Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Wladyslaw Stanislaw Reymont
Ziemia Obiecana

IntraText CT - Text

  • Tom II
    • I [XVII]
Previous - Next

Click here to hide the links to concordance

Tom II

I

[XVII]

A teraz go w grzbiet, a teraz z drugiej strony, a teraz w głowę. Ot i jeszcze raz, i jeszcze jeden razik, dobrodzieju mój kochany.

- Walisz ksiądz kartami jak cepem - szepnął z goryczą stary Borowiecki.

- To mi przypomina jedno zajście. Było to u Migurskich w Sieradzkiem...

- Cepem, nie cepem - przerwał ksiądz przymrużając z lubością oczy - a ślicznymi atucikami, dobrodzieju mój kochany. Chowam ja jeszcze damusię, żeby grzmotnąć twojego królika, Zajączkowski.

- To się pokaże! Ale ksiądz ma paskudny zwyczaj przerywania; ust otworzyć nie można, bo ksiądz zaraz przerywasz. Oto, jak rzekłem, u Migurskich...

- U Migurskich czy nie u Migurskich, ale to już słyszeliśmy, dobrodzieju mój kochany, ze sto razy, nieprawda, panie Adamie? - zwrócił się do starego.

- E, co mi tu ksiądz będziesz uwagi ciągle robił. A, jak Pana Boga kocham, czego za wiele, tego i zanadto. Myślałbyś ksiądz lepiej o nabożeństwie, a nie o tym, czy kto co mówił lub nie mówił.

Rzucił karty na stół i porwał się zirytowany.

- Tomek, huncwocie jeden, a zakładaj konia - huknął potężnym basem przez okno na podwórze.

Szarpał mocno wyczernione wąsy i sapał zapalczywie.

- No, widzicie go! Smyk jeden, ja mu po ludzku zwracam uwagę, a ten zaraz na mnie jak na swojego parobka: huru buru! Jasiek, bo mi fajeczka zgasła.

- No, sąsiedzie, bo pan Baum rozdaje karty.

- Nie będę grał, jadę do domu. Już mam dosyć jegomościnych kazań. Wczoraj u Zawadzkich opowiadam o koniunkturach politycznych, a ksiądz mi zaprzecza publicznie i wydrwiwa - burczał szlachcic przemierzając wielkimi krokami pokój.

- A boś jegomość, dobrodzieju mój kochany, gadał rzetelne głupstwa. Jasiek, a ty smyku jeden, daj no ogieńka, bo mi fajeczka zgasła.

- Ja gadałem głupstwa! - wykrzyknął Zajączkowski przyskakując z pasją do księdza.

- A głupstwa - odszepnął ksiądz pykając z długiej fajki, którą mu mały chłopak zapalał przyklęknąwszy na podłodze.

- A, Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami - zawołał ze zgrozą Zajączkowski rozkrzyżowując ręce.

- Ksiądz dobrodziej jest na ręku - rzekł Maks Baum, podsuwając mu karty.

- Siedem pik - zawołał ksiądz. - Zajączkowski, jesteś na ręku.

- Idę na ciemno - zawołał szlachcic i siadł spiesznie do stolika, ale nie zapomniał jeszcze urazy do księdza, bo rozejrzawszy się w kartach mówić zaczął:

- I jak tu może być co, jak tu ogół może mieć jasne pojęcie o polityce, kiedy jego naturalni przewodnicy tak ciemni.

- Osiem trefli, bez atu - licytował ksiądz.

- Przejdę się. Dobrze, zaraz ksiądz zobaczysz, co będzie za gra. Bo jak ksiądz nie masz żołędzi, to ksiedza mocno zaswędzi.

- Zaswędzi, nie zaswędzi, ale jak ci pan Baum wyciągnie te żołędziki, jak cię asikiem wytnie, to kichniesz. A co, syneczku, a co, a nie chwal się. a nie mów amen przed in saecula saeculorum, dobrodzieju mój kochany, ha, ha, ha! - śmiał się na całe gardło z miny Zajączkowskiego i tak był rad, że trzepał cybuchem po sutannie i poklepywał Maksa obok siedzącego. - Górą miasteczko Łódź, górą fabrykanciki. A niechże ci, dobrodzieju mój kochany, Pan Bóg bliźniateczki da za to, żeś tak Zajączka oporządził. Poleżysz bez nóżki, poleżysz. Jasiek, a daj no, smyku, ogieńka, bo mi fajeczka zgasła.

- Ksiądz jak poganin jaki tak się z cudzych nieszczęść cieszysz.

- Już tam temu daj spokój, a co leżysz, to leżysz. Cały rok nas obłupiał ze skóry, to niechże teraz grosiki zapłaci.

- Po dwadzieścia groszy na tydzień wygrywałem. Po dwadzieścia groszy, słowo honoru panu daję! - szepnął Zajączkowski przez stół do Maksa.

- "Poszły panny na rydze! na rydze! na rydze!" - zaczął nucić stary Borowiecki przytupując do taktu w stopień fotelu, na którym siedział i jeździł, bo był W połowie sparaliżowany.

Cisza na chwilę zapanowała w pokoju.

Cztery świece stojące po rogach stolika jasno oświetlały zielone pole walki i twarze walczących.

Zajączkowski milczał, był zły na księdza, z którym od lat dwudziestu kłócił się przynajmniej dwa razy na tydzień.

Muskał wyczernione wąsy i rzucał groźne spojrzenia spod ogromnych krzaczastych brwi na Maksa, który go "kładł bez trzech", a czasami trzaskał się ze złością w łysinę, po której muchy spacerowały.

Ksiądz wychudłą, ascetyczną i dobrotliwą twarz pochylał nad stołem, czasem pykał z fajki i okrywał się dymem, a wtedy zapuszczał ostre spojrzenie czarnych, bardzo żywych oczów w karty przeciwnika, z czego zresztą nigdy nie korzystał.

Maks ze skupioną twarzą grał bardzo uważnie, bo przeciwnicy byli mistrzami w preferansie, i w przerwach leciał oczami po oknach, którymi księżyc zaglądał i do dalszych pokojów, skąd go dochodziły głosy Anki i Karola.

Pan Adam zaś ciągle nucił, wybijał takt, szarpał bujną, choć przerzedzoną czuprynę i przy każdej nowej grze wołał:

- Śliczny kolor, długi kolor. Dam ja wam teraz, basałyki. Król z damą, a dwór za nią. Zaczniemy bić do ataku."Hej, Mazury, bijcież z góry, a kosami, osękami, ra, ra, ra, ta, ta!" Szlusuj z prawego! - komenderował energicznie i z rozpłomienioną twarzą, ruchem, jakby się rzucał do ataku, bił kartami w stół.

- A to byś, jegomość, grał po ludzku. A te twoje przyśpiewki to tylko rozpusta żołnierska i nic więcej, dobrodzieju mój kochany. Jasiek, a daj no ogieńka, bo mi fajeczka zgasła.

- To "szlusuj" - przypomina mi bardzo ciekawe zajście, jakie miało miejsce...

- U Migurskich, w Sieradzkiem, słyszeliśmy już i to, słyszeli, dobrodzieju mój kochany.

Zajączkowski spojrzał groźnie na uśmiechniętą twarz księdza, ale nie rzekł nic, tylko odwrócił się do niego bokiem i grał dalej.

Maks raz jeszcze rozdał karty i po licytacji poszedł do Karola.

- Jasiek, a otwórz no okienko, bo tam ptaszeczki boże tak śpiewają.

Chłopak otworzył okno na ogród i pokój zalały chóry słowiczych głosów i fale zapachów bzów kwitnących pod oknami.

W pokoju, do którego poszedł Maks, nie było lamp, natomiast świecił księżyc sunący po tafli ciemnego szafiru niebios.

Okna były otwarte i wpływał nimi czerwcowy, rozśpiewany wieczór.

Siedzieli w milczeniu.

- Ładna kolekcja mamutów - szepnął Karol do Maksa, bo w pokoju gry znowu wybuchła burza i Zajączkowski krzyczał przez okno, żeby mu konie zakładali natychmiast, a pan Adam śpiewał na całe gardło:

- "A choć chłodno i głodno, żyje sobie swobodno!"

- Często grywają ze sobą?

- Co tydzień i przynajmniej dwa razy na tydzień się kłócą i rozjeżdżają bez pożegnania, co im zresztą wcale nie przeszkadza żyć w wielkiej przyjaźni.

- Pani ich godzić musi nieraz?

- O nie, bo raz spróbowałam, a ksiądz zaperzony krzyknął na mnie: "Niech jegomościanka pilnuje udojów!" Zresztą, oni nie mogliby żyć bez siebie, a będąc ze sobą, nie mogliby się nie kłócić.

- Ale co twój ojciec w Łodzi pocznie bez nich? - zwrócił się Maks do Karola.

- A bo ja wiem, również w ogóle nie wiem, po co ojcu chce się do Łodzi?

- Pan nie wie?... - szepnęła Anka zdziwionym głosem i byłaby coś mówiła więcej, ale dzwonek zadźwięczał u furtki.

Wyszła i powróciła z depeszą dla Karola. Karol apatycznie wziął, ale nie doczytał do końca, tylko zmiął ze złością i schował do kieszeni.

- Może zła wiadomość? - zapytała trwożnie Anka stojąc przed nim.

- Nie, tylko głupia!

Machnął ręką, zniecierpliwiony jej współczującym spojrzeniem i ciekawością.

Poszedł do pokoju grających i czytał po raz drugi. Depesza była od Lucy.

- Bardzo się pan nudzi u nas?

- Ani słowa nie odpowiem na podobną insynuację. Wie pani, jestem zdumiony życiem państwa. Nie przypuszczałem, żeby mogło gdzieś istnieć życie dziwnie spokojne, dziwnie proste i takie jakieś wyższe. Dopiero u państwa poznałem, że ja nie znałem Polaków, dopiero teraz rozumiem wiele właściwości Karola. Szkoda, że się państwo wyprowadzają do Łodzi.

- Dlaczego?

- Bo nie będę mógł już tutaj nigdy przyjechać.

- A w Łodzi pan nie zechce nas odwiedzać? - zapytała ciszej i nie wiedziała, dlaczego serce jej zabiło silniej, jakby obawą, że może on nie zechce.

- Dziękuję pani bardzo, uważam to już za zaproszenie, można?

- A można, ale za to pozna mnie pan ze swoją matką.

- Kiedy pani tylko rozkaże.

- Zostawię pana samego, bo muszę pomagać do .podania kolacji.

Pobiegła do drugiego pokoju, w którym Jagusia już nakrywała.

Maks spacerował wzdłuż pokoju, ale dlatego, żeby przechodząc obok drzwi otwartych spojrzeć na Ankę.

Patrzył z podziwem na jej wysmukłą, doskonale uformowaną figurę, gdy się pochylała nad stołem; na jej twarz o niezbyt regularnych rysach, ale pełną dziwnego wdzięku i ciepła, zakończoną szerokim czołem o gładko rozczesanych pośrodku włosach kasztanowatych. Szarobłękitnawe oczy patrzyły spod zupełnie czarnych brwi jasno, spokojnie, ale z pewną surowością.

Maks przypatrywał się jej z wielkim zajęciem i tak mu się bardzo podobała, że poczuł prawie niechęć do Karola, gdy tamten przyszedł.

- Jutro wieczorem jechać do Łodzi muszę - powiedział szorstko.

- Po co ci tak pilno. Trzy święta mają robotnicy, to i my użyjmy odpowiednio Zielonych Świątek.

- Jeśli czujesz się tutaj dobrze, zostań, ale ja muszę wyjechać.

- Pojedziemy razem - mruknął Maks siadając na parapecie okna.

Było mu tutaj tak dobrze, że się zdumiewał nad sobą, a ten chce go stąd zabierać.

Patrzył z gniewem i żalem na Karola.

- Mam bardzo pilne interesa i mam dosyć wsi, za wiele nawet - mówił i chodził wzburzony, zaglądał do pokoju grających, zamieniał po kilka obojętnych słów z Anką, ale rozdenerwowania i niepokoju, który był nudą zarazem, stłumić nie umiał.

A do tego przybył jeszcze ten telegram Lucy, o której myślał z trwogą, bo mu zapowiadała w najbardziej stanowczych słowach, że jeśli się we wtorek nie pokaże, to ona potrafi go znaleźć i u narzeczonej, niechaj się co chce stanie potem.

Wiedział, że Lucy dotrzymuje słowa swoim namiętnościom, więc jechać musiał.

Tak mu ciężył ten stosunek, tak znienawidził już i jej piękność, i te więzy miłości, że mu życie brzydło.

A potem Anka.

Czuł, że mu jest najzupełniej obojętną, że zaczyna chwilami nienawidzieć, gdy spotykał się z jej jasnym, ufającym wzrokiem.

A musiał udawać miłość, musiał zmiękczać ton głosu wtedy, gdy mu się kląć chciało, musiał być uprzejmym, uśmiechniętym, przewidującym, słodkim, jak przystało na narzeczonego.

Ta rola była mu wstrętna nad wyraz, a grać musiał dla ojca; grał i dla niej, i dla siebie już, bo użyciem posagowych pieniędzy Anki związał się na zawsze.

- Ożenię się prędko i wszystko się skończy - myślał. - Przecież tyle małżeństw zawiera się bez miłości! - kończył apatycznie, ale równocześnie jego dumna ambicja pożerała mu duszę.

Burzyło się w nim wszystko na myśl, że przez to małżeństwo zejdzie do roli pionków, że jeśli zechce co mieć, to musi pracować lata całe, musi wyciskać maszyny, ludzi, wszystko, żeby coś wycisnąć dla siebie - i to teraz!

Teraz, gdy mu stary Muller dosyć wyraźnie powiedział, że mu odda Madę i zarząd fabryki, od razu milionową fortunę, od razu wielkie interesy i możność robienia jeszcze większych.

Od pewnego czasu czuł wstręt do małych interesów, czuł wstręt do tej własnej fabryki, jaką od wiosny budował, do tych oszczędności groszowych, których rezultatem były setki rubli zaledwie.

Tyle lat chodził w kieracie pracy, ciągłej walki i twardego zdobywania każdego rubla, tyle lat tłumił w sobie najrozmaitsze zachcianki i pragnienia, których nie mógł zaspokoić, tyle lat był głodnym szerokiego, niezależnego życia - i teraz, kiedy to wszystko mógł mieć żeniąc się z Madą - musiał się ożenić z Anką i przez to musiał wrócić do jarzma mierności...

Buntował się przeciwko tej konieczności wszystkimi siłami.

I gdy Anka przyszła prosić na kolację, spojrzał na nią gniewnie i nic nie odpowiedziawszy na jej zapytanie poszedł przysunąć ojca z fotelem do jadalnego pokoju.

Kolacja była bardzo ożywiona, bo ksiądz z Zajączkowskim kłócili się o politykę, pomagał im pan Adam i Karol, który drwił niemiłosiernie z Zajączkowskiego i z jego koniunktur politycznych, drwił z optymizmu księdza i ze złością zrobił uwagę ojcu, że spraw dzisiejszej polityki nie rozstrzygają armaty, a rozum stanu.

- Ta, ta, ta! - przedrzeźniał stary z gniewem. - Ty mi tego nie mów, bo ja cię zawsze przekonam, że ten miał rację, kto miał armat więcej i wojska. Rozum państw - to wielkie armie, gotowe do wyruszenia w pole, to ich dusza, która rządzi.

- Nie, panie Adamie, duszą państw jest sprawiedliwość, jaką się rządzą.

- Państwami kieruje żołądek i jego wymagania - zawołał Karol umyślnie, aby sprawić przykrość księdzu, który się rzucił na te słowa i zaczął dowodzić, że wszystko wypływa z woli Bożej i że ta wola jest sprawiedliwością i że na tym stoi wszystko.

Karol już nie odpowiadał, bo go znudziły te bezpłodne rozumowania, ale gdy ksiądz, ojciec i Zajączkowski zaczęli mu dowodzić, że wszystko się dzieje za wolą Boga, nie mógł już wytrzymać i zawołał z gniewem:

- Tłumaczycie, panowie, sobie świat przy pomocy katechizmu; nie przeczę, że to łatwe, a miejscami dowcipne nawet.

- Bluźnisz, dobrodzieju mój kochany, bluźnisz i obrażasz nas. Jasiek, smyku jeden, daj no ogieńka, bo mi fajeczka zgasła! - wołał drżącym z oburzenia głosem i fajka latała mu w ręku ze wzruszenia.

Pykał, ale że nie mógł dociągnąć się dymu, bo chłopak nie mógł zapalić, trzasnął go cybuchem przez plecy i znowu zaczął przekonywać, ale teraz już z całą pasją.

- Nie będzie pani żal opuszczać tego raju, jaki sobie pani stworzyła w Kurowie? - mówił cicho Maks do Anki, bo oboje nie mieszali się do rozmowy ogólnej.

Maksa nic nie obchodziły poruszane kwestie, a Anka była smutna.

Karol był taki inny przez te kilka dni, tak jej prawie unikał, że dziewczynę zaczął trapić głuchy niepokój, przeczuwanie jakiegoś nieszczęścia, więc teraz nie odpowiedziała Maksowi, tylko pochylając się nad stołem zapytała cicho, nie podnosząc oczów:

- Nie wie pan, czy Karola nie spotkało co złego?

- Nie. Czy pani co zauważyła?

- Tak mi się zdawało. Prawda, zapomniałam, że musi mieć dosyć kłopotów z fabryką, prawda... - dodała ciszej, jakby dla siebie, jakby dla stłumienia

podejrzeń i niepokojów.

Podniosła głowę i oczami pełnymi troski serdecznej ogarnęła jego twarz schmurzoną i gryzące spojrzenia, jakie rzucał na księdza.

- A co państwo robią z ziemią?

- Dziadek chciał sprzedać, ale pan Karol opiera się temu, za co jestem mu bardzo wdzięczna, bo tak się zżyłam z tym domem, że nie mogłabym bez przykrości pomyśleć, że to już nie nasze. Prawie wszystkie drzewa w ogrodzie, wszystkie żywopłoty sadziła albo matka pana Karola, albo ja. Więc niech pan pomyśli, jak by to było ciężko rozstawać się z tym na zawsze.

- No, przecież można gdzie indziej kupić ładniejszą posiadłość.

- Tak, można, ale ona nie będzie Kurowem - odpowiedziała dotknięta, że nie rozumiał i nie odczuwał jej przywiązania do tego kawałka ziemi, na którym się wychowała.

Umilkli, bo kłótnia zawrzała znowu pomiędzy Zajączkowskim i księdzem, który zirytowany bił cybuchem w podłogę i zawołał:

- Dobrodzieju mój kochany, ja ci tylko powiem,

że ty jesteś Zajączkowski, herbu barania skórka. Jasiek, ognia!

- A, Panie Jezu Chryste, co ten ksiądz wygaduje. Tomek, huncwocie jeden, a zakładaj konie - ryknął do kuchni, gdzie jego stangret jadł kolację, i nie żegnając się wybiegł, ubrał się w ganku i poleciał, ale powrócił za chwilę, bo zapomniał czapki, której szukał po wszystkich pokojach, a znalazłszy przybiegł do stołowego pokoju, huknął pięścią w stół i zawołał wściekle:

- Jegomość podziękuj Bogu, że cię ochrania sukienka kapłańska, bo inaczej ja bym jegomościa nauczył, co to jest mówić: Zajączkowski herbu barania

skórka, ja bym nauczył - krzyczał bijąc raz po raz w stół.

- Nie wylewaj waść herbaty, dobrodzieju mój kochany - rzekł spokojnie ksiądz Szymon.

- Usiądźcie no, o co tu się gniewać, no, siadajcież, sąsiedzie - zapraszał pan Adam.

- Nie usiądę! Noga moja tutaj więcej nie postoi, gdzie mnie obrażają.

- Nie wylewaj waść herbaty i jedź z Bogiem - szeptał ksiądz unosząc swoją szklankę, która tańczyła po stole, wstrząsanym uderzeniami pięści.

- Jezuita, jak Boga jedynego kocham! - wrzasnął Zajączkowski, huknął raz jeszcze w stół i poleciał.

Na podwórzu i na drodze jeszcze słychać było jego głos łączący się z turkotem bryczki, którą odjeżdżał.

- Rozgrzana pała, o! Słyszane to rzeczy, żeby się o byle słowo tak obrażać!

- A bo mu też ksiądz dojechałeś do żywego mięsa.

- To czego gada głupstwa.

- Każdemu wolno mieć swoje zdanie.

- Pod warunkiem, żeby było poparciem naszego - odezwał się ironicznie Karol.

- Dobrodzieju mój kochany, a to ten smyk naprawdę odjechał. Jasiek, kanalio, daj no ogieńka - zawołał oburzony i poszedł do ganku wyglądać za Zajączkowskim. - No, widzicie, co to za awanturnik. Nakrzyczał, nawymyślał mi i pojechała sobie bestia.

- Wróci, przecież to nie pierwszy i nie ostatni raz - odezwała się Anka.

- Hm, wróci? jużcić, że wróci, ale zawsze co sobie o nas pomyśli pan Baum.

- Pomyśli, że panowie dobrze śpicie, dobrze się odżywiacie i dużo macie czasu, skoro go zużywacie na takie dziecinne kłótnie - szepnął ironicznie Karol.

Ksiądz popatrzył na niego groźnie, ale oczy mu się rychło rozjaśniły, wytrząsnął popiół z fajki, nabił w nią tytoniu i podstawiając do zapalenia Jaśkowi, szepnął:

- Drażnią cię kły, dobrodzieju mój kochany, to na pluchę...

Pożegnał się wkrótce i poszedł do domu.

Milczenie długie zapanowało.

Stary drzemał na swoim fotelu.

Anka ze służącą sprzątała ze stołu, a Karol zatopił się w głębokim fotelu i palił papierosa spoglądając z ironią na Maksa, który biegał błyszczącymi oczami za każdym ruchem Anki.

Zaraz się też rozeszli spać.

Maks miał łóżko w saloniku od ogrodu.

Noc była cudowna, słowiki rozśpiewywały się coraz tęskniej, im zaczęły odpowiadać z nadrzecznych gąszczów kosy, i polał się wtedy nieporównanie piękny deszcz dźwięków, który się rozlewał w tej cichej, czarownej nocy czerwcowej, pełnej ciepła bijącego z rozgrzanej ziemi, gwiazd na niebie i zapachu bzów, których były pełne klomby, stojące przed oknami.

Maks nie mógł spać. Otworzył okno i patrzył w okręcony mgłami świat.

Myślał o Ance, gdy naraz usłyszał przyciszony jej głos.

Wychylił się oknem i zobaczył siedzącą w oknie swojego pokoju, w oficynie przystawionej do dworu pod kątem prostym.

- Czemu mi nie chcesz powiedzieć, co cię męczy? - prosił głos zwrócony do okna naprzeciw.

- Nic mnie nie męczy, jestem zdenerwowany - odpowiedział głos drugi.

- Zostań dni kilka, to się trochę uspokoisz. Niewyraźne mruknięcie było odpowiedzią. Potem głos pierwszy mówić począł tak cicho, że Maks nic słyszeć nie mógł, natomiast usłyszał chór żab rechoczący gdzieś w łąkach i turkot wozów jadących szosą, i głosy ptaków śpiewających coraz głośniej.

Księżyc świecił tak jasno, że powłóczył warstwą srebrnawą mokre od rosy liście, a mgły czynił podobne do zwojów srebrnej gazy.

- Jesteś romantyczka - rozległ się znowu głos męski z akcentem gniewu.

- Czy dlatego, że cię kocham? Czy dlatego, że każdą twoją troskę biorę w serce tak mocno, mocniej niż swoje własne, że chciałabym, abyś był zupełnie szczęśliwym?

- Nie, nie dlatego, ale dlatego, że bez względu na możliwy katar chce ci się ze mną mówić przez okno, prawda, że to i przy księżycu, i przy śpiewie słowika.

- Dobranoc.

- Dobranoc pani.

Okno trzasnęło i biała firanka zasłoniła wnętrze pokoju, rozświecone teraz.

Karol nie odszedł, bo rozległ się trzask zapałki i cienka struga sinego dymu wypłynęła z pokoju i darła się o słomiany okap dachu, palił papierosa.

Maks również zapalił, ale po cichu, żeby nie zauważono, słucha.

Był bardzo ciekawym, czy Anka wróci jeszcze i co mówić będą.

Gniew Maksa na Karola rósł co chwila.

Ale okno Anki wciąż było zamknięte, dostrzegł tylko, że za firanką cień jej się ukazywał co chwila i przystawał przy oknie, byłby może nawet usłyszał szelest jej kroków, ale słowiki przeszkadzały i wiatr, który wstał gdzieś z łąk i bagnisk, przyczołgał się po zbożach, co stały czarną ścianą, wdarł się pomiędzy drzewa i zaczął szumieć i trząść bzami, i dmuchał w słomiane poszycie domu, i owiewał mu twarz wilgotnym, przesyconym zapachem zbóż i ciepła oddechem.

- Jutro będzie Karczmarek, ten, co chce kupić od nas - odezwał się znowu głos.

Maks zapatrzył się tak w ogród, że nie widział otwierania okna.

- Przecież ojciec nie sprzeda.

- Ale tobie może potrzebne te pieniądze.

- Tak, potrzeba mi milion - zaszemrał głos drwiący.

- Karczmarek chce wydzierżawić chociażby, potrzebuje majątku dla zięcia.

- To się jutro umówimy.

- Cugowe konie weźmiesz do Łodzi czy sprzedasz?

- A po cóż bym brał stare klaki.

- Ale dziadek się do nich tak przyzwyczaił - mówił smutnie sopran.

- To się odzwyczai. Dzieciństwa zawsze ci się trzymają. To może i przeflancować pół ogrodu do Łodzi, może byś chciała zabrać i krówki swoje, i kureczki, i gąski, i prostaczki - byłby cały komplet.

- Jeśli sądzisz, że drwiny powstrzymają mnie od zabrania tego, bez czego obyć bym się nie mogła, to się mylisz.

- Nie zapomnijże zabrać i portretów rodzinnych. Senatorom Rzeczypospolitej musi być tęskno, tam na strychu, do znalezienia się w Łodzi - brzmiał szyderczy głos.

Sopran nic nie odpowiedział.

Słychać było jakby bardzo ciche łkanie, ale tak ciche, że wydawało się Maksowi jakby bełkotem strumienia płynącego za ogrodem.

- Anka, przebacz mi! Nie chciałem robić ci przykrości. Taki jestem zdenerwowany. Przebacz mi, Anka, nie płacz.

Maks ujrzał, że Karol wyskoczył do ogrodu, no i to również zobaczył, że dwa białe ramiona wyciągnęły się do niego z okna i że ich głowy bardzo blisko były siebie.

Nie patrzył i nie słuchał więcej.

Zamknął okno i położył się spać, ale sen nie przychodził; przewracał się na wszystkie strony, klął, palił papierosy, ale zasnąć nie mógł, bo słowiki tak głośno śpiewały w bzach i ciągle mu się wydawało, że słyszy głosy Anki i Karola.

- Co oni mogą sobie opowiadać tak długo? - myślał irytując się coraz bardziej, i aby się przekonać, czy jeszcze, wstał.

Karol stał pod oknem Anki, ale rozmawiali tak cicho, że nic słychać nie było.

- Spać nawet nie można od tych amorów - mruknął ze złością i zatrzasnął okno z hukiem.

Nie usnął jednak, nie dała mu spać ta noc czerwcowa, kipiąca potężnym życiem wiosny.

Księżyc wisiał wprost okien, napełniał pokój niebieskawym pyłem i rozlewał potoki łagodnego światła na uśpione miasteczko, na puste uliczki i na szerokie pola, pokryte lekko falującymi zbożami, nad którymi rozwłóczyły się szkliste mgły i wisiały spokojnie; z łąk i oparzelisk podnosiły się białawe opary niby dymy z kadzielnic i biły kłębami ku granatowym przestrzeniom; a z mgieł, ze zbóż sennie szumiących, operlonych rosą, wznosił się coraz potężniej chrzęst świerszczyków polnych, płynący przytłumionym i rozdrganym na miliony dźwięków rytmem bezustannie rozbrzmiewającym w powietrzu; odpowiadały im chóry żab, które podnosiły z bagnisk rechot i wołały ostro: "