porze, twarzy nabierały mury: w powietrzu zmierzchowym stały teraz, każdym załomem i granią srodze wyraziste ni to w zmarszczkach sędziwego wieku. Kędy spojrzysz: kadłuby murów, surowe kraty okien, wykusze ciężkie na rogach, dachów połamane piachy i te warownie gołe, bez blanków nawet - surowo, jakby na mieszczan chamską pogrozę, wypiętrzone wieżyska.
Za rozchwiejną ciszę pól na Ave, tu okrzepłość, chmurna kurzem ulic, opyłem murów a wyziewami piwnic, padała i na dusze. I nie jaskółki świerkliwe zganiały się w powietrzu, a niemo w bezszelestnym trzepocie targały się między murami nietoperze.
Pod sczerniałą w mroku górą kościoła ledwie się znaczył brat franciszkanin, przyległy gdzieś do schodów szeroką kupą szmat mniszych. Z rzadka tylko przerywał pacierze, prostował grzbiet i rozglądał się po placu: czekał na one dworki, które miały rycerzowi uładzić ucieczkę z miasta. Ale niewiasty one nie zjawiały się wcale - mnogie bo sprawy ma pewnie królowa na głowie swojej!
Pusto było. Tylko, ku przerażeniu mnicha, kozodój rogaty przehycnął tędy w poświstach i pokrzykach żaków pędzących za nim. Ujrzawszy brata, ucieszył się bardzo on cap, a gdy się zdało, że zbodzie rogami w napędzie, przytuli się do habitu kosmatą piersią, wyjmie z półdrętwych palców tę różę, którą zostawiła mu królowa, powącha kwiat, wetknie go mnichowi z powrotem w garść, sprośną swawolą połechta brata, parsknie mu w twarz jak ten koń - i poskoczy dalej w ulice. A za nim żaki. Śmieją się, niecnoty, z zakonnika. I znów pusto.
Wola cudza, mnisze posłuchanie: gdy trzeba, stać będzie do rana - iż tym ogniem w palcach. U figury pod klasztoru murem złoży tę różę; może ujmie wonczas duszy ciągłego przypominania tej chwili, jak pod szaty obłogiem na złotym strzemieniu kolebie się gołąbkiem siwym ten ciżemek pani... "Oo!"- coraz to bezradniej myślom z wieczora za furtą klasztorną... "Pana Lancelota siłą królowa do się sprowadzić kazała, opowiadał żongler... Został przyjęty in logiam, w rozmównicy, co było znakiem osobliwej przychylności pani..."
Ociężało serce; grzech rojeń czai się nad duszą i głuszy pacierze. Domarad, niedobra gorączka otrząsa mnicha dygotką.
Na plac wjeżdża konny; gdyby nie zatętnienie kopyt, cieniem by się zdał. Wprost na mnicha jedzie.
"W imię Ojca, Syna i Ducha... Od niej wieść!!"
"Tyżeś jest brat franciszkanin, z którym mówiła królowa?"
"Masz u pułapu kościoła w absydowej bani obraz Zwiastowania zdziałać, a królową w nim za anioła.
Ku górze rozłożyły się w olśnieniu dłonie brata; nie wiadomo: w niebali się tak zapatrzył czy też w oglądany już zawczasu on obraz w absydowej bani aż wysłannik królowej po dwakroć swe pytanie powtórzyć musiał:
Pomówi się przeto z przeorem. Wiozęć i drugi rozkaz. Masz się jutro na zamku u królowej pani stawić."
Mnich tylko ramionami bezradnie rozkłada i chyli się a chyli w pasie.
"Zostaniesz, bracie..."
"Przyjęty in logiam, w rozmównicy!..." - przerwie mu mnich. I chwyci się rozpacznie za głowę.
Podejmie się pan w strzemionach, zdumiony, o czym to właściwie mniszysko zabredziło tak gwałtownie. I odyma wargi nad tym szczególnym upodobaniem sobie jego przez królową.
"Przyjmą cię, mnichu, na zamku, gdzie raczą w łasce. A jakiejkolwiek doznasz, w milczeniu doniesione musi to być do grobu. Inaczej biada tobie i klasztorowi!"
"Oo!..."
Zawrócił pan stępa, głucho uderzają kopyta konia.
Pędem ruszy brat do klasztoru. Lecz zza wieży kościoła zabiega przed niego nagłym wyskokiem chmara złych postaci - jakby z górnych krawędzi wieżowych ześlizgnęły się doń po murze.
Z twarzą w dłoniach przypadł mnich do ziemi.
Na rynku tymczasem po nieszporach zatańczono znowuż. Te skoczne gromady wszelakiego ludu, w siwym zmierzchu dymami zasnute i naświetlone zwiewnymi wybłyskami płomieni, wydawały się zza szyb ludzi statecznych nieledwie zmorą wieczora, strzyg tajemniczym zlotem. Bo choć niby radosne te pląsy, w posuwiste reje snują się przy pochodniach, w ciężkich mieszczan upojenia lube.
Tylko rybałty czynią skoczne wyrwańce. Tylko mieszczka jaka, z mężatek mocno już podłechtanych szerokie swe stroje jeszcze bardziej poszerzy spódnic podjęciem i pod ona kupą ciężkiego szychu śmiga lekką jak u kozy nóżką - żakom pod nos niemal.
I kogo na rynku wonczas nie było! kto nie pląsał tą porą! - a sprośnie jak tamta żonka czyjaś. Różne bo stają się w chęciach swoich w czas odpustu i najzacniejsze panie! Osobliwie, gdy się nasłuchały wprzódy romansów po piekarniach. Bywają bo bardzo pochutne opowieści; a gdy panie szczodre, i najzacniejszy żongler niedługo będzie się wzbraniał, aby takiego romansu nie opowiedzieć z powagą - z powagą koniecznie i ze smutkiem na końcu - by nie stawać się jak ten gadkarz na rynku. Tylko że ta powaga i smutek nie udzielały się kobietom. Taka i przez komin przeleźć gotowa, gdy zielonymi oczyma rozmarzeń zapatrzy się w ognie tańca i swawoli miłosnej. Niczym kot o zmierzchu giętka, a od roztęsknień ciepła i cielista, pomyka się pod murami na miękkich stopach kocicy.
Rade witają je żaki w tej oćmie zmierzchowej; po ciemku niejedno wolno, przed czym za dnia i pazurami się bronią; nigdy nie zgadniesz, jaką kotka po nocy będzie, W tej zasię nadziei oto aż ponosi żaków w zawodzeniu rybałtowego chóru:
Bacche saepe visitans
mulierum genus,
facit eas subditas
tibi, o tu, Venus!
I prawdziwie uległymi je czyni. Opodal rynku po głuchych z wieczora podwórcach studziennych płoszą się szczury i zlatują nietoperze ku nagłym bielom cielesnym. Tylko sówka z wieży przedrzeźnia starek chichoty.
Bo żak jak ten kogut niewiele tam patrzy: która plącze mu się najbliżej, a gdacze najgłośniej - ta dobra! Natomiast Bakchowe skoczki w capów futrze zaganiają tylko za młódkami. Brzydzą się Panki szczurów zalotem i ciemnymi zakamarki, a cieszą ich zarówno dziewcząt śmiechy, jak i dąsy, zaś nade wszystko raduje gromadzka uciecha. Bo gdy ich nawet która między rogi piąstką zdzieli, nie gniewają się wcale o to marchołty one sprośne; parskają tylko, otrząsną kudły i skoczą wraz do innej, szczypać ją słowem satyrów. Rychło patrzeć, jak za dąsami i gniewem taka skłonność wzięła kobiety ku nim, że się same ich psotom nastręczają: za kozią bródkę targają, kłują, czym się da, w łydy.
Oto wtuliła się któraś sama takiemu w kosmate łapy.
"Panku!..." - szepcze pieściwie. "Mhm?..." - wymrucza się cap w lubości. "Szpetnyś jak na pokaranie Boskie!" I wywinie mu się wraz z ramienia, cofa się tyłem, a łapkami trzepie: psoci ni ten kociak z kundlem grubym. Zbodnąć ją biegnie Panek drażniony, a wraz fletnie spod pachy wyciąga i gniew swój a jurność całą piosenką wyśwista, wytupocze w tańcu.
Owóż i druga garnie się ku niemu: ta już się nie tuli, a wprost ramiona na szyję mu zarzuca.
"Poskoczyłabym z tobą, kozodoju, żeś leciutki! Popędziłabym w pola, żeś wesół! I że się nie naprzykrzasz wciąż o jedno tylko jak pan mąż lub te żaki przylepne. Nacieszyłabym się naprzód sobą przy tobie, a potem dopiero może i czym innym - razem. Bo tak potrzeba nam, kobietom, aby wszystko w nas było komu lube: i śmiech nasz, i psota, i dąsy, i gniew srogi, i płacze - i rozdąsanie. Pobiegłażbym z tobą! popędziła w światy!"
"To się rozzuj wprzódy do kopytek - drażni ją cap - bym widział, czyś mi kamratka." "O, wa! myślisz?..." I już siedzi na ziemi, gdzie stała, ściąga ciżemki i pończochy i ciska to wszystko po kolei Pankowi na głowę. A targając się przy tej robocie, mówić nie przestaje:
"Niechże się choć rozzuję nie w pana-mężowe łoże a sobie na ochotę, na psotę, na nic chocia - o!... Myślisz, capie, gdy nam z wiankiem z głowy i młodą ochotę z duszy panu mężowi oddać trza w skrzynię pod klucze, że my to już starki nazajutrz, choć nas w szerokie szaty objuczą i stąpać każą jak tym kobyłom dla panów mężów godności... Myślisz, że się powstydzę? lub poboję? O, wej!... Niech się pan mąż pod górą pierzyny nasapie dziś pomstliwie, gdy ocknąwszy się nocką, sięgnie łapą jak po to swoje... a tu żonki - nie ma!... Naciesz się, nalubuj z pierzyną. - Wybuchnie śmiechem wysokim, zatreluje radości gamą, a przecie aż zgrzytliwie w tym weselu młodym. - Patrz, jakie mi pan mąż pończoszki ładne dziś kupił... Na, masz! - Rzuca mu je na głowę... - Jestem! Zaświstaj! Połańcu jem."
Oto druga, trzecia, piąta para taka znalazła się tymczasem: ilu Panków było, każdy nimfę znalazł.
Krząta się między nimi wyziębły i zagrzewa ramiony menestrel w swym gieźle podwiewnym. Że za pieśń śpiewaną na kanoniach ledwie grosik spod stopy uratował, tu by onym "tańczoną" zagrał. Dadzą co, nie dadzą: gbur, kto z wesołą kompanią zawczas układa.
Ozwała się gęśl na przedzie par onych, a przyśpiesza tonu za głosem fletni. Rozskakał się jak ten kozieł psotny i sam smyk na strunach - zawodzą satyry:
O! o! - totus floreo!
igni iam venereo
totus ardeo!...
Rozprężnie pokładają się tanecznice w kosmatych ramionach satyrów, wypuklają piersi w nabiegu szalonym. A rybałtów pieśni w skrytości snadź świadomy zawtórzy pod fletnie cienki chór kobiet:
Novus, novus amor
est quo pereo!...
Wywiódł ich diabeł na przedkościelny plac w chwili, gdy brat porwać się chciał było do klasztoru przed nimi to padł mnich na twarz. Kobiety, których w rozpętaniu swawoli nigdy nic nie powstrzyma skore były łechtać sobą i tę cichość człeczą: oto potrącają już nóżkami kaptur mniszy.
A menestrel - któremu się w tej chwili nazbyt dobrze grało dla płochych uszu taneczników - rad, że się tu czulsze nastręczają uszy, pochyla się nad głową mnicha z gęślami swymi.
I gra mu wszystkich śmiechów niewieścich rozpryski na strunach, wszystkich psot i dąsów białogłowskich zakrętne pląsy, ich uporu nawrotne śpiewki, ich rozgwarne ćwierki pustoty, ich tkliwienia się rzewne na przeciwtonie fałszu, ich porywów wybuchy rozpętane, ich pychy korowody pawie - i cisze... pod wrzeciona warkotne wspominki, pod grzesznych rojeń kołysanki nowe...
"Wiem, wiem, szatanie, o czym to gędziesz sumieniu! - okrzyknie się mnich, nie podnosząc twarzy,- One to zawieruchy duszne wziąłem na się z grzechem rycerza! one w sercach naszych przemoce! Przemogły, przemogły i w lichym sercu moim! Nie pokutę wziąłem na się, a grzech żywy... Tęsknię!.,,"
"Nasyciłeś się gędźbą: ona zawsze tęsknotę żywi. Masz, bracie kwestarzu, skarbonkę zasobną, wytrząchnij za to choć grosik!"
A że mnich leży jak kłoda, choć niby wszystko oddaje, więc kompania wesoła sama ściąga zeń rzemień skarbonki. Ledwie trząchną jej grosiwem obfitym, a szał ich porwie i poniesie w skokach. "Bacche!... Bacche!..."
Zaś mnicha wtedy dopiero poderwało z ziemi i wwiało aż na schody kościoła. Z rozstawionymi ramionami okrzyknie się za nimi:
"Za to klasztoru okradzenie będzież mnie ona chociaż chciała, szatany?!"
"Każda!" - ryknie śmiechem sfora piekielna. I w tego śmiechu rozpryskach na gęśli ruszy w pląs sabatu. Pokładają się strzygi w kosmate łapy incubów swoich, rozrywają szaty pod szyjami, snadź i wstyd sam już im za ciasny ku uciesze onej. A piersi, spod giezła dobyte, prężą przed sobą za rogi bodliwe. I w poskokach szalonych uderzą w ten diablic skwir:
Novus, novus amor
est quo ardeo!...
Nie na długo jednak wróżono uciesze tej. Oto u wylotu ulicy, widzą, stoi pan mąż w szubie i ogromnej czapie na uszach - opodal drugi - za węgłem trzeci się czai. Satyry, nie rycerze: tylko ich kopyta widziały niewiasty, gdy mąż za kark już chwytał i rzucał o ziem, sobie pod nogi.
"Tużeś?!... Tużeś mi?!... Na takim to weselu? Ledwiem żonglera przepędził z piekarni, co ci romansem głowę sczmucił, za szatę ze skrzyni najdroższą, rozrzutnico durna!... I zgził mi przecie babę! Skoczków ci się teraz zachciało i piszczków na tańce ucieszne?... Którędyś wylazła z zapartego domu? Powiadaj!"
Bardzo gruby rzemień odpasał pan mąż pod szubą; a gdzie zdzieli, tam i przydepnie.
"Za goliardy! - wali tedy - za waganty! za gołotą w miasto naszłą żonka mi od krosienek przez okno po lince... Baczże, widzieli to sąsiedzi! Czekaj, aż ci przyjdą wyśpiewać to pod oknami na srom mój... A wiesz ty, że one twe goliardy i rybałty nawet do łaźni wpuszczają tylko w piątki z Żydami razem?... A tyś się dała w kompanię lichocie takiej!"
Tymi słowy pobudził się sam do takiego gniewu, że mu wraz spęczniała grdyka i na burak sczerwieniała twarz.
"Zechcesz mi może podmiotnąć co z onego nasienia?!- A ona jak gdyby się zachwyciła tym mężowskim pomysłem, bo ścichnie nagle w zanoszeniach się od płaczu. Tę starganą jak u czarownicy głowę podejmie i wybłyśnie mściwymi oczyma. I wraz ramionami coś niby tuli do swych piersi.
"Jakżebym takiego kołysała, panie mężu! jakżebym pieściła! Pewnie by gędziec lub pieśniarz wyrósł z niego."
I on jad wsączywszy mu w myśli na pomstę wywinie mu się spod ramienia; ucieka w ulicę. A choć do sińców zbita, obziera się przecie, czy pasja sroga zalewa należycie ten łeb czerwony.
"A ciżemki gdzie?! - Spostrzegał teraz dopiero jej bose nogi. - Gdzieżeś obuwia zbyła, małpo rozrzutna?!... Ledwiem ci je kupił w sukiennicach!... Ciżemkiż one i pończoszki strojne gdzie?!"
Zgoni po raz drugi i zdzieli łapą ciężką, miotnie jak tłomok w bramę domostwa. Aż się zatrzasnęły wreszcie wrota i ścichły za nimi skowyty bólu.
Ciągnęli panowie męże żonki swe do się, na one łoża wysokie, pod te baldachy a pierzyny ludzi osiadłych.
Tam też szukać o tej porze wszystkiego, co stateczne w mieście. Na ulicach i wagantów już nie znajdziesz: pilno im było przepijać po gospodach zarobki dzisiejsze. Tu i owdzie spotkasz tylko rozwrzeszczane bandy młodzi grodzkiej. Choć ledwie co dziesiąty gębę gdzie w kufie umaczał, spoili się dziś wszyscy od onego szału urągania wszystkiemu, Przed czym czapkowali wczoraj. Osobliwą radość sprawiało im teraz drzeć się przed tymi oknami najpoważniejszych ojców grodu, skąd rozlegały się krzyki kobiet karconych. Księża i mnichy jakby się pod ziemię zapadli, by ich który, co się wczoraj kajał, nie zapytał o zdrowie dobrodziki. Oto wyrostek jakowyś odyma się przy dziewce grubej, pokazując niby ludziom, jak to kroczy przez miasto srogi ksiądz kanonik cum sua matrona. A tłum ryczy z uciechy.
Zadziorne i szczwane wejrzenia ma teraz młodzież grodzka, jakoby pełne sprośnych tajemnic cudzych i trafnego z nich szydu. Gdzie wdowa jaka mieszkała, która za mąż wydać się rada, gdzie panna nieprawicza, gdzie rogacz cichy, który kukułczęta poczciwie chowa - tam ściągały ucieszniki grodzkie, by w maszkary przyodziane, w blachy pod oknami dzwonić i skoki urągliwe wyczyniać.
Radosność wagantów tyle bo wznieciła w sercach grodzian: rozpalając do biała nienawiść ku sobie wśród ojców miasta, zgziła im żonki i córy, a w młodzieży wzbudziła ona zadziorność z sąsiady i pomstliwe wścibstwo w cudze sprawy i dole.
Tyle wnieśli wędrowni między osiadłych, tyle on wiew swobody z gościńców świata, tyle ducha wici z uciechą razem, tyle gędźba i menestrelstwo zacniejsze, tyle wolna igra z życia niewolnym smutkiem.
I diabły same nie wiedziały, zali się teraz cieszyć mają, jako że w onych urągowiskach młodzieży nad ojcami, księżmi i sąsiady cnota sama święcić się pono chciała.
Wagantów już to dawno nie cieszyło. Omierzły im do cna te osiadłe satyry grodzkie; poszli za swymi - dzikimi. Oto zasobną szkatułą franciszkańskiego kwestarza zdzwaniają Panki rybałtów wszystkich na dożynki dzisiejszego żniwa.
Rybałty, utrudzone popisami na rynku, ciężko zasiadały na ławach gospody, wdychając z lubością zapach zwilgłej kadzi, myszki i winnego wyszynku.
Piwnica była długa jak refektarz; jej strop beczkowy łamał się w łuki tuż nad głową, o ławy nieomal żebrami wsparty. W głębi zwisa ciemną czeluścią komora dymnika, pod nią na rożnie wołu byś upiekł. Tymczasem kury obsiadły krawędzi jego na górze. Opodal komina stoi beczka; w żółtym świetle śród dzbanów krząta się dziewka tłusta.
"Dobrze tu! - myśli goliard - kompania swoja, ciepło, wino obiecuje się smacznie."
Począł trzeć grzbietem o ścianę.
I chwyciwszy gęślarza zapraszającego wciąż kamratów pobrzękiem franciszkańskiej szkatuły, sadza go przy sobie na ławie.
"Siądźże, napijże się, użyjże, człecze, choć raz czegoś więcej, prócz własnej ochoty! Boć, po staremu, chciwsze gardła wino sprzed nosa wypiją, zasobniejsze trzosy kobietę z ramion odbiorą, ksiądz twe grosze do skarbonki kościelnej przesypie, a ty zostaniesz pono zawsze - bosonóż i z gęsią pod pachą - byś wiedział, za co cię kanonik ze społeczności chrześcijan wytrąca, a franciszkanin za czarta samego bierze!"
"On z poczciwości! Duszę mi swoją z tą skarbonką oddał - za gędźbę piękną."
"A przecie mniszysko ignorans jest. Choćby maszkar nie rozeznał, wiedzieć winien, co pisze światy Heronim w żywocie świętego Antoniego: że nie szatanów są natury, że i w pogaństwie nawet nie zostali satyrowie dzicy."
"Prawdaż to?" - zdziwią się żaki. Goliard widząc dzbany na stole, zawczas wycierał o połę łagiewkę drewnianą. I w oczekiwaniu na wino rad gwarzy:
"Na pustyni egipskiej zastąpił drogę świętemu stwór taki. I jął go prosić imieniem całego rodu swego: faunów, panków i satyrów, aby ich polecił królowi betlejemskiemu, o którym się zwiedzieli, że przyszedł na świat zbawić wszystkich. Że prawdziwie tak było, a wierzący w to duszy swej w pokuszenie nie wiedzie - pisze Hieronim - zaświadczyć mógł to potem lud mnogi, bowiem sprowadzono takiego za żywa do miasta Aleksandrii, czasu Konstantyna cesarza."
"A dziś? - zaciekawiła się skoczka, zatrzymując się przed nim z dzbanem - sali jeszcze Panki prawdziwe? choćby tam, za morzem?"
"Różnie różni powiadają. Są, którzy mówią, że gdy pani Diana postarzawszy się, wszystkie nimfy zazdrośnie wytępiła, cherlać poczęli i kasłać Pankowie. W takiej żałośności widziano go w Aleksandrii. I tak sczeźli pono. Zasię dziś? teraz?... By prawdę rzec, mnie się onych przytrafiało widzieć tylko śród ucieszników grodzkich pod sąsiadów oknami, ale w skórze zapożyczonej pono od bydląt."
Żaki już się znaleźli pod stołem, by szczypać W łydki skoczków Dachowych, w capów skórę zaszytych, i drażnić słowem - że bydlęca. Aż się goliard za nimi ująć musiał:
"Nie o naszych ja przecie myślałem! Wszakże oni to dla sztuki mimusy tych dawnych. I nikomu na krzywdę, a sobie na zarobek poczciwy. Bo zważcie, żaki: nie natrząsali się nigdy nad dolą i niedolą człeczą satyrowie dzicy, radzi każdemu spod smętu życia wyłechtać jego własną ochotę, własnemu jego życiu na ulgę! Tak też i nasi czynią. I ich sztuka satyrów zacna, a z pradawniejszych piękności idzie niźli każda inna. Ich by na czoło igry wszelkiej, by zbodli ludziom wprzódy z grzbietów wszystkie pomstliwe brzemiona doli." Skoczka tymczasem pochyla nad jego łagiewką cynowe dzbanisko wina, przyciskając do swej na pół obnażonej piersi: z zadymionej cyny zdały się po równo, w złocistych połyskach światła. Jął głaskać dłonią te dwie obłe kruże: kobiecych piersi i dzbana.
"Od gorzkości dnia powszedniego chronią nas obie" - powiada żakom na pouczenie.
Zaś widząc, że od jego czarki kolejno wino nalewać zaczyna: że mu tak świadczy przy kamratach - nie bardzo snadź w to respektowanie wierząc - dorzuca dalej żakom ku nauce:
"Najbardziej zasię chronią nas od vulgarii dnia codziennego kobiecych świadczeń kłamstwa grzeczne, bowiem z nich rodzi się ornatio życia samego w obyczaju dwornym."
"A któreż to kłamią?" - wtrącił nagle bas gruby.
Tuż przy kadzi siedzi samotnie herold w czerwieniach, nie królewski przecie, a z wędrownych po zamkach. Rozwala się na stołku, miecz naprzód wystawia i pyta zadziornie: "Któreż to kłamią?"
"Kłamią, panie, wszystkie kobiety społem, życiu naszemu powszedniemu na ulgę."
"Ty sam łżesz na ten koniec - bo tak każe liche rzemiosło twoje. A na kobiety nie pyskuj, bo rycerz cię słucha!"
Żaki już pochowały nosy w kułaki i parskają w nie nad tym wystawnym rycerstwem ledwie pasowanego gbura. Z gęby przecie widać: nie pan to żaden, a człek chudorodny; pełny trzos tylko odyma go w takie rycerstwo szumne. Mają bo dziś pieniądze heroldy - ho, ho! - więcej niźli kiedykolwiek miewali waganty. Bodaj to dziś rycerzom, biskupom i opatom znaki tarczowe ich przodków wy, kładąc, każdego od króla Dawida lub Scypiona afrykańskiego wywodzić! Zaś to zasadzanie się dziś panów na kupców juki i wory - owszem - chwalić. Baczyć natomiast, by rycerz nie brał takiej żonki w łoże, na jaką mu herold nie pozwoli. Ogłupili ich przecie do tyla!
"Wiodła niegdyś Muza rycerzy i na boje święte! - myślą smętne żaki. - Hej, gdzie te czasy! Milsza dziś na zamkach heroldów Muza. Onaż to zaparła przed wagantami wrota zamkowe i opactw furty."
Dziwi się goliard obecności takiego pana w waganckiej gospodzie i jego zaczepności od pierwszego słowa. Więc zezem baczy na skoczkę. Ona żachnie się ramionami, chcąc tym pewnie powiedzieć, że go tu siłą przecie nie ściągała, komu zaś jej taniec nazbyt do głowy uderzył, sztuki to sprawa, a nie czyja. "Takie zaś gbury - dodaje - są zawsze najbardziej przylepne ze wszystkich zalotników, bo się w nich krew rusza na gnuśno: długo i cierpliwie. Więc czekają z łapą na mieszku pełnym."
"Ciszej mów!..." - zgrzytnie goliard. I przytwierdzi ten nakaz białkami oczu. By za chwilę twarz poczerwieniałą oburącz przysłonić.
"Ach, ty" - szepce doń skoczka grubą pieszczotą.
I zwinnym rzutem wgarnie mu się w ramiona - całym ciałem, bo i nogi jego nogami jakoś oplata, powojem osnuwa, wtula się w pierś, przyhołubia... I sączy mu w usta jeden pocałunek bez końca - by nie miał ni czasu, ni mocy do rozmyślań nad tym, co się między nią i heroldem przytrafi.
Gwałtowne poszczęki ostróg i miecza dały się nagle słyszeć od stołka przy beczce. Ledwie to usłyszy skoczka, a ręce jej jakby coś targnęły przed sobą.
Jam wolna! - krzyknie w stronę herolda. A słyszeć się to dało niczym jastrzębia głos po lesie: w tak ostre echa rozbijał się jej bas w pisku kobiecej pasji. - my tu wszyscy ludzie wolne!..."
Bacche!..." - dzikim wrzaskiem odkrzykną jej się rybałty na hardy wtór. I zerwą się z ław, w górę podniosą czarki.
Gęślarz tymczasem zagonił się za karczmarką, dziewką jak piec rozłożystą, twardą i śliską. "Toż byś ty świerszczem grającym mógł się przytulić do tego komina!" - drwią z niego żaki. On czyni przecie te zaloty nie dla się tylko, lecz jakby kamratom na wygodzenie i uciechę. Bo co ona mu rzecze, on wraz na izbę okrzykuje.
"Powiada, że się nazywa Helena."
"Czemu wszystko powtarzasz!" - zdzieli go dziewka tęgą łapą po pośladku, aż się podegnie wątlak.
A żaki w śmiech nad tym szumnym, z zamku, imieniem dziewki spod wiechy. Oto jeden kogucik wystawi się przed nią i recytuje jej w nos:
"Si tu esses Helena, vellem esse Paris!"
Naprzykrzają jej się te żaczyska jak złe muchy, a przecie rada widzi, że się za nią po izbie wciąż merdają. Każdej lubo, gdy się zalotniki koło niej kręcą.
Gdy tak żaki płoche figlują z dziewką, przestąpiło próg aż czterech panów poważnych z krótkimi gęślikami do opowieści. Nie od razu poznały rybałty panów żonglerów, którzy pod żaden kościół utrudzać się nie potrzebowali, rozchwytani po wszystkich piekarniach i wierzernikach grodu.
"Bodaj to sztuka prawienia romansów! - wzdymają igrce. - Każdy z nich na świeżo wykąpan, nakarmion, w szatach dumnych..."
"Nie drażnić bestii!" - huknie tymczasem jakiś głos zza proga.
Rozległ się głuchy szczęk łańcucha i za chłopem w spiczastym kołpaku wwala sapliwie swe cielsko niedźwiedź ogromny, aż zacuchniało nagle w izbie. Na zadnich łapach kołysze się w chodzie, srogi i głupi zarazem z tym kolcem w nosie. Niedźwiednik szczęka łańcuchem, a drągiem usuwa ludzi. "Nie drażnić bestii!" - doprasza się wciąż. U komina go ułożył, jakby wielkie futro z ramion na ziem cisnął. Wtedy dopiero obnaży głowę i pozdrowi gromko wszystkich kamratów:
"Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!" Taki to piękny obyczaj miał: znad Odry szedł z niedźwiedziem swoim.
Przysiadł się do stołu, spracowaną głowę obciera z potu i rozpytuje poczciwie każdego, jak mu też igra dziś poszła, ile Pan Bóg zarobić pozwolił. Człeczysko było spokojne, a kompan wszystkim najlepszy. O sztuki nigdy się nie spierał.
Czyniły to tymczasem żaki z zaciekłym ferworem dysputacji - tak na nich podziałało wejście panów żonglerów. Ledwie ich uspokoił siłacz gruby; ozwał się jednak dziwnie cienko, głosem zdziwionego, rzekniesz, dziecka:
"Które żadnej igry nie czynią - żaki - rozgwarzyły się najgłośniej, jaka sztuka Bogu i ludziom milsza i na jaką modłę sprawować się winna. Jeszcze mnie te żaczki siłą zechcą uczyć po łacinie!"
Nabijała się tymczasem gospoda. Zapóźnione waganty ściągały powoli. Zwlekali się kuglce z wymyślnymi sprzętami swoich popisów. Wokół stołów szastać się jęły i rybałtki, których sztuka na rynku nieznaczna, a zarobkowanie po ulicach inne. Zanosiło od nich jak od tego niedźwiedzia, tylko na lepko, na słodko. To tchnienie przykrych olejków roznosząc po izbie z szelestem, wtykały wszędzie swe barwione twarze. Jawią się wreszcie i wesołki, a rozdzwonią wraz w tłumie swymi kukłami. Ich psy mądre poczną się ścigać między stołami w kręgi, w zawroty, w wiewiórcze szały; czynią to na wytchnienie swobody po sztucznych popisach rynkowych, a po trosze i dlatego, że coś z pana natury jest zawsze i w zwierzęciu jego: cieszą się psy waganckie na nową wędrówkę po gościńcach świata.
Przywlokł się wreszcie i gadkarz, ale jakiś zgoła inny niż na rynku. Sprośne przed ludźmi oblicze ściągało mu teraz znużenie w cierpką powagę; cały ciemnym płaszczem zatulony przysiadał się ponuro do towarzyszy. Na ulicach zastępowali go teraz ucieszniki grodzkie. "Choćbyś im nie wiem jakie gadki wymyślał - skarży się kamratom - im zawsze ciekawsze sąsiadów sprawy; na nie każą mi wciąż składać gadki, a i szczodrymi być wtedy obiecują." Wina pić nie chciał - bo niech groszy mało do domu z włóczęgi przyniesie, zanęka żona, dzieciaczyska zaszczypią na śmierć.
Goliard tymczasem swarzył się o coś ze skoczką. "Gdym ci taka niepoczciwa, to za co mnie lubisz?"
Nie znalazł odpowiedzi, choć po nią trzy razy do czarki zaglądał - a głęboko. Aż mu ją odjęła sprzed ust.
"Za com ci luba?" - nastaje uparcie.
Patrzy goliard na te dzikie płomyki czarnych włosów gdzieś koło ucha, na te kędziorki i kosmyki wicherkowe pod uchem na śniadej szyi.
"Veneris tentoria res est amatoria - znalazł wreszcie odpowiedź - a nie było takiego magistra, który by kogo nauczył, co by mu się, miarą rozumu, podobać winno w kobiecie. Prócz cnoty, prócz cnoty oczywiście, którą Kościół kochać nam każe."
"Gdym ci zawsze taka niepoczciwa była, to czemu składałeś na mnie one wiersze, którymi delektują się po świecie i biskupy?... Niech ci przypomną żaki!" - dorzuci z hardym wyzwaniem.
Żaków tylko tym trąć: już wyskakiwali z ław, by skłóconymi takty, jeden przez drugiego odbębniać wiersze jakoweś. Nic z tego rozgardiaszu wysłuchać nie można, ledwie to jedno zdanie wyrwie się zgodnych chórem: "Nympha non est formae tantae..."
"Silentium!" - huknie na nich goliard, właśnie jak ten mnich na żaki. I pocznie czochrać się po kapturze, wyciągać dłońmi jego wisiory, zły na tę ohydę, jaką uczyniły żaki z wiersza jego.
"Wiedz, pyszna kobieto, że są godniejsze pięknych wierszy i biskupich nad nimi delektacji. Niewiasty które pacierzem, postem i jałmużna Pana Boga i świętych w niebie ciesząc kwitną przy krosienkach w obyczaju poczciwości. Tylko że onych piękno ledwie chóry anielskie wygłosić potrafią. Dlatego tez grzeszny poeta śpiewać musi o podlejszych."
Ale ona była już w pomszczeniu, więc zatrzymała myśl na ciekawości dla się w tej chwili najważniejszej. Ciągnie go za rękaw, uchyla mu znów czarkę od ust.
"Powiedz: te nimfy?... jakie one z siebie były?" Goliard był wciąż jeszcze markotny za to zohydzenie wiersza jego w odbębnieniu żaków.
"Nic o nich na pewno powiedzieć się nie da! - odmruknie na jej zapytanie. - Nie sprowadzano takich za żywa do miasta Aleksandrii, czasu Konstantyna cesarza."
"Nie kasłaj, nie kasłaj, stary!"
"Schłysnąłem się winem, niedobra! I zapamiętałaż mściwie o tym kaszlu!... A przecie mnie starym zowiesz? Czym siwy, czym krzywy? swarliwy?" "Aleś klerk: oświecony."
"E h e u! gorzkie laury twoje, nauko, przed kobietami!... Niestarym, póki mater Venus, przy tobie tak szczodrze subsidit amori."
"Dulcia stipendia!" - mamrotał coś do się po chwili, ledwie trafiając wargami na wrąg łagiewki. Bo chwiał się już na ławie.
Spostrzeże to skoczka, więc ściągnie mu kaptur z głowy i wstrząchnie czuprynę - by wydymiło. A sama wymknie się chyłkiem z piwnicy.
U komina urosła tymczasem tęczowa góra instrumentów sztuk wszystkich. Ten i ów jeszcze się ze swoim rozstać nie może: to w trąbkę lub piszczała zadmie, to w kocioł uderzy, rozdzwoni bębenki. Pod niskim sklepieniem piwnicy czyni się gwar piekielny wśród poszczekiwania psów rozbieganych, gdakania kur, budzonych raz po raz na kominie, i głuchego pomruku niedźwiedzia. A nad tym sabatem waganckiej gospody rozlega się w krótkich pokrzykach jakby w targaniach się pasji:
"Cztery!..." "Siedem!..." "Dziesięć!"
Po Bachowych ołtarzach przyszła kolej i na diabłowe: grano w kości.
Niejeden, zanim się opatrzył, przegrał cały swój zarobek dzisiejszy. Oto i żongler, który od szczodrej pani w mieście otrzymał najcenniejszą szatę ze skrzyni, tu się z niej rozdziać musiał. A jeszcze mu w tym pomagają żaki, zawodząc kołem:
O, fortuna!
velut luna,
situ variabilis...
Znalazł się nawet psałterz na stawkę, na co linochód aż kubek z kośćmi precz odrzucił zażegnywając się od tak bezbożnego grania.
Menestrel, że swój grosik rychło przegrał, a skarbonkę kwestarza dawno z kamratami przepił, cieszył się już tylko szczęściem innych, pogodne swe serce przerzucając zawsze na stronę fortunnego. A że skrzat mały nie mógł docisnąć się w tłumie, więc się w swym gieźle i z bosymi nogami usadowił na stole, tuż przy desce graczy.
"Pięć!" - wrzasną mu nad uchem.
A on smykiem poddaje żakom takty. I zanuci im:
Hej, ty żaczku
nauczony,
Powiedz, co jest pięć?
Im w to graj. Gruchną pięściami w stół, rozbębnią się w poddane takty żaczkowego śpiewu:
Pięć ran
cierpiał Pan!
Cztery listy Wangelisty!
A Patriarchy Trzy!
"Dziewięć!" - przerwie im wrzaskiem gracz któryś przy desce.
Dziewięć chórów jest anielskich -
zawodzi cienko zespół żaczków.
Święciła dożynki goliardowa familia. On zaś, stumaniony winem, siedział na ławie w podokiennej nyży. Po kilkakroć wyciągał rękę po Horaca, którego wsparł było opodal na ławie; ale czy że ramię było za krótkie, czy że książka sama odsuwała się za każdym razem od garści precz - nie mógł się jej domacać. Wreszcie zapomniał o niej w durze winnym. A gdy się znów jak ta lampa rozświetliła myśl wielką z nagła jasnością - objęła go nieodparta chęć miotnąć na poły wypróżnioną łagiewkę między te kamraty z gościńca i uciec stąd precz, dokąd nogi poniosą. Bramy miasta tego minąć, aby co najrychlej, do pierwszej furty klasztornej zakołatać - jak to nieraz już czynił po świecie - by do ksiąg zacnych w klasztorze się dostać:
Virgilim znów się podelektować, od Boetiusa consolationem zaczerpnąć - a za najlepsze pocieszenie powiązać one myśli własne, które raz po raz to muzyką, to słowem wierszy wyświetlają się głowie. A roi się po niej rzecz taka, na którą nikt się jeszcze nie ważył: Piekło i Czyściec, nawiedzone za żywa; mistrz Pitagor po piekle i czyśćcu obwodzi zatrzymując się u bram niebieskich. Ledwie strzępy tego błąkają się w odpisach między oświeconymi po świecie - i w wielkim są wśród nich respektowaniu. Ale dalsze oto ciągi rozsypane są teraz w myślach jak te paciorki zerwanego różańca, roztargane jak to sumienie samo... Za ciszą klasztoru zawyje nieraz coś w człeku głosem psa, zaskowyczy w ocknieniu tęsknoty za swym domem prawym - osobliwie w gospodzie, gdy wypite już kruże.
A i panowie żonglerzy siedzą jakoś posępnie. Oto pochyla się któryś z nich z sekretem do goliardowego ucha:
"Gawędy dziwne słychać było w przedwieczornym dziś niepokoju ludzi, jakowychś guseł podszepty: Jakoby po odpuście dzisiejszym błąkał się przez nikogo nie poznany - aż powtórzyć nijako... Parsifal z Lancelotem."
Spojrzy goliard urągliwie na tę niepewność siebie i zalęknienie żonglerów:
"Laici non sapiunt ea quae vatis sunt!" - mruknie wzgardliwie pod nosem.
Ale coś mu tam po głowie nietrzeźwej błąkać się wraz jęło strzępami wspomnień. Wzywano go dziś wszakże na graalowe szukanie. Po dwakroć. Raz czynił to człek żywy, potem zbroja niesamowita w żarzy świętego Jerzego za czarną pawężą w srebrne ćwieki. Onąż to czarę samą ukazała mu czarnoksięską mocą.
Za chwilę porwie się z miejsca i stara się pociągnąć ze sobą żonglerów.
"Chodźmyż czym prędzej, panowie, na ulicę złotników i płatnerzy! Chodźmyż, na miłosierdzie Boskie! bodaj wejrzeniem odnowić w sobie on głód dążenia... Bez tego czymże nasza dola wagancka?!..."
Zaledwie kilka kroków uczyni, a zachwieje się i runie z powrotem na ławę.
Grzbietem domaca się węgła i usadowi wygodnie, szeroko rozłożywszy kolana. Ręce splótł na poczciwo, z klerków nawyku, jakby różaniec zapomniany w nich trzymał; zwiesił głowę nad czymś zamamrotaną. Żaki, respektu dla trzeźwego niepomne i rade, że się psota sama nastręcza, wsunęli pod te złożone dłonie psałterz, a w palce wetknęli mu organkowe fletnie Pana. I tak pozostawili go zadrzemaniu. Mgławo, przez rzęsy, które zlepiły się ciężko - za oćmą, za durem migota skrzydło czerwone w blasku płomienia. Zezem rozchyli goliard jedną źrenicę zeszklałą.
"Diabełś?!..."
Rozewrze się powoli i drugie oko. I stwierdza, ze herold to tylko czerwieni się u beczki skrzydłem ramienia swego.
Więc się zdrzemnął uspokojony. Alić po chwili znów mu się rozwiera ta jedna źrenica niepewna.
"Strzyga?!..."
Popatrzy uważniej okiem drugim. Na progu ukazał się zjaw chyba skoczki - bo choć lico jej niby, postać zgoła już inna.
Ani tak czarodziejska różdżka nie odmieni kogo, ani tak wieszczki upięknić nie zdołają, Jak te odmieńce wymyślnych swych strojów - kobiety - potrafią się same przeinaczać, odnowić oczom ludzkim, odświeżyć pożądaniom!... Wyszła z izby rybałtką bosą, wróciła zaklęta w dziwo strojne... A jeszcze takiego stroju nie widziała chyba i mieszczka nawet żadna, by one krągłości niewieściego kształtu nie osłaniały się powłóczyście, oczom na domysły, lecz wypychały się niesromnie w obciągłość szaty, przylegającej do ciała samego.
Spode łba spogląda na nią goliard. Żonglerów twarze rozbłysły tymczasem; smakują ich oczy, aż strapione tym, że takiego stroju nie widziały jeszcze... Czyżby?!... Więc poczną szukać w pamięci, przypominać królów wszelakich ziemie i miasta. Komuż bo wiedzieć, jeśli nie im, wagantom, którzy na to tylko oczy po świecie roznoszą, by patrzały na rzeczy dziwne i piękne, a więc i na te motyle, i kwietne powaby, jakimi kobiece stroje cieszą oczy i mnożą samą ochotę życia? Kto wreszcie pierwsze wieści o nowych strojach roznosi po świecie, jeśli nie oni, żonglerzy? z tą ciekawością opadają ich wszak nade wszystko kobiety po miastach. Jakże więc zapomnieć! - wyrzucają sobie.
Już, już wie któryś z nich. Ten strój najnowszy hen, skąd idzie - aż z Polski!... Od Tatarów wzięli Polacy to troczenie kobiet; tylko co u tamtych jak siodło na kobiecie się wydaje, u nich dwornością miłą i powabem się stało. A zwie się ta szata wymyślna - suknia!
Gdy od Polek do niewiast cesarstwa przeszła moda ta, na chwałę "suckenie gar feyn" rozbrzęczały wraz harfy śpiewaków niemieckich. Ba, i za Renem przytrafiło się słyszeć któremuś z wagantów wielojęzycznych:
Nulle robe n'est si belle
que souquenie a demoiselle.
I prawdziwie - gdy stary strój kobiety jak z kamienia lub drzewa ciosanymi czyni, za topole uwysmukla, ten nowy w foremność niewieściego kształtu je toczy i umila zdrobnieniem postaci, że zwrotna jak ten ptak na gałęzi zda się kobieta cała - a każda w niej panną będzie.
Tak rozważali żonglerzy, karmiąc dosytnio swe oczy dziecinne.
"Suknia jest alheruntowa - zapamiętywali tedy uważnie - barwy maku, w popielicowych obłogach, na jędrnych piersiach białą wstążką krzepko zmotana i w pozłociste bajorki szyta. Zwinności przydaje i krótkość szaty, a i te chobotki niewieście - że jakaś szparkość tupotliwa bije do postaci wdzięcznej. W kosy jak smoła połyskliwe wwiła sobie wstążeczki kraśne, jakby czerń włosów płomykiem przewiała... Nie ma przecie w tym stroju nowym nic tak bardzo zdrożnego, a i zbytkowości nie takie znowuż królewskie, bo alherunt tanią jest tkaniną a w Polsce, skąd suknia rodem, nędzą się zowie. Tylko że dla goliarda i nędza za bogata. Stąd nieufności smutne."
Gdy tak dumali żonglerzy - żaki, którym szkoła niedawna zostawiła na oczach jeszcze przyćmienie na wszelkie immunda, nie wiedząc zgoła, czy to ładne, czy brzydkie, mieli w oczach tylko świąteczność uroczystą. Uniosły się ku skoczce ręce żaków gdy wykrzyknęli po niewoli w chór aż pobożny:
Ale ona nawet nie zważa na to. Niedźwiednik koło niej się kręcił, po rękach całował i swoim obyczajem za kolana w pokłonach chwytał.
Goliardowi tymczasem przygasły oczy, a spożyły się tylko brwi pod kapturem.
Gdzież to była myśl jego przed chwilą? - chwytał się za głowę, obałamuconą zjawieniem się skoczki. - U Muz dziś pohańbionych na świecie. A przedtem aż piekła z Pitagorem nawiedzać chciała tym rozwrażliwionym sumieniem, gdy po opilstwie objęło go jak zawsze omierzienie wielkie dla całej tej goliardii żywota swego. Do klasztoru zatęsknił w wielkiej nagle żądzy ciszy i osamotnienia, by zebrać rozsypane paciorki z różańca rojeń, skupić roztargnione sumienie.
U Muz były myśli tedy: wielkie poema o czyśćcu i piekle snuć dalej chciały. Zaś to ich rozpłomienienie i pęd wnętrzny niemocen człowiek wstrzymać w sobie do woli. Tylko diabeł potrafi cały ich rozpęd w człowieku przetargnąć z ponośliwych sfer ducha w grzęskie męty spraw kobiecych. A wtedy piekło na ziemi się iści, gdy chuci niepokój uzasobni się w żarliwość wewnętrzną. Wonczas też co przypadek pod oczy podsunie - osobliwie gdy to będzie rzecz nowa - ściąga na się całą tę pasję wnętrzną. Tak pies podszczuty wpada z miejsca w szał zażartości, gdy ujrzy przypadkiem rzecz jeszcze nie widzianą.
I oto stoi w pośrodku izby ta dziewka, przystrojona, jak jeszcze nie widziano kobiet. Niby to w szacie - myśli goliard - a pierśmi i na tyłach wypukła, w pasie cienko spętana, szyją goła, od łokcia ku dłoniom nie ma wcale - nic! Sprośność sama! - podjudza się patrzeniem - tym półodkryciem wabliwsza stokrotnie niźli ciało gołe, a wonnością olejków pragnąca się dowabić, dołechtać ku ostatnim pożądliwościom mężczyzn - chyba wszystkich! - myślał. - Na psie wesele wyszła ta miłośnica jego! przez innych przystrojona sprośnym wymysłem mody w te przepychy królewskie - jemu na srom, biedzie jego na urągowisko!
Oto idzie naprzeciw niego, uśmiechnięta tym pytaniem:
Ale goliard nie widział już jej chyba wcale, bo tylko tymi nastroszonymi brwiami wyzierał spod kaptura. Przed nim stała już nie kochanka, nie jakaś tam dziewka strojna, lecz - k o b i e t a, jedna, wszystka, szkarada sumień, matka wszeteczeństw, Babilonia wielka!
Mnich cały ocknął się w duszy.
Chwyci ją za rękę jak w kleszcz i odciąga na ubocze. Wytargnie mu się skoczka rzutem całego ciała. I już nie zdziwienie ma w oczach, ale głęboką pogardę nad tym gburstwem, które pięknie przystrojoną kobietę tak oto targać śmie. A gdy zgromi chama wejrzeniem, rączkę swą dokładnie obejrzy, czy nie zadrapana.
"Przystroiłam się tak dla cię - rozżali się niespodzianie - aby i tobie na sercu dumniej się stało, że nie skoczkę lichą masz..."
Jęła poprawiać markotnie te wstążki na piersiach zmotane.
"Nigdy nie zgadnąć, co cię uraduje, a co utrapi sumienie - osobliwie po winie. Przykre masz serce."
"A gałów tak srodze nie wytrzeszczaj! bo ja się i dominikańskich nie boję, gdy tańczącą na rynku tak mnie przez ślepie swoje piekłem straszą."
Wstrząśnie hardo głową: warkocze na plecy odrzuci.
"A piekło toś sobie sam w duszy nagotował myśleniem. Innego pono nie ma też wcale. Po co ty wszystko tak przemyśliwasz? czemu się tak dręczysz, człecze? osobliwie po wychmieleniu."
"Ktoć te szmaty kupił?!..." "Nie ty podobno. Ale niech ci to serca nie kazi. I nie herold. Więc w tamtą stronę darmo białka przewracasz. Ktoś inny, jeśli cię to mniej zasmuci... Chcesz, bym w worku chodziła? Wolisz mnie półnagą na rynku niźli przystrojoną dumnie? Wolisz? Prawdziwie?!... Widzisz: boś przywykł do dawnych zazdrości niczym koń do starego zaprzęgu; jużeś sobie w nim i brykał, szydził ze wszystkiego trefnym słowem, mądrzył się w życiu! Każda nowa zazdrość jest najgorsza i zupełnie psuje wam rozum." Pocznie ładzić te wstążki w końcach warkoczy. "Jakiś ty luby przy czarce i jaki mądry przy starych zazdrościach! I jaki durny przy wszystkim, co nowe!... Ach, jak ja nienawidzę tych kajań się twoich! - Chwyci go nagle za płaszcz na piersiach i odepchnie od się precz. - Nienawidzę!... Czemu ty nie umiesz cieszyć się naszym życiem wolnym - całym? A nie tylko tymi chwilkami, gdy się do mnie na lubość przyłasisz i na drugą do wina przyśmiejesz. Wtedy ci tylko świat piękny. Nie cierpię! Nędzne to życie - połową serca zaledwie."
"Lub może - podejmie za chwilę - może ci się przy winie zroiło, poecie, żeś pan radca miejski sam i że masz własną żonkę pod pierzyną? Zapomniałeś przy winie, że mi za pyszny baldachim twego łoża przy świata gościńcach nierzadko tylko te gwiazdy po nocy świecą, a rankiem ptaki nad głową polatują. I wiedzże - kładzie mu już śmiało rękę na ramieniu - pokochałam ja te przepychy nasze, ale razem z wolnością moją... I nie dośćże ci, wagancie durny, że ja bym za tobą i na ostatnie gościńce poszła? a i z królewskiego łoża! Tylko nie mniemaj, że mi tęsknie od złotej gdzieś niewoli w twoją nędzarną."
Zrzedła goliardowi mina. A i ona w łagodność większą wmówiła się swymi słowy. Ściągnie mu znowuż kaptur z głowy, wstrząchnie czuprynę.
"Wydymiło wino, wydymi i ta siarka piekieł ze łba, wysuszą się łzy kajania. Będziesz mi jutro po dawnemu trefny przy winie. I mądry! - Klepie go po twarzy, a błyska okiem, czy mięknie. - I luby!" - dodaje pieszcząc go paluszkami po policzkach.
Nie zmiękł, ale opadł jakoś w sobie - w nazbyt jednak smutną rezygnację i bezradność wejrzenia.
Tym ci bardziej żachnie się ona na to:
"Musiałam ci się w głębi duszy nazbyt podobać w sukni. Więc mnie zanękasz teraz tym nosem smutnym!" - Targnie mu nos ku dołowi.
"Kobieto, Bóg mi świadkiem, że nie o tobie myślę, gdy mi zejdziesz z oczu. A najmniej teraz, zanim weszłaś. Po stokroć, nie o tobie!"
"Ale przeze mnie! - nastąpi nań hardo. - Bo wiedzże na koniec, czemuś to mi luby mimo wszystko: i sercu, i głowie, i dumie mojej!... Owo że tak pięknie roisz przeze mnie, że się tym delektują oświeceni na świecie szerokim - a i biskupi po pałacach swoich... Może nie tylko przeze mnie?" - pomiarkuje się niespodziewanie, zerknąwszy na dzbany wina.
"Prawdaż to?!" - pytał głucho, jakby siebie samego, wiodąc okiem za jej spojrzeniem.
I opadł na ławę, ukrył twarz w ramionach na stole:
A ona tym szamotaniem jego sumienia już do pasji dowiedziona poskoczy za nim do stołu; jedną nogą na ławie przyklęknie, ogarnie ramieniem krużę wielką, przytuli się do niej piersią, warkoczami omota.
"Patrz na nas obie - woła - pogłaskaj jak wprzódy!"
I uderzy w śmiech swój basowy nad tą utrapioną głową - a zabawia palce długimi jej kędziory.
Zapatrzą się w ten obraz żonglerzy.
Lecz ona zniecierpliwi się niebawem i za te włosy Podejmie mu głowę. I by policzkiem do twarzy mu się przytulić, na stole się oto cała w podłuż układa: uwypukla oczom tę pyszną kruż bioder swoich. Gdzieś obok siebie domaca się czarki i podstawia mu wprost pod wargi - niczym dwa kielichy - i czarkę, i usta swoje.
"Pij! - woła. - Całuj! - wyzywa. - Radujże się, człeku, z życia, że prócz lubości dla się, jeszcze i szczęścia nadmiar wypijesz, wycałujesz ludziom oświeconym na szerokim świecie! Gdziekolwiek kompania zacniejsza się zbierze, tam twoje wszak pieśni śpiewają przy krużach? Gdzie się dwoje niegburów kocha, tam twoje pieśni szepczą w całowaniach?... Kochaj, więc, jak my tu wszyscy, nasze sztuki wolne! I razem naszą dolę wagancką - ze wszystkim, co na niej twój diabeł uwiesił. I nie wierz w mnichów upiory. Nie ma diabła! Nie ma piekła! Nie ma grzechu! krom w twojej udręce i zrojeniu."
"Nie ma piekła? nie ma grzechu? - powtarza goliard jak ze snu. - Gdy wszystkiego już dla cię nie ma, duszaż to przecie zostaje, wieczna - dusza nieśmiertelna! I w tobie."
Poderwie mu się przed oczyma, lecz półciałem tylko jak ta ryba. I tak nań popatrzy. A potem trąca go kułakiem w czoło.
"Nieśmiertelna!... Wieczna! - przedrzeźnia. - i zaroiłaż się ta głowa utrapieńca nad wiecznościami! Jestże gdzie wieczność? Wiesz na pewno?"
"Kobieto !" - szarpnie się w tył.
Ale daremnie: mocno ogarniała go ramieniem.
"Byś patrzał teraz na mnie, a widział, jak ja ciebie chcę w tej chwili, a czuł mnie całą do ciepłej skory, krzyknąłbyś mi to w usta - niemą wargą! A chwyciwszy w ramiona, poniósłbyś mnie na gościńce wolne - zaświstałbyś ludziom na szyderstwo z cnoty wszelkiej - zagrał na piszczałkach pani Wenus samej - jej na chwałę zaśpiewał pieśń!... Z lubością powtarzać ją będą oświeceni po szerokim świecie... A gdy się zmęczymy szczęściem, splatać ci będę w słońcu u źródła wianek tej jednej wieczności, która jest. Ja ci ją dam - nie kościoły."
"Satanassa lubrica!..." - zagrzmi nagle jak w kościele, aż się strzęsło coś w ludziach.
Lecz w tejże chwili zerwali się wszyscy z ław. Goliard, nie wiadomo kiedy i jak, wśmignął się było na stół; już kolanem jej piersi przygniata, łokciem szyję. I szamocze się z czymś w dłoniach. Usłyszą twardy w zamku chrzęst waganckiego noża. Ciało dziewczyny trzepie się już zawczas na stole niczym ryba na desce.
Wrzasną rybałty jednym krzykiem. I rzucą się ku nim. Bóg łaskaw: w porę jeszcze dopadli.
A gdy ją mściwość docuciła rychło, goliard, obstąpiony przez kamratów, z sztychem heroldowego miecza przed piersią, zdał się całkiem pomieszany. I bełkotał tylko wciąż:
"Piekła nie ma?! Duszy nie ma?! Wieczności nie ma?!... Dziewka nad kościoły!!"
Ona tymczasem ledwie nogi na ławę opuściwszy siedzi na stole i wybłyska przekleństwem spod rozkudłanej głowy.
By uspokoić sumienie swoje i gromady po tym, co tu słyszano, przystąpi do niej linochód i rzecze rozważnie:
"Goliard bredzić może z winnego duru lub zazdrości. Byś się oczyściła z tego, coć przed nami zadał, odmawiaj tu gromko dla wszystkich Wierzę... Inaczej - zwraca się na izbę - z kimeśmy się szkaradzili, kamraty?!"
"Odmawiaj!... Powiadaj!..." - wołają jeden przez drugiego. A linochód stoi nad nią z palcem wystawionym ni ten mnich karcący.
Plunie mu skoczka w gębę. I wionie jak kot na środek izby.
"Jam kobieta wolna!... Mea sum!... Nikomu na się nastawać nie dam!" "Odmawiaj! Powiadaj!"
Wyszarpnie się im; a pojmana przez innych, wytarga się, wyszczypie im z rąk.
"Baczcież tedy, co wam odmawiać pocznę, wy nędzne... wy...!"
I odsadzi się pod komin, by ją wszyscy dobrze słyszeli - już furia w płomieniach buntu:
"W Baccha wierzę!... W panią Wenus wierzę!..."
W izbie wszczął się ryk jeden i zakłębienie tumultu. A nad wszystkim grzmiał głos linochoda, by ją z miejsca w kominie powiesić.
Goliard już nie wiedział, zali prawdziwe rzeczy ogląda. Herold, zda się, swym baniastym ramieniem jak skrzydłem czerwonym ją ogarnął - i okrutnym blaskiem spod tego skrzydła odgrodził od ludzi.
Ale wszystko wino dzisiejsze, przypomniane znów wzburzonej krwi, objęło go znów zamroczeniem nagłym. Rozchwiał się po izbie, aż się rękoma beczki w kącie domacał. Osłabłe nie uczepiły się jej krągłości - zwalił się głową między dzbany, lampę oliwną u kurka potrącił i zamotał się cały w jej swędy i dymy.
A w tym runięciu o ziemię zdało mu się, że jakowaś zamieć gwałtowna wstrząsnęła domem całym. Przez komin stacza się coś z łoskotem, spada a tupocze o głuche mury. Z owisłej na izbę czeluści dymnika zwala się na żużle komina koźlisko czarne o skrętnych rogach. Jednym targnięciem przyodziewku obnaży się skoczka całkiem. I dosiędzie onego kozła. Spina go białym udem, piętą daje ostrogę - i wzlatuje na nim w rozwartą dymnika jamę; turkocze okrutnie po murach w kominowym pędzie. A na izbę buchnie dym czarny i wybłysną na wsze strony żółte języki siarkowego ognia - aż rybałty wszystkie złote mieli twarze i zielone oczy.
Ale już nie ruszał się nawet - rzęził tylko u beczki.
Lekarza nie trzeba było szukać daleko, bo gdy się ściemniło i dobrych chorych nie stało, przeniósł się sprzed kościoła ze swymi worami i w drugie] izbie tejże gospody leczył podlejszy naród. Rad był tedy i on, że go od smrodu tych kalek odciągnięto między weselszych chorych.
Oto ledwie próg przestąpił, roześmiały mu się oczy do pstrego ludu rybałtów. Wysoko podjął z czoła kołpak.
Obstąpią go kołem zgiełkliwym. Kiwa lekarz głową wyrozumiale: wie dobrze, jak srodze alteruje choroba płochy naród igrców, a cóż dopiero zjawienie się osoby tak poważnej, poprzednika księdza z wiatykiem: lekarza. Więc choć niewiele słyszysz w tym gwarze, potakuje wciąż siwą brodą:
"Wiem, wiem - na pamięć umiem, co się między rybałty przytrafić może. Pił któryś z mistrzów nad miarę głowy? - i ustrzeliło! Diabły mu się przed tym zwidywały? - no! Dziewka była w robocie? - oczywiście! Uciekła z heroldem? - bywa! wasze kobiety lubią uciekać... Ciężka afektacja serca na pijaną głowę - niedobrze! Człek pijany spokoju szuka - pod ławą. Gdzie on? Tam do licha, goliardus sam!... Oo! - pochyla się nad nim - uciekła?!..."
Lecz gdy chorego za puls ujął, zrzedła mu mina natychmiast.
"Okna mi wszystkie natychmiast otworzyć!... Worek z nożami przynieś mi który co tchu... Biegaj! Tu mi go dawajcie, na ławę, bliżej światła... Chłopcy, źle jest."
Przycichły natychmiast rybałty, jakby makiem posiał.
A lekarz mruczał w brodę; bardzo mu się nie chciało krajać z wieczora, a i dzień świętego Floriana nieosobliwy na krwi puszczanie. Ale trudno: rzecz nagła! Wytrząchnął tedy z wora swoje narzędzia, znalazł nóż potrzebny i wecuje go gniewnie o kamień. "Garnczek mi tu jaki! - mruczy. - A, jezdeś!" - postrzega teraz dopiero dziewkę, która z garnczkiem pod krew i lampką w dłoni już klęczała u ławy.
Bilo rude w dymie światło oliwy na rozciągniętą postać goliarda, złociło siwą brodę lekarza i czarny jego kołpak, padało wzwyż na pstre spiętrzenie rybałtów, którzy powłazili na zydle, ławy i stoły, by patrzeć z biciem serc na tę rzecz srodze poważną: zachorzenie człecze.
Linochód wziął było złą wieść najgłębiej do serca; kroczył ponuro na uboczu i mruczał do się:
"Czym dla mnie lina w powietrzu, dla niedźwiednika bestia, tym dla poety kobieta. Wielkie niebezpieczeństwo dla ciała i duszy jest w sztuce każdej."
"Prawdę rzekłeś, mistrzu! - przytakuje lekarz, oglądając swój nóż pod światło. - Prawdę rzekłeś! Osobliwie w sztuce lekarskiej, która jest oddawaniem swego dobrego zdrowia niedołęgom, a współczującej duszy chrześcijańskiej diabłu bezlitości. Bo w naszej sztuce zbędziesz z czasem litowania wszel... Zaciął. Chlusnęła krew i zabulgotała w garnku.
"Jezus Maria, zarżnął człeka!" - wrzaśnie w tej chwili dziewka.
A lekarz ją z miejsca w pysk, aż się obali, klęcząca.
"Czego ryczysz, krowo, kiedy nie ciebie rżną?! Trzymajże tam który garnczek, bo nas tu wszystkich zabluzga."
Nie wytrzymał na sobie widoku krwi nierycerski naród rybałtów. Porozłaziło się bractwo po izbie, a w gawędach odwodzi usilnie myśli od przykrego widoku.
"A wszystko to sprawiła ona suknia z nędzy. Och, te stroje kobiece! Ciekawość, który to właściwie tak się na nią wy kosztował?" - rzucił jeden z nich pytanie.
I zakotłowało się nagle śród wagantów; poczną pozierać podejrzliwie jeden na drugiego, aż cisza tego pytania zawiśnie w powietrzu.
Niedźwiednik skrobał się frasobliwie w swój lniany łeb. Obsiadły go rybałty jak te osy.
"Ty, niedźwiedziu tkliwy! Uważ: tyżeś ją na tęskliwości swoje pięknie obłóczył, tym ci milej inny ją teraz rozdziewa - akuratnie jak w małżeństwie. I nie dośćże ci było jednej bestii? Pół świata z onymi szmatami schodził, nim ją gdzie znowu w jakiej bandzie igrców odnalazł."
Lekarz przy chorym zaciekawił się bardzo, o czymże to rozgwarzyły się tak rybałty. I nagle zamacha ręką.
"E! e! e! jednemu ona Muzą, drugiemu kochanką, trzeci ją aż w suknie stroi, czwarty na nockę zabiera, dziewiąty pewnie mężem być się szczyci, a jedenasty wiesza się z desperacji, że go poniechała nawrotem do dziesiątego. E! e! e! tego i święty Piotr na Sądzie Ostatecznym nie rozwikła, by każdą duszę z osobna za jej przewiny zważyć. Więc w księgę niebieską zapisze w desperacji ryczałtem: robota jednej kobiety śród rybałtów - pięćdziesiąt dusz potępionych!... To nie śmiechy! Znaczy to, że dola wasza ziemska i w wieczność za wami pójdzie: że i w piekle nawet żaden z was sam sobą - jak inne dusze grzeszne - nic znaczyć nie może, lecz w jeden snop związanych przerzucać was będzie diabeł widłami - jak i w doczesności waszej, jak owo i teraz, na ziemi."
Nudził się lekarz przy pulsie chorego, więc po chwili znów ich zaczepia rozmową:
"No jakże, rybałty, wykłóciliście do końca wasze swary: która sztuka i czyja Bogu i ludziom milsza?... Nie dawajcież się, kuglce, zawsze w tych sprzeczkach ciche!"
Ale przerwie mu tę gawędę lament dziewki u kolan:
"Dosyć już tej krwi, dobry lekarzu! Na miłosierdzie Boskie, dosyć! Baczcież, już się goliard rucha."
"Zaprawdę, już się ruszać poczyna!... Tylko czym ja go obwiążę? - Począł się obzierać naokół. - Giezło swoje zawczas przyniosłaś? No, toć się chwali. Są i poczciwe na świecie."
Imał się tedy tłumić krew ostrymi prochy i korzeńmi, zacierać ranę chlebem z pajęczyną i omotywać szyję chorego szmatami z koszuli. A przy tej robocie spoziera zezem na grubą dziewkę i tak do niej gwarzy:
"Przytrafiają się i poczciwe na świecie - osobliwie śród otyłych. I ta, niesyta żołnierzy, matrona z Efezu, także dobra była! Im ogromniejsze w was one tęskliwości cielesne, tym się z macierzyństwa żądzą żarliwiej w sercu waszym plączą - że gotoweście zawczas matkować światu całemu. Najlepsze są, które rade i łatwo rodzą: wiedzą o tym lekarze. Które zaś ciężko, cierpkie bywają i samolubne z natury swojej - dla miednic wąskości. Najgorsze zaś jałowe. Te są niuchem in venereis zawsze niespokojne, zdradne i bodliwe: o tym wiedzą i pastuchy. Tak to zło i dobro wasze, kobiece, nie w duszy jak u nas. Stąd wątpienie stare, czy macie oną i czy możecie być zbawione."
Opatruje lekarz chorego. Dziewka klęczy wciąż na ziemi z garnczkiem krwi w jednej ręce, a z lampką w drugiej, i słucha oczyma i gębą, jak też to człek uczony nad nią prawi. W dymnym świetle oliwy zda się twarz goliarda jak śród kadzielnic okrzepła i żółta jak na katafalku. Gromadzą się znowuż naokół rybałty, włażą na zydle, ławy i stoły, by spojrzeć na on cud sztuki leczenia: na wydartego śmierci człeka. Słychać było i pochlebstwa żaków.
"Doctor miraculosus!" - szepczą w tłumie.
A te ich szepty w rozgwar podziwu zamieniły się nagle, gdy goliard przysiadłszy na ławie, zażądał kęsa chleba - kto po chleb sięga, ziemi się chwyta. Tylko widok potem towarzysza, jak oto żuje smutnie kromczynę jakowąś bez okrasy, a i nuży się co chwila przy tej robocie dziecka - dziwny obraz zanękania i bezradności życiowej - goryczą i żalem wypełniły serca kamratów. Obsiada go kołem, każdy wtyka mu jaki kęs z sakwy, proszą, by się dobrą myślą całkiem ozdrowił. Nie dziw, że mu wino tak rychło uderzyło do głowy, skoro je wlewał w puste kiszki. Dziewka już tam warzy dla niego na żużlach komina polewkę krzepiącą. Żonglerzy tymczasem, jako towarzysze najpoważniejsi, przysiedli się doń na ławie i skrzepiają słowem: żyć winien, potrzebna ludziom sztuka jego.
"Komu?" - pyta goliard z gębą pełną chleba.
"Choćby kamratom wszystkim. Żaki jak mlekiem żywią się nią. Wszystkie gęśle towarzyszy ton jego wszak stroi. Na nic i powieść każda, której nie przoduje ton poezji."
Dziewka tymczasem podnosi mu do ust łyżkę polewki z garnczka.
"Na!"
"Bóg zapł... Dobra!" - Uśmiechnie się szeroko za Pierwszym zaraz łykiem.
Co widząc, lekarz wskazał go wszem wobec jako dzieło sztuki swojej.
Tylko linochod kroczy jak bocian po izbie. Śmierć już po raz drugi tego wieczora przewiała nad gromadą, jemu jakby na złą wróżbę i przestrogę, by zawczas szukał doczesnego i wiecznego bezpieczeństwa w klasztorze.
Jutro będzie znów zawisał nad wieżami grodu jakiego, tyle mając dla się oparcia, co tej liny pod stopą. Dołem huczeć będzie gawiedź i strzelać w górę konceptami. A śmierć pląsać znów pocznie tuż za nim po linie i naszeptywać w ucho...: "Posłuchaj, jak klaszczą. Spójrzże na dół, uśmiechnij się, ręką skiń, ich przymówki konceptem odparuj: na rynkach lubią przymizgi takie, w ich oczach lekkości nada to kunsztowi twemu. Gdy tego zaniechasz, lubić cię mimo wszystko nie będą; a gdy skończysz swoje, pies się o ciebie nie zatroska... Nie chcesz? Wolisz swą sztukę w powadze czynić...? Zatocz tedy okiem wkoło: pod tobą miasto całe! Nie chwyta cię zawrót nad tym, na coś się znowu ważył?... Nie śmiesz nawet patrzeć?... Więc poza siebie obejrzyj się czym prędzej, bo kochanie twe, w życiu niegdyś, najmocniejsze, tu cię dogania po linie, pewnie w złych przeczuć lęku, by cię pożegnać w tej chwili może ostat... Słysz, ten huragan oklasków! - za to, żeś się zachwiał tak okrutnie, a nie zleciał przecie; że znów suniesz dalej z oczyma utkwionymi w dal..." "W imię Ojca, Syna i Ducha!... Ni pod się, ni od się, ni poza się, a tylko przed siebie, przed siebie wciąż! - ku tamtej wieży - gdzie cel!..." "Spadasz?!... Leć, na łeb na szyję!"
A tu śmierć, przewiawszy wróżbą i pogrozą nad płochymi głowami tych igrców wszystkich, nie grozę zostawiła po sobie, lecz oto jakby większe jeszcze ciepło i przytulność śród nich. Zadomowienie dobre ogarnia nawet tych wagantów w gospodzie przydrożnej. Chce diabeł, byśmy kochali życie całą przytulnością serc naszych.
Zaś to lgnienie do chwilki by najlichszego istnienia tak wypełnia piwnicę całą, że owo i ten zapach beczki a wyszynku jakoweś macierzyste ma w sobie wonie: rzekniesz - łono spokoju i wytchnienia. Owiało to, zda się, nawet te kury na dymniku. Ocknie się raz po raz któraś z nich, strzepnie piórami, strzyknie na izbę i rozepchnąwszy sąsiadki, usadza się lubo na zadrzemanie otuchy pełne. Tam zasię, w złotym blanku oliwnicy, rozgwarzyli się ludzie: serdeczne, rzewliwe głosy w przerywanej wciąż gawędzie i ciszy - jak to przy chorym, gdy się leki w nadzieję obrócą: tak gwarzyć rada otucha człecza. Ledwie śmierć skrzydłem swoim musnęła izbę- myśli melancholik - a tu stworzenie każde zatula się ufnie w to ciepło życia, którego jutro może już nie będzie. "Strzeż nas, Panie, ode złego."
Lekarz był rad z uzdrowienia goliarda, a i połechtan pochlebstwem żaków. Uśmiechały mu się oczki nad siwą brodą i zacierały ręce, gdy krążył teraz koło pustych stołów, zaglądając daremnie we wszystkie dzbany.
"Stągwi sześć, jak w Kanie galilejskiej!..."
Dostrzeże to dziewka i już z krużą a czarką biegnie od beczki.
"Znowuż ty! - Uszczypnie ją lekarz w policzek. - Ty jedynie pomyślałaś nad tym, co się należy utrudzonemu. Nalejże poczciwą ręką. Ze wszystkich kobiet tego miasta ty jedyna nakarmiłaś wędrownego poetę. Tego ci święty Julian, patron wędrownych, nie zapomni w życiu... W twoje dobre oczy! - przepił. - Nalejże i drugi raz. A goliard niech ci się wierszem wywdzięczy: szczęście w miłości przynosi wiersz poety, gdy komu przypisany... W twoje!... Możesz nalać i trzecią. Gdybym miał syna, szepnąłbym wyrostkowi o tobie. Przy innych złajdaczyć może łatwo i na waganty zejść, zaś na takich piersiach - kładł jej rękę na tej dyni - jak na łonie matki ziemi, uczłowieczy się tylko młodzieniec i tą się myślą zawczas ustateczni, że my chwilą, a trwaniem syny, wnuki..."
Tę jej perorę powiedziawszy nad piersią obfitą, wyjął jej dzban z rąk. "Odejdź, odejdź lepiej, bo, stary, przy winie lubię Oceanidy takie!"
"Hu, jak grzeje od tego pieca!... A wiecie, chłopcy - wołał do rybałtów, nalewając sobie następną czarkę - wiecie, czemu taka przytulność i zadowolenie w dobrej gawędzie ogarnęły was z nagła w tej izbie? Sprawił to onego łona wiew na izbę całą. Aura feminae!... A właśnie waganty, którym jej brak najczęściej, tak jej mocno ulegają i bez wiedzy dla się. Gdyby wszystkie były jak ona, nie byłoby wcale wagantów na świecie. Każdy by gdzieś przylgnął, gdzieś zażył i rozmnożył się jak ten Abraham."
A wśród śmiechu rybałtów małe oczki jego znad brody baczą wciąż na dziewczynę.
"Darmo ty się za tym gęślarzem wciąż oglądasz - odgadł wraz swoje. - Jemu ani ty, ani żadna inna w głowie pogodnej. Im pogodniejsza myśl, tym wolniejsze serce, a ciało przy kobiecie wróbelkiem wtedy: dla ciebie to na nic!... I upodobał sobie taki ogrom baby chudzinę mizerną, którą trzepie po zadzie niczym dziecko swoje. Choć taki dziś jeszcze w światy pójdzie, a nigdy może już tu nie wróci; nie zbrakłoby, widzę, mleka synowi jego - ani pracy rąk twoich robotnych, myślę - ani pazurów ku dziecka obronie... Nie becz!"
Aż jej głowę do się przytulał. "No, nie rycz, nie rycz, sieroto! narodzisz się dosyć w życiu: napłodzisz potomstwa jak dynia pestek."
Na stojący załatwiał się lekarz ze dzbanem. Za każdą tylko czarką obracał się do najbliższego z rybałtów i klepał go po ramieniu. Uśmiechali się doń wszyscy, rozumiejąc, że człek to pogodny, który luba ludzi. Dajże mu, Boże, jak najdłuższe zdrowie!
Wyświecały się po tych czarkach policzki starego, gdy coraz to żwawiej igrały myśli w oczkach stulonych.
"Szkoda, że tę skoczkę waszą już diabeł porwał! Chętnie bym z nią tu pogwarzył. Mądra musiała to być kobieta! Prawdę powiedziała ona wonczas na ulicy: nie masz między wami pośledniejszych!... Niejeden skoczek, bywa, w żarliwej chwili ukochania igry swej, ptakiem się poczuje, skrzydeł u ramion przed Bogiem i ludźmi dostaje. A toć jest wszystko! Jedna jest boska igra z ciężkim smętem życia... Bo zważcie: iluż to żonglerów duch skrzepiał ciała na boje rycerskie?! A iluż to skoczków i wesołków swawola podbijała ciężkiego w osmętnieniu ducha na drogi żwawsze?! Lekarz wam mówię: zmory świata, acedii, wy pogromcę! Smutek nierządny połową ludzkości piekło by zaludnił; - chytry jest tedy jej obrachunek, by was, nieliczne życia orędowniki, na swe miejsce tam wysyłać. Diabeł ma być tak oszukany, bo za połowę człowieczeństwa, która mu z prawa zawsze należy, was tylko dostanie - i to w jednym snopie: nie bardzo się tym nacieszy." Koło rozpromienionych twarzy otoczyło lekarza. "Co więcej wam rzekę, chłopcy: na wdzięczność przez was dusznie uleczonych nie liczcie! Lekarz wam mówię. Gdy na nich zstąpią życia trwogi i nędze, pierwsi potępiać was będą... Ot, jak wy tę panią Muzę waszą, którąście, słyszę, w kominie wieszać chcieli."
Na twarzach rybałtów odbiło się nagle skłócenie niepokoju. Tylko te żaczki, sumieniem płoche, a uwagą czujne jak szpaki na to jedno słowo: "Muza" - zakłębią się wraz koło lekarza.
Prawdą jest, co o skoczce powiada! Panią tu ona Pośród nich była. Przez nią i skoczki wyżej skakali, i piszczki bardziej cienkie wyciągali nuty, a huczniej w bębny swe bili! I niedźwiednik dla jej pochwały tak groźnie ze swą bestią poczynał, że niemieli widzę. I linochoda, gdy w ostatniej chwili truchlał, bywało, o nie rozgrzeszoną duszę, ona wpędzała pogardą na linę między wieżami. A żonglerzy? Niech ją ujrzą tylko w krasie nowej szatki, a płótno zgrzebne na jej piersiach bisiorem dla nich się staje, "nędza" złotogłowiem: rozsławią w powieściach ten jej strój, roztęsknią ku niemu kobiety. (Od dziś na przykład, gdy rzecz się stała wiadoma, każda tylko o sukni roić będzie.)
Na tę pochwałę zerwie się nagle niedźwiednik spod pieca:
"A wyście to, wyście wieszać ją chcieli" - krzyknie nie tyle gębą, ile tym kułakiem podstawionym pod nos linochodowi.
Zagarnie lekarz ten kułak i trzyma w swoim dla uspokojenia.
"Owoż tak jest i z igra waszą pośród ludzi - zwraca się do rybałtów. - Raz po raz wieszać ją chcą u kramów lub pieców... I dziwić się im, gdyście to sami uczynić chcieli z igry waszej panią!... A jeśli ona - jak zaprawdę myślę - czarownicą była?..."
Tu już w ruchach rybałtów odbiła się ponura niepewność; otwierały się usta, nie wiedzące, co rzec. I tak milczało wszystko w frasobliwości sumień.
A i sam lekarz wgadał się w gorliwość. Choć przycichły na chwilę, kroczy po izbie, z rękoma w tyle splecionymi, błyska przenikliwym Okiem na waganty.
Wreszcie staje przed nimi. Każdy czuje, że rzuci w tej chwili słowo na hazard jak kości.
"A że was tak zło samo przez igrę z życiem ku wyzwoleniu serc człeczych wiedzie, a dusz ich odkupieniu z piekieł - tego wam żaden klerk rzymskiego Kościoła nie wytłumaczy. Bo nie wyzna Kościół rzymski, że zło światem rządzi, jako że zły Bóg go stworzył. Dobry Bóg w niebie mieszka i ku niemu nasze tęsknoty. Ale działania nasze na ziemi ziemską stoją podnietą, pokusą i pchnięciem: nie z niebieskich krynic pijemy życia ochoczość... A kto wszystkiemu złu uchylić się pragnie, bierze na się najcięższe jego brzemię: smutek nierządny!"
Pojrzawszy na ludzi, strzymał słowa swoje i jął znów kroczyć po izbie. Odprowadzają go tam i sam nazbyt już podejrzliwe oczy rybałtów, baczące na ruch jego każdy. Aż się zmieszał stary,
"Podejmcież goliarda z ławy. Niechże rzeknie co, gdy już gadać zdoła."
Lecz on już się sam podźwignął było w zasłuchaniu - o żaków dusze był goliard zawsze bardzo zazdrosny. Rozpoczął wszakże nie od tego, o co go tu nagabywano. Głos zasię miał zrazu bardzo słaby:
"Niedobrzem czynił narzuciwszy się wonczas na rycerzy. Nie o kęs lepszej doli i ludzkiego uważania oszczekiwać mi się było na rynku jak temu psu o gnat... Dotknij, lekarzu, piersi: zbyła dawnej gorącości, dla której wszystko z życia było owo - psim gnatem ledwie, bo substancji dla się szukała tam!..."
Wyrzucił ramię w górę jak ten mnich na kazalnicy.
Stropił ten gest srogi żaków; ku niemu kierują teraz swe oczy. A on zbliżając się ku nim, targa na sobie płaszcz i szatę - wystawia pierś nagą jak ten pokutnik przed ołtarzem.
"Czuję, zbyła dawnej gorącości w łaknieniu! Stygnie w niej on płomień dążenia ku rzeczom, które są z ducha!... Za was to - żaki! - pierś swoją lekarzowi wystawiam, skoro nas tu nowymi nauki zleczyć pragnie. I jakież to użyźnień moce? jakie soki? jakie skrzepienie obiecuje on jabłonkom dusz waszych młodych, by przed się nie zakończyły na okwiecie? Wiaryż to kielich przychyla wam do ust? Dumy skrzydła przypina wam do ramion? Wzwyż porywa? - nad te śmietniki i gnaty, jakie jeno zostawili nam ludzie w życiu... Inny on tu z diabłem kadził dla was lek. Na zapału stygnienie w piersiach - zło i grzech jawny - za gryzącą kauterię na serce?!"
To spadło już na głowy żaków jakby z kułaka pokutnego kaznodziei. I spłoszyło ich całkiem. Już nie oczy, a dusze młode kierują się za goliardem.
Co widząc, lekarz czym prędzej zlekceważyć stara się go przed nimi. "Chociażeś ty dysputacji artista, widzę, i od paryskich może mistrzów spróbuję ja się jednak i z tobą" - myśli. Więc rzecze z umysłu niedbale:
"Gryzie cię, mistrzu, nade wszystko sumienia nęk za to wszystko czegoś zaznał przy skoczce. Tylko że z nim do żadnego udziałania w życiu nie dojdziesz, ledwie pod klasztor się dowleczesz. Moja zaś troska, lekarza, o życie. Od ciebie ledwiem śmierć przepędził, z grobu mi gadasz... Baczże: gdy ty się tu z panią śmiercią na ławie pieścisz, na ulicy przed gospodą zebrało się już kilku z acedii dziś uleczonych. Na ich czele murarz kościołów, a mistrz kamieni żywych, czeka tam z worem swych narzędzi. I ja tu, lekarz, z wami. Zgoła cały nasz ordo vagorum zbierze się do świtu."
I wmiast kułaka mniszych pokajań, rozwartą dłoń wesela wystawi przed żaki:
"Pójdziemy, waganty, za naszym przeznaczeniem szukać corde jucundo, co w smutkach wciąż gubią osiadli! Poza życia radością cóż by to było, powiedzcie mi, towarzysze? Czegóż to szuka po świecie nasz ordo?... Śpiewał nam tenże goliard, gdy mu zło bodaj gorętszą krew czyniło - śpiewał nam:
"In secta nostra scriptum est: Probate omnia!" To znaczy: bierzcie w pierś ochoczą wszystko, cokolwiek życie niesie, dobro i zło społem - i na wszystko się ważcie lekkością ciała i ducha wolnego! Owóż i skrzydło zapału, które porwie za sobą chmury wszystkie z życia skał, aż pociągnie za wami i rozum rozumnych, i roztropność roztropnych. Bo i do onych ociężalców roztropności, do doktorów a wnikaczy w świata tajniki, zwraca się goliardowe słowo: nad wszystko, co z ksiąg wiedzieć możecie, nad Aristotelesy i Tomasze, doświadczcie wszystkiego, wnikajcie we wszystko, na wszystko się ważcie zuchwałością ducha wolnego!... Może tak syczał niegdyś wąż Adamowy z drzewa wiadomości złego i dobrego? Może my prawdziwie zła i dobra sacerdotes ambulantes? Bo acz waganty, my to wszak budujemy osiadłym ich kościoły! by kościelnych wież okapy zaludniać naszych sumień przerazami. A jeśli na kajanie się przyjdzie, wonczas pieśń nasza - z przedsieni - huraganem wdziera się do kościoła i wstrząsa kolumnami naw wszystkich! - z goliardów to wszak gęśli zerwał się ten świata krzyk, który wstrząsa kościołami: Dies irae?!"
Ni ten łan młody rozchwiały się żaków głowy pod mocnym podmuchem ducha. Wobec czego lekarz, stary snadź gracz na duszach, wziął z umysłu ton spokojniejszy:
"My to znosimy osiadłym nowych wiar nauki, nową gędźbę i opowieści nowe: - ducha wici nieustanne - a nade wszystko - rybałtową igrę z smętem życia!... Gdy osiadli murami grodów odgraniczają się od świata, dążymy, waganty, zawsze w światy nieznane: Chronosowi chyba samemu naprzeciw... Może nas grzechy zasłużenie kiedyś w piekło strącą, ale to pewna, że tęsknotom i dążeniom osiadłych tędy droga, i po naszych grobach, kędy my je targniemy za życia!..."
"Doctor admirabilis!" - hukną z młodych piersi.
I rzucą się ku temu nauczycielowi, porwą na ramiona. Któryś z nich puchar czym prędzej napełnił i wetknął mu go w rękę.
"Waganty! włokity! wszędybyły! - bryzga winem na te głowy młode - tyle w nas ordinis, tyle sekty, co w, tym kluczu żurawi, podążającym na wyraj ku wiośnie. Jeśli złe wichry zmiotną nas w morze, na te fale czasów, bijące wciąż i wciąż o brzegi życia - to i wonczas jeszcze, i w tym tonieniu, okrzykniemy się Sosnom zawołaniem naszym: Bacche!!..."
Dudni piwnica od wiwatów młodzieży; obalają się wszędy stołki i ławy pod natłokiem zapałów.
Zwyciężył lekarz w dysputacji. Nad pstrym tłumem wagantów kołysała się siwa broda i czarny kołpak uczonego. A gdy go talk po izbie obnoszą, stagnął się w tym zamęcie płaszcz z jego ramion. Linochód ujrzy z przerażeniem, że lekarz ma na grzbiecie szaty - w znamię kary kościelnej i ku przestrodze przed piętnowaniem - żółtą łatę kacerstwa.
Jeszcze żaki obnoszą lekarza po izbie, gdy psy kuglców, zadrzemane gdzieś po kątach, zerwą się nagle spod ław i śmigną na schody piwnicy, by tam dopiero wszcząć wielce brzechotliwy gwałt sfory całej. Po chwili ścichną tak nagle i głucho, że aż dziwnym wydało się to w gospodzie. Oto znów są u progu, ale na ogonach przysiadłe. Tyłem czołgają się na brzuchach ku panom swoim, aby - im na ostrzeżenie - zawyć z żałośliwym wyciąganiem Łbów.
Kopaniem i przekleństwem uśmierzają kuglce ten niepokój psów swoich jakby urzeczonych światłem księżyca na dworze.
Nad pochylonymi z nagła kapkami wagantów wszystkich, w rdzawym blasku lampy oliwnej, wyświetla się u proga przeogromna zbroica - wielkoluda chyba - wypełniając sobą rozwór wnijścia cały. Srogi ceber hełmu jego sięga nad żebro powały, gdy one karwasze naramienne z litej miedzi obłękiem trzymać mu każą ramiona, czyniąc go jakby odętym sierdziście. Upiornego miecza jelce w krzyż dzierży prawica pancerna, gdy z lewa osłania go niemal po szyję pawęż czarna w srebrne ćwieki.
Goliardowi chyba po raz trzeci uderzyło do głowy wypite dziś wino, gdyż porwie się oto z ławy, kilka kroków postąpi i zatoczy się nagle w tył, aż póki się o stół w drugim końcu izby nie oparł.
"Wszelki duch Pana Boga chwali!..." - krzyknie z dłonią przy oczach.
Obskoczą go żonglerzy i poczną rozpytywać gorączkowo, czy tego rycerza spotkał już był gdzie w grodzie: dziwne bo słuchy krążyły pod wieczór między ludźmi, jakoby błąkali się dziś po mieście przez nikogo 'nie poznani...
"Na ulicy złotników i płatnerzy - odpowie im wreszcie głucho. - Przypomnijcie, panowie, jakem was zaklinał, byśmy tam poszli." "Po co?"
"Świat tam wykuwają wyższej piękności i mocy." "Więc co z tego?" - żachnęli się niecierpliwie. "Oczyma bodaj odnowić by nam w sobie on głód... Bez tego czymże nasza dola wagancka - mówiłem... A skorośmy nie poszli, przyszło do nas sam o." "Co?'" - zaszepczą w popłochu. "A onoż to." "Niby jakie: zło?'." "Nie człecze ciało w tej zbroi siedzi." "Ee!" - przerażą się ogromnie mimo nieufności.
"Pojrzyjcie: jestże w ludziach dzisiejszych taka moc i siła? Wyższego to świata nawiedza nas wędrownik."
"Pouczają mądre Żydy - przypomina jeden z nich z otrząsem zalęknienia - że nie zgadniesz nigdy, jakie słowo nasze i kiedy ziścić się może nagle w życiu. Któryż to prawił dziś w piekarni o Parsifalu, Lancelocie?"
"Pozdrowienie wolnym!" - zadudni nagle jak ze studni spod zawartej przyłbicy onej zbroi u proga.
Nie przywykli waganty do tak szanownych pozdrowień. Pokłonią się po raz wtóry głęboko. "Cześć ci, panie!" Żaki poskoczą oporządzać dla niego stół w wysokiej nyży pod oknem. Ten rękawem, ten czapą, czyszczą ławę, na której zasiąść miał gość tak znamietnity. On tymczasem ruszył było od proga z pochrzęstem zbroi i jakby przysiekiem pod dźwiganym jej ciężarem. Za tą kolumną ze spiżu teraz dopiero ukazał się rycerz drugi. Ten, zda się, jak to źrebię przy klaczy ciężkiej - aż poskoczny prawie w giętkości swej kolczugi czarnej pod purpurowym płaszczem... "Lancelotowej zbroi barwy!" - przypominają żonglerzy atrybuty bohaterów swoich.
Zatrzeszczała ława pod tamtym wielkim. Utrudzon snadź jest wielce, bo niebawem słania się oto i pokłada na niej, wsparty głową o kułak pancerny. I widzą żonglerzy:
...przyłbicy cień omracza go aż po piersi; niczym dziób ponury sterczy nanośnik hełmu: broda nurza się w łuskowej naszyjnicy; w podłuż spoczywa miecz srogi. Zbodły się nogi, zhaczyły ostrogami stóp długich. Zasępił się, skobuział cały w zamyśleniu. Ulgła się kolcza zbroja w gibkość osmętnionego ciała; słania się głowa w szołomie ciężka - taka w nim całym zaduma nad człeczą dolą, taka frasobliwość zamierzonego czynu...
I otwierały się żonglerom oczy i gęby w zdumieniu nad niesamowitą mocą bohaterów - opowiadanych. Iszczą się snadź w życiu osobliwym czarem.
Drugi rycerz tymczasem tyłem przysiadł się do stołu, rozkrzyżował poza sobą ramiona, szeroko rozwiał poły purpurowego płaszcza. I tak się wagantom przygląda, jakby każdego z kolei na wagę tu kładł i siły jego obliczał. "Chłopy na schwał!" - zwraca się do towarzysza swego.
I rzuci nagle na izbę gromko i weselnie, jakby ich wszystkich do tańca tu prosił:
"Pójdziecie, chłopcy, bić się - za przewodem naszym?"
Posiała się w izbie cisza długa i uparta. Rumor nagły rozlega się śród niej na schodach.
Ktoś zstępujący potknął się tam w ciemnościach i stoczył o kilka stopni z pomrukiem przekleństw. Na skręcie ukazuje się fartuch skórzany, broda po pas i ognista gęba płatnerza.
"Hop! - czknęło się w nim zuchowato, gdy całym ciałem uderzywszy o mur, nie poplątał tym razem kroków. - Uch! - stęknął z rezonem, obijając się brzuchem o drugą ścianę. - Jeśli ja w całości zniosę bebechy do tej jamy... Pódziesz!... - Kopie na wsze strony i opędza się psom. - Pewnie dno tego piekła niedalekie, skoro już cerberusy opadają... Beczka, widzę, że sam Bacchus mógłby siąść na nią okrakiem... Jestem na dmie otchłani! Witajcie, włokitowie!" - pozdrawia wagantów niby wojowników jakichś plemię.
A że ledwie pomrukiem odpowiedzieli jemu, więc zwraca się czym prędzej do rycerzy:
"Nie kwapią się, widzę, do boju?... Osmętnieli coś bardzo. A jednak, jakem to wam rzekł, panowie, przydatniejszych ochotników nie znajdziecie tu u nas, w grodzie. Najlepszy do rozruchu na ulicach hołysz każdy, który bardzo nie lubi ładu w mieście," "Piłeś?" - przerwie mu cierpko lekarz z kąta. Stropił się zrazu płatnerz. Po chwili głaszcząc z godnością brodę po pas:
"A ty nie piłeś, lekarzu? Bibit rudus, bibit magus;
bibit constans, bibit vagus - jak śpiewa goliard."
"Żeś ty nie constans na przykład, po gębie ognistej widać."
"Nie kłamię ludziom twarzą jak magowie." "Toć się chwali."
"A przedsię, włokitowie bić się dziś będziecie! - powtórzy swoje z uporem. - Byście tylko pomogli tym panom przebić się za mury..."
"A jakże! a jakże" - wyraża teraz urągliwie co do siebie powątpiewanie rybałt niejeden, by porwać spod pieca narzędzia swej igry - i dalejże w nogi! Już ich wyprzedzają na schodach z radosnym szczekaniem żwawe psy kuglców.
Daremnież to! - zatrzymuje ich płatnerz. - Już dawno zamknięto bramy, a zbirów nasadzono na wszystkich ulicach... A za kimkolwiek w grodzie zbiry podszczują, za wami wszak mi najgorliwiej zawsze pogonią. Każdy z was śmierdzi im wolnością i tym zalotom rozbestwia."
"Prawda to jest!" - przytakują smętnie.
"Zaś z tą nowiną najpilniejszą właśnie do was przychodzę: na mieście dom się jakiś zapalił! A wiecie, jaka stąd dla was wróżba, gdy pożar gdzie wyniknie czasu waszej obecności?... Wagant w grodzie, czym diabeł w klasztorze: wszystkiemu zawsze winien. Na kimkolwiek w społeczności ludzkiej się miele na igrcach zawsze się wszystko skrupia."
"A niech was te rajcę i ławnik! na swe sądy dostaną! Niech się zaczną obliczać z