|
ZA KRATĄ
I
Kiedym przed piętnastu laty zwiedzała
warszawskie więzienia, gmach przy ulicy Złotej nie był jeszcze
wykończony, a oddział karny dla kobiet mieścił się
razem z takimże męskim oddziałem w tak zwanym
"Pawiaku", który wszakże aresztanci i aresztantki z nie znanego
mi powodu powszechnie nazywali "Serbią". Pawiak, vel Serbia,
jest to posępny żółty dom, z wieloma należącymi do
niego budynkami, opasany murem; front jego wychodzi na ulicę Dzielną,
tyły zaś na ulicę Pawią, od której i owa ogólniejsza nazwa
jest wziętą. U furty tego gmachu stanęłam po raz pierwszy w
dzień jesienny, dżdżysty, w towarzystwie jednej z moich
znajomych, która, uzyskawszy odpowiednie pozwolenie władzy, dawniej
już zaczęła odwiedzać więźniów i cieszyła
się nieograniczonym ich zaufaniem.
Trzy czy cztery schodki, do furty wiodące,
zaledwie pomieścić mogły kobiety, które się na nich
cisnęły z węzełkami, tobołkami, garnuszkami,
czekając na tak zwane "widzenie". Kumoszki z miasta,
łatwiej zaznajamiające się z sobą, prowadziły nader
ożywioną gawędkę, przerywaną głośnymi
wyrzekaniami; baby ze wsi przybyłe, odziane w chustki lub fartuchy na
głowę, dumały, podparłszy brodę na rękach,
wzdychające, zawstydzone jakby...
Widzenie udziela się urzędownie raz tylko na
tydzień, w niedzielę; wszakże stan zdrowia uwięzionych lub
odległość zamieszkania przybywającej w innym dniu rodziny
więźnia uwzględnia się dość szeroko i dlatego
też nie ma dnia, żeby schodki owe przez baby oblężonymi nie
były.
Poza furtą niewielka sień, także
najczęściej interesantów czekających pełna; tu w bocznej
ścianie znajduje się okienko komunikujące z kancelarią pana
inspektora i ułatwiające kontrolę przybyłych. Z sieni tej
parę stopni prowadzi na długi korytarz, z którego szereg drzwi
wiedzie do kancelarii, do sali widzeń, do niektórych warsztatów, wreszcie
do mieszkania inspektora. Wprost wejścia prawie, schody na piętra, z
których pierwsze obejmowało podówczas oddział kobiecy. W oddziale
było przeszło sto kobiet, mieszczących się w
dziewięciu czy dziesięciu tak zwanych "kamerach", których
każda ma oddzielne wejście z obiegającego piętro korytarza.
Klucz zgrzytnął kilka razy, dozorca otworzył drzwi wszystkie, a
kamery ukazały mi jednostajne swoje wnętrza.
Pierwsze wrażenie jest dość
niespodziane. Więzienia przywykliśmy uważać jako coś
bardzo ponurego i ciemnego: nie zdziwiłabym się też wcale, gdyby
ściany były odrapane i brudne, okienka małe i nie dające
światła, a barłóg ze słomy i dzban wody dopełniał
tego urządzenia. Jasność więc kamer, ich
czystość, ich obszar uderza czymś nieoczekiwanym. Są to w
istocie dość duże, prostokątne izby z czysto wybielonymi
ścianami i równie czysto utrzymaną podłogą. Dwa zwyczajnej
wielkości, dość rzadko zakratowane okna, wychodzą na
podwórko więzienne i dają światło bardzo dostateczne; w
jednym kącie piec kaflowy, w drugim poskładane jeden na drugim i
pokryte siwymi derami sienniki, dokoła ścian ławy, w
pośrodku rodzaj warsztatu do wyplatania krzeseł
służącego - oto wszystko. Pomimo wszakże tego schludnego
pozoru, a nawet otwieranego ukradkiem lufcika, powietrze jest tak tu, jak i na
korytarzach specjalne, że tak powiem, więzienne, ciężkie,
duszne, jakby przesiąkło zastarzałymi miazmatami, tak że
się trzeba uczyć nim oddychać i dopiero z czasem
nawyknąć do niego można. Pod ścianami na ławach, przy
warsztacie, kilkanaście starszych i młodszych kobiet; dwie czy trzy
karmią żółte jak wosk i obrzmiałe na twarzyczkach dzieci. Siwa,
gruba spódnica więzienna i takiż kaftan - na kilku uwięzionych
tylko. Reszta odziana w suknie własne, których utrzymanie w
całości lub zastąpienie nowymi jest, jak się
przekonałam z czasem, przedmiotem największych wysiłków
aresztantek. Widziałam takie, które miesiącami całymi nie
dojadały, odkładając grosze za chleb na jakąś
chustkę lub kaftan; widziałam fartuchy wycerowane jak siatka
pajęcza, widziałam spódnice, które ujęte igłą w jednym
miejscu, rozłaziły się w drugim, a przecież milsze
były właścicielkom swoim od więziennej odzieży, w
której grubym wojłoku robactwo zagnieżdża się z
niesłychaną łatwością i jest prawie nie do
wytępienia.
Izba, w której zatrzymałam się podówczas
najdłużej i do której najczęściej zachodziłam potem, w
ciągu cotygodniowych, przez rok blisko trwających odwiedzin,
zajętą była przez bardzo interesujące typy. Przede
wszystkim królowały tu dwie siostry, Helena i Waleria War., które
pochodziły z rodziny specjalnie złodziejskiej, czyli z tak zwanej
"złodziejskiej szlachty". Waleria chorowita, blada, wysoka, z
długim wronim nosem i małymi oczkami, z jakimś fałszywym i
brzydkim spojrzeniem, była przedmiotem namiętnego przywiązania
młodszej Heleny, która miała w śniadawej twarzy i niebieskich
oczach wyraz odwagi, szczerości, determinacji i jakiejś dziwnej
pogody. Obie siostry już nie bardzo młode, nie po raz też
pierwszy odsiadywały karę swoją w Serbii. Helena była
już tu coś z czwartym powrotem, Waleria wpierw jeszcze zapoznała
się z więzienną izbą. Tym razem ona to dostała, jak tu
mówią, wyrok; ale Helena przyznała się do uczestnictwa
dobrowolnie, żeby siedzieć z nią razem. Przywiązanie to
wszakże nie przeszkadzało im bynajmniej lżyć się
ostatnimi wyrazami, a nawet drapać przy każdej sposobności i
dopiero wtedy, kiedy je kto rozbroić chciał, obie rzucały
się na rozjemcę, stwierdzając tym sposobem swoją
siostrzaną miłość. Nie wiem, co się działo z
resztą rodziny War., ale widywałam tam ich matkę, staruszkę
siedmdziesięcioletnią może, która je nawiedzała,
błogosławiła i chlubiła się nimi tak, jakby to
były najszlachetniejsze istoty w najwłaściwszym dla siebie
położeniu będące i przynoszące jej
największą pociechę; one też nawzajem odpłacały
jej nadzwyczajną czułością i przywiązaniem. Obie siostry
używały pomiędzy koleżankami wielkiego poważania.
O Waleni mawiano z rodzajem naiwnego podziwu, że
"na wolności miała zawsze dobre zarobki", o Helenie
wiedziano, że jest rezolutna, że w potrzebie za cały
oddział się zastawi i nawet samego "wielmożnego"
się nie zlęknie. "Wielmożnym", tak wprost, bez dodania
tytułu lub wyrazu pan, nazywały aresztantki inspektora swego. "Wielmożny
idzie", "wielmożny kazał", "powiem przed
wielmożnym", oto wyrażenie, które mi się z początku
zdawało dość dzikim, ale do którego przywykłam w końcu
tak, że mnie razić przestało.
Lecz był jeszcze inny powód przewagi sióstr War. Oto
należały one do zastarzałych recydywistek, a sądy, wyroki,
pobyty, dozory, więzienia wreszcie, były dla nich niemal normalnymi
warunkami życia. Etyka zaś Serbii polegała na tym, że o ile
dostające się tam po raz pierwszy klientki lekceważone były
i pogardzane niemal, o tyle wytrawne i wielokrotnie karane używały
powagi i szacunku. "Frajerki" zamiatały i oczyszczały
izbę, szorowały podłogi i nierzadko całowały w
rękę "panie", które traktowały je protekcjonalnie i z
akcentem pewnej wyższości. Zdarzało mi się nawet nieraz
słyszeć, jak zirytowany strażnik wołał na
jakąś krnąbrną nowicjuszkę: "ty frajerko!",
okazując jawnie wzgardę swoją, jako władza, dla tych upośledzonych
istot.
Dwie charakterystyczne cechy zauważyłam w
mieszkankach Serbii: wielkie zdziczenie i wielką naiwność. O
lada co, o słowo, o gest, o spojrzenie - wybucha tam
wściekłość zwierzęca niemal. Złorzeczenia,
klątwy, bójki są wtedy na porządku dziennym, tak pomiędzy
zamkniętymi w jednej izbie, jak i pomiędzy izbami
solidaryzującymi się z sobą. Drzwi, których zamek izbę od
izby dzieli z wewnątrz, wytrzymać muszą wówczas kopania,
uderzenia pięści, drapanie paznokciami, którym to wybuchom dopiero nadchodzący
strażnik tamę kładzie.
Co do naiwności, tę spotkać można
w starych nawet i wytrawnych złodziejkach. Pamiętam, była tam
jedna, Jasielska, która odsiadywała wyrok za kradzież rzeczy
służących do kobiecego ubrania. Otóż opowiadała mi
ona, w jaki sposób tutaj popadła. Jakieś damy, sprowadziwszy
się do Warszawy, rozpakowały swoje kufry w świeżo
najętym mieszkaniu, a że szaf jeszcze nie było, więc rzeczy
rozłożone zostały na krzesłach, stołach itd. Leżało
to tak dzień czy dwa, to jest dosyć długo, aby zwrócić
uwagę złodziei. Jakoż znajoma Jasielskiej i znajomej tej znajomy
zajechali dorożką przed dom, w czasie kiedy damy wyszły, i
wysłali Jasielską na połów.
- Wchodzę ja - proszę pani - a tu tyle
śliczności, że nie wiedzieć, na co wpierw patrzeć. Biorę
j a wsypkę jedwabną, co też tam leżała, i pcham w
nią, co się mieści; niosę raz na dół - nic, niosę
drugi raz - nic, niosę trzeci raz, aż tu mnie stróż pyta: co to
pani tak spaceruje po tych schodach? A ja mówię: To te panie, co
przyjechały, sprzedają niepotrzebne rzeczy, więc ja kupuję.
I dobrze. A był tam kapelusz aksamitny z piórem. Ledwośmy do domu
wrócili i rzeczy dobyli, a ta niegodziwa mówi: kapelusz mój. A ja mówię:
nieprawda, bo mój. Tak oni zaraz na mnie we dwoje; pobili mnie, pokaleczyli,
wypchnęli i pół rubla za mną jak za psem cisnęli. Aż
tu niedługo robi się gwałt na mieście; lokaja wzięli,
stróża wzięli. Jak zaczęli szukać, jak zaczęli
trząść, tak znaleźli rzeczy u paserki na Pradze. Od jednego
do drugiego, wszystko się wydało. Zabrali ich dwoje, zabrali i mnie. Tak
potem, jak przyszła ta sprawa, prowadzą mnie do sądu. Patrzę
ja, aż tu rzeczy precz porozkładane, a w sądzie pani i panna
takie śliczne, jak te anioły z nieba, aż płaczą, tak
proszą za mną. Panie sędzio, panie dobry! patrz pan, jaka ona
młoda! poprawi się jeszcze, wypuśćcie ją, może
głodna była, może z biedy... My już i tak mamy, co nasze,
odpuśćcie jej, chociaż jej tylko! Tak już te panie
proszą, tak się modlą, aż mi się serce kraje! A
sędzia nie i nie.
Aż tu znów starsza mówi: "Panie sędzio!
Tam w biurku u mnie leżało trzydzieści tysięcy rubli, a
przecież ich nie wzięła". - Jak ja to usłyszę,
proszę pani, jakby we mnie piorun trząsł! To ty, głupia,
myślę sobie, za gałgany chwytałaś, a nie
zajrzałaś, co było w biurku. Myślałam, że trupem
padnę...
Otóż to taka mieszanina naiwnej skruchy i
chciwości złodziejskiej jest charakterystycznym ich rysem.
Żadna z uwięzionych nie wyraża się
inaczej o sobie, jak tylko że "popadła" w
nieszczęście. Zupełnie jakby nie czuły ani udziału
woli w swoich czynach, ani też moralnej za nie odpowiedzialności.
Wyjątkiem świetnym pod każdym
względem była małorosjanka, Kazarynowa, przez długi czas
"niania" w jakimś zamożnym domu, a potem za kradzież
brylantów w jubilerskim sklepie na siedm lat więzienia skazana.
Cicha, spokojna, zawsze niezmiernie schludnie w
czarnej sukni i białym czepeczku wyglądająca, nie podnosiła
prawie oczu od szybko robionej cienkiej pończoszki. Pięć lat
już siedziała tak w tym samym miejscu, pod oknem w rogu ławy,
schylając swoją bardzo miłą i bladą twarz nad
robotą. Kiedy inne narzekały, wypierały się,
przeklinały, ona zawsze z niezmienną słodyczą mawiała:
"Źle się zrobiło, trzeba znosić, co Bóg
dał". To była filozofia, która jej dawała dziwną
pogodę i otaczała kącik jej spokojem, wtedy nawet, kiedy
cała izba wrzała jakąś burdą.
Ale nie tylko uczucie nienawiści było tam
silnie napięte; toż samo działo się z uczuciem
miłości. Każda aresztantka, czy starsza czy młodsza,
miała swego wielbiciela; nawet zupełnie stare kobiety nie były
wyłączonymi od pocisków Amora. Zdaje się nawet, że był
to jeden z powodów, który, obok szczupłości pomieszczenia,
skłonił władze do otworzenia karnego oddziału dla kobiet w
osobnym gmachu i na innej zgoła ulicy.
Miłość w Serbii zawiązywała
się jak wszędzie nie wiedzieć z czego. Przy więzieniu
był ogródek, do którego wypuszczano aresztantki w południe, na
ogródek wychodziły okna z męskiego oddziału, i tutaj to
prawdopodobnie, podczas tych południowych przechadzek, pierwszym
pośrednikiem bywał zmysł, "który kochać przymusza".
Aż dotąd rzecz zwykła. Ale objawy tej miłości
miały odrębny swój i godny uwagi charakter.
Kiedy więzień upatrzył sobie
bogdankę, posyłał jej, mniejsza o to jaką drogą, nowe
trzewiki. Były to jakby oświadczyny afektu. Jeśli afekt był
podzielany, bogdanka przesyłała parę skarpetek przez siebie
zrobionych, jako odpowiedź uczuciom zakochanego przychylną. Ale
był to dopiero wstęp niejako, preludium miłości. Trzeba
było bogdance pokazać, że się jest dzielnym chłopem,
który wszelkiej przygodzie dotrwa i dostoi. W tym celu zakochany szukał
zaczepki z pierwszym lepszym towarzyszem, a czasem i bez zaczepki dawał mu
pięścią w kark lub między oczy; hałas sprowadzał
strażnika, zakochany rzucał się na niego jak lew, rwał na
nim ubranie, walczył i dopiero siłą większą pokonany,
szedł na dwa tygodnie do ciemnej. Ciemna -jest to komórka sklepiona
w piwnicach, bez podłogi, i z okienkiem tak małym, że dnia
prawie nie dopuszcza, a takie w niej zimno nieznośne, nawet latem, że
kiedym raz odwiedzała zamkniętą tam penitentkę, która
koleżance swojej zrobiła dziurę w głowie szydłem przy
wyplataniu krzeseł, to już po półgodzinie febra mnie
trzęsła. Tapczan przy tym bez siennika, obostrzenie postu - oto
ciemna.
Zakochany nasz jednak idzie tam na dwa tygodnie jak na
bal: głowa do góry, spojrzenie wyzywające. Nie prosi o ulgę, nie
prosi o skrócenie terminu, choćby nawet wiedział, że mu to
udzielonym będzie. Przez cały ten czas wybranka jego serca chodzi z
dumnie podniesionym czołem, nastręcza się strażnikom ze
swymi aroganckimi minami, z najwyższą wzgardą spogląda na
tak zwane "plastry", to jest na trwożliwe i uległe
koleżanki swoje, samemu nawet ,,wielmożnemu" śmiało w
oczy patrzy. Upływa wreszcie termin ciemnej, a zakochany bohater staje
się na pierwszej przechadzce w ogródku przedmiotem powszechnej owacji.
Ale i kobieta chce okazać, że wcale nie
ustępuje wybranemu co do wielkości serca i odwagi. Nie czekając
tedy, daje w twarz którejkolwiek z towarzyszek, rzuca się na
rozbrajającego je strażnika i naturalnie idzie także do ciemnej,
odbyć swoją kolej, harda, nieugięta, nie prosząca o nic, i
mężnie wytrzymuje swoje dwa tygodnie. Po takim eksperymencie
następuje pomiędzy tym dwojgiem jakby jakiś sakramentalny
związek serc, który rzadko kiedy zrywanym bywa, a otoczony jest szacunkiem
towarzyszy i towarzyszek. Pierwszym, który ten rodzaj mistycznego ślubu
dusz wprowadził w użycie w Serbii, był Józiek Kamieniarz,
kochanek Heleny War. za jej młodych lat jeszcze. Byliby się oni nawet
na dobre pobrali, tylko tak im jakoś zawsze wypadało, że albo
jedno, albo drugie siedziało w więzieniu, albo wreszcie oboje razem. Poszedł
raz nawet Józiek Kamieniarz na Sybir, a chociaż w tym czasie Helena nie
naśladowała Penelopy zbyt ściśle, za złe jej tego nie
miał i z dobrym sercem do niej powrócił, bo wiedział, że
ona o nim tylko myśli, tak jak i on o niej.
II
Nigdy nie zapomnę ranka spędzonego w
więzieniu 25 grudnia 1882 roku. Oddział karny nie miał przedtem
kaplicy. Aresztantki chodziły wprawdzie niekiedy słuchać mszy w
oddziale śledczym przy ul. Długiej, ale ponieważ na
nabożeństwo takie trzeba było pod strażą przez ulice
iść, wymawiały się od tego jak mogły, tak że
niejedna całymi latami we wspólnej modlitwie udziału nie brała. Otóż
kilka osób dobrej woli postanowiło urządzić ołtarz
więzienny w samej Serbii, a ponieważ miejsca na kaplicę nie
było, ustawiono go na korytarzu, wprost schodów, wiodących do izb
kobiecego oddziału. Jeden z młodych naszych malarzy, p. St. R.,
odznaczony złotym medalem uczeń petersburskiej szkoły sztuk
pięknych, wymalował Madonnę Łaskawą, która wszystkim
do serca przypadła. Była to dziewicza postać w białej
szacie, wyciągająca ręce do cisnących się u stóp jej
nędzarzy. Formalności natury duchownej i świeckiej
zajęły bardzo dużo czasu. Schodziły komisje, mające
ocenić, czy miejsce na ołtarz właściwie jest obrane,
zwlekano wydanie mensy, przypatrywano się, mitrężono po naszemu
na wszelki sposób, aż wreszcie wszystko było skończone,
załatwione i pierwsza msza odbyć się miała w dzień
Bożego Narodzenia. Kiedym weszła, korytarz był już
pełny. Dwa okienka, znajdujące się na dwóch jego
przeciwległych krańcach, oświetlały z jednej strony
zbitą masę pogolonych głów męskich i więziennych
siermięg, z drugiej zastęp klęczących kobiet.
Z boku umieszczono melodykon, na którym,
zastępując organistę, grał sam ,,wielmożny", a
przed ołtarzem stał trzęsący się, zgarbiony
ksiądz siwy, który głową chwiał tak, że mu słowa
na zapadniętych ustach rwały się i ginęły w
recitativach żałosnych, bardziej do jęków podobnych niżeli
do śpiewu.
Tuż zaraz na prawo, z niezmąconą w
twarzy pogodą, klęczała na czele kobiet Helena War., która
się w ciągu dni kilku wyuczyła ministrantury i donośnym,
czystym śpiewem podtrzymywała, owszem, zagłuszała niemal głos
jakiegoś wyrostka do mszy służącego, a nawet ten
ochrypły dzwonek, który mu w ręku kołatał.
Wszyscy byli dziwnie wzruszeni. Na wielu apatycznych
twarzach znać było jakiś niepokój; wiele kobiet
przylgnęło piersiami i obliczem do ziemi, załamane ręce
trzymając przed sobą na podłodze; inne, wpatrzone w obraz,
zdawały się być pod wpływem niespodziewanego uroku. Nie
brakło i takich wprawdzie, które klęcząc zrazu, posiadały
potem na piętach i albo o mur oparte drzemały, albo też
bezmyślnie wodziły dokoła oczyma; ogół wszakże, a i o
mężczyznach tu mówię, był poruszony, niespokojny,
wstrząśnięty. Po takiej to mszy, wśród tego tragicznego
tłumu zabrzmiała nagle z kilku setek piersi stara, wszystkim znana
kolęda: "Bóg się rodzi, moc truchleje..." Zdawało
się, iż pieśń przelewa się wierzchem przez te
wszystkie serca. Śpiew grzmiał jak wołanie otchłani,
niepowstrzymany, namiętny, wysilony boleśnie...
Ale przy trzeciej już strofie zaczęło
głosów ubywać, potem się tu, to tam odezwało stłumione
łkanie, aż wreszcie buchnął taki płacz, taki jęk,
że sam "wielmożny" takt zgubił w przygrywce, jakby mu
ręce zadrżały, a stary, siwy ksiądz, co przed ołtarzem
klęczał, podniósł w górę trzęsące się
dłonie, a głowę schylił nisko, jakby miał objawienie
tej niezagasłej mimo wszystko iskry człowieczeństwa, która pod
tymi guniami więziennymi tli przysypana popiołem długoletniej
poniewierki, a rozdmuchnięta nagle powiewem uczucia wybucha
niepowstrzymanie.
Odtąd niedziele były mniej posępnymi w
Serbii. Młodsze z uwięzionych jedna przez drugą wyuczyły
się różnych pieśni; po mszy bywała nauka, niekiedy bardzo
niedołężnie, przyznać trzeba, wypowiedziana; melodykon
także stanowił pewne urozmaicenie; a wszystko to dawało na
resztę dnia przedmiot rozmowy choć cokolwiek spokojniejszej,
kojącej te rozdrażnione umysły względną pogodą.
Uwięzione nazywały zwykle towarzyszkę
moją "pani hrabina", co w ich przekonaniu i najwyższym
zaszczytem było, i najlepiej malować miało ich uczucie
wdzięczności dla osoby, która była prawdziwie ich
opiekuńczym aniołem.
O mnie zaś, która im tyle dobrego zrobić nie
mogłam, mówiły po prostu "nasza pani" i lgnęły do
mnie dość łatwo.
Nie wszystkie jednak. Od dawna już
uważałam, że jedna z aresztantek, niemłoda, z wiejska
ubierająca się kobieta, trzyma się zawsze w pewnym oddaleniu,
stojąc lub siedząc skulona pod piecem. Widziałam wszakże,
iż od czasu do czasu zwraca głowę i słucha, co mówię z
innymi.
Była to Szymczakowa, znana z procesu o liczne
dzieciobójstwa, wspólniczka Szyfersowej, która wcześniej jakoś
umiała się uwolnić z więzienia. Cały oddział
miał Szymczakową w pogardzie; a inspektor nie wiedział, gdzie i
jak ją pomieścić, bo żadna z aresztantek przy jej tapczanie
siennika swego położyć nie chciała. Utrzymywały,
że po nocach nie sypia, że stęka, zrywa się, że przez
sen gada. Powoli też ona sama usunęła się od wszystkich, a
zaciągnąwszy tapczan swój pod piec, trawiła w tym kącie dni
całe, siedząc skulona i łatając wory.
Była to ohydna baba. Tęga, barczysta,
dość słuszna, twarz miała ospowatą jakby, z której
dawna czerwoność przeszła w jakiś żółtoceglasty,
brudny odcień; kości twarzy tej były nadmiernie wystające,
szczęki ogromne. Pod niskim, zachmurzonym czołem oczy małe,
ponure, czasem jakby martwe, to znów latające, niespokojne, przestraszone
jakieś. Była to jedyna z aresztantek, która przez ten rok cały
nie przemówiła do mnie ani słowa.
Ja też nie
szukałam zbliżenia. Powiem nawet, że czułam do niej
jakiś wstręt, jakąś odrazę. A nie tylko ja.
Towarzyszka moja, pomimo wielkiej swojej słodyczy i dobroci, także
nie zbliżała się do Szymczakowej nigdy, odpychana jakby
obawą jakąś. Tak upłynęło parę
miesięcy.
Póki jeszcze
więziennego ołtarza nie było, niedzielne ranki przechodziły
zwykle w ten sposób, że opowiadałam aresztantkom coś stosownego
dla nich albo z Ewangelii, albo z dawnych dziejów, a już z tego
wywiązywały się potem długie rozmowy, w których i starsze,
i młodsze chętny brały udział, siedząc około mnie
na ławach, na podłodze, skupione, cisnące się, zadumane
nieraz. Uważałam, że najchętniej mówią o
dzieciństwie swoim i o młodych latach. Zdawałoby się,
że te sponiewierane istoty mimo woli wracają myślą do
chwil, w których jeszcze występnymi nie były. Mówiłam tedy z
nimi o ich rodzinie, o rodzinnym miejscu, przypominałam im wieś, las,
pole, żniwa, szkółkę. Nieraz też słuchałam
opowiadań, które się zaczynały od kłamstw i wykrętów,
a kończyły nierzadko we łzach i w prostocie słowa.
Większa
część aresztantek lubi mówić dużo i mówi wcale
gładko; niektóre z nich okazują wielką chętkę do
książki i wszelkich opowieści słuchają chciwie.
Dopytują się też gorliwie bardzo o to, co się dzieje
"na świecie", a nawet politykują. Co prawda, polityka ta
obraca się zwykle w sferze przewidywań nadzwyczajnych jakichś
wydarzeń i płynących z nich manifestów, które by skróciły termin
ich kary.
Jest zwykle "w
kamerze" jedna lub dwie polityczni takie, które kombinują wypadki
europejskie w sposób najpocieszniejszy, podczas kiedy inne słuchają
ich z otwartymi z podziwu ustami, a wszystkie te kombinacje zawsze
wypadają w ten sposób, że czy tak, czy owak, manifest musi
przyjść i wyroki zmniejszone będą.
Zdarzyło się
raz, że przyniosłam z sobą Zachwycenie Lenartowicza i
czytałam głośno. Zeszła się kobiet pełna izba i
słuchały z wielkim zajęciem, które się objawiało
głośnymi westchnieniami. Aż kiedy przyszło miejsce o owych
nie chrzczonych dzieciątkach, które się po otchłaniach
tułają, nie mogąc zaznać spokoju, ruszyła się ku
ogólnemu zdziwieniu Szymczakowa spod pieca i ciężkim krokiem, jakby
ją kto po niewoli ciągnął, przyszła
usiąść tuż przy moich nogach. Padła raczej niż
usiadła i wielką swoją głowę, związaną w
czerwoną chustkę, położyła mi na kolanach.
Muszę wyznać,
że wzdrygnęłam się mimo woli. Głos mi się
targnął, gorąco uderzyło do twarzy. Przemogłam
się przecież i, nie przerywając czytania,
położyłam rękę na tej wielkiej, ciężkiej
głowie. Wkrótce uczułam, jak się ten kolos, oparty o mnie,
zaczął spazmatycznie wstrząsać, a kiedy po kwadransie
jakimś czytanie się skończyło, podniosła się
Szymczakowa ciężko, sieknęła tak, jakby wielki
ciężar dźwigała, i powlokła się pod piec na
zwykłe miejsce swoje. A ja wtedy zobaczyłam, że mam suknię
od łez jej mokrą.
Odtąd często
tak przychodziła siąść na podłodze przy mnie, i ja
też nieraz jeszcze kładłam rękę na tej potwornej
głowie, i nieraz czułam, jak się te szerokie piersi
wstrząsają u moich kolan jakimś wewnętrznym płaczem,
ale ani ja, ani ona nie przemówiłyśmy nigdy do siebie.
Najmłodszymi z
uwięzionych były wówczas: Leosia, szesnastoletnia może
dziewczyna, która wszakże przeszła już całą
szkołę ulicznego zepsucia, tudzież Mańka, mająca
może lat ze czternaście, która od rodziców uczciwych, pracy
rzemieślniczej oddanych, uciekła, aby kraść, jak ptak
ucieka, aby latać. Wesoła, sprytna, śmiejąca się
szarymi oczyma i zielonkawą, chudą bardzo twarzą, od szajki do
szajki złodziejskiej wędrowała tak, jak od terminu do terminu.
Dla jednych kradła pieniądze, dla drugich odciskała zamki, co
kto chciał. Kochanka też miała już, niewiele starszego od
siebie. We dwoje biegali kraść tak, jak inne dzieci w ich wieku
biegają gonić motyle. W żadnej z najzatwardzialszych złodziejek
nie widziałam tyle czelności, ile w tej zgubionej Mańce.
Graniczyło to niemal z niewinnością, takie było jakieś
dziwnie naturalne, przyrodzone jakby. Co się z nią stało - |