|
NASZA SZKAPA
Zaczęło się to od starego
łóżka, cośmy na nim we trzech sypiali.
Tego dnia ojciec zły czegoś z rzeki wrócił i siadłszy na
ławie, ręką głowę podparł. Pytała się
matka raz i drugi, co mu, ale dopiero za trzecim razem odpowiedział,
że się ta robota koło żwiru skończyła i że
szkapa tylko piasek teraz wozić będzie. Zaraz mnie Felek
szturchnął w bok, a matka jęknęła z cicha.
Miał ojciec nad wieczorem po doktora iść, ale mu jakoś
niesporo było. Chodził, medytował, po kątach pozierał,
aż stanął przed matką i rzekł:
- Co chłopakom po łóżku, Anulka? Sypiam ja na ziemi, toż i
oni mogą.
Spojrzeliśmy po sobie. Dwie złote iskry zabłysły w siwych
oczach Felka. Prawda! Co nam po łóżku? Piotrusia tylko pilnować
trzeba, żeby z niego nie spadł.
- Dalej! jazda! - krzyknął Felek i zanim matka odpowiedzieć
zdążyła, jużeśmy we trzech siennik na ziemię
ściągnęli, a Fełek kozły wywracać na nim
zaczął.
Po ściągnięciu wszakże siennika okazało się,
że desek w łóżku brakuje dwóch, a bok jeden ze wszystkim
odłazi. Nie chciał tedy "handel", którego mi ojciec
zawołać kazał, o łóżku ani gadać, pieniądze
naliczone miedziakami zgarnął w mieszek, związał i za
chałat na piersi zasunął. Opuścił mu ojciec
dziesiątkę, potem dwie, potem złotówkę całą, ale
się Żydzisko uparło. Z sieni dopiero brodę do izby
wsadził, postępując pół rubla bez siedmiu groszy,
jeśli mu ojciec i poduszkę sprzeda.
Zawahał się ojciec, spojrzał na nas, spojrzał na
matkę; wszystkiego razem miało być jedenaście złotych.
- Cóż chłopaki? - zapytał wreszcie - obejdziecie się bez
poduszki tymczasem, póki matka chora?
- Ojej'. - wrzasnął Felek przyduszonym głosem, gdyż
właśnie na głowie stał, a nie zmieniając pozycji
poduszkę na izbę cisnął. Chwycił ją Piotruś
i na Felka rzucił, Felek znów na mnie, aż nam ją .,handel"
z rąk wyrwał, żebyśmy nie poszarpali.
- Ale bez poszewki! - odezwała się słabym głosem matka.
Natychmiast wyrwaliśmy "handlowi" poduszkę, którą
już pod pachą trzymał- i zaczęliśmy i niej
poszewkę ściągać.
Po ściągnięciu wszakże poszewki okazało się,
że poduszka w jednym rogu rozpruta i że się z niej pierze sypie,
Znów tedy "handel" jedenastu złotych dać nic chciał,
tylko dziesięć bez piętnastu groszy.
Targ w targ. zgodził się z ojcem na całe dwa ruble, ale
żeby mu jeszcze kołdrę naszą dodać.
Ojciec spojrzał na matkę. Była tak osłabioną i
bladą, że wyglądała jak martwa, leżąc na wznak, z
głęboko zapadłymi oczami,
- Anulka?... - szepnął ojciec pytająco.
Ale matkę chwycił kaszel, więc odpowiedzieć nie mogła.
- My tam kołdry, proszę ojca. nie chcemy! - krzyknął Felek.
- My się tylko o tę kołdrę co noc bić musimy. Niech
Wicek powie!...
- Prawda, proszę ojca! - potwierdziłem gorliwie. - Co noc się
bić musimy, bo spada...
"Handel" już kołdrę zwinął i pod pachę
wsadził. Wybiegliśmy za nim z tryumfem na podwórko.
- Wiecie? - krzyknął Felek chłopakom, co tam w klipę grali
- "handel" kupił nasze łóżko, kołdrę i
poduszkę! Będziemy teraz na ziemi na sienniku spali!...
- Wielka parada! - odkrzyknął blady Józiek od krawca z lewej oficyny.
- Ja już dwa lata u majstra na ziemi sypiam i bez siennika nawet.
Zaimponował nam. Sypianie takie nie było więc już,
widać, wynalazkiem naszym.
Tego dnia był u nas doktor, a ja biegałem aż dwa razy do apteki,
bo matce znów było gorzej; ale kiedy przyszedł wieczór, tośmy
ledwie ziemniaki dojeść mogli, tak nam pilno było na siennik,
któryśmy sobie ułożyli w kąciku za piecem. Felek to nawet z
chlebem w ręku do pacierza klęknął i oglądając
się raz w raz na siennik, w trzy migi " Ojcze nasz" i
"Zdrowaś" przetrzepał, tak, żem ja jeszcze ofiarowania
nie zaczął, a on już się w piersi bił aż
dudniało w izbie, i tylko katankę zrzuciwszy zaraz się od pieca
położył. Co prawda, to i ja miałem myśl, żeby
się od pieca położyć, ale mi się już z Felkiem
zaczynać nie chciało, więc go tylko palnąłem w ucho i
położyłem się od ściany, a Piotrusia tośmy
między siebie wzięli. Zrazu zdawało mi się. że mi
głowa gdzieś z karku ucieka- bom do poduszki nawykł, ale potem
podłożyłem sobie łokieć i dobrze.
- Czymże ja was, robaki, odzieję? - rzekł ojciec patrząc,
jakeśmy się jeden do drugiego tulili.
Obejrzał się po izbie, zdjął z kołka swój płaszcz
granatowy i rzucił go na nas.
Wrzasnęliśmy z uciechy i natychmiast powsadzaliśmy ręce w
rękawy. Piotruś tylko piszczał nic mogąc do nich
trafić, aleśmy go z głową peleryną nakryli, więc
ucichł. Ojciec, nim się położył, raz jeszcze
podszedł do nas.
- No i cóż? Ciepło wam. bąki? - zapytał.
- Mnie tam ciepło! - odpowiedziałem z głębi płaszcza.
- A mnie jak! - krzyknął Felek. - O, proszę ojca, jak mi to
gorąco,
I wystawił swoje długie, chude nogi, żeby okazać, jako o
przykrycie nie dba.
Istotnie, przyjemne ciepło szło na nas z. pieca, bo ojciec koksu
przed wieczorem przyniósł, ogień rozpalił i matce herbatę
gotował. Usnęliśmy też zaraz. Ale nad ranem zrobiło
się nagle bardzo chłodno. Pociągnąłem tedy
płaszcz w swoją stronę. Felek zrazu skurczył się przez
sen. ale potem i on płaszcz ciągnąć zaczął; a
gdym nie puszczał, bo juścić od pieca cieplej jemu niżeli
mnie było, sam się głębiej pod niego wsunąć
usiłował.
Przy tym wsuwaniu się musiał jakoś nacisnąć Piotrusia,
bo malec nagle piszczeć zaczął, a potem się na dobre
rozbeczał.
Matka stęknęła z cicha raz i drugi.
- Filipie! Filipie!-rzekła słabym głosem-a zajrzyj no do
chłopców, bo Piotruś czegoś płacze...
Ale ojciec spał.
- Chłopcy! - odezwała się znowu matka - a czego tam Piotruś
płacze?
- To Felek, proszę mamy! - odrzekłem.
- Nieprawda, proszę mamy, to Wicek! - zaprzeczył natychmiast zaspanym
głosem.
Matka ciężej jeszcze stęknęła, a gdy malec nie
przestawał płakać, zwlokła się z łóżka,
wzięła Piotrusia na ręce i zaniosła go na swoją
pościel. Zaraz też nam się placu więcej zrobiło,
więc mi Felek dał sójkę w bok, ja mu też i odwróciwszy
się od siebie spaliśmy wybornie do samego rana.
W parę dni potem znowu przyszedł "handel". Nikt go nie
wołał, ale przyszedł tak, z grzeczności, jak mówił,
dowiedzieć się, czy matka zdrowsza. Zaraz też zaczął
chodzić po izbie, oglądać szafę, stołki. Ale ojciec
pochmurny był czegoś i gadać wiele z nim nie chciał.
Nazajutrz "handel" znowu przyszedł. Tego dnia mieliśmy na
obiad ziemniaki z solą tylko, bo okrasy brakło; chleb też
się jakoś skończył, a Piotruś do ochrony bez
śniadania poszedł. Mnie ojciec kazał worek na węgle
szykować. Szturchnął mnie Felek w bok, że to niby
ciepło będziemy mieli, bo wiatr strasznie po izbie świstał,
i zaraz my się rozśmieli. Stałem już z workiem chwilę,
ale ojciec zapomniał widać o węglach, bo siedząc na
matczynym łóżku zadumał się i wąsy skubał.
Chrząknąłem raz, nic spojrzał nawet w moją
stronę: chrząknąłem drugi raz, spojrzał, jakby mnie
nie widział; a na to właśnie "handel" wszedł i
szafę targować zaczął.
Przestępując z nogi na nogę czekałem jeszcze chwilę,
ale mi okrutnie pilno było, bo woda koło pompy zamarzła i Felek
poleciał jeździć; zaryzykowałem tedy i
chrząknąłem raz trzeci. Jak się też ojciec nie
odwróci, łąk nie palnie pięścią w stół!
Skoczyłem duchem do sieni, małom przez próg nie padł, a
"handel" też wyszedł nie bawiąc i na Żydka z
przeciwka palcem kiwać zaczął. Ojciec mnie tymczasem
zawołał, choć mu się jeszcze ręce trzęsły
czegoś, szesnaście groszy odliczył i po węgle biec mi
kazał.
Kiedym wrócił, ,,handel" i Żydek z przeciwka wynosili
szafę. Ojciec ode drzwi zastąpił, żeby dużo mrozu nie
naszło, matka odwróciła głowę do ściany i
stękała z cicha.
Usunięcie szafy z kąta, gdzie stała, jak tylko
zapamiętać mogę, odkryło nam nowe widoki;
przykucnęliśmy tedy wśród nagromadzonych tam śmieci i
rozpoczęły się poszukiwania. Felek znalazł guzik blaszany,
który sobie zaraz na rękawie przyszył, a ja wygrzebałem patykiem
ze szpary dużą, zardzewiałą igłę oraz bożą
krówkę z podkurczonymi pod siebie nóżkami i wyszczerbionym
skrzydełkiem. Natychmiast zaczęliśmy na nią chuchać,
ale była zdechła.
Za każdym z tych odkryć wykrzykiwaliśmy radośnie, a ojciec
nie mógł nas napędzić do kaszy, którą nam zgotował na
obiad i której tylko matka jeść nie chciała.
Przetrząsnęliśmy nareszcie wszystko, a przekonawszy się,
że już żadnych więcej skarbów w kącie nie ma.
wymietliśmy resztę śmieci do sionki.
Teraz dopiero spostrzegłem, że w miejscu, gdzie stała szafa,
kawał ściany bielszy się wydawał niżeli reszta izby;
udzieliłem lej wiadomości Felkowi, a że i matka w kąt ten
patrzyła smutnym wzrokiem, wstał tedy ojciec od kaszy, wyszukał
w skrzynce dwa gwoździe i w ów jaśniejszy kawał ściany
wbiwszy, powiesił na nich matczyną suknię brązową od
święta i tę drugą modrą, codzienną, chustką
je pięknie okrył i z boków obcisnął. Wyglądało to
bardzo dobrze, a Felek z Piotrusiem zaraz się "w chowanego"
bawić tam zaczęli.
Matce w tych czasach pogorszyło się jakoś; doktor jej kazał
dobry rosół i świeże mięso jeść, a choć
płakała na taką utratę i jak mogła ojcu broniła,
to jednak coś przez tydzień do rzeźnika co dzień
latałem, kupując czasem i całe pół funta.
A ,,handel" to już tak do nas przywykł, że czy go kto
wołał, czy nie wołał, co dzień choć przez drzwi
zajrzał. Już nawet Hultaj, pies stróża, nie szczekał na
niego. Po szafie kupił od nas "handel" cztery na orzech
bejcowane krzesła, cośmy na nich do obiadu siadali. Przy tych
krzesłach tośmy mieli uciechę, bo "handel" nie
mógł więcej wziąć sam jak dwa, a drugie dwa samiśmy
nieśli aż na Ordynackie.
Na głowach my z nimi paradowali samym środkiem ulicy, a Felek tak
wrzeszczał; ,,na bok! na bok!", że aż dorożki
stawały. "Handla" zostawiliśmy za sobą het precz,
choć Żydzisko pędziło za nami krzycząc, żeśmy
rozbójniki, szwarcjury i inne tam takie żydowskie wymysły.
Dopieroż na Ordynackiem dalej bębnić w stołki. Rozlatywali
się ludzie, myśleli, że ,,sztuki"; aż przecie nas
"handel" dopadł i chwyciwszy się za brodę na ono
zbiegowisko przy stołkach, trzygroszniak nam dał, żebyśmy
sobie poszli.
Tak nam ta wyprawa zasmakowała, żeśmy się tylko pytali, co
trzeba wynosić.
Szczególniej Felek coraz miał nowe pomysły. Jak tylko wrócił z
ochrony zaraz ręce za plecy zakładał, po izbie chodził i po
kątach jak taksator patrzył.
- A może by, proszę ojca. garnek żelazny? A może by
balię albo zegar?
- Poszedł precz! - fuknął na niego ojciec, który teraz prawie
ciągle był czegoś zły i smutny.
- Felek! Co ty gadasz? - odezwała się słabym głosem matka,
- A toć byś ty niedługo duszę w ciele przedał?
Ja i Piotruś zaczęliśmy także silnie protestować.
- Ale!... Garnek!... jeszcze czego!...- A w czym to będziemy gotowali
kaszę albo i ziemniaki?
- Albo zegar!...- - dodał z oburzeniem Piotruś. - A jakże
będziesz bez zegara wiedział, kiedy ci się jeść chce
albo spać?...
- Ojej!... - wołał Felek z miną skończonego libertyna -
żeby o co, jak o to!... A ty, czy zegar pokazuje, czy nie pokazuje, to
tylko byś ciągle jadł.
- A ty sklepikarce po bułki latasz, żeby ci "kadryla"
dała.
- Nie latam! - odparł zaczerwieniwszy się Felek.
- Latasz!
- Nie latam!
- Owszem, latasz!. Sam widziałem, jakeś "kadryla"
jadł...
- Ja "kadryla"? Jak Boga kocham, tak nie jadłem!...
Tu uderzył się pięścią w piersi, aż echo
jękło.
- No to chuchnij!...
Nastawił się Felek i chuchnął, aż para poszła. Z
próby tej wyszedł z triumfem. Nic nie zdradzało spożycia
"kadryla", a z głębi zapadłej brzuszyny dobyła
się tylko czczość wielka.
Wszakże przegłosowany Felek nie tracił miny. Pewnego dnia
obchodząc izbę i poglądając po ścianach,
wykrzyknął nagle:
- A rondel, proszę ojca! A moździerz! A żelazko!...
Struchleliśmy, słuchając. Rondel, moździerz i
żelazko-to były niemal klejnoty rodzinne. Na półce wprost drzwi
ustawione, błyszczały olśniewające złote prawie.
Środkowe miejsce zajmował rondel. Jak zapamiętać mogę
nigdym nic widział, żeby się w tym rondlu co gotowało-
Byłoby to profanacją po prostu. Co sobotę wszakże
czyściła go matka cegłą lub popiołem i tak
świecący stał z wystawionym na izbę uchem
błyskając w same oczy, gdy się do stancji wchodziło. Przy
nim stał moździerz z tłuczkiem z jednej strony, a żelazko z
drugiej. Moździerz był rówieśnikiem moim. Kupił go ojciec,
gdym na świat przyszedł, aby matkę uradować i dobre jej
serce za syna okazać. Żadnego wszakże z jednolatków moich w
podwórzu, ba, na całej ulicy, nie szanowałem tak, jak szanowałem
ten moździerz. Matka zdejmowała go raz do roku tylko, w Wielki
Piątek, aby w nim utłuc cynamon do wielkanocnego placka. Wtedy to
zwykle powtarzało się to opowiadanie, w którym ja i moździerz
byliśmy bohaterami, Właściwie różniliśmy się tym
tylko, że mnie przyniósł bocian darmo, a za moździerz trzeba
było zapłacić. Nic więc dziwnego, że istnienie tego
moździerza uważałem jako ważniejsze aniżeli moje
własne, zwłaszcza patrząc na poszanowanie, jakiego stałe
używał, podczas gdy ze mną różnie bywało i wówczas, i
potem...
Żelazko także nader rzadko zstępowało z wyżyn
półki na poziom naszego codziennego życia. Matka prasowała nim
tylko półkoszulki niedzielne ojca i swoje tiulowe czepki; reszta bielizny
szła pod maglownicę. Raz nawet o to żelazko pogniewała
się matka ze stróżką, która je od nas pożyczyć
chciała.
- Moja pani! -powiedziała jej matka bardzo stanowczym głosem. -
Taki "porządek" to nie na pożyczki, nie na ludzkie
ręce!... To kosztuje! To raz na całe życie sprawunek!...
Wszyscyśmy przecież pamiętali, jak na to stróżka drzwiami
trzasnęła jak w sieni język rozpuściła i jak się
matce z gniewu i z oburzenia ręce trzęsły, kiedy nam w
chwilę potem chleb na śniadanie krajała. Od tej też chwili
żelazko niezmiernie poszło w górę w moim rozumieniu.
Zaliczyłem je nawet w myśli do tych rzeczy, które są raz na
całe życie, jak chrzest na przykład, bierzmowanie i granatowy
płaszcz, o którym ojciec też mówił, że jest raz na
całe życie. A teraz, patrzcież państwo. Felek tak o żelazku
mówił, jakby to była warząchew albo stara miotła.
Spojrzałem na ojca; byłem pewny, że się Folkowi po uszach
oberwie. Ale ojciec oczy w ziemię wbił. skubał wąsy. Dobrze
jeszcze, że matka spała na tę chwilę.
Tego dnia nie latałem po mięso dla matki. Kości mi tylko ojciec
za trojaka kupić dał i krupnik z nich uwarzył.
Nazajutrz przyszedł zziębnięty i zacierając skostniałe
ręce. od proga
zawołał:
- Ciesz się, Anulku! Wisła tylko patrzeć jak puści, bo
się wiatr na zachód obrócił.
Ale matka spojrzawszy na ojca klasnęła w ręce i aż na
pościeli siadła.
- Filip'. - krzyknęła - a kożuch?
Teraz dopiero zobaczyłem, że ojciec bez kożucha wrócił. Nie
miałem jednak czasu wielce się rozglądać, gdyż ojciec
Piotrusia za ręce chwycił i siarczystego młynka z nim
wywinął. Potem głośno się rozśmiał,
Piotrusia puścił i na łóżku matczynym siadłszy
śmiał się aż mu łzy po twarzy sczerniałej
pociekły- Otarł je prędko rękawem starego Spencerka.
- I cóż. Anulku? Jak ci tam?... - zapytał,
Ale matka na poduszki opadłszy leżała jak nieżywa.
- Filip! - szepnęła wreszcie z wyrzutem. - Co ty?... Kożuch
przedał?...
- Kożuch! Kożuch! - powtórzył ojciec. - No i cóż
kożuch?... Wielka parada kożuch! Dość go się
nadźwigałem przez tyle czasu- A to ciężki, psianoga, jak
młynarskie sumienie... Aż lżej człowiekowi, że go z
siebie zrzucił!
A gdy matka jęknęła z cicha, po włosach ją
pogładził ręką i dodał:
- A też z ciebie, Anulku, krzywe drewno, że lada czego
stękasz...
Był kożuch, nie ma, ta i straszna historia! Cóż to? Da mi
kożuch jeść albo za mnie komorne zapłaci, albo co? Wiosna
za pasem, tylko patrzeć, jak rzeka puści, a ja się tam
będę w kożuchy fundował... A to, poczekawszy, i w Spencerze
za gorąco będzie, jak się robota otworzy...
Tego dnia znów był u nas pan doktor i znów do apteki biegałem.
- Zimno tu jakoś - mówił pan doktor wychodząc - i wilgoć czuć.
Trzeba by lepiej palić...
I wstrząsnął się otulając krótkim futerkiem. Ojciec
słuchał ze spuszczoną głową. Cały ten dzień
był ojciec bardzo wesół; ale równo musiało mu coś być,
bo jak tylko matka nie patrzyła na niego, odmieniał się na
twarzy, zwieszał głowę, a oczy to mu się z siwych aż
czarne robiły, taką w nich żałość miał.
Całe pół puda węgla kupiliśmy na odwieczerz w sklepiku i
ogień taki był, że aż huczało w piecu. Ojciec
lawę przysunął do naszego siennika i siadł sobie na niej,
matka też się obróciła, żeby na ogień patrzeć, i
takeśmy się wszyscy wygrzali, że to ha!
Upłynęło znów ze dwa tygodnie. Ojciec niewiele co zarobku
miał; a to i w domu roboty było dość: tu szmaty upierz, tu
strawę uwarz, choć się tam i nie zawsze warzyło, ot, nie
jedno, to drugie, a z nas to najwięcej jeśli posyłka jaka...
Matce leż nie było ni lepiej, ni gorzej; wyschła tylko strasznie
i na twarzy zbielała jak chusta; ciężkie kaszle też na
nią przychodziły coraz częściej, osobliwie na
świtaniu.
Zaglądały czasem sąsiadki do izby. dziwując się matce,
że taka zmizerowana.
- Żeby już albo w tę. albo w tę stronę Pan Jezus
dał! - mówiła gwoździarka do ojca.
- Tfu! - splunął ojciec. - Co tam pani takie rzeczy będzie
gadała? Cóż to, przykrzy mi się, czy co? Czy my to tylko na
zdrowe czasy przysięgali sobie, a na te chore to nie? Czy to ona przy kim,
nie przy mnie, nie przy moich dzieciach zdrowie straciła?...
I na tym się skończyło.
A mróz trzymał. Choć się i wiatr na zachód obrócił,
zimnisko takie było w izbie, że aż para szła- A zelżało
trochę pod wieczór, to znów śniegiem miotło tak, że
świata widać nie było. Piotruś to już i do ochronki
nie szedł, tylko za piecem albo w nogach matczynego łóżka
siedział, taki delikacik! A my z Felkiem piguły ze śniegu robili
i walili w siebie na rozgrzewkę.
Jakoś się jednego dnia nie paliło w piecu. Ojciec matkę
przyodział derką, a mnie do sąsiadki posłał po
kawałek cukru do ziółek. Ale sąsiadka nie miała.
Otworzył tedy ojciec do kuferka, czy jeszcze gdzie nie
wytrząśnie jakiej okruszyny, bo matka kaszlała tak, że
aż się w piersiach coś rwało. Zaraz my we trzech
obstąpili ojca, bo w kuferku bywały różne rzeczy, któreśmy
rzadko kiedy widywali. Były w pudełku brzytwy ojca, były w
drugim korale matczyne, była czarna jedwabna chustka, co ją ojciec w
wielkie święta na szyję wiązał; była szuba
matczyna z czerwoną podszewką, była żółta serweta w
kwiaty na stół, była kapa na łóżko z zielonego persu.
Ale tym razem zupełnieśmy się zawiedli; kuferek był pusty.
W kątku tylko, w czerwoną chusteczkę zawiązana,
leżała kawalerska harmonijka ojca. Ojciec potrącił ją
raz i drugi, szukając odrobiny cukru, jakby się bał ją
podnieść i usunąć z kątka. Brzękła i
umilkła. Ale Felek już wsadził rękę do kuferka.
- A harmonijka, proszę ojca! - krzyknął podnosząc czerwone
zawiniątko. - Nie można by harmonijki?...
- Felek!... - zawołał matka słabym głosem z
łóżka.
Ojciec się zaczerwienił. Felkowi chustczynę z harmonijką
odebrał i włożywszy do kuferka, zamknął go na klucz.
Tego dnia bardzośmy długo śniadania nie jedli: a obiadu to też
nie było. Myślałem, że mnie ojciec choć po chleb
pośle, ale nie. Piotrusiowi tylko dostała się wczorajsza kromka.
Poszliśmy z Felkiem do sieni w klasy grać, bo nam się
dłużyło jakoś. Druga już może była albo i
trzecia, kiedy matka zawołała mnie do łóżka i rzekła
zmęczonym, przerywanym głosem:
- Wpadnij no, Wicuś, do maglarki na Szczygłą - wiesz?
- Ojej... Co nie mam wiedzieć... Pod trzeci...
- Pod trzeci - powtórzyła matka. -To porządna kobieta, może kupi
żelazko...
- Żelazko?... -powtórzyłem, niepewny, czy dobrze słyszę.
- Tylko żeby dopiero zmierzchem przyszła, żeby w podwórzu
stróżka nie widziała... No, idź...
Chwyciłem czapkę, kiedy mnie zawołała raz drugi:
- Wicuś!...
Ale kiedym podszedł, popatrzyła na mnie i rzekła:
- Nic już, nic! Idź...
Byłem we drzwiach, kiedy mnie zawołała raz jeszcze. Była
wpółpodniesiona na łóżku, zapadłe jej oczy otwarte
były szeroko.
- I moździerz... - szeptała tak cicho, żem dosłyszał
ledwie.
Skamieniałem. Doznałem wrażenia, jakby mnie samego
sprzedawać miano.
- Moździerz? - powtórzyłem też szeptem nachylając się
ku twarzy matki.
Dyszała ciężko, nierówno, w- piersiach słychać
było świst ostry. Nic odpowiedziała nic, tylko mnie
przytrzymała za rękę. Dłoń jej była zimna,
wilgotna. Dwa czy trzy razy otwarła usta bez głosu, pożółkłe
jej czoło potem się okryło.
Chwyciła powietrza głębokim, do westchnienia podobnym oddechem,
- I rondel... - szepnęła z wysiłkiem.
- Rondel?... - rzekłem równie cichym głosem.
Skinęła tylko ręką, głowa jej opadła na
poduszkę, oczy się przymknęły.
Wyleciałem jak oparzony trzymając czapkę w garści. W sieni
spotkałem Felka.
- Słysz, ty! - krzyknąłem mu w ucho. - I rondel, i
moździerz, i żelazko, wszystko ci het przedajem!
- Siarczyste! - rozśmiał się Felek i wyskoczył w górę
na tę uciechę. trzasnąwszy się dłoniami po udach. Ten
skok to była najlepsza sztuka w całym repertuarze jego. Nigdy mu w
nim dorównać nie mogłem. Rzucał się w powietrze tak
łatwo, jak ryba w wodę. Zaraz tez we dwóch polecieliśmy na
Szczygłą, bo Felek ambitny był i nigdy mi o włos .przed sobą
nie dał.
Ale maglarka nie chciała wielce ze mną gadać- Powiedziała,
że jej rondel niepotrzebny, a moździerz i żelazko ma swoje.
Wyszliśmy oburzeni.
- Dzisz babę! - krzyknął Felek. - Rondel jej niepotrzebny! Taki
rondel jak nasz i jej niepotrzebny.
Z błyszczącymi oczami czekała matka, a gdym jej o skutku naszej
wyprawy powiedział, westchnęła, jakby doznawszy wielkiej
jakiejś ulgi.
Przed wieczorem jednak znów mnie zawołała i kazała
bieżeć po "handla". Wylecieliśmy obaj z Felkiem.
uszczęśliwieni, że się jeszcze ta sprawa nie kończy.
"Handel" przyszedł, obejrzał żelazko, obejrzał
moździerz, obejrzał rondel i wykrzywiwszy wzgardliwie usta
powiedział, że to wszystko szmelc tylko chyba. Żelazko przepalone,
moździerz mały, rondel cienki i nitowany z boku... Za trzy te sztuki
razem dawał dziesięć złotych.
Porwała się matka i na łóżku siadła.
- Co?... Dziesięć złotych?... Sam moździerz kosztował
pięć złotych i trzynaście groszy! A żelazko!... A
rondel!.,.
- Nu, na szmelc... - zaczął "handel".
Ale nie dopuściła go do słowa i trzęsącą się
ręką drzwi mu pokazywała,
- Idźcie!... Idźcie!... Niech was moje oczy nie widzą!... Nie wy
jedni na świecie. - i posłała nas natychmiast po innego
"handla", po rudego, co od nas stół ostatni kupił.
Lubiliśmy bardzo tego Żydka, bo koncepty różne, kupując ów
stół, prawił, a za odniesienie go na drugą ulicę mnie i
Felkowi po orzechu dał. Prawda, że Felków był dziurawy, ale
cały dzień na nim gwizdał, że to niby kolej odchodzi.
Polecieliśmy tedy po rudego. Szwargotał na rogu przed sklepikiem z
tym pierwszym, który od nas wyszedł. Zaraz jednak worek z butelkami na
plecach poprawił i za nami poszedł.
Ale obejrzawszy moździerz, rondel i żelazko, dawał za nic tylko
dziewięć złotych i szesnaście groszy; mówił też,
że moździerz to się i na szmelc nie zda. Matkę aż
febra trzęsła i choć |