|
A teraz go
w grzbiet, a teraz z drugiej strony, a teraz w głowę. Ot i jeszcze
raz, i jeszcze jeden razik, dobrodzieju mój kochany.
- Walisz
ksiądz kartami jak cepem - szepnął z goryczą stary
Borowiecki.
- To mi
przypomina jedno zajście. Było to u Migurskich w Sieradzkiem...
- Cepem, nie
cepem - przerwał ksiądz przymrużając z lubością
oczy - a ślicznymi atucikami, dobrodzieju mój kochany. Chowam ja jeszcze
damusię, żeby grzmotnąć twojego królika, Zajączkowski.
- To się
pokaże! Ale ksiądz ma paskudny zwyczaj przerywania; ust otworzyć
nie można, bo ksiądz zaraz przerywasz. Oto, jak rzekłem, u
Migurskich...
- U Migurskich
czy nie u Migurskich, ale to już słyszeliśmy, dobrodzieju mój
kochany, ze sto razy, nieprawda, panie Adamie? - zwrócił się do
starego.
- E, co mi tu
ksiądz będziesz uwagi ciągle robił. A, jak Pana Boga
kocham, czego za wiele, tego i zanadto. Myślałbyś ksiądz
lepiej o nabożeństwie, a nie o tym, czy kto co mówił lub nie
mówił.
Rzucił
karty na stół i porwał się zirytowany.
- Tomek,
huncwocie jeden, a zakładaj konia - huknął potężnym
basem przez okno na podwórze.
Szarpał
mocno wyczernione wąsy i sapał zapalczywie.
- No, widzicie
go! Smyk jeden, ja mu po ludzku zwracam uwagę, a ten zaraz na mnie jak na
swojego parobka: huru buru! Jasiek, bo mi fajeczka zgasła.
- No,
sąsiedzie, bo pan Baum rozdaje karty.
- Nie
będę grał, jadę do domu. Już mam dosyć
jegomościnych kazań. Wczoraj u Zawadzkich opowiadam o koniunkturach
politycznych, a ksiądz mi zaprzecza publicznie i wydrwiwa - burczał
szlachcic przemierzając wielkimi krokami pokój.
- A boś
jegomość, dobrodzieju mój kochany, gadał rzetelne głupstwa.
Jasiek, a ty smyku jeden, daj no ogieńka, bo mi fajeczka zgasła.
- Ja
gadałem głupstwa! - wykrzyknął Zajączkowski
przyskakując z pasją do księdza.
- A
głupstwa - odszepnął ksiądz pykając z długiej
fajki, którą mu mały chłopak zapalał
przyklęknąwszy na podłodze.
- A, Panie Jezu
Chryste, zmiłuj się nad nami - zawołał ze zgrozą
Zajączkowski rozkrzyżowując ręce.
- Ksiądz
dobrodziej jest na ręku - rzekł Maks Baum, podsuwając mu karty.
- Siedem pik -
zawołał ksiądz. - Zajączkowski, jesteś na ręku.
- Idę na
ciemno - zawołał szlachcic i siadł spiesznie do stolika, ale nie
zapomniał jeszcze urazy do księdza, bo rozejrzawszy się w
kartach mówić zaczął:
- I jak tu
może być co, jak tu ogół może mieć jasne pojęcie
o polityce, kiedy jego naturalni przewodnicy są tak ciemni.
- Osiem trefli,
bez atu - licytował ksiądz.
- Przejdę
się. Dobrze, zaraz ksiądz zobaczysz, co będzie za gra. Bo jak
ksiądz nie masz żołędzi, to ksiedza mocno zaswędzi.
- Zaswędzi,
nie zaswędzi, ale jak ci pan Baum wyciągnie te
żołędziki, jak cię asikiem wytnie, to kichniesz. A co,
syneczku, a co, a nie chwal się. a nie mów amen przed in saecula
saeculorum, dobrodzieju mój kochany, ha, ha, ha! - śmiał się na
całe gardło z miny Zajączkowskiego i tak był rad, że
trzepał cybuchem po sutannie i poklepywał Maksa obok siedzącego.
- Górą miasteczko Łódź, górą fabrykanciki. A niechże
ci, dobrodzieju mój kochany, Pan Bóg bliźniateczki da za to, żeś
tak Zajączka oporządził. Poleżysz bez nóżki,
poleżysz. Jasiek, a daj no, smyku, ogieńka, bo mi fajeczka
zgasła.
- Ksiądz
jak poganin jaki tak się z cudzych nieszczęść cieszysz.
- Już
tam temu daj spokój, a co leżysz, to leżysz. Cały rok nas
obłupiał ze skóry, to niechże teraz grosiki zapłaci.
- Po
dwadzieścia groszy na tydzień wygrywałem. Po dwadzieścia
groszy, słowo honoru panu daję! - szepnął Zajączkowski
przez stół do Maksa.
-
"Poszły panny na rydze! na rydze! na rydze!" - zaczął
nucić stary Borowiecki przytupując do taktu w stopień fotelu, na
którym siedział i jeździł, bo był W połowie
sparaliżowany.
Cisza na
chwilę zapanowała w pokoju.
Cztery
świece stojące po rogach stolika jasno oświetlały zielone
pole walki i twarze walczących.
Zajączkowski
milczał, był zły na księdza, z którym od lat dwudziestu
kłócił się przynajmniej dwa razy na tydzień.
Muskał
wyczernione wąsy i rzucał groźne spojrzenia spod ogromnych
krzaczastych brwi na Maksa, który go "kładł bez trzech", a
czasami trzaskał się ze złością w łysinę, po
której muchy spacerowały.
Ksiądz
wychudłą, ascetyczną i dobrotliwą twarz pochylał nad
stołem, czasem pykał z fajki i okrywał się dymem, a wtedy
zapuszczał ostre spojrzenie czarnych, bardzo żywych oczów w karty
przeciwnika, z czego zresztą nigdy nie korzystał.
Maks ze
skupioną twarzą grał bardzo uważnie, bo przeciwnicy byli
mistrzami w preferansie, i w przerwach leciał oczami po oknach, którymi
księżyc zaglądał i do dalszych pokojów, skąd go
dochodziły głosy Anki i Karola.
Pan Adam
zaś ciągle nucił, wybijał takt, szarpał bujną,
choć przerzedzoną czuprynę i przy każdej nowej grze
wołał:
-
Śliczny kolor, długi kolor. Dam ja wam teraz, basałyki. Król z
damą, a dwór za nią. Zaczniemy bić do ataku."Hej, Mazury,
bijcież z góry, a kosami, osękami, ra, ra, ra, ta, ta!" Szlusuj
z prawego! - komenderował energicznie i z rozpłomienioną
twarzą, ruchem, jakby się rzucał do ataku, bił kartami w
stół.
- A to byś,
jegomość, grał po ludzku. A te twoje przyśpiewki to tylko
rozpusta żołnierska i nic więcej, dobrodzieju mój kochany.
Jasiek, a daj no ogieńka, bo mi fajeczka zgasła.
- To
"szlusuj" - przypomina mi bardzo ciekawe zajście, jakie
miało miejsce...
- U Migurskich,
w Sieradzkiem, słyszeliśmy już i to, słyszeli, dobrodzieju
mój kochany.
Zajączkowski
spojrzał groźnie na uśmiechniętą twarz księdza,
ale nie rzekł nic, tylko odwrócił się do niego bokiem i
grał dalej.
Maks raz jeszcze
rozdał karty i po licytacji poszedł do Karola.
- Jasiek, a
otwórz no okienko, bo tam ptaszeczki boże tak śpiewają.
Chłopak
otworzył okno na ogród i pokój zalały chóry słowiczych
głosów i fale zapachów bzów kwitnących pod oknami.
W pokoju, do
którego poszedł Maks, nie było lamp, natomiast świecił
księżyc sunący po tafli ciemnego szafiru niebios.
Okna były
otwarte i wpływał nimi czerwcowy, rozśpiewany wieczór.
Siedzieli w
milczeniu.
- Ładna
kolekcja mamutów - szepnął Karol do Maksa, bo w pokoju gry znowu
wybuchła burza i Zajączkowski krzyczał przez okno, żeby mu
konie zakładali natychmiast, a pan Adam śpiewał na całe
gardło:
- "A
choć chłodno i głodno, żyje sobie swobodno!"
- Często
grywają ze sobą?
- Co
tydzień i przynajmniej dwa razy na tydzień się kłócą i
rozjeżdżają bez pożegnania, co im zresztą wcale nie
przeszkadza żyć w wielkiej przyjaźni.
- Pani ich
godzić musi nieraz?
- O nie, bo raz
spróbowałam, a ksiądz zaperzony krzyknął na mnie:
"Niech jegomościanka pilnuje udojów!" Zresztą, oni nie
mogliby żyć bez siebie, a będąc ze sobą, nie mogliby
się nie kłócić.
- Ale co twój
ojciec w Łodzi pocznie bez nich? - zwrócił się Maks do Karola.
- A bo ja wiem,
również w ogóle nie wiem, po co ojcu chce się do Łodzi?
- Pan nie
wie?... - szepnęła Anka zdziwionym głosem i byłaby coś
mówiła więcej, ale dzwonek zadźwięczał u furtki.
Wyszła i
powróciła z depeszą dla Karola. Karol apatycznie wziął, ale
nie doczytał do końca, tylko zmiął ze
złością i schował do kieszeni.
- Może
zła wiadomość? - zapytała trwożnie Anka stojąc
przed nim.
- Nie, tylko
głupia!
Machnął
ręką, zniecierpliwiony jej współczującym spojrzeniem i
ciekawością.
Poszedł do
pokoju grających i czytał po raz drugi. Depesza była od Lucy.
- Bardzo
się pan nudzi u nas?
- Ani słowa
nie odpowiem na podobną insynuację. Wie pani, jestem zdumiony
życiem państwa. Nie przypuszczałem, żeby mogło
gdzieś istnieć życie dziwnie spokojne, dziwnie proste i takie
jakieś wyższe. Dopiero u państwa poznałem, że ja nie
znałem Polaków, dopiero teraz rozumiem wiele właściwości
Karola. Szkoda, że się państwo wyprowadzają do Łodzi.
- Dlaczego?
- Bo nie
będę mógł już tutaj nigdy przyjechać.
- A w Łodzi
pan nie zechce nas odwiedzać? - zapytała ciszej i nie wiedziała,
dlaczego serce jej zabiło silniej, jakby obawą, że może on
nie zechce.
-
Dziękuję pani bardzo, uważam to już za zaproszenie,
można?
- A można,
ale za to pozna mnie pan ze swoją matką.
- Kiedy pani
tylko rozkaże.
- Zostawię
pana samego, bo muszę pomagać do .podania kolacji.
Pobiegła do
drugiego pokoju, w którym Jagusia już nakrywała.
Maks
spacerował wzdłuż pokoju, ale dlatego, żeby
przechodząc obok drzwi otwartych spojrzeć na Ankę.
Patrzył z
podziwem na jej wysmukłą, doskonale uformowaną figurę, gdy
się pochylała nad stołem; na jej twarz o niezbyt regularnych
rysach, ale pełną dziwnego wdzięku i ciepła,
zakończoną szerokim czołem o gładko rozczesanych
pośrodku włosach kasztanowatych. Szarobłękitnawe oczy
patrzyły spod zupełnie czarnych brwi jasno, spokojnie, ale z
pewną surowością.
Maks
przypatrywał się jej z wielkim zajęciem i tak mu się bardzo
podobała, że poczuł prawie niechęć do Karola, gdy
tamten przyszedł.
- Jutro
wieczorem jechać do Łodzi muszę - powiedział szorstko.
- Po co ci tak
pilno. Trzy święta mają robotnicy, to i my użyjmy
odpowiednio Zielonych Świątek.
- Jeśli
czujesz się tutaj dobrze, zostań, ale ja muszę wyjechać.
- Pojedziemy
razem - mruknął Maks siadając na parapecie okna.
Było mu
tutaj tak dobrze, że się zdumiewał nad sobą, a ten chce go
stąd zabierać.
Patrzył z
gniewem i żalem na Karola.
- Mam bardzo
pilne interesa i mam dosyć wsi, za wiele nawet - mówił i chodził
wzburzony, zaglądał do pokoju grających, zamieniał po kilka
obojętnych słów z Anką, ale rozdenerwowania i niepokoju, który
był nudą zarazem, stłumić nie umiał.
A do tego
przybył jeszcze ten telegram Lucy, o której myślał z
trwogą, bo mu zapowiadała w najbardziej stanowczych słowach,
że jeśli się we wtorek nie pokaże, to ona potrafi go
znaleźć i u narzeczonej, niechaj się co chce stanie potem.
Wiedział,
że Lucy dotrzymuje słowa swoim namiętnościom, więc
jechać musiał.
Tak mu
ciężył ten stosunek, tak znienawidził już i jej
piękność, i te więzy miłości, że mu
życie brzydło.
A potem Anka.
Czuł,
że mu jest najzupełniej obojętną, że zaczyna chwilami
nienawidzieć, gdy spotykał się z jej jasnym, ufającym
wzrokiem.
A musiał
udawać miłość, musiał zmiękczać ton
głosu wtedy, gdy mu się kląć chciało, musiał
być uprzejmym, uśmiechniętym, przewidującym, słodkim,
jak przystało na narzeczonego.
Ta rola
była mu wstrętna nad wyraz, a grać ją musiał dla ojca;
grał ją i dla niej, i dla siebie już, bo użyciem posagowych
pieniędzy Anki związał się na zawsze.
-
Ożenię się prędko i wszystko się skończy -
myślał. - Przecież tyle małżeństw zawiera
się bez miłości! - kończył apatycznie, ale
równocześnie jego dumna ambicja pożerała mu duszę.
Burzyło
się w nim wszystko na myśl, że przez to
małżeństwo zejdzie do roli pionków, że jeśli zechce co
mieć, to musi pracować lata całe, musi wyciskać maszyny,
ludzi, wszystko, żeby coś wycisnąć dla siebie - i to teraz!
Teraz, gdy mu
stary Muller dosyć wyraźnie powiedział, że mu odda
Madę i zarząd fabryki, od razu milionową fortunę, od razu
wielkie interesy i możność robienia jeszcze większych.
Od pewnego czasu
czuł wstręt do małych interesów, czuł wstręt do tej
własnej fabryki, jaką od wiosny budował, do tych
oszczędności groszowych, których rezultatem były setki rubli
zaledwie.
Tyle lat
chodził w kieracie pracy, ciągłej walki i twardego zdobywania
każdego rubla, tyle lat tłumił w sobie najrozmaitsze zachcianki
i pragnienia, których nie mógł zaspokoić, tyle lat był
głodnym szerokiego, niezależnego życia - i teraz, kiedy to
wszystko mógł mieć żeniąc się z Madą -
musiał się ożenić z Anką i przez to musiał
wrócić do jarzma mierności...
Buntował
się przeciwko tej konieczności wszystkimi siłami.
I gdy Anka
przyszła prosić na kolację, spojrzał na nią gniewnie i
nic nie odpowiedziawszy na jej zapytanie poszedł przysunąć ojca
z fotelem do jadalnego pokoju.
Kolacja
była bardzo ożywiona, bo ksiądz z Zajączkowskim
kłócili się o politykę, pomagał im pan Adam i Karol, który
drwił niemiłosiernie z Zajączkowskiego i z jego koniunktur
politycznych, drwił z optymizmu księdza i ze złością
zrobił uwagę ojcu, że spraw dzisiejszej polityki nie
rozstrzygają armaty, a rozum stanu.
- Ta, ta, ta! -
przedrzeźniał stary z gniewem. - Ty mi tego nie mów, bo ja cię
zawsze przekonam, że ten miał rację, kto miał armat
więcej i wojska. Rozum państw - to wielkie armie, gotowe do
wyruszenia w pole, to ich dusza, która rządzi.
- Nie, panie
Adamie, duszą państw jest sprawiedliwość, jaką
się rządzą.
- Państwami
kieruje żołądek i jego wymagania - zawołał Karol
umyślnie, aby sprawić przykrość księdzu, który
się rzucił na te słowa i zaczął dowodzić, że
wszystko wypływa z woli Bożej i że ta wola jest
sprawiedliwością i że na tym stoi wszystko.
Karol już
nie odpowiadał, bo go znudziły te bezpłodne rozumowania, ale gdy
ksiądz, ojciec i Zajączkowski zaczęli mu dowodzić, że
wszystko się dzieje za wolą Boga, nie mógł już
wytrzymać i zawołał z gniewem:
-
Tłumaczycie, panowie, sobie świat przy pomocy katechizmu; nie
przeczę, że to łatwe, a miejscami dowcipne nawet.
- Bluźnisz,
dobrodzieju mój kochany, bluźnisz i obrażasz nas. Jasiek, smyku
jeden, daj no ogieńka, bo mi fajeczka zgasła! - wołał
drżącym z oburzenia głosem i fajka latała mu w ręku ze
wzruszenia.
Pykał, ale
że nie mógł dociągnąć się dymu, bo chłopak
nie mógł zapalić, trzasnął go cybuchem przez plecy i znowu
zaczął przekonywać, ale teraz już z całą
pasją.
- Nie
będzie pani żal opuszczać tego raju, jaki sobie pani
stworzyła w Kurowie? - mówił cicho Maks do Anki, bo oboje nie
mieszali się do rozmowy ogólnej.
Maksa nic nie
obchodziły poruszane kwestie, a Anka była smutna.
Karol był
taki inny przez te kilka dni, tak jej prawie unikał, że
dziewczynę zaczął trapić głuchy niepokój, przeczuwanie
jakiegoś nieszczęścia, więc teraz nie odpowiedziała
Maksowi, tylko pochylając się nad stołem zapytała cicho,
nie podnosząc oczów:
- Nie wie pan,
czy Karola nie spotkało co złego?
- Nie. Czy pani
co zauważyła?
- Tak mi
się zdawało. Prawda, zapomniałam, że musi mieć
dosyć kłopotów z fabryką, prawda... - dodała ciszej, jakby
dla siebie, jakby dla stłumienia
podejrzeń i
niepokojów.
Podniosła
głowę i oczami pełnymi troski serdecznej ogarnęła jego
twarz schmurzoną i gryzące spojrzenia, jakie rzucał na
księdza.
- A co
państwo robią z ziemią?
- Dziadek
chciał sprzedać, ale pan Karol opiera się temu, za co jestem mu
bardzo wdzięczna, bo tak się zżyłam z tym domem, że
nie mogłabym bez przykrości pomyśleć, że to już
nie nasze. Prawie wszystkie drzewa w ogrodzie, wszystkie żywopłoty
sadziła albo matka pana Karola, albo ja. Więc niech pan pomyśli,
jak by to było ciężko rozstawać się z tym na zawsze.
- No,
przecież można gdzie indziej kupić ładniejszą
posiadłość.
- Tak,
można, ale ona nie będzie Kurowem - odpowiedziała
dotknięta, że nie rozumiał i nie odczuwał jej
przywiązania do tego kawałka ziemi, na którym się
wychowała.
Umilkli, bo
kłótnia zawrzała znowu pomiędzy Zajączkowskim i
księdzem, który zirytowany bił cybuchem w podłogę i
zawołał:
- Dobrodzieju
mój kochany, ja ci tylko powiem,
że ty
jesteś Zajączkowski, herbu barania skórka. Jasiek, ognia!
- A, Panie Jezu
Chryste, co ten ksiądz wygaduje. Tomek, huncwocie jeden, a zakładaj
konie - ryknął do kuchni, gdzie jego stangret jadł kolację,
i nie żegnając się wybiegł, ubrał się w ganku i
poleciał, ale powrócił za chwilę, bo zapomniał czapki,
której szukał po wszystkich pokojach, a znalazłszy ją
przybiegł do stołowego pokoju, huknął
pięścią w stół i zawołał wściekle:
-
Jegomość podziękuj Bogu, że cię ochrania sukienka
kapłańska, bo inaczej ja bym jegomościa nauczył, co to jest
mówić: Zajączkowski herbu barania
skórka, ja bym
nauczył - krzyczał bijąc raz po raz w stół.
- Nie wylewaj
waść herbaty, dobrodzieju mój kochany - rzekł spokojnie
ksiądz Szymon.
-
Usiądźcie no, o co tu się gniewać, no, siadajcież,
sąsiedzie - zapraszał pan Adam.
- Nie
usiądę! Noga moja tutaj więcej nie postoi, gdzie mnie
obrażają.
- Nie wylewaj
waść herbaty i jedź z Bogiem - szeptał ksiądz
unosząc swoją szklankę, która tańczyła po stole,
wstrząsanym uderzeniami pięści.
- Jezuita, jak
Boga jedynego kocham! - wrzasnął Zajączkowski, huknął
raz jeszcze w stół i poleciał.
Na podwórzu i na
drodze jeszcze słychać było jego głos łączący
się z turkotem bryczki, którą odjeżdżał.
- Rozgrzana
pała, o! Słyszane to rzeczy, żeby się o byle słowo tak
obrażać!
- A bo mu
też ksiądz dojechałeś do żywego mięsa.
- To czego gada
głupstwa.
- Każdemu
wolno mieć swoje zdanie.
- Pod warunkiem,
żeby było poparciem naszego - odezwał się ironicznie Karol.
- Dobrodzieju
mój kochany, a to ten smyk naprawdę odjechał. Jasiek, kanalio, daj no
ogieńka - zawołał oburzony i poszedł do ganku
wyglądać za Zajączkowskim. - No, widzicie, co to za awanturnik.
Nakrzyczał, nawymyślał mi i pojechała sobie bestia.
- Wróci,
przecież to nie pierwszy i nie ostatni raz - odezwała się Anka.
- Hm, wróci?
jużcić, że wróci, ale zawsze co sobie o nas pomyśli pan
Baum.
- Pomyśli,
że panowie dobrze śpicie, dobrze się odżywiacie i dużo
macie czasu, skoro go zużywacie na takie dziecinne kłótnie -
szepnął ironicznie Karol.
Ksiądz
popatrzył na niego groźnie, ale oczy mu się rychło
rozjaśniły, wytrząsnął popiół z fajki, nabił
w nią tytoniu i podstawiając do zapalenia Jaśkowi,
szepnął:
- Drażnią
cię kły, dobrodzieju mój kochany, to na pluchę...
Pożegnał
się wkrótce i poszedł do domu.
Milczenie
długie zapanowało.
Stary
drzemał na swoim fotelu.
Anka ze
służącą sprzątała ze stołu, a Karol
zatopił się w głębokim fotelu i palił papierosa
spoglądając z ironią na Maksa, który biegał
błyszczącymi oczami za każdym ruchem Anki.
Zaraz się
też rozeszli spać.
Maks miał
łóżko w saloniku od ogrodu.
Noc była
cudowna, słowiki rozśpiewywały się coraz tęskniej,
aż im zaczęły odpowiadać z nadrzecznych gąszczów kosy,
i polał się wtedy nieporównanie piękny deszcz
dźwięków, który się rozlewał w tej cichej, czarownej nocy
czerwcowej, pełnej ciepła bijącego z rozgrzanej ziemi, gwiazd na
niebie i zapachu bzów, których były pełne klomby, stojące przed
oknami.
Maks nie mógł
spać. Otworzył okno i patrzył w okręcony mgłami
świat.
Myślał
o Ance, gdy naraz usłyszał przyciszony jej głos.
Wychylił
się oknem i zobaczył ją siedzącą w oknie swojego
pokoju, w oficynie przystawionej do dworu pod kątem prostym.
- Czemu mi nie
chcesz powiedzieć, co cię męczy? - prosił głos
zwrócony do okna naprzeciw.
- Nic mnie nie
męczy, jestem zdenerwowany - odpowiedział głos drugi.
- Zostań
dni kilka, to się trochę uspokoisz. Niewyraźne mruknięcie
było odpowiedzią. Potem głos pierwszy mówić
począł tak cicho, że Maks nic słyszeć nie mógł,
natomiast usłyszał chór żab rechoczący gdzieś w
łąkach i turkot wozów jadących szosą, i głosy ptaków
śpiewających coraz głośniej.
Księżyc
świecił tak jasno, że powłóczył warstwą
srebrnawą mokre od rosy liście, a mgły czynił podobne do
zwojów srebrnej gazy.
- Jesteś
romantyczka - rozległ się znowu głos męski z akcentem
gniewu.
- Czy dlatego,
że cię kocham? Czy dlatego, że każdą twoją
troskę biorę w serce tak mocno, mocniej niż swoje własne,
że chciałabym, abyś był zupełnie
szczęśliwym?
- Nie, nie
dlatego, ale dlatego, że bez względu na możliwy katar chce ci
się ze mną mówić przez okno, prawda, że to i przy
księżycu, i przy śpiewie słowika.
- Dobranoc.
- Dobranoc pani.
Okno
trzasnęło i biała firanka zasłoniła wnętrze pokoju,
rozświecone teraz.
Karol nie
odszedł, bo rozległ się trzask zapałki i cienka struga
sinego dymu wypłynęła z pokoju i darła się o
słomiany okap dachu, palił papierosa.
Maks
również zapalił, ale po cichu, żeby nie zauważono, iż
słucha.
Był bardzo
ciekawym, czy Anka wróci jeszcze i co mówić będą.
Gniew Maksa na
Karola rósł co chwila.
Ale okno Anki
wciąż było zamknięte, dostrzegł tylko, że za
firanką cień jej się ukazywał co chwila i przystawał
przy oknie, byłby może nawet usłyszał szelest jej kroków,
ale słowiki przeszkadzały i wiatr, który wstał gdzieś z
łąk i bagnisk, przyczołgał się po zbożach, co
stały czarną ścianą, wdarł się pomiędzy
drzewa i zaczął szumieć i trząść bzami, i
dmuchał w słomiane poszycie domu, i owiewał mu twarz wilgotnym,
przesyconym zapachem zbóż i ciepła oddechem.
- Jutro
będzie Karczmarek, ten, co chce kupić od nas - odezwał się
znowu głos.
Maks
zapatrzył się tak w ogród, że nie widział otwierania okna.
- Przecież
ojciec nie sprzeda.
- Ale tobie
może potrzebne te pieniądze.
- Tak, potrzeba
mi milion - zaszemrał głos drwiący.
- Karczmarek
chce wydzierżawić chociażby, potrzebuje majątku dla
zięcia.
- To się
jutro umówimy.
- Cugowe konie
weźmiesz do Łodzi czy sprzedasz?
- A po cóż
bym brał stare klaki.
- Ale dziadek
się do nich tak przyzwyczaił - mówił smutnie sopran.
- To się
odzwyczai. Dzieciństwa zawsze ci się trzymają. To może i
przeflancować pół ogrodu do Łodzi, może byś
chciała zabrać i krówki swoje, i kureczki, i gąski, i prostaczki
- byłby cały komplet.
- Jeśli
sądzisz, że drwiny powstrzymają mnie od zabrania tego, bez czego
obyć bym się nie mogła, to się mylisz.
- Nie
zapomnijże zabrać i portretów rodzinnych. Senatorom Rzeczypospolitej
musi być tęskno, tam na strychu, do znalezienia się w Łodzi
- brzmiał szyderczy głos.
Sopran nic nie
odpowiedział.
Słychać
było jakby bardzo ciche łkanie, ale tak ciche, że wydawało
się Maksowi jakby bełkotem strumienia płynącego za ogrodem.
- Anka, przebacz
mi! Nie chciałem robić ci przykrości. Taki jestem zdenerwowany.
Przebacz mi, Anka, nie płacz.
Maks
ujrzał, że Karol wyskoczył do ogrodu, no i to również
zobaczył, że dwa białe ramiona wyciągnęły
się do niego z okna i że ich głowy bardzo blisko były
siebie.
Nie patrzył
i nie słuchał więcej.
Zamknął
okno i położył się spać, ale sen nie przychodził;
przewracał się na wszystkie strony, klął, palił
papierosy, ale zasnąć nie mógł, bo słowiki tak
głośno śpiewały w bzach i ciągle mu się
wydawało, że słyszy głosy Anki i Karola.
- Co oni
mogą sobie opowiadać tak długo? - myślał irytując
się coraz bardziej, i aby się przekonać, czy są jeszcze,
wstał.
Karol stał
pod oknem Anki, ale rozmawiali tak cicho, że nic słychać nie
było.
- Spać
nawet nie można od tych amorów - mruknął ze
złością i zatrzasnął okno z hukiem.
Nie
usnął jednak, nie dała mu spać ta noc czerwcowa,
kipiąca potężnym życiem wiosny.
Księżyc
wisiał wprost okien, napełniał pokój niebieskawym pyłem i
rozlewał potoki łagodnego światła na uśpione
miasteczko, na puste uliczki i na szerokie pola, pokryte lekko falującymi
zbożami, nad którymi rozwłóczyły się szkliste mgły i
wisiały spokojnie; z łąk i oparzelisk podnosiły się
białawe opary niby dymy z kadzielnic i biły kłębami ku
granatowym przestrzeniom; a z mgieł, ze zbóż sennie szumiących,
operlonych rosą, wznosił się coraz potężniej
chrzęst świerszczyków polnych, płynący przytłumionym i
rozdrganym na miliony dźwięków rytmem bezustannie
rozbrzmiewającym w powietrzu; odpowiadały im chóry żab, które
podnosiły z bagnisk rechot i wołały ostro: " |