|
MENDEL
GDAŃSKI
Obrazek
Od wczoraj jakiś niepokój panuje w
uliczce. Stary Mendel dziwi się i częściej niż zwykle
nakłada krótką łajkę patrząc w okno. Tych ludzi nie
widział on tu jeszcze. Gdzie idą? Po co przystają z robotnikami,
śpieszącymi do kopania fundamentów pod nowy dom niciarza Greulicha?
Skąd się tu wzięły te obszarpane wyrostki? Dlaczego
patrzą tak po sieniach? Skąd mają pieniądze, że
idą w pięciu do szynku?
Stary Mendel kręci głową, smokcząc mały. silnie
wygięty wiśniowy cybuszek. On zna lak dobrze tę uliczkę
cichą. Jej fizjonomię, jej ruch. jej głosy, jej tętno.
Wie, kiedy zza którego węgła wyjrzy w dzień pogodny
słońce; ile dzieci przebiegnie rankiem, drepcąc do ochronki, do
szkoły; ile zwiędłych dziewcząt w ciemnych chustkach, z
małymi blaszeczkami w ręku przejdzie po trzy, po cztery, do fabryki
cygar na robotę; ile kobiet przystanie z koszami na starym, wytartym
chodniku, pokazując sobie zakupione jarzyny, skarżąc się na
drogość jaj, mięsa i masła; ilu wyrobników przecłapie
środkiem bruku, ciężkim chodem nóg obutych w trepy, niosąc
pod pachą węzełki, a w ręku cebrzyki, kielnie, liny.
siekiery, piły. Ba, on i to nawet wie może. ile wróbli gnieździ
się w gzymsach starego browaru- który panuje nad uliczką wysokim,
poczerniałym kominem - w gałęziach chorowitej, rosnącej
przy nim topoli, która, nie ma ani siły do życia, ani ochoty do
śmierci i stoi tak czarniawa, przez pół uschnięta, z pniem
spustoszonym, z którego na wiosnę wynika nieco bladej zieloności. On,
może nawet nie patrząc w okno, samym uchem tylko rozpoznałby,
czy Paweł, stróż, zamiata ulicę nową swoją, czy
też starą miotłą.
I jak tego wszystkiego nie ma Mendel Gdański wiedzieć, kiedy już
od lat dwudziestu i siedmiu w tej samej izbie pod tym samym oknem swoi warsztat
introligatorski ma i tak już przeszło ćwierć wieku przy nim
w fartuchu swoim skórzanym stoi. a podczas kiedy sucha, żylasta, a
dziś już nieco drżąca ręka dociska drewnianą
śrubę prasy, oczy jego spod brwi gęstych, nawisłych,
siwych, patrzą w tę uliczkę, która jest wśród wielkiego miasta
jakby odrębnym, zamkniętym w sobie światem.
Świata tego drobne tajemnice zna Mendel na wylot. Wie, kiedy się
powiększa, a kiedy zmniejsza kaszel starego archiwisty, który mu przynosi
do oprawy grube, pełne kurzu foliały zatęchłych papierów,
wie, jak pachnie pomada małego dependenta, któremu zszywa akta pana
mecenasa; wie. kiedy przyjdzie Joasia od pani radczyni z żądaniem,
aby jej za "śkło pięknie wsadził" laurkę z
powinszowaniem, na której złocisty anioł odkrywa się i pokazuje
kawalera z bukietem róż w ręku; wie, kiedy nie je obiadu student
mieszkający na strychu, wie, z której strony nadbiegnie zdyszana
pensjonarka żądając, aby jej "niebiesko i ze złotymi
sznurkami" oprawił przepisane na listowym papierze poezje
Czesława i Gawalewicza.
On wszystko wie. Wszystko, co można widzieć na lewo i na prawo siwym,
bystrym okiem, co można na prawo i na lewo usłyszeć uchem i co
przemyśleć można długimi godzinami, stukając jak
dzięcioł młotkiem introligatorskim, równając i
obcinając wielkie arkusze papieru, warząc klej, mieszając farby.
I jego też znają tu wszyscy. Obcy człowiek rzadko zajrzy;
każdy jakby
swój, jakby domowy.
Stary, łysy zegarmistrz z przeciwka przez otwarte okno krzyczy mu latem
,,dzień dobry" i pyta o Bismarcka; suchotniczy powroźnik
zaczepia o jego klamkę swoje długie, konopne sznurki, które
dysząc kręci w wąskiej wpółwidnej sionce kamieniczki; chudy
student z facjatki, z nogami jak cyrklowe nożyce, wsadza zmierzchem w jego
drzwi głowę na długiej, cienkiej szyi i pożycza od niego
łojówkę, którą ,,zaraz odda, tylko jeszcze z godzinkę
popisze"... Straganiarka poda mu czasem przez okno rzodkiew czarną w
zamian za kolorowe skrawki papieru, z których sobie jej chłopaki
sporządzają latawce, słynne na całą ulicę; synek
gospodarza całymi godzinami przesiedzi u niego, czekając na
wolną chwilę, w której Mendel da mu tektury do podklejania
wyciętych z arkusza żołnierzy, a tymczasem dziwuje się
wielkim uszom nożyc, waży w ręku młotek, wtyka nos w
garnczek z klajstrem, próbując go niemal. Wszystko to tworzy jakąś
atmosferę ciepłą, poufalą, atmosferę wzajemnej
życzliwości. Staremu Mendlowi dobrze w niej być musi. Mimo
sześćdziesięciu i siedmiu lat rześki jest jeszcze w sobie.
Spokój i powaga maluje się na jego typowej, zawiędłej w trudach
twarzy.
Włosy jego są mocno siwe. a długa broda zupełnie
biała. Pierś zaklęsła pod pikowanym kaftanem często
zadychuje się wprawdzie, a grzbiet zgarbiony nigdy jakoś nie chce
się rozprostować, ale tym nie ma się co trapić, póki nogi i
oczy starczą, póki i w ręku siła jest. Kiedy mu
duszność dech zapiera, a w zgiętym grzbiecie ból jakiś
krzyże łamie, stary Mendel nakłada w małą
fajeczkę tytoń z poczerniałego, związanego sznurkiem
pęcherza i kurząc ją, wypoczywa chwilę. Tytoń, którego
używa, nie jest zbyt wyborny, ale daje laki piękny, siny dymek i tak
Mendlowi smakuje. Siny ten dymek ma i to jeszcze w sobie szczególnego, że
widać w nim różne rzeczy oddalone i takie, które już dawno
minęły.
Widać w nim i Resię. żonę jego, z którą dobrze mu
było na świecie trzydzieści lat, i synów, którzy się za
chlebem rozbiegli jak te liście wichrem gnane, i dzieci synów tych, i
smutki różne, i pociechy, i troski; a już najdłużej to w
nim widać jego najmłodszą dziewczynę Liję, tak
wcześnie wydaną i tak wcześnie zgasłą, po której mu
tylko jeden wnuk pozostał. Gdy stary Mendel rozpala swoją
fajeczkę, jakieś ciche mruczenie dobywa się z ust jego. W
miarę jak pali i jak dymek siny przynosi mu dalekie obrazy i takie, które
już nigdy nie wrócą, mruczenie to rośnie, potężnieje,
staje się jękiem niemal. Ta dusza ludzka, dusza starego Żyda, ma
też smutki swoje i tęsknoty, które zagłusza pracą.
Tymczasem sąsiadka przynosi w jednej ręce garnczek z rosołem, w
którym pływają kawałki rozmiękłej bułki, a w
drugiej przykryty talerz z mięsem i jarzyną. Stary Mendel odbiera od
niej ten skromny obiad; nie je go wszakże, tylko postawiwszy na
małym, żelaznym piecyku, czeka. Czekanie to trwa niedługo. O
samej drugiej drzwi izdebki otwierają się głośno,
hałaśliwie, a w nich ukazuje się mały gimnazista; w
długim, na wyrosi sporządzonym szynelu, w dużej, zsuniętej
na tył głowy czapce, z tornistrem na plecach. Jest to chłopak
dziesięcioletni może, który po matce, najmłodszej córce starego
Mendla, wziął piwne, o złocistych blaskach oczy, długie,
ciemne rzęsy i drobne usta, a po dziadzie nos orli i wąskie wysokie
czoło. Szczupły i mały, chłopak mniejszym się jeszcze
i szczuplejszym wydaje, kiedy zrzuci szynel i zostanie tylko w szkolnej,
szerokim pasem przepasanej bluzie. Stary Mendel jest w ciągłej o
niego obawie. Przezroczysta cera chłopca, jego częsty kaszel, jego
wątłe piersi i pochylone barki budzą w dziadzie nieustanną
troskę. Wybiera też dla niego najlepsze kawałki mięsa,
dolewa mu i dokłada na talerz, a kiedy chłopak się naje, klepie
go po ramieniu i zachęca do zabawy z dziećmi w podwórku.
Malec rzadko kiedy namówić się pozwala. Jest zmęczony lekcjami,
ciężkim szynelem, siedzeniem w szkole, drogą, dźwiganiem
tornistra; ma też dużo zadań na jutro. Powłóczy nogami
chodząc, a nawet wtedy, kiedy się uśmiecha, piwne jego oczy
patrzą z melancholią jakąś.
W kilka chwil po obiedzie malec zasiada przy prostym sosnowym stole,
dobywając z tornistra książki i zeszyty, a stary Mendel zabiera
się do swego warsztatu. Choć chłopak cicho się sprawia i
tylko szeptem półgłośnym powtarzając lekcje, kiedy niekiedy
zaledwie stuknie stołkiem, na, którym się buja podparłszy na
stole oba chude łokcie, znać przecie, że staremu introligatorowi
przeszkadza coś w robocie. Co i raz odwraca on głowę, by spojrzeć
na chłopca, a choć po klajster ręką sięgnąć
może, obchodzi z boku warsztat, gdy mu go potrzeba, aby po drodze
uszczypnąć wnuka w liczko blade, przejrzyste, lub pogłaskać
go po krótko przyciętych, miękkich i ciemnych jak krecie futerko
włosach. Chłopiec przyzwyczajony jest widać do tych pieszczot,
nie przerywa przy nich bowiem ani swego żarliwego szeptu, ani
kołysania się na stołku. Stary introligator wszakże
zupełnie i tym jest zadowolony, a przyciszając klapanie pantofli,
powraca na palcach do swego warsztatu.
W piątek przed wieczorem scena się odmienia: malec uczy się przy
oknie, kołysząc się mozolnie na stołku, nie mającym tu
swojego rozpędu, a na sosnowym, pokrytym serwetą stole sąsiadka
zastawia rybę, makaron i tylko co przyniesioną od piekarza
tłustą, pięknie zrumienioną kaczkę. Cynowy, o dziwnie
powykręcanych ramionach świecznik z gałkami oświeca
izbę uroczyście, świątecznie.
Stary Mendel ma na sobie wytarty już nieco, ale jeszcze piękny
żupan czarny, przepasany szerokim pasem, za który z lubością
zakłada spracowane ręce. Siwe jego włosy pokrywa jarmułka,
a skrzyp nowych z długimi cholewami butów- napełnia izbę
jakimś radosnym szmerem. Gdy już stół zastawiony został,
chłopak się myje, przyczesuje swoje krecie futerko na drobnej,
podłużnej głowinie, zapina świeży kołnierzyk i
czyste mankiety, a założywszy ręce w tył stoi poważny
i wyprostowany, podczas kiedy dziad sięga na policę po zwinięty
tałes i po modlitewnik.
W chwilę potem rozlega się wargowy, brzęczący śpiew
modlitewny starego Żyda; głos jego przechodzi wszystkie spadki od
niskich, spiżem brzmiących, do wysokich, na których śpiew jego
przechodzi w jęk i w żarliwy jakiś lament, w akcenty
namiętne, błagalne, tkające. Pod wpływem śpiewu tego
małego gimnazistę ogarnia dreszcz nerwowy, blada jego twarzyczka
staje się bledszą jeszcze, wielkie oczy to rozszerzają się
nad miarę, to mrużą się i zachodzą łzami; patrzy
na dziada jakby urzeczony, a spazmatyczne ziewanie otwiera mu usta. Na
szczęście dziad zamyka wkrótce stary modlitewnik i błogosławieństwem
rozpoczyna szabasową ucztę.
Zdarzyło się raz latem, że chłopaki od Kołodziejskiego
ślusarza i od szewca Pocieszki zebrali się przed otwartym oknem
starego introligatora, a zaglądając przez nie do oświetlonej
szabasowym światłem izby, robili sobie z tej modlitwy śmiechy i
głupią uciechę.
W tej chwili wszakże przechodził tamtędy stary proboszcz, a
spojrzawszy przelotnie w okno i widząc modlącego się Żyda,
który z takim jękiem wołał po swojemu do Boga, uchylił
kapelusza. Scena była niema, ale nad wyraz wymowna. Chłopaki
zemknęły, jakby ich wiatr zdmuchnął, i nie było
odtąd wypadku, aby spokój tej ubogiej izby zakłócony został.
Przedwczoraj dopiero...
Właściwie i przedwczoraj nie stało się nic. Tylko malec
powrócił ze szkoły bez czapki, zdyszany, jak zając zgoniony.
Zrazu nic mówić nie chciał; dopiero po długich badaniach
wyznał, że jakiś obdartus krzyknął na niego:
,,Żyd!... Żyd!...", więc on uciekał i czapkę
zgubił, i nie śmiał wracać po nią.
Fala gniewu uderzyła staremu Mendlowi do twarzy. Wyprostował
się, jakby urósł nagle, splunął, a polem chłopaka
twardo za ramię ująwszy, do stołu pchnął i obiad w
milczeniu spożył.
Po obiedzie nie wrócił do warsztatu i fajki nie nakładał, tylko
sapiąc, po izbie chodził. Malec także do lekcji się nie
brał, ale patrzył na dziadka zalęknionym wzrokiem. Nigdy go
jeszcze tak gniewanym nie widział.
- Słuchaj, ty! - przemówił wreszcie, stając przed chłopcem,
Mendel - Jak ja ciebie małego sierotę wziął i chował,
i za niańkę tobie był, i za matkę także był, i
piastował ciebie, nu, to nie na to ja ciebie chował i nie na to
ciebie piastował, co by ty głupi był! I jak ja ciebie uczyć
dał, jak ja ciebie do szkoły posyłał, jak ja tobie
książki kupował, to też nie na to, co by ty głupi
był! A ty ze wszystkim głupi rośniesz i nie ma u ciebie
żadnej mądrości! Jakby u ciebie mądrość
była, to by ty tego nie wstydził się, nie płakał, nie
uciekał, że kto na ciebie "Żyd" krzyknie. A jak ty
tego płaczesz, jak ty uciekasz i jeszcze taką piękną,
nową czapkę gubisz, co pięć złotych bez sześciu
groszy kosztuje gotowymi pieniędzmi, nu, to ty ze wszystkim głupi
jesteś, a te szkoły, te książki, te nauki to wszystko na
nic!
Odsapnął i znów mówić zaczął, ale już
łagodniejszym głosem:
- Nu, co to jest Żyd? Nu, jaki ty Żyd? Ty się w to miasto
urodził, toś ty nie obcy, toś swój, tutejszy, to ty prawo masz
kochać to miasto, póki ty uczciwie żyjesz. Ty się wstydzić
nie masz, żeś Żyd. Jak ty się wstydzisz, żeś ty
Żyd, jak ty się sam za podłego masz, dlatego żeś
Żyd, nu, to jak ty możesz jakie dobro zrobić dla to miasto,
gdzie ty się urodził, jak ty jego kochać możesz?... Nu?...
Zachłysnął się i znów przed chłopakiem
stanął. Tym razem jednak patrzył na jego zlęknioną
twarzyczkę z jakimś rozrzewnieniem. Położył mu na
głowie rękę i rzekł z naciskiem:
- Uczciwym Żydem być jest piękna rzecz! Ty to pamiętaj
sobie! A teraz się ucz, żeby ty głupim nie był, a
czapkę to ja tobie inszą kupię, to ty nie potrzebujesz
płakać, bo to głupstwo jest!
Malec pocałował w rękę dziada i wziął się do
książek. Stary introligator bardziej jednak był poruszony
tą sprawą, niż to chciał dziecku okazać. Długo
bowiem po izbie chodził, nie kończąc pilnej, zaczętej
roboty i spluwając po kątach, jakby się goryczą jaką
nakarmił. Nie przetrawił on tej goryczy w sobie i przez noc widocznie,
gdyż bardziej zgarbiony i postarzały niż zwykle nazajutrz
wstał; kiedy chłopiec podpiąwszy rzemienie tornistra do
szkoły ruszył, stary poszedł do okna i patrzył za nim
niespokojnie, długo.
Niepokój ten nie opuszczał go i przy pracy nawet. Częściej
niż zwykle pod wpływem jakiegoś rozdrażnienia
nakładał krótką fajeczkę i podchodził do okna, i
patrzał podejrzliwie w tak dobrze, tak dawno znaną sobie
uliczkę. Pod wpływem też tego rozdrażnienia zapewne ruch
jej, jej głosy, jej tętno inne mu się jakieś niż
zwykle wydały.
Gdy jednak malec powrócił ze szkoły wesół, bo piątkę
dostał, rozbawiony nową czapką, która mu na oczy
wjeżdżała, stary o swoich przywidzeniach zapomniał i czy to
sam dla siebie, czy dla uciechy dziecka gwizdał przy robocie jak za
młodych czasów.
Po obiedzie wpadł po akta dependent pachnący piżmem.
- Co słychać? - spytał.
- Wszystko dobrze, broń Boże od złego! - odrzekł Mendel
Gdański.
- Podobno Żydów mają bić?... - rzucił pachnący
dependent z głupkowatym uśmiechem.
- Nu, jak bić, to bić! - odrzekł Mendel pokrywając
wrażenie. Jakie na nim te słowa wywarły. - A kto ich ma bić?
Urząd?...
- I... Urząd by tam - rozśmiał się mały dependent.
- Nu, jak nie urząd, to i chwała Bogu! - rzekł Mendel.
Rozśmieli się obaj. Młody dependent głupkowato. Żyd z
przymusem widocznym.
Zły był, że ta rozmowa toczyła się przy dziecku. Spojrzał
na chłopca spod brwi nasuniętych. Malec wlepił w dependenta
wielkie swoje oczy i dopiero kiedy ten za progiem był, spuścił
je na karty książki pociemniałe, pałające. Stary
Mendel jakby nie widział tego, zaczął znowu gwizdać. Ale
gwizdanie to miało coś w sobie ze świstu przytłoczonej
wielkim ciężarem piersi, nuta przycichała, głuchła,
zasypiała, aż urwała się zgrzytem czy jękiem.
Zmierzchało już w izbie, kiedy przez niskie drzwi wcisnął
się gruby zegarmistrz w popielatym haweloku, jakiego stale
używał w tej porze.
- Słyszałeś pan nowinę? - zapytał siadając na
brzegu stołu, przy którym uczył się malec.
- Nu - odparł Mendel - co mnie po nowinę? Jak una będzie dobra,
to una i wtedy będzie dobra, kiedy una nie będzie nowina, a jak
zła, nu, to na co ja ją słuchać mam?
- Podobno Żydów mają bić - rzekł tłusty zegarmistrz
kiwając nogą w wyciętym trzewiku z błyszczącą
stalową sprzączką.
Stary Mendel zamrugał kilka razy nerwowo, koło ust przebiegło mu
nagłe drgnięcie. Wnet opamiętał się jednak i
przybrawszy ton jowialnej dobroduszności rzekł:
-Żydów? Jakich Żydów? Jeśli tych, co uni złodzieje są,
co uni ludzi krzywdzą, co uni po drogach rozbójstwo robią, co uni z
tego biednego skórę ciągną, nu, to czemu nie? Ja sam pójdę
ich bić!
-Ale nie! - rozśmiał się zegarmistrz. - Wszystkich Żydów...
W siwych źrenicach Mendla zapalił się błysk nagły.
Przygasił go jednak
wpółspuszczoną powieką i niby obojętnie zapytał:
- Nu, za co uni mają wszystkich Żydów bić?
- A za cóż by? - odrzucił swobodnie zegarmistrz. - Za to. że
Żydy!
- Nu - rzekł Mendel mrużąc siwe oczy - a czemu uni do lasa nie
idą i nie biją brzeziny za to. że brzezina, albo jedliny za to,
że jedlina?...
- Ha! ha! - rozśmiał się zegarmistrz - każdy Żyd ma
swoje wykręty! Przecież ta jedlina i ta brzezina to nasze, w naszym
lesie, z naszego gruntu wyrosła!
Mendel aż się zachłysnął, tak mu odpowiedź na
usta nagle wykipiała. Pochylił się nieco ku zegarmistrzowi i
głęboko zajrzał mu w oczy.
- Nu, a ja z czego wyrósł? A ja z jakiego gruntu wyrósł? Pan
dobrodziej mnie dawno zna? Dwadzieścia i siedem lat mnie pan dobrodziej
zna! Czy ja tu przyszedł jak do karczmy? Zjadł, wypił i nie
zapłacił? Nu, ja tu nie przyszedł jak do karczmy! Ja tu tak w to
miasto urósł, jak ta brzezina w lesie! Zjadł ja tu kawałek
chleba, prawda jest. Wypił też wody, i to prawda jest. Ale za tego chleba i za tej wody ja
zapłacił. Czym ja zapłacił? Pan dobrodziej chce
wiedzieć, czym ja zapłacił?
Wyciągnął przed siebie obie spracowane, wyschłe i
żylaste ręce.
- Nu - zawołał z pewną porywczością w głosie - ja
tymi dziesięciu
palcami zapłacił! Pan dobrodziej widzi te ręce?
Znów się pochylił i trząsł chudymi rękami przed
błyszczącą twarzą zegarmistrza.
- Nu, to takie ręce są, co ten chleb i te wodę próżno do
gęby nie nosiły! To takie ręce są, co się
pokrzywiły od noża, od obcęgów, od śruby, od młota.
Nu, Ja nimi zapłacił za każdy kęs chleba i za każdy
kubek wody, co ja tu zjadł i wypił. Ja jeszcze i te oczy
przyłożył, co już dobrze patrzeć me chcą, tego
grzbietu, co nie chce już prosty być, i te nogi, co nie chcą
mnie już nosić!
Zegarmistrz słuchał obojętnie, bawiąc się
dewizką. Żyd sam się roznamiętniał swą mową.
- Nu, a gdzie ta zapłata moja jest? Ta zapłata moja jest w szkole u
dzieci,, u tych paniczów, u te panienki, co się uczą na
książkę, co piszą na kajetu, nu. Una i w kościół
jest, jak tam z książkami ludzie idą... Nu, una i u
wielmożnego proboszcza jest, bo ja i jemu oprawiał książki,
niech un zdrowy żyje!
Tu uchylił jarmułki. a potem dodał:
- Moja zapłata w dobrych rękach jest.
- Tak się to mówi' - odparł dyplomatycznie zegarmistrz - ale Żyd
zawsze Żydem!.,.
Nowe iskry zagorzały w oczach starego introligatora.
- Nu. a czym un ma być? Niemcem ma być? Francuzem ma być?... Może
un koniem ma być? Nu, bo psem to un już dawno się zrobił,
to un już jest!
- Nie o to chodzi! - rzekł patetycznie zegarmistrz. - Chodzi o to.
żeby nie był obcym...
- O to chodzi? - odparł Żyd przechylając się w tył i
cofając łokcie. - Nu, to niech mi tak od razu pan dobrodziej powiada.
To jest mądre słowo! Ja lubię słyszeć mądre
słowo Mądre słowo to jest jak ojciec i jak matka
człowiekowi. Nu, ja za mądre słowo to bym milę drogi
szedł. Jak ja mądre słowo usłyszę, to mnie za chleb
siarczy, jakby ja wielki bogacz był, wielki bankier, nu, to ja by za
każde mądre słowo dukata dał. Pan dobrodziej powiada, coby
Żyd nie był obcy? Nu, i ja tak samo powiadam. Czemu nie? Niech un nie
będzie obcy. Na co un obcy ma być- co ma obcym się robić,
kiedy w i tak swój? Pan dobrodziej myśli, co jak tu deszcz pada. to un Żyda
nie moczy, bo Żyd obcy? Albo może pan dobrodziej myśli, co jak
tu wiatr wieje, to un piaskiem nie sypie w oczy temu Żydowi, bo Żyd
obcy? Albo może pan dobrodziej myśli, że jak ta cegła z
dachu leci, to una Żyda ominie, bo un obcy? Nu, to ja panu dobrodziejowi
powiem, że una jego nie ominie. I wiatr jego nie ominie, i deszcz jego nie
ominie' Patrz pan dobrodziej na moje włosy, na moje brodę... Uny siwe
są, uny białe są... Co to znaczy? To znaczy, co uny dużo
rzeczy widziały i dużo rzeczy pamiętają. To ja panu
dobrodziejowi powiem, co une widziały wielgie ognie i wielgi pożar i
wielgie pioruny na to miasto bić,a tego. coby od te ognie i od ten
pożar, i od te pioruny Żydy były uwolnione, to uny tego nie
widziały! Nu, a jak noc jest na miasto, to una i na Żydów jest. to i
na Żydów wtedy nie ma słońce!
Odetchnął głęboko, ciężko.
- Pan dobrodziej na zabawy chodzi? Pan dobrodziej na tańce bywa?
Gruby zegarmistrz skinął głową i zakołysał
się na stole, brzęcząc dewizka.
Pochlebiało mu to, że introligator uważa go za człowieka
światowego i mogącego jeszcze zabawiać się tańcami.
Żyd gorejącymi oczami patrzył w jego twarz płaską,
ozdobioną szerokim. mięsistym nosem.
- A smutku swego, swego kłopotu pan dobrodziej ma?
Zegarmistrz podniósł brwi, przybierając minę
niezdecydowaną. Właściwie pragnął się on okazać
wyższym nad podobne drobnostki, jak kłopot i smutek, ale że nie
wiedział, do czego Żyd zmierza, milczał więc
dyplomatycznie.
Stary introligator odpowiedzi też nie czekał, tylko mówił dalej
głosem
wezbranym, pełnym:
-Nu, jak pan dobrodziej na tańce bywa i swego smutku też ma, to panu
dobrodziejowi wiadomo jest, że się ludzie do tańca, do
wesołości zejdą i po wesołości się rozejdą,
i nic. Ale jak te ludzie do smutku się zejdą, tak się uni do
płakania zejdą, nu, to już nie jest nic. To już ten jeden
temu drugiemu bratem się zrobił, to już ich ten smutek jednym
płaszczem nakrył. To ja panu dobrodziejowi powiem, co ja w to miasto
więcej rzeczy widział do smutku niż do tańca i że ten
płaszcz to bardzo duży jest. Ajaj, jaki un duży!... Un
wszystkich nakrył, i ze Żydami też!
Odwrócił się bokiem i spojrzał za siebie w okno.
- Mój panie Mendel! - rzeki zegarmistrz tonem wyższości. - Gada
się to tak i owak, ale każdy Żyd, byle pieniądze
miał...
Stary introligator nie dał mu dokończyć, ale podniósłszy
rękę trząsł nią, jakby się od natrętnego
owadu opędzał.
- Niech mi pan dobrodziej nie powie te mowę! To jest mowę od
wszystkie głupie ludzie. Jakby Żydowi pieniądz za wszystko
miał być, toby jemu Pan Bóg od razu kieszeń w skórę
zrobił, abo i dwie. A jak jemu Pan Bóg kieszeń w skórę nie
zrobił, nu, to na to, że Żydowi pieniądz tyle ma być,
co i każdemu.
-Ma być! - zawołał triumfalnie zegarmistrz podnosząc
tłusty podbródek i muskając się po nim. -Ale nie jest! W tym
sęk, że nie jest...
Uśmiechnął się Mendel wpół smętnie, a wpół
filuternie.
- A ja panu dobrodziejowi powiem, co tam właśnie sęka nie ma,
tylko jest dziurę. Ajaj, jakie dziurę!
Spoważniał nagle i kiwał głową patrząc w
ziemię.
- Pan dobrodziej myśli, co ja te dziurę nie widzę? Ja ją
widzę, że una się zrobić mogła, to jest źle, ale
że una dotąd nie załatana jest, to jeszcze gorzej. W te
dziurę to dużo mocy wpada i w słabość się obraca.
I dużo rozumu wpada, a w głupstwo się obraca. I dużo
dobroci wpada, a w złość się obraca... Chce mi pan
dobrodziej wierzyć? Te dziurę to nie Żydki zaczęły
pierwsze drzeć. Nu, że uni ją potem darli, to ja wiem, to ja nie
skłamię, nie powiem, że nie! Ale najpierw to ją
zaczęła drzeć zapomniałość na to, co wszystkie |