|
Z
WŁAMANIEM
Dnia tego
izba sądowa była niemal pustą. Deszcz mżył od rana.
rozchlapywało się błoto, jaki taki był kontent, że w
domu siedzieć może.
Zresztą
świeżo ukończona sprawa panów Gradewitza i Hornszteina
wyczerpała poniekąd ciekawość publiczną. Dowcipna
obrona przybyłego z daleka adwokata, której urywki chodziły z ust do
ust po mieście, delikatnej natury badanie biegłych, zeznania
świadków ze sfer wyższych, wreszcie przybycie pięknej pani
Lunia, która dla dania objaśnień przerwać musiała
kurację w Francesbadzie i przywoziła stamtąd nowe toalety wraz z
odświeżoną twarzyczką i przepyszną parą
złotoczarnych oczu, wszystko to podniosło sprawę ową do
znaczenia kulminacyjnego momentu w jesiennej kadencji pińskiej, po
przebyciu którego zainteresowanie się nią publiczności szybko
opadać zaczęło.
Wiedziano, że
na wokandzie stoją same chłopskie sprawy, przy których posiedzenia
wloką się jak smoła i które nie nastręczają
sposobności ani do świetnych wystąpień adwokatury, ani do
eleganckich zebrań towarzystwa.
Sami panowie
przysięgli byli tegoż zdania. Po hotelach potworzyły się
partyjki wista, preferansa, bakarata; wstawano od kart późno, spano
długo, jedzono obficie. Od zajazdu do zajazdu latały miszuresy
kłapiąc pantoflami po drewnianych, wysoko nad kałuże
błota wzniesionych chodnikach, a ruch w handlach win, likierów i
delikatesów ożywił się niezmiernie. Za to przed salą
posiedzeń sądowych ulica pustoszała z dnia na dzień.
Nikomu teraz nie
szła tędy droga, nikt tu nie miał interesu przystanąć,
pogadać, faktorzy nawet zaglądali z rzadka, a zajrzawszy spluwali
przez zęby. Istotnie, aż obrzydzenie brało na pustkę, jaka
się tu nagle po niedawnym ścisku zrobiła. Tego bowiem
chłopstwa, które się tu zbierało kupkami z Wołhatycz, z
Krynek, z Zahajnego, z Mytryk, z Dołhuszek, z Korniatów, tych
kożuchów tracących smołą i polem nie było co i
liczyć nawet. Co można, proszę, wycisnąć z Poleszuka,
który do miasta przychodzi z okrajcem czarnego chleba za pazucha- z
garścią tołkanicy w szmatce i żywi się tym przez dni
trzy i cztery, bez grosza przy duszy, po który by warto choć na
śledzia sięgnąć? Oczywiście, że nic.
Już kiedy rudy
Judko między nich nie chodził, to znak najlepszy, że nie
było po co. Ten dalej czuł pusty mieszek niżli woń padliny.
Ale jednego dnia
brakło i tych chłopskich kupek. Porozchodziło się to,
każdy za swoją biedą. Sadzono sprawę ostatnią, która
wisiała na wokandzie na samym ogonie, niczyjego zajęcia nie
budząc, nikogo nie obchodząc wielce. Nędzna jakaś .spraw ina
o sery i masło.
- Mizeria! -Jak
mówił dowcipny pan Hieronim rozdając karty do wista w zajeździe
Szyi Froima.
Nikt się
też do tej "mizerii" nie śpieszył. Dwie baby- jedna w
kożuszku, w butach, druga w andaraku tylko, w zawijach i w płacie,
weszły przed chwilą w bramę sądowego gmachu i znikły w
głębokiej sieni.
Jak okiem
zajrzeć, ulica na wskroś była pusta; strzelać by ma
można choćby do Leszcza albo do Porzecza. Tylko pod murem
przeciwległego izbie sądowej domu stał did, w obszarpanym
kożuchu i wyrudziałej, na uszy wiązanej czapie, która się
niewiele różniła kolorem od jego skołtunionych włosów i
ryżawej brody. Did nie stary był jeszcze, ale srodze ospą
zgryziony: a i wódka zostawiła na nim swe ślady. U ozutych w
postoły nóg dida siedział na zadnich łapach mały, bury
pokurć, uwiązany na sznurku u kosztura, który włóczędze za
podporę służył.
I did. i
pokurć patrzyli w okna sali oświetlonej wcześnie, jarząco,
ale did patrzył obojętnie i tępo, pokurć zaś z
widocznym niepokojem i oczekiwaniem.
Tymczasem wiatr jesienny
świstał po ulicy jak po gołym polu. Chwiejąc
żółtymi płomieniem latarni, rozwiewając brodę dida i
łatany kożuch: a ile razy silnie zadął, skóra na pokurciu
zaczynała drżeć mocno, a psina skomlił krótkim,
żałosnym piskiem, rwać się nieco ku sądowej bramie.
Nie biegł wszakże, ale kopnięty grubą nogą dziada
przysiadał i wkuliwszy ogon pod siebie, z najwyższym niepokojem
patrzył w okna sali.
Tam wszakże
jasno było, cicho i bezpiecznie.
W lekko ogrzanym
powietrzu chwiały się po ścianach wesołe płomyki gazu
ukazując złocenia świeżo odnowionego •sufitu; szare,
opuszczone w wysokich oknach story nadawały sali mimo jej znacznych
rozmiarów jakiś charakter zaciszny, domowy niemal: szeregi pustych
ławek stały poważne, milczące, zagłębiając
się aż pod niewielką galerię, na wysokości
półpiętra wprost sądowego stołu wzniesioną. W jednej z
tych ławek, tuż przy drzwiach schodowych, czernił się punkt
ciemniejszy. Był to woźny, który widząc, że nikt nie
przychodzi, na palcach do ławki podszedł, poły munduru z całym
uszanowaniem dla urzędu swego rozganiał, przysiadł, zgarbił
się i cichaczem tabakę niuchał.
Pan prokurator
stał teraz w pełnym świetle zawieszającego się od
stropu świecznika. Był to mężczyzna nie pierwszej
młodości, słusznej tuszy i powolnych ruchów. Szeroka łysina
jego dużej, okrągłej głowy błyskała jak tarcza
wypolerowana, twarz miał mięsistą, oczy blade, wypukłe,
złotymi okularami nakryte, wąs jasny, obfity. pełny zarost brody
i policzków, spojrzenie osowiałe nieco. Mówił głosem
przyciężkim. trochę może monotonnym. ale ciepłym i od
serca idącym. Tak w rysach twarzy jego. Jak w całej postaci rozlana
była pewna dobroduszność, ludziom otyłym
właściwa, która z rolą publicznego oskarżyciela mało
się zgadzać zdawała.
Stojąc tak u
szczytu stołu, wprost amfiteatralnie ustawionych pod
przeciwległą ścianą ław panów przysięgłych,
miał pan prokurator po prawej ręce stołki i pulpity
obrońców, a po lewej świetne mundury prezesa i asysty jego. Prezes był
zagłębiony w swoim fotelu, głowę miał lekko na
pierś skłonioną, ręce na poręczach oparte; z lewej i z
prawej jego strony siedziało po dwóch jeszcze panów, z których jeden
przeglądał papiery, a drugi bawił się wkładaniem w oko
monokla i wyrzucaniem go małym, niemalże niewidzialnym ruchem nosa.
Mimo to. na mowę prokuratora zdawał się zważać pilnie,
a drugie jego. nie zajęte oko nieruchome było i iakby marzące.
Na ławie
przysięgłych jak zwykle pstrocizna, rozmaitość ubiorów,
stanów, fizjonomii, wieku; wszystkie te rysy atoli powlekał i podobnymi je
sobie czynił jeden wspólny wyraz znużenia.
Pod koniec kadencji
jest to zjawiskiem tak zwykłym, tak w porządku rzeczy
leżącym, iż trzeba niezmiernie zajmującej, trzeba
kapitalnej sprawy, żeby tchnąć życie w te znużone
twarze.
Ale dziś
takiej kapitalnej sprawy nie było. Dość spojrzeć na jednego
siedzącego przy bocznym stoliku obrońcę, żeby się
poznać na tym. Trudno istotnie o dyskretniej ziewające usta i
bardziej zmrużone oczy, niż je miał pan ten.
oglądający najpierw paznokcie lewej ręki. potem paznokcie
ręki prawej, potem znowu lewej, potem raz jeszcze prawej, a wreszcie obu
rąk razem.
Już po tym
jednym poznać można było. że jest to obrońca dodany z
urzędu. Obrońca dodany z urzędu zwykle miewa coś do
czynienia ze swymi paznokciami podczas mowy prokuratora, jeśli tylko nie
nawiedzi go pod tę chwilę dzwonienie w prawym albo w lewym uchu.
Niekiedy także
kreśli na leżącym przed sobą papierze literę S lub
literę L z niesłychaną, córa/ rosnącą
szybkością, o czym wszakże zdaje się sam nie wiedzieć
i dopiero kiedy mu miejsca na ćwiartce zbraknie, budzi się z tego
oczarowania i patrzy po obecnych lekko zdziwionym wzrokiem.
Minuta
ubiegała za minutą, małe trzaskanie płomyków gazowych
odzywało się jednostajnym szmerem, z ławki, w której siedzieli
świadkowie, dobywało się silne sapanie, przerywane od chwili do
chwili nagle urwanym chrapnięciem. Czerwonym suknem nakryty stół
jarzył się od świateł, od błyszczących lichtarzy,
kryształowych przyborów do pisania, od rżniętej karafki i
szklanek odrzucających małe tęcze załamanych
świateł, a nade wszystko jarzył się od bogato haftowanych,
strojnych w gwiazdy i wstęgi mundurów.
Wszystko tu
było jasne, wspaniale, dostojne: wszystko też wydawało się
pełne dobroci i łaski. Srebrny, stojący na stole krzyż
skupiał w sobie promienie świecznika, odbite od szerokiej,
pełnej łagodnych wyniosłości i spadków łysiny
prokuratora i odstrzelał je aż na błyszczący bagnet
stojącego u drzwi żołnierza.
Co wszakże
mogło się zdawać dziwnym w tej sali, to, że zgoła nie
było w niej widać podsądnych. Wysokie, do zamkniętych
kościelnych stalli podobne ławy oskarżonych zdawały
się zupełnie puste. Mniemać by można, że cała ta
wspaniałość, cały przepych sadu skierorowane są ku
jakiejś bezimiennej i bezosobistej winie; mniemać by także
można, iż tę wielka machinę sądową puszczono w bieg
na próbę tylko, jak się puszcza pierwszy pociąg kolejowy po nowo
usypanym torze.
Tak przecież
nie było. W pustych na pozór ławkach dawał się
słyszeć kiedy niekiedy mały szmer, podobny do tego, jaki
wydają myszy; czasem także tupotało tam coś bardzo podobnego
do licznych stóp bosych. Tak króliki w jamce pod przyciesią komory
schowane, niewidzialne dla oka, tupocą po ubitej glinie.
Pan prokurator
kończył swoją mowę.
Była to jedna
z tych mów, których wszystkie zwroty z góry przewidzieć się
dają. Temat był potoczysty i tak otarty jak najlepsza sanna;
dość było puścić w ruch słowa, żeby same
poszły.
- Drobne
przestępstwa - mówił -jak drobne szczepy. Z drobnych szczepów
wyrastają drzewa, a z drobnych przestępstw zbrodnie. Cóż to jest
przestępstwo małe, a co jest przestępstwo wielkie? W zasadzie
jest to zawsze toż samo targnięcie się na prawo, ten sam zamach
na porządek społeczny. Gdyby sprawiedliwość
częściej wypalała najpierwszy zaród winy, trąd zła nie
ogarniałby mas całych z tak fatalną i
niepościągnioną siłą. Przestępca w czas ukarany
to często ocalony człowiek, ale za późno jest sięgać
po głowę naznaczoną haniebnym piętnem win niezmytych i
niepowetowanych.
Zawiesił
głos i wypoczywał, sapiąc z lekka. Właściwie mógł
albo skończyć na tym, albo mówić dalej. Miał drogę
otwartą na oścież i w tę. i w tę stronę. Przez
chwilę zdawało się nawet, że skończy; sam może
przelotnie myślał o tym. Jako łagodny. dobroduszny człowiek
nie lubił on tych wszystkich apostrof do sprawiedliwości, które
każdą prokuratorską mowę kończą obowiązkowo
niejako. Miękkie miał serce w ogóle, a co już w tym wypadku, to
mu się. rzekłszy prawdę. i nie chciało nawet
występować cum apparato belli, po prostu cała sprawa nie
była tego warta. Pomyśleć tylko: trzy sery i osełka
masła.
- Boże ty mój!
Toże nasz brat z rzodkwią na śniadanie radę by temu,
duszeczka, dał!
Ale pan
obrońca, który już pod koniec mowy prokuratora niepokoić
się zaczął, rzucał teraz na odpoczywającego mówcę
krótkie, urwane spojrzenia. Rzeczą było widoczną, że na
coś oczekuje i czegoś się lęka.
Jakoż
zwrócił powolnym ruchem pan prokurator wypukłe swoje oczy na
stół, gdzie jako dowód rzeczowy leżał dość długi,
zakrzywiony z jednego końca patyk, taki właśnie, jaki ogrodnicy
zakładają na żerdkę dla zbierania wiosną liszek z
grusz i jabłoni, a który nazywa się kulką.
W tej chwili pan
obrońca drgnął i spuściwszy oczy. pilniej jeszcze niż
przedtem paznokciom swoim przyglądać się zaczął.
Ale jeśli pan
obrońca na paznokcie patrzył, to na obrońcę patrzył
pan prezydujący, a patrzenie to trwało tak długo i tak
szczególnym mieniło się wyrazem, aż piękne,
podłużne oczy prezesa niemal zupełnie skośnymi się
stały. Tymczasem prokurator głos zabrał:
- Jeszcze
słowo - rzekł. - Jest okoliczność, która winę
oskarżonych
niemało
obciąża i prawo do tym większej surowości skłania:
okolicznością tą jest. że przedmioty- stanowiące
istotę czynu karnego zabrane zostały spod zamknięcia, spod
klucza, że owszem, zamknięcie samo uszkodzonym zostało. Bezprawie,
jakiego się w tym wypadku dopuścili oskarżeni, jest tak występne
i potępienia godne, iż samo jedno wystarczyłoby do zwrócenia
przeciw nim całego ostrza karzącej sprawiedliwości. Oto
leży przed wami, panowie, dowód niezbity ich winy! Oto owo narzędzie
występku, które dopomogło oskarżonym do spełnienia jednego
z najśmielszych przewinień, jakie przewiduje prawo. Wzywam was,
panowie przysięgli, abyście w niniejszym wypadku dali dobitny wyraz
słusznemu oburzeniu waszemu, oburzeniu całego
społeczeństwa!
Skończył
i jakby w tej chwili dopiero sam mowę swoją usłyszał, zadziwił
się i osowiałym, niepewnym wzrokiem po obecnych powiódł.
Co u biesa!
Taką pobłażliwość, taką miękkość w
sobie czuł, a tak ostro palnął!
Nie miał
zamiaru! Dalibóg, nie miał zamiaru! A patrzże, duszeczka, jak
wyszło! A?... Ot, przywyczka! Ot czyn! Udawał Iwan wilka, udawał
aż i kozę zdusił! A?...
Roześmiał
się w sobie z cicha, machnął ręką i nieco
ciężko opuścił się na fotel.
Tymczasem mały
szmer powstał za stołem i w ławkach. Ten i ów poruszył
się, zaszeptał, odchrząknął; ten i ów
wyciągnął szyję. żeby –spojrzeć na występny
patyk.
Łyczkowa
tabakierka krążyła pomiędzy świadkami. Ktoś
kichnął, ktoś inny życzył mu zdrowia, tym poczciwym
chłopskim szeptem, co go to o pół stajania słychać,
ktoś ziewnął, aż mu w szczękach trzasło.
Ale woźny
posuwał się milczkiem na sam brzeg ławki i pilnie ku
stołowi patrzył, jako że to strzeżonego i sam Pan Bóg
strzeże. Nikt wszakże chwalić Boga, nie poglądał
stamtąd, Za drzwiami tylko, w zimnej poczekalnej izbie słychać
było szurganie stóp bosych i wycieranie nosów żałosne,
płaczliwe, z westchnieniami i szeptem zmieszane. Woźny tym sobie
bynajmniej nie turbował głowy.
Wiedział on
doskonale, że to tylko baby. Bez bab się żadna chłopska
sprawa nie obejdzie, choćby też o kozik. Wiadome rzeczy, jako są
baby na wszelakie żałoście łakome. Druga się tak
miodem nie uraczy albo i wódką z pieprzem, jak postękiwaniem i
płaczem: czy ma o co, czy nie ma o co. Ledwo sprawę do sądu
skrzykną, już się to do miasta procesją wlecze, już
pode drzwi lezie, już knycha. Dużo im to pomoże! Akurat!
Tu woźny
krzywi się i uśmiecha wzgardliwie. Plunąłby, taka go
obrzydliwość przeciw babom zbiera, gdyby nie to. że na miejsce
zważa. W tej chwili słychać dzwonek prezydującego: pan
obrońca ma głos.
Pan obrońca
podnosi się ze stołka i przez chwilę nie wie, co
począć z długimi rękami w przykrótkich rękawach.
Opiera je wreszcie o pulpit i podnosi czoło, na które mu wybija lekka,
przemijająca czerwoność.
Jest to
niepokaźny człowieczyna z pochylonym grzbietem i zapadłą
piersią. Twarz ma zwiędłą, obojętną, spojrzenie
przygasłe i wysokie, łysiejące czoło. Głowy nie trzyma
prosto, ale ją przechyla to na jedno, to na drugie ramię, przy czym
zmrużą to jedno, to drugie oko. uderzając wzrokiem z dołu w
bok. jak to czyni kania. Zwiędłe, cienkie jego wargi rozszerzają
się szczególnym uśmiechem wtedy nawet, kiedy mówi zupełnie
poważnie; momentu tego wszakże niepodobna z całą
ścisłością oznaczyć, ponieważ i to, co mówi
poważnie, ma w sobie coś ze smutnego żartu, i to. co mówi
żartem, ma surowość rzeczy koniecznych i nieuniknionych. W ogóle
podobnym on jest do człowieka, któremu chce się gorzkich drwin z
samego siebie.
Niepoczesna to
była figura: klienteli prawie że nie miał, w kancelarii swojej
pusty stołek przed dodatkowym biurkiem nic wiedzieć po co;
trzymał, bo pomocnika, jako żywo nie potrzebował i nie wiadomo
nawet, czyby się zgodził z kim innym niż z pustym stołkiem.
Powstawszy pan
obrońca przerzucił głowę z lewego ramienia na prawe;
rozszerzył usta jedną stronę, rozszerzył w drugą,
podobnie jak to czyni szewc ciągnący skórę, strzelił
workiem w bok, wprost w haftowany mankiet porządkującego notaty swe
prokuratora, i rzekł bezbarwnym, obojętnym. nieco rozwlekłym
głosem:
- Zadanie moje,
Wysoki Sądzie, jest nader łatwym zadaniem, powiedziałbym nawet,
zadaniem wdzięcznym, gdyby nie było rzeczą uznaną, że
wszystkie w ogóle zadania ludzkiego życia są rzeczą
niewdzięczną. Ale o to -
mniejsza.
O cóż tu idzie? Idzie o zjedzone masło i
sery. Jako obrońca dodany z urzędu pojmuję całą
ważność tego przedmiotu i winy powierzonych mi klientów
bynajmniej zmniejszać me myślę. Świetna mowa pana
prokuratora nie dozwala mi nawet tej alternatywy. Skoro zło małe jest
tym samym, co i zło wielkie, po co je zmniejszać, pytam? Czy nie
byłoby to toż samo, co je powiększać? Otóż nie mam
zamiaru wydawać się w grę tak niebezpieczną. Zresztą,
na co to wszystko? Właściwie cała nawet obrona moja jest
rzeczą niepotrzebną, zbyteczną. Oskarżeni nie
zapierają istoty czynu. Tak jest, Wysoki Sadzie! Zjedli oni trzy krajanki
sera i cały funt masła. Może nawet więcej niż
cały funt masła, jak utrzymuje strona poszkodowana. Może! Takim
hultajom apetyt służy zazwyczaj wybornie.
Zamilkł, przerzucił głowę na
drugie ramię, a wzrok jego padł na złoty łańcuch
prezydującego.
- Ja. na przykład - mówił dalej - masła
nie jadam wcale; sprawia mi ono gorycz w ustach i palenie w dołku,
podobnie jak i wszelkie inne tłuszcze. Wszelako skłonny jestem
wierzyć, iż takie zdrowe, takie chłopskie, prawdziwą
zazdrość budzące żołądki mogły strawić
funt masła cały albo więcej nieco.
Co jest wszakże rzeczą ciekaw ą i
zastanowienia godną-dodał rzuciwszy głową jak
bilardową kulą na przeciwne ramię - to to. w jaki sposób
masło owo spożytym zostało: z chlebem czy bez chleba? A jeśli
z chlebem, to skąd oskarżeni chleb ów mieli? Bo to, że nie
dostali go w chałupie od matki, jest więcej niż pewnym.
Kto ma teraz chleb w chałupie, moi panowie? Nikt
zgoła! Rok był zły, chybiły żniwa, żyta nic
obrodziły, kartofle wygniły, owsy poczerniały, jęczmiona
zaschły na kłoszeniu, lebioda nawet licha była. gorzka i robaczna.
Urwał, rozciągnął usta,
zwinął je, znów rozciągnął i tak je wykrzywił,
jakby sam owej lebiody próbował i dotąd czuł jej gorycz. Po
chwili mówił dalej:
- W pustych żarnach chłopskich, moi panowie,
myszy gniazda ścielą; baby powymiatały ostatki krup bodni, nie
ruszane dawno dzieże zeschły się po komorach na klepki. Panów to
zadziwia, że mam tak dokładne wiadomości o tym, co się
dzieje na wsi, kiedy chybią żniwa? Jestem syn chłopski, moi
panowie, chłopskie plemię, za pozwoleniem Wysokiego Sądu. i pamiętam
doskonale, jak praży bieda, kiedy żyta nie obrodzą, a ziemniaki
zgniją!
Pierwszy raz w ciągu tej mowy głowę
sprostował nieco i z góry na słuchaczy spojrzał. Zdawało
się nawet przez chwilę, że obojętny wzrok jego zatlił
się wilgotnym żarem. Wnet wszakże przybrał zwykłą
swą postawę i spuściwszy oczy tak rzecz prowadził dalej:
- Nie jest to bynajmniej dla biegu sprawy
okolicznością obojętną, że w takim złym,
niepomyślnym roku na dziesięć chłopskich
żołądków bywa dziewięć pustych, bo jeżeli obronę,
jakiej dostarcza klientowi adwokat. uważam za błahą i
bezużyteczną, to przeciwnie, najwyższe znaczenie przypisuję
temu wszystkiemu, przez co sprawa sama się broni. Jeżeli tedy Wysoki
Sąd uznaje słuszność tej mojej skromnej opinii, to stawiam
wniosek, aby doraźnie wezwać oskarżonych o wyświetlenie
tego ze wszech miar interesującego momentu sprawy. Procedura nic nie
straci na tak małym wyboczeniu i. drogi utartej praktyką, a panowie
przysięgli zyskają niewątpliwie wszechstronniejszy pogląd
na sprawę z punktu pominiętego w pierwiastkowym śledztwie z
godnym pożałowania pośpiechem.
Tu urwał i nagłym błyskiem
zmrużonych oczu uderzył z dołu w inkwirenta, który w tej chwili
zachłysnął się i poczerwieniał jak gdyby pochwycony za
gardło.
To przymówienie się adwokata, nie będące
niemal właściwą obroną, a grożące rozwleczeniem
sprawy nad zakres czasu, w jakim zamierzano ją ukończyć, nie
mogło się, rzecz prosta, podobać nikomu.
Pierwszy woźny objawił niezadowolenie swoje
wzruszając ramionami, parskając z cicha w saperskie, przystrzyżone
wąsy; wszakże uspokoił się natychmiast, a
zagłębiwszy dwa palce w tabakierkę usiłował
ograniczyć swoje poruszenia do jak najmniej widocznych zbliżeń
między tabaką a nosem.
Właściwie co mu było złego
siedzieć tak i słuchać? Co innego, gdyby stał przy
drzwiach, wtedy, oczywiście, należałby do opozycji.
Tymczasem za stołem ten i ów poruszył
się w fotelu w sposób nie pozostawiający żadnej
wątpliwości, że wystąpienie pana obrońcy potępia
i wprost je uważa za niewczesne drwiny.
Skąd znów taka nowa jurysprudencja, żeby
oskarżonych przed ostatnim przymówieniem się do wyjaśnień w
toku rozpraw wzywać? Czy nie jest to samowolność, niczym nie
uzasadniona? Gonienie za pustym efektem? Za oryginalnością?
Niemniej i panowie przysięgli kręcili
się w ławkach jak wijuny, gdy praży słońce.
Dokądże ich, u diaska, trzymać tutaj
myślą? Pula nie rozegrana, szczupak na dziewiątą u Froima,
a tu nowa heca! Na kata się zdała taka robota, kiedy ani
zjeść, ani wypocząć me można swojej porze!
Jeden tylko prokurator patrzył na obrońcę
ze współczuciem, i on wprawdzie uznawał pewną
niewczesność tych rekryminacyj, owszem skłonny był je
uważać wprost za wybieg prawny, ale z drugiej znów strony czuł
się pociągniętym do mówcy tajemną sympatią.
W lot pochwycił pan obrońca ten delikatny odcień
na wyrazistej twarzy prokuratora, a ponieważ pan prezydujący
milczał bębniąc nerwowo o poręcz fotela, co można
było sobie tak i siak tłumaczyć, skłonił się z
lekka ku stołowi i rzuciwszy głową jak piłką z lewego
ramienia na prawe, rzekł:
Pozwalam sobie wniosek mój ponowić i najusilniej
przy nim obstawać. Wysoki Sąd nie może być obojętnym
na korzyści, jakie sprawie przynieść może wyjaśnienie
wskazanego punktu.
Nie jest to jednym i tym samym, czy ser i masło
zjadł ktoś z chlebem czy też zamiast chleba. Na
różnicę tę kładę nacisk. Jest ona ważną,
jest ona decydującą. Gdy zaś ani świeżo ukończone
badanie świadków, ani strona poszkodowana żadnych nie
dostarczyły w tym względzie wskazówek. to jasne, iż trzeba
zasięgnąć wyjaśnień u samych obwinionych. Pan prezes
pozwoli... -dodał skłoniwszy się lekko i zawieszając
głos w oczekiwaniu.
A gdy kategorycznej odmowy nie było, zwrócił
się do stojących poza sobą ławek i w chłopskim
narzeczu Poleszuków krzyknął:
- Chadzicie, rabiata !
Natychmiast w ławkach. które się dotąd
wydawały puste, zakotłowało się. zadudniło od licznych
stóp bosych i z głębi zaczęły się wysypywać
małe, szare postacie.
- Bliże! - zawołał adwokat,
któremu wzrok rozbłysnął nagle. Małe szare postacie
zaruszały się, zakłębiły i posunęły ku
obrońcy krokiem.
- Szcze bliże! - krzyknął
znowu jakimś świeżym, młodym, jak gdyby w polnych rosach
opłukanym głosem. - Szcze bliże !
Wszystkich ich teraz dobrze widać było.
Zapędzili się i stanęli zbici w kupkę jak te owce siwe.
Pięciu ich było.
Chłopcy drobni, przymizerowani, spaleni wiatrem i
słońcem. Najstarszy mógł mieć lat ze czternaście
może. najmłodszy z dziesięć, albo i mniej jeszcze. Ot,
poganiacze wiejscy od gęsi. od cieląt, od drobnego statku, a może
i wprost z chałupy Nisko podcięte, konopiaste i czarniawe grzywy
zakrywały im czoła, policzki mieli śniade, zapadłe nieco,
miny nastraszone i ciekawe.
Na jednych grzbietach wisiały płócienne
świtki, na drugich półkożuszki porwane, różną
nicią szyte: najmłodszy miał tylko siwą koszulinę
pacześną, wypuszczoną powierzch na takież okręcone
sznurkiem u bosych nóg porcięta.
Czapki trzymali w obu rękach, przyciskając
je silnie do piersi; oczy mieli wytrzeszczone, otwarte usta,
wyciągnięte, cienkie jak u wróbli szyje.
Przemówił coś do nich jeden pan zza
stołu. ale nie zrozumieli tego.
Roztargnione ich spojrzenia błądziły po
świetnych mundurach, po złotych ramach wiszącego w
głębi obrazu, zatrzymywały się na dzwonku, |