Piłat
patrząc na Jezusa ubiczowanego, krwawiącego i sponiewieranego, nagle dowiaduje
się, że „On czyni siebie królem”. Pyta Go więc, czy to prawda. Jezus odpowiada: „Tak, jestem królem... Królestwo moje nie jest z
tego świata”. Prawda ta dla wierzących jest
oczywista. Chrześcijaństwo ma wymiar eschatologiczny. Jeśli
Bóg jest wieczny, a my jesteśmy nieśmiertelni, to istnieje
jeszcze inny świat, niematerialny, w którym będziemy
istnieć, ale w innej naturze. Święty Paweł w Pierwszym
Liście do Koryntian stwierdza, że gdyby to nie miało być prawdą,
bylibyśmy na tej ziemi ludźmi najbardziej oszukanymi, niemądrymi
i nieszczęśliwymi.
Tygodnik „Focus” opublikował przed paroma laty
ankietę z pytaniami, czego obywatele społeczeństwa dobrobytu
mogą jeszcze oczekiwać od życia. Były także pytania o
wierzenia religijne, transcendencję, życie pozagrobowe. Przeszło
60 proc. respondentów odpowiedziało, że wierzy w Boga, ale
tylko 18 proc. wierzyło w życie pozagrobowe. Większość
była z życia zadowolona, a jeśli czegoś pragnęli, to
dalszych sukcesów, zdrowia i pogodnej starości. Praktykami
religijnymi specjalnie się nie przejmowali.
Cywilizacja zachodnia
wzniosła się na wyżyny dobrobytu materialnego, jakiego ludzkość
nigdy wcześniej nie osiągnęła. Dobrobyt ten
niewątpliwie ułatwia ludziom życie, ale rodzi także
pogoń za pieniądzem, pęd do konsumpcji i przyjemności. Dla
biznesu Bóg jest nieistotny. Nie potrzeba Go, by osiągnąć
sukces ekonomiczny. Człowiek w swych myślach, pragnieniach i
wyobrażeniach coraz mniej wybiega poza świat materialny, w transcendencję.
W miejsce Boga stworzył sobie różnych bożków i
uprawia ich kult — kult dobrobytu, pieniądza, przyjemności,
zdrowia, młodości.
A jednak żyjemy w cieniu
śmierci. Psalmista mówi, że żyjemy siedemdziesiąt czy
osiemdziesiąt lat, a to wszystko i tak utrudzenie, znój i
cierpienie. W końcu każdy musi stąd odejść.
Jak kruche i złudne jest
szczęście materialne, pamiętają ci, którzy na
własne oczy oglądali ruiny i zgliszcza Europy po drugiej wojnie
światowej. Nikt nie chce, by tą drogą ludzkość
miała znów sobie przypomnieć, jaka jest właściwa hierarchia
wartości na tej ziemi. Dlatego nie można żyć iluzjami i
trzeba wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy. Jesteśmy coraz bardziej „zakładnikami” wytworów
tego świata, nastawionego na zachłanne konsumowanie i rozrywkę,
a to może prowadzić do dehumanizacji i samounicestwienia.
Bóg, przychodząc
na świat w postaci małego bezbronnego dziecka, chciał pokazać,
że nie jest pozaświatowym Absolutem, że krucha ludzka kondycja
jest mu bardzo bliska. Zainteresował się nawet warunkami, w jakich
człowiek egzystuje na ziemi i opowiedział się bezapelacyjnie po
stronie najbiedniejszych i wydziedziczonych. A jeśli będzie
kiedyś ludzi surowo rozliczał, to przede wszystkim tych,
którzy krzywdzą innych.
O naszej
śmiertelności jesteśmy wszyscy przekonani, tego nie trzeba udowadniać,
ale Jezus, stając przed Piłatem, stwierdził jasno, że
śmierć nie jest końcem, że Jego królestwo jest po
tamtej stronie, a mieszkań w nim jest wiele.
Chrześcijaństwo nie
neguje doczesnych wartości, ale chce je traktować jako pewnego
rodzaju „narzędzie”,
które — jeśli zostanie dobrze
wykorzystane — może przyczynić się
do wzrostu dobra w świecie. Optymizm naszej religii rodzi się przede
wszystkim z szukania wartości duchowych oraz szczęścia
wewnątrz, a nie na zewnątrz człowieka. Dopiero wtedy to, co
doczesne, może doznać pewnego rodzaju przebóstwienia. Tajemnica Wcielenia o tym nam przypomina.
|