|
Jak zatem ma się sprawa z tezą
nihilizmu, głoszącą, iż Bóg nie stanowi możliwego
tematu dociekań filozoficznych? Istota filozofii, przejawiająca się
w jej długich dziejach, ewidentnie pozwala pokazać coś zupełnie
przeciwnego. Filozofia z dawien dawna ma za przedmiot ogół
bytów, który rozważa, jak formułuje to Arystoteles, po
pierwsze pod kątem jego bycia, po drugie pod kątem jego
"pierwszych podstaw i źródeł"6. To
ukierunkowanie filozofii utrzymało się także w jej późniejszych
dziejach. Jeszcze dla Schellinga filozofia jest "nauką,
która... wszędzie zdąża ku ostatecznym podstawom"7.
Pytanie o pierwsze i ostateczne podstawy i źródła prowadzi z
wewnętrznej konieczności do głębszego pytania, a mianowicie
pytania, czy istnieje coś absolutnie pierwszego, stanowiącego o
wszystkim, co można określić jako byt. Od początków
filozofii ów absolutnie pierwszy element zwykło się nazywać
"pierwiastkiem boskim" czy też "Bogiem". Pytanie o
Boga należy zatem niezbywalnie do filozofii, ba, wyrasta z samego jej
serca. Już pobieżne przypomnienie istoty filozofii jest więc
zdolne odeprzeć atak nihilizmu na teologię filozoficzną.
Potwierdza to rzut oka na dwa i pół
tysiąclecia dziejów filozofii. Problematyka Boga zajmuje w nich
dominującą pozycję. Najwcześniejsi filozofowie poszukiwane
przez siebie źródło wszelkiego bytu widzą w świetôle
esencjalnych znamion boskości. Platon lokuje idee w wymiarze
boskim. Pierwszy, nieporuszony poruszyciel, którego Arystoteles ujmuje
jako źródło wszelkiego bytu, zostaje przezeń explicite
określony jako "Bóg"8. O teologicznym charakterze
filozofii późnoantycznej nie ma potrzeby wspominać. Nic
dziwnego również, że problem Boga stanowi ośrodek
filozofii określonej przez chrześcijaństwo. "Prawdziwy
filozof", powiada Augustyn, jest "miłośnikiem Boga"9
; według Tomasza z Akwinu cała filozofia jest "przyporządkowana
poznaniu Boga"10. To samo dotyczy filozofii czasów nowożytnych,
które często widzi się nazbyt jednostronnie jako okres
zaufania do samego ludzkiego rozumu. Już pierwszy wielki reprezentant nowożytności,
Kartezjusz, musi się upewnić co do Boga jako gwaranta prawdy, by
móc na powrót odzyskać pewność, utraconą w
wyniku radykalnego wątpienia. Dla
Spinozy w istocie nie ma niczego poza Bogiem. Leibniz uznaje rzeczy za
"wybłyski" bóstwa11. Nawet Voltaire i Rousseau
pokusili się o dowody na istnienie Boga. Kant wśród
"nieuniknionych zadań czystego rozumu" wymienia na pierwszym
miejscu pytanie o Boga12. Wreszcie myśliciele niemieckiego
idealizmu dają najdobitniejszy wyraz teologicznej istocie filozofii. Dla
Fichtego filozofia jest "teorią Boga czyli teorią nauki"13;
dla Schellinga natomiast "nieustannym dowodzeniem [istnienia] Boga"14;
Hegel stwierdza wręcz: Bóg jest "jednym jedynym przedmiotem
filozofii... Stąd filozofia jest teologią"15. Gdy
przybliżamy się do czasów współczesnych, obraz
zdaje się wszakże zmieniać. Ale również i dzisiaj
spotyka się doniosłe projekty filozoficzne, które miary dla
wszelkiego myślenia i bycia poszukują w tym, czemu nieznana jest
jakakolwiek skończoność - Karl Jaspers na przykład w
"transcendencji", której daje także miano
"Boga".16
Również rzut oka
na dzieje filozofii, nie inaczej niż zasadniczy namysł nad jej istotą,
pokazuje zatem, że pytanie o Boga pozostaje w najściślejszym związku
z filozofowaniem jako takim. To zaś ewidentnie oznacza, że
nihilistyczny atak nie odnosi skutku.
Nikogo nie zadowoli jednak
tego rodzaju konstatacja. Jaką bowiem bronią sparowaliśmy
ów atak? Po pierwsze, poprzez odwołanie się do dziejów
filozofii. Czy jednak nie można by ich uznać za manowce? Po drugie,
poprzez wskazanie na tę autointerpretację filozofii, zgodnie z
którą filozofia pojmuje siebie jako metafizykę. Nihilistyczny
atak może wobec tego stwierdzić, że także jego punktem wyjścia
jest określone ujęcie istoty filozofii, zgodnie z którym
filozoficzne rozprawianie o Bogu jest pozbawione sensu.
Mając na uwadze tę
konfuzję, należy ponownie, a przy tym bardziej źródłowo,
zapytać o istotę filozofii. Dotychczas rozpatrywaliśmy ją
od strony jej przedmiotu: ogółu bytów, pierwszych podstaw i źródeł,
wreszcie pierwiastka boskiego. Droga ta nie dosięga wszakże płaszczyzny
prawdziwego starcia z nihilizmem. To zaś oznacza, że nihilistyczna
groźba, nie pokonana i niepojęta, staje się jeszcze
niebezpieczniejsza. Być może dotychczasowe wywody jeszcze nie uchwyciły
dostatecznie istoty filozofii. Być może należałoby
spróbować pojąć filozofię nie tyle od strony jej
przedmiotów, co raczej pod kątem sposobu, w jaki się je
rozpatruje, gdy stają się one przedmiotem filozofii. Należałoby
tedy zapytać, czym jest filozofia rozumiana jako ludzki czyn, jako
dokonanie, krótko mówiąc: jako filozofowanie.
Filozofowanie dokonuje się
jako zapytywanie. W życiu i w naukach zapytuje się wszakże na
rozmaite sposoby. Momentem, który wyróżnia zapytywanie
filozoficzne, jest jego radykalność. Można to ujaśnić
z trzech perspektyw.
Pierwszy aspekt stanowi
konsekwencję wcześniejszego stwierdzenia, iż przedmiotem
filozofii jest ogół bytów. Skoro filozofowanie dokonuje się
jako zapytywanie, przeto ze swej istoty musi ono stawiać pod znakiem
zapytania właśnie ów ogół bytów, a to
znaczy: musi wszystko wciągać w wir uproblematyczniania. Kto
mówi, że wprawdzie stawia czasem pytania, ale tego czy innego poglądu
nie zapytuje o jego racje, ten nie jest człowiekiem filozofującym -
nawet jeśli twierdzi, że kwestią, której z istoty nie można
już postawić pod znakiem zapytania, jest sam absolutnie
uproblematyczniający Bóg.
Drugi aspekt dotyczy radykalności
zapytywania filozoficznego w jego stosunku do możliwej odpowiedzi. Kto
wszystko stawia pod znakiem zapytania, ten nie może się zadowolić
żadną odpowiedzią. Wprawdzie filozof nie byłby człowiekiem
poważnie zapytującym, gdyby nie poszukiwał odpowiedzi -
sceptycystyczna art pour art nie jest filozofią - niemniej odpowiedź
nigdy nie może stanowić dla filozofującego pewnego dorobku. Kto
filozofuje, ten z samej istoty swego czynu musi od wszelkich krystalizacji myśli
powracać do zapytywania.
Trzeci aspekt dotyczy wewnętrznej
nieskończoności zapytywania filozoficznego. Z początku tylko ta
czy inna sprawa może stać się problematyczna dla filozofującego
człowieka. Jeśli jednak nie ustaje on w zapytywaniu, to będzie
się później coraz bardziej pogrążał w głębiach
problematyczności. Przykład: naoczność może mnie mamić,
że obraz, który się mi bezpośrednio ukazuje, jest prawdą.
Może się to jednak stać dla mnie problematyczne, ot choćby
wtedy, gdy zważę, że we śnie rzeczy jawią się mi
takimi samymi jak na jawie. Jeśli o uzyskanym na jawie poznaniu mam się
upewnić jako o prawdziwym, to musi się ono potwierdzić w świetle
czegoś, co samo jest pewne. Podstawę jego prawdziwości
mógłbym, powiedzmy, widzieć w przeświadczeniu, że człowiek
jako taki zasadniczo nie może tkwić w błędzie. Czy jednak
jest to takie pewne? Czy nie mogłoby być tak, że o człowieku
stanowi z gruntu właśnie opaczność, a nie prawda?
Znów muszę, przy czym teraz na głębszej płaszczyźnie,
zapytać, co mogłoby mnie upewnić, iż żyję w
prawdzie. Tak oto kroczy się w filozofowaniu coraz dalej ku pierwszym
podstawom i źródłom prawdy wszelkiego bytu. Tą nieustannością
swego coraz głębiej drążącego zapytywania dowodzi
filozofowanie swej pełnej radykalności; kieruje się ono ku
korzeniom - radices. Skoro zaś filozofia, zgodnie ze swą
teologiczną istotą, owe pierwsze zasady i źródła
bytu i jego prawdy rozumie jako pierwiastek boski czy jako Boga, to w swej
radykalności zapytywanie nie może spocząć, dopóki
nie uproblematyczni tej ostatecznej swej dziedziny.
I znów rzut oka na
dzieje filozofii pokazuje, że dokonuje się ona jako radykalne
zapytywanie. Co więcej, właśnie na polu teologii filozoficznej
radykalność zapytywania osiąga szczególną skuteczność.
Zawsze, gdy filozofowie mniemają, że mogą być pewni świata,
siebie samych czy nawet Boga, ich pewność załamuje się pod
naporem zapytywania. Oczywistość, z jaką najwcześniejsi myśliciele
greccy rozumieli świat z perspektywy pierwiastka boskiego, zginęła
w aporiach sofistów. Usiłowania Platona i Arystotelesa, by w ich
zmienionym już świecie uratować dawną wiedzę o
bóstwie, utonęły w późnoantycznym sceptycyzmie bądź
przeobraziły się w wiarę religijną. Dowody na istnienie
Boga, których tak często podejmowano się w czasach średniowiecza,
równie często kończyły się fiaskiem. Nowożytne
wysiłki, by w bardziej zagrożonej sytuacji filozoficznej nadal
filozofować na sposób teologiczny, skończyły się
radykalnym sceptycyzmem, który wyróżnia
najkonsekwentniejszych protagonistów Oświecenia. Gdy wreszcie u
filozofów niemieckiego idealizmu raz jeszcze doszła do głosu
teologiczna istota filozofii, wkrótce rozbiły ją krytyczne
ataki ich następców. U końca wszystkich prób
filozoficznego rozprawiania o Bogu stoi Nietzscheańska teza:
"Bóg jest martwy"17. Teraz, zdaniem Nietzschego, na czasie
jest "bezwarunkowy, rzetelny ateizm", który "zakazuje
sobie kłamstwa wiary w Boga", ba, dla którego "sam
Bóg okazuje się naszym najdłużej trwającym kłamstwem"18.
Nie inaczej wygląda to w czasach współczesnych. Martin
Heidegger, zgodnie z jego własnymi słowami, chce uprzątnąć
"od dawna nie wykrzewione jeszcze w sposób radykalny resztki
teologii chrześcijańskiej, obecne w problematyce filozoficznej`19;
w ślad za nim Jean-Paul Sartre występuje z tezą, "że
Bóg nie istnieje", jako punktem wyjścia swego
"egzystencjalizmu ateistycznego"20.
Gdy Bóg - podstawa
wszelkiego bytu i źródło wszelkiej prawdy - ginie w wirze
radykalnego zapytywania, wtedy w ogóle nie pozostaje już nic
pewnego. Filozofujący musi wówczas przyznać: nie ma niczego,
co ostałoby się wobec mego zapytywania, nie ma niczego, co zasadzałoby
się na sobie samym, nie ma żadnej prawdy, którą dałoby
się utrzymać, żadnej uznawalnej pewności. Nie ma nic, może poza - nicością.
Tym to sposobem idea nicości, już
przedtem pojawiająca się tu i ówdzie na peryferiach myślenia,
w czasach nowożytnych wdziera się z coraz większym impetem do
centrum filozofii. Coś z tego czuł już Hegel. "Pierwszym
zadaniem filozofii... jest poznać nicość absolutną"21,
"otchłań nicości, w której tonie wszelkie
bycie". Stosownie do tego trzeba przyjąć "uczucie, na
którym opiera się religia nowych czasów" - chrześcijaństwo
- "uczucie: sam Bóg jest martwy", to "cierpienie
absolutne", ten "spekulatywny Wielki Piątek... w całej
prawdzie i rygoryzmie jego bezbożności"22. Hegel nie
utknął jednak w doświadczeniu nicości; udało się
mu nicość - jako żywą i napędzającą moc
negacji - wchłonąć we własny system i tym sposobem okiełznać.
Stąd też o owym rygoryzmie bezbożności powiada on, iż
to za jego sprawą może wyrosnąć oparta na podstawie prawda
i rzeczywistość, iż to za jego sprawą "może i
musi w całej swej powadze i ze swej najgłębszej podstawy
zmartwychwstać najwyższa totalność, wszystko zarazem
obejmująca, w najpogodniejszą wolność swej postaci"23.
Gdy w ten sposób "prawda" "wznosi się z nicości
jako z tajemnej otchłani, która jest miejscem jej narodzin"24,
filozofii udaje się w końcu poznać, że "poza Bogiem
nie ma żadnego istnienia ani nicości"25; przechodząc
przez doświadczenie nicości, filozofia staje się teologią
filozoficzną.
Co u Hegla było bolesnym wprawdzie, ale
przecież tylko przejściem, to u Nietzschego staje się absolutnym
końcem. "Za nicość ofiarować Boga - to paradoksalne misterium
ostatecznego okrucieństwa zachowano dla pokolenia, które właśnie
teraz zaczyna wschodzić"26. Filozofii pozostaje już
tylko "przekonanie, którego żadna epoka jeszcze nie żywiła:
że nie mamy prawdy”27; w paradoksalnym sformułowaniu: "Błędność
świata, w której, jak sądzimy, żyjemy", stanowi
"najpewniejszą i najtrwalszą rzecz, którą potrafi
jeszcze pochwycić nasze oko"28. To zaś znaczy: w
konsekwentnym filozofowaniu jako radykalnym zapytywaniu do filozofii wdziera się
nicość, co prowadzi do zagłady wszelkiej prawdy i do utraty
Boga. W cieniu nihilizmu filozofię i teologię filozoficzną zdaje
się czekać nieuchronny zmierzch.
Dwoiste pytanie, czym jest filozofia, doprowadziło
nas zatem do osobliwego i przerażającego rezultatu. Ze swej istoty
filozofowanie zdąża ku pytaniu o Boga; ze swej istoty filozofowanie
kończy się nihilizmem i utratą Boga. Filozofowanie jest do głębi
sprzecznym przedsięwzięciem: nigdy nie może osiągnąć
owej pewności, której ze swej najwłaściwszej natury stale
poszukuje - pewności co do ogółu bytów oraz co do Boga
jako podstawy wszystkiego i jako gwaranta wszelkiej prawdy. Ta niezdolność
filozofowania ma przy tym swe źródło w jego najbardziej własnej
naturze - w radykalności swego nieustannego zapytywania filozofowanie
koniec końców znajduje nicość w miejsce Boga.
W tej waśni, jaka toczy się w najgłębszym
wnętrzu filozofowania, ów drugi moment - radykalność
zapytywania - zachowuje prymat. Uwidocznił to już rzut oka na rolę
zapytywania w dziejach filozofii: wszystkie wypowiedzi o Bogu ciągle osuwają
się w problematyczność. Wyraźnie można to dostrzec,
rozpatrując istotę filozofii pod jeszcze innym aspektem.
Filozofowanie jest zjawiskiem historycznym; żyje ono dzięki obecnemu
w nim czynnikowi napędzającemu. Bezspornie czynnikiem tym jest radykalne
zapytywanie. Podchodzi ono wszelką odpowiedź, podkopuje wszelką
pewność, w tym także pewność co do Boga. Radykalne
zapytywanie spycha pytanie o Boga w niemoc, w której wprawdzie można
je jeszcze postawić, lecz tylko jako pytanie bez odpowiedzi. Radykalne
zapytywanie jest właściwą mocą w obrębie istoty
filozofii, mocniejszą od jej momentu teologicznego.
Stąd też nie z kaprysu filozofującego
człowieka, lecz z wewnętrznej konieczności samego filozofowania
dzieje się tak, że wszelka pewność wciąż rozpływa
się w problematyczności. Radykalny sceptycyzm, ba, nawet nihilizm nie
są okazjonalnymi zjawiskami na peryferiach dziejów filozofii, w
których, generalnie, panowałby bezruch bezproblemowości,
przeciwnie, pozostają one najdobitniejszym przejawem właściwego
czynnika poruszającego, obecnego we wszelkim filozofowaniu: nieustanności
zapytywania, która nie ma końca nigdzie prócz nicości.
Czy takie radykalne filozofowanie nie jest w najwyższym
stopniu niebezpiecznym zajęciem? Czy mamy i czy możemy godzić się,
by wszystko uległo zawaleniu, przyzwolić, by trwałe stanowiska
wiary i światopoglądów, ba, naturalną pewność,
właściwą już bezpośredniemu istnieniu, porwał wir
problematyczności? Czy człowiek może się w ogóle
utrzymać w takiej ostatecznej nieosłoniętości? Czy, zapadając
się w problematyczność wszystkiego, on sam nie traci wszelkiego
oparcia? Czy nie gubi wszelkiego gruntu pod stopami? Bez dwu zdań właśnie
tę skrajną sytuację ma na myśli Nietzsche, gdy, znów
przywołując obraz cienia i nocy, powiada: "Czy nie błądzimy
jak przez nieskończoną nicość? Czy nie owiewa nas pusta
przestrzeń? Czy nie stało się jeszcze chłodniej? Czy nie
nadciąga stale noc, noc coraz większa?" 29
|