|
Jak potoczyła się i toczy soborowa
reforma nad Wisłą? Kościoły na Zachodzie, wprowadzając
soborowe reformy dużo mniej roztropnie, nierzadko jakby na skróty,
w wielu punktach poniosły wielkie szkody, ich sytuacja w niektórych
przypadkach stała się tragiczna. U nas przezornie wybrano drogę
okrężną, metodę drobnych kroków. Wbrew pozorom i
utyskiwaniom niepoprawnych malkontentów, tego, co osiągnięto
na tej nierychliwej drodze, nie sposób przecenić. Udało się
strukturalnie - bez większych problemów - wprowadzić reformę
liturgiczną, powstało wiele ruchów i wspólnot kościelnych,
tysiące świeckich zdobywa formację teologiczną na wielu
wydziałach teologii, od czasów Soboru powstały trzy pełne
przekłady Pisma Świętego. To naprawdę wiele, a można
by wydłużyć listę tych osiągnięć. Niemniej
metoda drobnych kroków - bez choćby odrobiny szaleństwa - często
niepostrzeżenie przeradza się w dreptanie w miejscu. "Kto (zaś)
stoi w miejscu, ten się cofa" - mawiał święty
Augustyn. Trzeźwą prawdę słów Ojca Kościoła
i zarazem - mimo osiągnięć - mizerię soborowego przełomu
na naszej ziemi zobaczyliśmy w losach II Synodu Plenarnego Kościoła
w Polsce. Synod z założenia miał inspirować gruntowną
odnowę życia kościelnego w duchu - oczywiście - Soboru
Watykańskiego II. Swój najgłębszy sens miał czerpać
z zaangażowania weń jak największej rzeszy wierzących. Tymczasem
w ciągu dziewięciu lat (!) trwania przyciągnął serca i
ręce niewielkiej liczby katolików. W synod nie zaangażowało
się - z grubsza biorąc - dwie trzecie parafii. Jedną z głównych
przyczyn tej sytuacji jest bez wątpienia fakt, że korzenie Soboru
Watykańskiego II tkwią bardzo płytko w ziemi naszej wiary i Kościoła.
Mało znamy jego nauczanie i ducha. Ale nawet, gdyby ktoś zechciał
je poznać, na przeszkodzie stanie... brak odpowiedniej literatury. "U
nas - pisze z pasją ks. M. Starowieyski - przez całe lata
tekstów soborowych było jak na lekarstwo, teraz z rzadka się
pojawiają w kiepskim przekładzie (...). Ta sprawa jest jednym z największych
skandali katolickich naszego wieku w Polsce". Nie mamy w Polsce też
komentarzy dokumentów soborowych, a jedyny, jaki powstał z
inicjatywy świeckich, pt. "Dzieci Soboru zadają pytania"
(Biblioteka "Więzi"), chociaż - jak twierdzą fachowcy
- bardzo dobry (!), nie cieszy się większym zainteresowaniem, nawet
osób w szczególny sposób odpowiedzialnych za soborowe
reformy. Lektura dokumentów Soboru nie jest łatwa,
szczególnie dla niewtajemniczonych w arkana teologii. Bez mądrego
komentarza wielu może "połamać sobie na nich zęby".
Lekturę tę utrudnia fakt, że posoborowe nauczanie Kościoła
i teologii w wielu punktach poszło dalej niż Sobór. On nie
rozwiązał wszystkich problemów, wielu tylko dotknął,
postawił pytania, zarysował kierunek, w którym trzeba iść.
Wielkość Soboru polega przede wszystkim na tym, że dał początek,
że odważnie otworzył przed wiarą drzwi, często w
nieznane. Czas i życie wierzących i Kościoła mają
kontynuować soborowe dzieło. Lektura dokumentów Soboru nie może
się obejść bez mądrych przewodników, soborowych
mistrzów. Tak trudno jednak ich znaleźć. To prawda, że doświadczenie
Kościoła na Zachodzie pokazuje, jak bardzo dramatyczna, a nierzadko
tragiczna, może być przygoda z Soborem. Widok tragedii często
paraliżuje. Czy jednak to powinno odbierać nam odwagę podjęcia
ciężaru, ale i piękna przygody wiary, jaką na nowo odkrył
Sobór? Kiedy patrzę na Kościół w Polsce, odnoszę
wrażenie, że jest w nim za mało soborowej odwagi, np. w budzeniu
i kształtowaniu kościelnej samoświadomości wierzących świeckich.
Czy to nie brak odwagi sprawia, że tak rzadko mają oni szansę
realnego współdecydowania o losie Kościoła? Czy nie
brakuje odwagi w przywracaniu kobietom właściwego im miejsca w Kościele,
w otwieraniu się na ekumenizm...? Jezus mówił do
uczniów i uczennic: "Nie lękajcie się!". Słowa
te stały się mottem Soboru Watykańskiego II. Jeśli będziemy
wierni jego duchowi, możemy być pewni, że dramat czy przygoda
wiary w dzisiejszym świecie nie muszą okazać się tragedią.
Ale bez odwagi o tym się nie przekonamy.
|