Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Tadeusz Dolega Mostowicz
Kariera Nikodema Dyzmy

IntraText CT - Text

Previous - Next

Click here to hide the links to concordance

Rozdział ósmy

Awantura zaczęła się od tego, że pani Nina zmieniła suknię wieczorem na bardziej szykowną i że dłużej niż zwykle układała przed lustrem włosy. Kasia dość miała zmysłu obserwacyjnego, by to spostrzec.

- Szkoda - powiedziała lekko - że nie nałożyłaś toalety balowej.

- Kasiu!

- Co?

- Twoja uszczypliwość jest zupełnie nie na miejscu.

- Więc po co się przebrałaś? - z nieukrywaną ironią zapytała Kasia.

- Przebrałam się bez powodu. Ot, tak sobie. Dawno tej sukni nie nosiłam.

- Wiesz dobrze - wybuchnęła Kasia - że w niej wyglądasz ślicznie!

- Wiem - odparła z uśmiechem Nina i obrzuciła Kasię powłóczystym spojrzeniem.

- Nino!

Nina uśmiechała się wciąż.

- Nino! Przestań! - rzuciła książkę, którą przed chwilą czytała, i zaczęła chodzić po pokoju.

Wtem zatrzymała się przed Niną i wyrzuciła z siebie:

- Gardzę, rozumiesz, gardzę kobietami, które dla przypodobania się mężczyźnie robią z siebie - szukała mocnego epitetu - robią z siebie kokotki! - wypaliła.

Nina zbladła.

- Kasiu, obrażasz mnie!

- Kobieta przymilająca się mężczyźnie robi na mnie wrażenie, daruj, ale będę szczera, suki, tak, suki!...

Oczy Niny zapełniły się łzami. Przez chwilę patrzyła na Kasię szeroko rozwartymi źrenicami, później ukryła głowę w ramionach i zaczęła płakać. Szloch unosił nierównym rytmem jej łopatki, skóra na karku zaróżowiła się.

Kasia zaciskała piąstki, była jednak zbyt wzburzona, by mogła się pohamować.

- Może zaprzeczysz - wołała - może zaprzeczysz, że dziś od południa, odkąd przyszła depesza, zmienił ci się nastrój?! Może zaprzeczysz, że przebrałaś się dla Dyzmy?! Że teraz od godziny mizdrzysz się przed lustrem, żeby go o-cza-ro-wać!

- Boże, Boże - szlochała Nina.

- Brzydzę się tym, rozumiesz!

Nina zerwała się z krzesła. Jej wilgotne oczy rozpłomieniły się buntem.

- Więc tak, więc tak - wyszeptała dobitnie. - Prawda, masz rację, chcę go oczarować, chcę podobać się mu jak najbardziej... Jeżeli się tym brzydzisz, pomyśl, czy raczej ja nie powinnam się brzydzić tobą i sobą.

Kasia wzięła się za boki, wybuchnęła śmiechem.

- Też znalazłaś sobie obiekt!

Sądziła, że zmiażdży Ninę swą ironią, lecz ta wyzywająco podniosła główkę.

- Tak, znalazłam!

- Ordynarny brutal - wyrzuciła z pasją Kasia - wulgarny typ "griaduszczewo chama"... Goryl!

- Właśnie, właśnie! I cóż z tego? - zarumieniona, podniecona w najwyższym stopniu wołała Nina. - Brutal? Tak! To jest typ nowoczesnego mężczyzny! To jest silny człowiek! Zwycięzca! Zdobywca życia!!... Po cóż mi zawsze wmawiasz, że jestem stuprocentową kobiecą? Uwierzyłam ci i teraz, kiedy spotykam na swojej drodze stuprocentowego mężczyznę...

- Samca - syknęła Kasia.

Nina przygryzła wargi i zatrzymała oddech.

- Tak mówisz?... Więc dobrze, samca, samca... Czyż nie jestem samicą?!

- Chama - dodała Kasia.

- Nieprawda! Pan Nikodem nie jest chamem. Dość miałam dowodów jego subtelności. Jeżeli zaś jest brusque, czyni to świadomie. To jest jego styl, jego typ. To ja nad tobą powinnam się litować, że natura cię tak upośledziła, że nie jesteś w stanie odczuć elektryzującego działania tej najpiękniejszej siły, tej władczej, prymitywnej męskości... Tak, właśnie prymitywność, syplicyzm natury...

- Jakoś łatwo rezygnujesz z kulturalnych pretensji.

- Kłamiesz, kłamiesz, świadomie kłamiesz, sama przyznawałaś, że zenitem kultury jest wżycie się w prawa przyrody...

- Po co te frazesy? - z zimną ironią przerwała Kasia. - Powiedz po prostu, że chcesz go mieć w łóżku, że trzęsiesz się z żądzy podstawiania mu swego ciała...

Chciała jeszcze mówić dalej, lecz widząc, że Nina zakryła twarz chusteczką i zaczęła płakać, umilkła.

- Jakaż ty jesteś... bez serca... jaka... bez serca... - wśród łkania powtarzała Nina.

W oczach Kasi zapaliły się ogniki.

- Ja? Bez serca? I to ty mnie mówisz, Nino! Nino!

- Zostaje mi chyba - płakała tamta - samobójstwo... Boże, Boże... jakże ja jestem sama...

Kasia nalała szklankę wody i przyniosła Ninie.

- Wypij, Ninuś, musisz się uspokoić, no wypij, kochana.

- Nie, nie, nie chcę... Zostaw mnie, zostaw...

- Wypij, Ninuś - prosiła.

- Nie chcę, idź, idź, jesteś bez litości...

Po zaciśniętych palcach ściekały łzy. Kasia objęła i szeptała pieszczotliwe słowa. Wtem Nina drgnęła. Z daleka rozległ się sygnał samochodu.

Po chwili światło jego reflektorów przesunęło się jaskrawą smugą przez półcień pokoju.

- Nie płacz, Ninuś, będziesz miała zaczerwienione oczy.

- I tak nie zejdę na kolację - odparła Nina i zaszlochała znowu. Kasia okrywała pocałunkami jej mokre policzki, oczy, drgające usta, włosy.

- Nie płacz, nie płacz, kochanie, byłam niedobra, brutalna, przebacz, najdroższa...

Tuliła mocno w ramionach, jakby siłą uścisku chciała zdusić spazm łkania.

- Ninuś, moja kochana Ninuś!

W drzwiach stanęła pokojówka, meldując, że kolację podano.

- Powiedz panu, że panią głowa boli l że nie zejdziemy na kolację. Gdy pokojówka wyszła, Nina zaczęła namawiać Kasię, by zostawiła i zeszła na dół. Kasia jednak ani słyszeć o tym nie chciała. Nina, chlipiąc, ocierała oczy, gdy znowu zapukano.

Do pokoju wpadł Kunicki. Był rozpromieniony i rozgestykulowany.

- Chodźcie, chodźcie - seplenił - przyjechał Dyzma! A nie macie pojęcia, z jakimi rezultatami! To złoty człowiek! Powiadam wam, wszystko przeprowadził, co chciał! Chodźcie! Umyślnie prosiłem, by z opowiadaniem zaczekał na was...

Tak był przejęty, że dopiero teraz spostrzegł, że musiała zajść tu jakaś awantura.

- Co wam jest? No? Chodźcie. Dajcie spokój... Chciał coś dalej mówić, lecz Kasia nagle się zerwała i wskazując na drzwi, krzyknęła:

- Wynoś się!

- Ależ...

- Wynoś się w tej chwili!

Kunicki znieruchomiał. W małych oczkach zaiskrzyła się nienawiść. Wyrzucił z siebie ordynarne przekleństwo i wybiegł z pokoju, tak trzasnąwszy drzwiami, że siedzący w hallu Nikodem podskoczył na kanapie.

- Co się stało? - zapytał lokaja. Ten uśmiechnął się porozumiewawczo.

- Pewnie panienka wyrzuciła jaśnie pana za drzwi. Dokończył już szeptem, gdyż na schodach ukazał się Kunicki, któremu twarz rozpogodziła się w jednej chwili.

- Jaka szkoda, kochany panie Nikodemie! Niech pan sobie wyobrazi, że żona moja ma silną migrenę i nie może zejść. A Kasia nie chce zostawić biedactwa samej. Trudno, he, he, he, zjemy kolację bez kobiecego towarzystwa.

Wziął Dyzmę pod ramię i przeszli do jadalni, w której służba zdążyła już sprzątnąć dwa zbędne nakrycia.

Tu Kunicki zaczął szczegółowo wypytywać Nikodema o przebieg jego misji w Warszawie i w Grodnie. Po każdej zaś odpowiedzi podskakiwał na krześle, klepiąc się obu dłońmi po udach i wykrzykując entuzjastyczne pochwały.

- Wie pan, drogi panie Nikodemie - zawołał w końcu - że to podniesie dochód Koborowa o jakieś sto do stu czterdziestu tysięcy rocznie! To znaczy, że według naszej umowy pańska tantiema wyniesie ponad czterdzieści tysięcy rocznie! Co? Nieźle? Opłaciło się panu?

- No, niby tak. - Jak to niby?

- Wydatki miałem duże, bardzo duże. Ja liczyłem, że i pensja musi pójść w górę.

- Zgoda - odparł zimno Kunicki - więc dodaję pięćset. Będą okrągłe trzy tysiące.

Dyzma chciał powiedzieć "dziękuję", lecz spostrzegłszy, że Kunicki patrzy nań z zaniepokojeniem, pokiwał się na krześle i powiedział:

- To mało. Trzy pięćset.

- Czy to znowu nie będzie za dużo?

- Za dużo? Co pan sobie myśli? Jeżeli dla pana trzy pięćset za dużo, to wobec tego cztery.

Kunicki skurczył się i chciał wszystko w żart obrócić, lecz Dyzma uparcie powtórzył:

- Cztery!

Przyparty do muru, musiał się zgodzić, osłaniając kapitulację przyznaniem Dyzmie umiejętności załatwiania interesów.

- Zgadzam się - mówił - tym chętniej, że szczęśliwy początek wróży równie szczęśliwe zakończenie.

- Jak to? - zdziwił się Dyzma - przecie już sprawa skończona?

- Sprawa kontyngentu tak. Ale ja uważam, kochany panie Nikodemie, że przydałaby się panu tantiema, przypuśćmy sto, a może i sto pięćdziesiąt tysięcy złotych. Co?

- No?

- Jest na to sposób, ściślej mówiąc, pan ma na to sposób.

-Ja?

- Pan, kochany panie Nikodemie. Oczywiście kosztować to będzie wiele starań i zabiegów. Czy pan ma stosunki w Ministerstwie Komunikacji?

- Komunikacji? Hm... znalazłyby się.

- Otóż to - ucieszył się Kunicki - otóż to! A mógłby pan otrzymać większe dostawy podkładów kolejowych?... Co? To jest dopiero interes! Na tym dopiero robi się pieniądze!

- Pan już na tym robił? - zapytał Dyzma. Kunicki zmieszał się.

- Ach, myśli pan o tym procesie? Zaręczam panu, wszystko było dęte. Wrogów siać nie trzeba... Dęte. No i sąd musiał mnie uniewinnić. Miałem niezbite dowody w ręku.

Uważnie przyglądał się Dyzmie, a że ten milczał, Kunicki zaniepokoił się.

- Sądzi pan, że ten proces może nam teraz przeszkodzić w uzyskaniu dostaw?

- Pomóc nie pomoże.

- Ale da się zrobić? Co? W razie czego przecie dokumenty, mam je w ręku, w razie jakichś zastrzeżeń mogę powtórnie udowodnić...

Mówił jeszcze długo, rozwodząc się nad szczegółami i cytując fragmenty swojej obrony w sądzie.

Zbliżała się już północ, gdy spostrzegł senność słuchacza.

- Ale pan jest zmęczony! No, wyśpi się pan i tak. I bardzo pana proszę, kochany panie Nikodemie, nie zadawaj pan sobie trudu zbyt wiele. Oczywiście będę panu niezmiernie wdzięczny, jeżeli pan swoim bacznym okiem rzuci tu i ówdzie. Zawsze co dwie głowy, to nie jedna: ale, powtarzam, dzięki Bogu, jestem zdrów i nie widzę potrzeby obarczania moją pracą. Niech pan wypoczywa sobie i czuje się jak w domu.

- Dziękuję - rzekł Dyzma i ziewnął.

- Ale jeszcze jedno. Jak pan będzie miał ochotę i czas, niechże pan trochę zaopiekuje się moimi paniami. Kasia to jeszcze jeździ konno, uprawia inne sporty, ale żona moja, biedactwo, nudzi się bardzo. Nie ma żadnego towarzystwa. Dzięki temu i nudy, i migreny, i melancholie. Przyzna pan: obcowanie jedynie z Kasią musi wpływać źle na stan nerwów. Więc będę bardzo wdzięczny, jeżeli pan znajdzie dla nich trochę czasu.

Dyzma obiecał zająć się rozerwaniem pani Niny, zaś kładąc się spać, myślał: - Taki stary kanciarz, a taki frajer! Kobieta i tak na mnie leci, a on jeszcze popycha.

Usiadł w łóżku oparty o poduszki i wyjąwszy z portfelu pieniądze, przeliczył je z grubsza, po czym na kartce papieru zaczął obliczać, ile też będzie miał dochodu. Właśnie zamyślił się nad kwotą tantiemy, gdy usłyszał przyciszone kroki w sąsiednim pokoju. Ktoś szedł po omacku, gdyż kilka razy potrącił krzesła. Było już po drugiej. Zainteresowany, chciał wstać i wyjrzeć, gdy kroki zatrzymały się tuż przed drzwiami, po chwili zaś klamka poruszyła się i drzwi zaczęły się uchylać.

Na progu stanęła Kasia.

Dyzma przetarł oczy i ze zdumienia otworzył usta.

Miała na sobie czarną jedwabną pidżamę z czerwonymi wyłogami. Patrzyła nań spod spuszczonych rzęs. Cicho zamknęła za sobą drzwi i zbliżyła się do łóżka. W jej sposobie zachowania się nie znać było najmniejszego zażenowania i Dyzma przyglądał się jej z rosnącym zdumieniem.

- Nie przeszkadzam panu? - zapytała swobodnie.

- Niby mnie? Ależ... Co znowu?

- Zapomniałam o papierosach - powiedziała niedbale

- A ja myślałem...

- Co pan myślał? - zapytała z akcentowaną wyniosłością. Zmieszał się.

- Myślałem, że... że ma pani jakiś interes. Zapaliła papierosa i skinęła głową.

- Owszem, mam.

Przysunęła sobie krzesło i usiadła, zakładając nogę na nogę. Między czerwienią atłasowego pantofelka a mankietem nogawki odsłoniła się szczupła kostka o smagłej skórze. Nikodem nigdy jeszcze nie widział kobiety w spodniach i wydawała się mu teraz nieprzyzwoitą. Milczenie przerwał znowu niski, głęboki alt Kasi:

- Chcę z panem pomówić rzeczowo. Jakie ma pan zamiary w stosunku do Niny?

- Ja?...

- Proszę, niech pan nie stara się zbyć mnie wykrętami. Sądzę, ze powinien pan po męsku i otwarcie postawić kwestię. Przecie nie zaprzeczy pan, że zabiegasz o jej względy. W jakim celu?

Dyzma wzruszył ramionami.

- Chyba nie łudzi się pan, że Nina dla niego porzuci swego męża. Że durzy się teraz w panu, to jeszcze niczego nie przesądza.

- Skąd pani wie, że pani Nina durzy się? - zapytał zainteresowany.

- Mniejsza o to. Przyszłam tu, by dowiedzieć się, czy pan jest dżentelmenem, czy też człowiekiem, który zdolny jest do podłego wyzyskania słabości uczciwej kobiety i uczciwej żony. Uważałabym pana za łotra gdyby pan, korzystając z sytuacji, zrobił z Niny swoją kochankę!

Była wzburzona i głos jej zaczął drgać niemal chrapliwie. Oczy iskrzyły się ciemnym połyskiem.

- Czego się pani mnie czepia - odparł już nieco poirytowany - czy ja wsadzam nos w pani sprawy?

- Tak? Więc mam to rozumieć jako zapowiedź świństwa, do którego pan zmierza? Ach, z jakąż rozkoszą obiłabym pana nahajem po tej kwadratowej twarzy!

- Że co? - warknął Dyzma. - Że kogo? Mnie?

- Pana! Pana! - zasyczała z nienawiścią, zaciskając piąstki.

Dyzma był wściekły. Cóż sobie myśli ta smarkata! Przyłazi w nocy i...

Nagle Kasia zerwała się z krzesła i chwyciła go za rękę.

- Nie ruszy pan jej! Słyszy pan! Nie śmie pan jej ruszyć! Wargi jej dygotały. Nikodem jednym szarpnięciem uwolnił rękę.

- Zrobię, jak zechcę! Rozumie pani? Co mi tu pani ma do gadania! Przygryzła wargi i odeszła do okna.

- To też coś takiego - odburknął Dyzma.

W gruncie rzeczy wcale nie mógł zorientować się w sytuacji. Wprawdzie mile go połechtało to, że pani Nina w nim się durzy, lecz nie rozumiał, dlaczego to tak oburza Kasię, dlaczego przyszła tutaj w nocy, zamiast po prostu podzielić się swoimi podejrzeniami z ojcem. Wiedział, że nienawidziła Kunickiego, lecz dlaczego w takim razie tak namiętnie pilnuje wierności macochy? U tych wielkich państwa zawsze wszystko do góry nogami.

Tymczasem Kasia odwróciła się i Nikodem znowu się zdziwił: uśmiechała się doń z kokieterią.

- Gniewa się pan na mnie? - zapytała z wyraźnym przymilaniem się - bardzo?

- Pewno, że bardzo.

- Ale mnie pan nie wyprosi? Można usiąść?

- Czas spać - bąknął niechętnie.

Roześmiała się wesoło i niespodziewanie usiadła na brzegu łóżka.

- Czy pan zawsze noce spędza tak cnotliwie? Tak samotnie?... Spojrzał na nią zdumiony. Pochyliła się lekko ku niemu. Nad równiutkim rzędem niebywale białych ząbków rozchylały się ciemnowiśniowe wargi, nad nimi niepokojąco poruszały się nozdrza, rumieniec zabarwił brzoskwiniową skórę policzków. Była tak ponętna, jaką jej dotychczas nigdy nie widział. Tylko oczy nie zmieniły swego pierwotnego wyrazu. Patrzyły zimno i badawczo spod wspaniałego wąskiego łuku zrośniętych brwi.

- Pan na pewno tęskni za Warszawą, gdzie noce nie skazują mężczyzny na samotność tak jak tu, w Koborowie. O, ja rozumiem pana...

- Co pani rozumie? - zapytał niepewnie.

- Rozumiem, dlaczego pan bałamuci Ninę.

- Ja nie bałamucę - powiedział szczerze. Roześmiała się i nagle pochyliwszy głowę musnęła policzkiem jego wargi.

- Ot, jaka sprawa - pomyślał Dyzma - to ona przez zazdrość! Ta też leci na mnie!

- Panie Nikodemie - zaczęła filuternie - rozumiem, że pan chce i tu mieć kobietę, ale nie rozumiem, dlaczego właśnie Ninę. Czy ja się panu tak dalece nie podobam?

Kołdra była cienka i czuł przez nią wyraźnie ciepło jej ciała.

- Dlaczego, owszem, pani mi się podoba.

- Jestem młodsza od Niny... Nie jestem też od niej brzydsza. O, niech pan patrzy...

Szybkimi ruchami rozpięła pidżamę. Czarny jedwab zsunął się ślisko po smukłym, giętkim ciele i opadł na ziemię.

Nikodem zbaraniał do reszty. Patrzył wytrzeszczonymi oczyma na dziwną pannę, która tak bezwstydnie stała przed nim całkiem nago. Stała tak blisko, że mógłby ręką dosięgnąć tej śniadej skóry.

- No co? Co? Podobam się panu?

Kasia wybuchnęła cichym śmiechem.

Dyzma bezradnie siedział z otwartymi ustami.

- Ładna jestem - przechyliła zalotnie głowę - a może chce pan sprawdzić, jak gładką mam skórę, jak jędrne mięśnie? O, proszę się nie krępować!...

Nie przestając śmiać się, zbliżyła się do samego łóżka.

- No!

W jej śmiechu coś przestraszało Nikodema. Nie mógł zdobyć się na żaden ruch.

- A może pan myśli, że jestem nierządnicą?... Tak? Nie, czarujący panie Nikodemie, upewniam go, że zachowałam dziewictwo, o czym może się pan przekonać, jeżeli to mu bardziej konweniuje niż romans z Niną... No!... śmiało!...

Uklękła na łóżku i nagłym ruchem przycisnęła głowę Nikodema do swoich piersi. Uczuł na twarzy ich chłodny, sprężysty dotyk, nozdrza napełniły się zapachem młodego ciała, dziwnie ostrym i podniecającym, a przecież tak subtelnym.

- No!...

- Psiakrew! - wyrzucił przez zaciśnięte zęby Dyzma i zachłannym rzutem zagarnął pod siebie.

Twarz Kasi owiał gorący oddech. Źle ogolone wargi zaczęły łapczywie szukać jej ust. Dłonie natrafiły na spoconą włochatą skórę. Ogarnął me dający się przezwyciężyć wstręt. Obrzydzenie ścisnęło jej gardło.

- Precz, precz, proszę mnie puścić, ohyda!... Precz!...

Smukłe ciało w spazmatycznych, rozpaczliwych rzutach usiłowało wyrwać się z grubych łap.

Na próżno.

Teraz zrozumiała, że przeceniła swoją miłość do Niny, zrozumiała, że tego poświęcenia znieść nie potrafi, że woli umrzeć, niż swoimi uściskami okupić tamto uczucie.

Zrozumiała - za późno.

Gdy szybko drżącymi rękoma nakładała pidżamę, Nikodem zaśmiał się:

- He, he, he... klasa z pani dziewucha. Obrzuciła go spojrzeniem pełnym nienawiści i pogardy, lecz on tego nie spostrzegł i dodał:

- Dobrze było? Co?

- Bydlę! - rzuciła przez zaciśnięte zęby i szybko wybiegła z pokoju. Teraz Dyzma już całkiem pojąć nie mógł, o co tej panience chodzi.

Przecież sama przyszła, sama chciała, a tymczasem...

Długo nie mógł zasnąć. Rozmyślając o całym zdarzeniu doszedł do przeświadczenia, że Kasia nie udawała obrzydzenia, że z romansu z nią nic nie będzie.

- Oni tu wszyscy fiksum dyrdum - konkludował, przypomniawszy Ponimirskiego.

Nazajutrz przy śniadaniu spotkał tylko Ninę, która wyjaśniła, że Kasia leży w łóżku. Z zachowania się Niny wywnioskował, że ta nic nie wie o wybryku Kasi.

Wieczorem wrócił Kunicki i zaanektował Dyzmę do późnej nocy.

Dopiero następnego ranka Nikodem spotkał Kasię w przejściu do jadalni. Na jego ukłon odpowiedziała wyniosłym skinięciem głowy. Nina już siedziała przy stole. Obie panie były milczące. Trzeba było zacząć rozmowę. Na pierwszą wzmiankę Dyzmy o ładnej pogodzie, Kasia odpowiedziała z wyzywającą ironią:

- Ach, był pan łaskaw zauważyć to niezwykłe zjawisko. Gdy zaś wstał, by sięgnąć po wędlinę, i wpakował rękaw w masło, zaśmiała się wyzywająco:

- Takie piękne ubranie! Jaka szkoda! Ślicznie zrobione, z takim smakiem. Czy pan ma krawca w Londynie?

- Nie - odparł po prostu - ja kupuję ubrania gotowe. Nie odczuł szyderstwa i zdziwił się w duchu, że to ubranie może się tak podobać. Nie zrozumiał też spojrzenia pełnego wyrzutu, jakim pani Nina próbowała powstrzymać docinki Kasi.

- Widzisz - powiedziała pani Nina - dostałaś dobrą nauczkę od pana Nikodema. Mówiłam ci, że snobizm nie może leżeć w naturze pana, człowieka czynu.

Kasia zmięła serwetkę i wstała.

- Ach, co mnie to obchodzi. Do widzenia!

- Jedziesz do Krupiewa?

- Tak.

- Ale przed obiadem wrócisz?

- Nie wiem. Zobaczę.

Gdy wyszła, Dyzma zapytał ostrożnie:

- Czego się panna Kasia złości? Nina skinęła głową.

- Ma pan rację. Właśnie złości się... Może... Czy ma pan wolny czas?

- Owszem.

- Może przejedziemy się łódką?

- Dobrze.

Wzięła szal i parasol, gdyż słońce piekło niemiłosiernie.

Szli wąską dróżką wśród ściernisk, ku nieruchomej tafli jeziora. Nina miała na sobie białą lekką sukienkę, niemal przezroczystą, tak że Nikodem, idąc za nią, wyraźnie odróżniał kształt nóg.

By dojść do łódek, trzeba było przejść przez kładkę nad dość szerokim rowem. Nina zawahała się.

- Wie pan, lepiej przejdziemy dalszą drogą.

- Boi się pani przejść przez kładkę?

- Trochę.

- Nie ma czego. Kładka mocna.

- Ale ja dostanę zawrotu głowy i stracę równowagę...

- Hm... czy warto obchodzić? Ja panią przeniosę.

- Nie wypada! - uśmiechnęła się niemal figlarnie. Uśmiechnął się i Dyzma. Pochylił się i wziął na ręce. Nie broniła się, a gdy znaleźli się na kładce, objęła go za szyję i przywarła doń mocno.

- Oj, ostrożnie...

Umyślnie szedł coraz wolniej i postawił na ziemi o parę kroków dalej, niż tego wymagała długość przeprawy. Nie zmęczył się, lecz że był nieco zadyszany, Nina zapytała:

- Ciężka jestem? Jak długo mógłby pan mnie nieść? Nikodem spojrzał w jej rozjarzone oczy.

- Mógłbym ze trzy mile, z pięć mil...

Odwróciła się szybko i szli w milczeniu, do łódki. Gdy już odpłynęli dość daleko od brzegu, Nina powiedziała:

- Niech mi pan tego nie weźmie za złe, co powiem. Wydaje mi się, że kobieta nie może być szczęśliwa, jeżeli nie ma kogoś, kto by nosił na rękach. Nie w przenośni, nie. Wprost nosił na rękach.

Dyzma złożył wiosła. Przypomniał mu się mały tłuściutki pan Boczek i jego żona, która musiała ważyć co najmniej sto kilo. Boczek na pewno nie nosił jej na ręku - uśmiechnął się - a jednak szczęśliwi.

- Nie wszystkie kobiety - rzekł głośno.

- Zgadzam się, ale te kobiety, którym tego do szczęścia nie brak, muszą być nieco wynaturzone, zmaskulinizowane, pozbawione tego, co stanowi treść kobiecości. Na przykład... Kasia.

W jej głosie brzmiała nuta niechęci.

- Co, pokłóciła się pani z panną Kasią?

- Nie to - odparła Nina - ona po prostu złości się na mnie.

- Za cóż to? Zawahała się.

- Za co?... Ach, czy ja wiem... Może za to, że czuję do pana... sympatię.

- Panna Kasia mnie me lubi?

- Nie to.

- A jednak nie lubi. Dziś przy śniadaniu takie szpilki mi wsadzała.

- No, ale pan nic sobie z tego nie robi. I odciął się pan znakomicie. Pan tak umie kilku słowami osadzić adwersanta...

Dyzma roześmiał się. Przypomniał sobie opowiadanie Waredy o krynickim kawale Ulanickiego.

- Czasami - powiedział - można to zrobić i bez słów. Jak byłem w maju w Krynicy, to w moim pensjonacie mieszkał pewien bubek. Wie pani, taki elegant z morskiej pianki. Przy stole siedział naprzeciw mnie i co dzień przez cały obiad gadał i gadał! O czym on nie gadał! Wszystkimi językami! A wszyscy słuchają, zwłaszcza panie! A on czaruje i czaruje.

- Znam typy tego rodzaju - wtrąciła Nina - takie bawidamki. Nie znoszę takich.

- I ja też nie znoszę. Więc jednego dnia już nie mogłem wytrzymać. Kiedy ten już z pół godziny gadał, pochyliłem się raptem do niego i jak nie huknę: - Huuuu!...

Nina wybuchnęła śmiechem.

- A on co? - zapytała.

- On? Zamilkł z miejsca i więcej go nie widzieliśmy. Wyjechał czy coś.

Pani Nina zawołała:

- Ach, jakież to świetne. I to takie w pańskim właśnie stylu! Gdyby mi pan nawet nie powiedział, że to pan tak zrobił, na pewno bym odgadła. Świetne!

Dyzma był kontent z efektu.

- Wie pan - ciągnęła Nina - nigdy nie spotykałam takich mężczyzn jak pan. I wydaje mi się, że znamy się już od lat. Wydaje mi się, że potrafiłabym już dziś powiedzieć ściśle, co pan w każdym wypadku zrobi, co powie. I to jest zastanawiające, że jednak za każdym razem odkrywam w panu nowe rewelacje, nowe niespodzianki. A przecie pan jest monolitem...

- Kim?...

- Monolitem. Konstrukcja pańskiego charakteru jest matematycznie konsekwentna. Na przykład pański sposób obcowania z kobietami! Fascynuje prostotą. Prawda, może jest nieco surowy, a nawet, powiedziałabym, brutalny. Ale wyczuwa się pod nim głębię przemyśleń. Właśnie człowiek wielkiego czynu, właśnie głęboki intelektualista musi mieć sposób bycia, taki wyzwolony z wszelkich werteryzmów czy liryzmów, pozbawiony takiej ornamentacji i połyskliwego blichtru. O, pan nie należy do ludzi, którzy przypominają mi sklep, gdyż wszystkie swoje wartości wystawiają w witrynach. Przepraszam pana za metaforę. Pan na pewno nie znosi metafor?

Nikodem nie wiedział, co znaczy to słowo, odparł więc na wszelki wypadek:

- Dlaczego... owszem...

- Pan jest uprzejmy. Ale to nie jest pańskie genre. W panu nic nie ma z baroku. Trafnie pana określiłam?

Dyzma zaczął się wewnętrznie irytować. Nie wyobrażał sobie, by można było słu