W teologii chrześcijańskiej ta
dziedzina refleksji nosi nazwę „eschatologia”. Od dwóch greckich słów: „ta eschata” — rzeczy ostatnie oraz „ho logos” — słowo, mowa, nauka.
Eschatologia jest więc etymologicznie i dosłownie „nauką o rzeczach ostatecznych”, czyli o śmierci
i zmartwychwstaniu, o powtórnym przyjściu Chrystusa i sądzie,
o niebie, czyśćcu i piekle. Eschatologia jest nauką teologiczną,
czyli pierwszorzędnie mówi o Bogu („teo-logia” = „nauka o Bogu”). Mówi
zaś ona o Bogu to, co jest ważne dla zbawienia człowieka, czyli
jest również nauką o człowieku w jego relacji do Boga.
Eschatologia więc, jeśli ma być — a powinna! — częścią autentycznie chrześcijańskiej
teologii, musi być nauką nie tyle o „rzeczach”, co o Osobach. O Osobach Boskich i ludzkich, to znaczy o
Bogu i człowieku, o ich prowadzącej do zbawienia świata relacji.
Zasada prymatu osoby nad rzeczą jest ważna również w
eschatologii, czyli w szukaniu teologicznego uzasadnienia dla nadziei — jako
ostatecznej prawdy o przyszłości człowieka i świata.
Bo eschatologia jest głównie teologią
nadziei. Nie jest tym, za co się ją czasami bierze: nie jest
thrillerem z chrześcijańskimi rekwizytami w tle, ani tym bardziej
horrorem, ani też melodramatem z happy endem. Nie jest również
czymś w rodzaju science fiction dla wierzących prostaczków.
Nie jest futurologią ani gdybologią, ani zbiorem powiastek o duchach
i straszydłach. Nie jest zbiorem reportaży „stamtąd”, „z drugiej strony czasu”; nie jest datowaniem końca świata. W ogóle nie jest zręcznym
maskowaniem niewiary w niepojętość Boga, czyli nie jest
udawaniem, że wiemy więcej na temat naszej pozaziemskiej przyszłości,
niż zechciał nam objawić Bóg. Nie jest też
eschatologia ani kijem („będziesz niegrzeczny — pójdziesz do piekła”), ani marchewką („będziesz grzeczny — pójdziesz do nieba”) dla dzieci małych i dużych. Nie jest ona również w żadnym
wypadku głupawym optymizmem bez głębszych podstaw, czy to w
wersji polskiej („jakoś to będzie”), czy lewicowo-globalnej („istnieje stały postęp i idziemy
ku świetlanej przyszłości ludzkiego rodzaju”). Bo tego rodzaju optymizm z niezwykłą łatwością
i historyczną regularnością zamienia się w najczarniejsze
odmiany rozpaczy.
Chrześcijańska eschatologia jest teologią
nadziei o fundamencie trwalszym niż doczesność i przemijanie,
fundamencie osadzonym w tym, co wieczne i nadprzyrodzone. Co jest zresztą
zgodne z najgłębszymi pragnieniami i intuicjami człowieka,
które wynieśliśmy „z Domu” (Domu
Ojca, skąd pochodzimy), a które odcisnęły na kruchej
glinie naszego bytu palce Stwórcy-Miłości:
(...) cokolwiek robimy, Pragnąc, kochając, posiadając, cierpiąc, Jest zawsze tylko tymczasem, Bo musi gdzieś być inne, prawdziwe i stałe.
Ale prawdziwa i stała, wieczna i
nieutracalna, nieskończenie szczęśliwa miłość nie
jest osiągalna — uczy chrześcijaństwo — obok konkretu życia, czy też zamiast kruchej i śmiertelnej
doczesności. To byłoby właśnie złudzeniem i fałszem,
niszczącą nieprawdą, sekciarskim (np. Świadkowie Jehowy) bądź
ideologicznym (marksizm) budowaniem raju na ziemi (w gruncie rzeczy jest to
zawsze nie budowa raju, ale wieży Babel i domu na piasku). Byłoby też
jawną bądź zakamuflowaną pogardą dla doczesności,
nieskończenie obcą chrześcijaństwu, które jest „religią uziemioną” dzięki Tajemnicy Wcielenia. Więc
nigdy obok i nie zamiast realiów życia — powtarza chrześcijaństwo; prawdziwa nadzieja naśladuje
paschalność „ruchu chrystologicznego” i z niego się bierze — zmartwychwstaje się z krzyża.
|