|
Dokąd dotarliśmy? Czy nie ogarnia nas
zawrót głowy wobec tego radykalnego zniszczenia wszelkiej pewności
i stałości, wobec tego całkowitego rozpłynięcia się
rzeczywistości w problematyczności? Decyzja podstawowa nie usuwa
wszak problematyczności, przeciwnie, przyswajając sobie w swej
decyzji problematyczność wszystkiego, wprowadzam problematyczność
w jej istotową moc.
Jak zatem ma się sprawa z "teologią
filozoficzną w cieniu nihilizmu"? Czy ów cień nie stał
się oto tak ciemny, iż możliwość teologii
filozoficznej nie jest już widoczna nawet w najbardziej mglistych
zarysach? Wprawdzie można jeszcze rozprawiać jakiś czas o Bogu,
lecz czy nie tylko w taki sposób, iż, jak Nietzsche, będzie się
mówić o śmierci Boga?
A jednak tu, właśnie tu otwiera się
możliwość nowego początku. Wymaga on wszakże
maksymalnej baczności. Nowy początek nie powinien - ani dzięki
wierze, ani dzięki "zwrotowi" - wyskakiwać poza filozofię.
Filozofowanie nie powinno zagubić swej istoty; musi się ono utrzymać
jako radykalne zapytywanie, wyrastające z doświadczenia
problematyczności jako właściwej rzeczywistości, a
podejmowane w decyzji podstawowej. Właśnie wtedy, gdy pozostaje
wiernym sobie, radykalne zapytywanie jest zdolne ponownie osiągnąć
możliwość filozoficznego rozprawiania o Bogu, która
uprzednio stała się niemożliwa.
Pierwsza wskazówka co
do niej będzie mieć jeszcze charakter krytycznego odniesienia. Gdy
poważnie traktuje się radykalność zapytywania, wtedy
wszystkie podejmowane współcześnie starania wokół
teologii filozoficznej okazują się niezadowalającymi.
Stwierdzenie to odnosi się nie tylko do tych filozofów,
którzy nie doświadczyli jeszcze kryzysu problematyczności w
jego całej ostrości, na przykład usiłowań myślicieli
katolickich, by filozofować zgodnie z duchem czy wręcz tylko literą
Tomasza z Akwinu, albo prób tych, którzy sądzą, że
można się wypowiadać o Bogu i absolucie, biorąc za punkt
wyjścia doświadczenia metafizyczne w sensie Schellinga czy Hegla.
Poważnie traktowanej radykalności zapytywania nie dostaje także
tym myślicielom, którzy co prawda doświadczyli dogłębnej
problematyczności, ale potem doszli w swym myśleniu do pozytywnych
tez, ku którym nie zwrócili już swego zapytywania.
Dotyczy to na przykład
Paula Tillicha. Swą teologię filozoficzną rozpoczyna on
wprawdzie od "radykalnego wątpienia"34, a źródło
filozofowania widzi w "szoku możliwego niebycia"35,
którego doznaje się w obliczu "otchłani bezsensu"36.
To radykalne wątpienie nie jest jednak na tyle radykalne, by naruszyć
przekonanie o ostatecznej sensowności. Wyraża się ono w dość
niejasnym pojęciu Logosu. Ten, który włada we wszystkim (w
ludzkim duchu jako rozum, w rzeczywistości zewnętrznej jako struktura
racjonalna), zachowuje swą ostateczną nienaruszalność,
ponieważ jest tożsamy z wcielonym Logosem. Twierdzenie o takiej tożsamości
jest wszakże - na co wskazuje sam Tillich - "wypowiedzią wiary,
możliwą dla kogoś, kogo przejął Chrystus"37.
Przezwyciężenie radykalności wątpienia, która
stanowiła rdzennie filozoficzny początek u Tillicha, poprzez pewność
co do ostatecznej sensowności swą podstawę ma zatem w wierze.
Rzekomo filozoficzna teologia Tillicha w istocie jest zamaskowaną teologią
objawienia. Naturalną konsekwencją tego jest stwierdzenie Tillicha, że
teologia filozoficzna musi "służyć zadaniu wykładania
chrześcijańskiej Dobrej Nowiny"38.
Również Karl
Jaspers o filozofowaniu mówi z początku, że dokonuje się
ono "w radykalnym zapytywaniu"39, w którym człowiek
staje nad "otchłanią nicości"40, co więcej,
stwierdza on, że "nihilizm wyraża postawę, która
jest nieodzowna rzetelnemu człowiekowi"41. Z drugiej strony,
Jaspers podkreśla, że jego filozofia jest "ciągłą
próbą odparcia nihilizmu"42. Odeprzeć nihilizm
udaje się mu nie poprzez konsekwentne trwanie w radykalnie zapytującym
filozofowaniu, lecz poprzez zaprzestanie go - jeszcze zanim doszło ono do
swego końca - i "skok" w doświadczenie, którego
rodowód jest inny niż rodowód filozofowania. 43 W doświadczeniu
tym człowiek w swej wolności czuje się darem
"transcendencji" czy też "Boga".44 Poczucie to
nie jest już jednak sprawą zapytywania, lecz źródłowej
pewności, którą Jaspers określa jako wiarę
filozoficzną, jako "ufność w stosunku do podstawy
bycia"45. Stąd też trwałe zadanie filozofii, tak
samo jak i wysiłek "ratowania... przed nihilizmem"46,
polega na "zdobywaniu pewności co do transcendencji" czy też
"Boga"47.
Nawet u Heideggera, jakkolwiek
czyni on wszystko, by przezwyciężyć tradycyjną,
teologicznie zdeterminowaną metafizykę, znajdujemy rudymenty
rozprawiania o Bogu, oczywiście rozprawiania, które ma
szczególny charakter. Heidegger nawiązuje do Nietzscheańskich
słów: "Obalono, właściwie rzecz biorąc, jedynie
Boga moralnego" i kontynuuje: "Dla myślenia dumającego
znaczy to: Bóg, pomyślany jako wartość, choćby i
najwyższa, nie jest Bogiem. Bóg nie jest zatem martwy. Albowiem żyje
jego bóstwo. Myśleniu jest ono nawet bliższe niźli
wierze." 48 Heideggerowskie myślenie dumające nie jest
oczywiście zapytywaniem filozoficznym. Wprawdzie jeszcze w roku 1953
Heidegger pisze: "Zapytywanie jest pobożnością myślenia"49,
ale już cztery lata później odwołuje to zdanie: "właściwym
gestem myślenia nie jest zapytywanie, lecz słuchanie
przyrzeczenia", mianowicie przypowieści bycia50, odbieranej w
słuchaniu. Heidegger myśli ją nie z perspektywy doswiadczenia
radykalnego zapytywania, lecz w świetle własnego, źródłowego
doświadczenie bycia. W horyzoncie tego doświadczenia wypowiada się
on na temat bóstwa, na przykład mówi: "czy i jak
Bóg i bogowie... wchodzą w prześwit bycia... o tym zrządza
bycie"51. Wyraźnie widać z tego jednak, iż pytanie,
czy "Bóg przybliża się czy odsuwa"52, jest
sprawą pełnego czci czekania raczej aniżeli owej filozofii,
która radykalnie stawia wszystko pod znakiem zapytania.
Współczesne
rozprawianie filozofów o Bogu nie wyrasta, jak pokazują te przykłady,
z doświadczenia filozofowania jako radykalnego zapytywania. Na pomoc
przywołują oni inne, pozafilozoficzne doświadczenia: doświadczenie
wiary, doświadczenie transcendencji, doświadczenie przypowieści
bycia. Czy nie jest to wszakże koniecznością? Bo jakże ma
być możliwa teologia filozoficzna, skoro po odrzuceniu wszystkich
innych źródeł pozostaje tylko zapytywanie i nic prócz
niego?
Rzetelne filozofowanie może
jednak stać się teologią filozoficzną właśnie
tylko w ten sposób, że wyrzeknie się wszelkich z zewnątrz
dostarczonych podpórek i oprze się wyłącznie na sobie
samym, to znaczy na radykalności swego zapytywania. Gdy mu się to
powiedzie, otworzą się przed nim widoki na teologię filozoficzną
w tej jedynej jej postaci, która jest jeszcze możliwa w cieniu
nihilizmu.
By się to mogło udać,
filozofowanie jako radykalne zapytywanie musi w radykalnym sensie urzeczywistnić
swą istotę. Dotychczasowe rozważania nie dokonały tego
jeszcze w dostatecznej mierze. Pokazaliśmy wprawdzie, jak z perspektywy doświadczenia
podstawowego wszystko - zarówno otaczająca człowieka
rzeczywistość, jak i jego własna egzystencja - zapada się w
problematyczność. Doświadczenie takiej zapaści nie dotyczyło
wszakże jednej rzeczy: samego radykalnego zapytywania. Pośród
ruiny wszelkich pewników uchowało się ono ze swą
szczególną, ostateczną pewnością. Z jakiego jednak
tytułu pozostawia się mu ją? Czy nie sprzeciwia się to
konsekwentnie przemyślanej istocie radykalnego zapytywania? Czy nie jest
tak, że radykalne zapytywanie nie może się przed niczym zatrzymać,
a już najmniej przed samym sobą?
Ten uproblematyczniający
zwrot radykalnego zapytywania w stronę samego siebie jest punktem największego
oddalenia od wszelkiej bezproblematycznej pewności. Widać teraz wyraźnie:
zapytywanie, wyzwane przez doświadczenie radykalnej problematyczności
i aż do końca stawiające wszystko inne pod znakiem zapytania,
samo jest do głębi problematyczne. Tylko ten, kto uwikłał
się kiedyś w to zwracające się przeciwko sobie samemu
pytanie, ma pojęcie o przerażeniu, w które wówczas
wpada filozofujący.
Punkt największego
oddalenia od wszelkiej bezproblematycznej pewności jest jednak zarazem
punktem możliwego nowego początku. Może on być radykalną
inauguracją, ponieważ uprzednio, w nieustanności zapytywania,
które na ostatek skierowało się przeciwko sobie samemu,
przepadła wszelka pewność. Moment, w którym dopiero teraz
rzeczywiście absolutna zagłada przeobraża się w absolutne
narodziny, stanowi najniezwyklejszą chwilę, jakiej może doświadczyć
myślenie.
W jakim jednak sensie ukazują
się w tym punkcie zarysy nowego początku? W tym, że dopiero
tutaj osiąga się specyficznie filozoficzny punkt widzenia. Gdy
filozofujący pozwolił pytaniu, by wybrzmiało aż do swego końca,
który sam siebie stawia pod znakiem zapytania, gdy wytrzymał
ujawnienie się radykalnej problematyczności wszystkiego, w tym swej własnej,
wtedy wkracza jako filozofujący w swe esencjalne istnienie. Osiągnięty
na drodze załamywania się wszelkiej pewności punkt radykalnej
problematyczności wszystkiego odtąd staje się dlań punktem
widzenia, z którego perspektywy postrzega on i tłumaczy rzeczywistość
- przeobrażoną, bo filozoficznie pojętą w swej głębi.
Filozofujący człowiek
dopiero teraz należycie pojmie własne istnienie. Odkryje, że
tkwienie w problematyczności wszystkiego stanowi w głębszym
sensie ludzką skończoność. Ta radykalnie ujęta skończoność
różni się od powierzchownych eksplikacji fenomenu skończoności.
Esencjalna skończoność nie na tym polega, że człowiek
ma swą granicę w innych bytach czy w drugim człowieku jako Ty;
nie zasadza się ona także na nieuchronności jego zbliżania
się do śmierci. Esencjalna skończoność polega na tym,
iż rzeczywistość, a w ostatecznym rozrachunku także siebie
samego, człowiek ma tylko na sposób problematyczności.
Zrozumie on wówczas siebie jako tego, kto, wyzwany do przyjęcia
swej esencjalnej skończoności, dosięga w niej podstawy swej
wolności. Opierając się na tym aspekcie, antropologia
filozoficzna musiałaby dokonać eksplikacji fenomenów ludzkiego
istnienia i mogłaby się rozwinąć w filozofię
dziejów i filozofię sztuki.
Czy jednak - by powrócić
do naszego podstawowego pytania - w perspektywie tej staje się możliwa
także teologia filozoficzna? Co może ona znaczyć dzisiaj, w
cieniu nihilizmu, który w swej spełnionej postaci odsłonił
się jako przyćmienie filozofowania przez problematyczność,
samą siebie stawiającą pod znakiem zapytania? Czym - po dwu i
pół tysiącleciach teologii filozoficznej, w trakcie których
dostała się ona w wir zapytywania dosięgającego swej
skrajnej możliwości - jest "Bóg filozofów"?
Z całą pewnością
nie jest On żadnym - choćby i najwyższym - bytem; jedynym
"jest", które jeszcze pozostało, jest rzeczywistość
zniesiona w problematyczność. Nie jest On żadną osobą
- choćby nawet miała to być osoba osób; bycie osoby
bowiem także zginęło w wirze problematyczności.
Filozofowaniu, które nie unika doświadczenia radykalnej
problematycznośóci, Bóg nie może się jawić
inaczej jak pod maską problematyczności.
Miano "Bóg",
w rozumieniu teologii filozoficznej, znaczy zatem, że skrajna
problematyczność zostawia za sobą wszelką powierzchowną
rzeczywistość, a tym samym okazuje się rzeczywistością
najbardziej ze wszystkiego rzeczywistą - rzeczywistą nie w sensie
substancjalnego czy osobowego istnienia, lecz w znaczeniu absolutnej, w niemoc
spychającej wszystko "rzeczywiste" skuteczności,
którą cechuje się problematyczność.
"Bóg" jest tym, skąd radykalna problematyczność
przeszywa wszelką rzeczywistość, a na ostatek i samo
zapytywanie, które wszelką domniemanie pewną rzeczywistość
wprowadza w stan zawieszenia. Można by powiedzieć:
"Bóg" jest pochodzeniem problematyczności. Tyle tylko, że
słowo "pochodzenie" należałoby tu rozumieć czasownikowo:
jako zachodzenie radykalnej problematyczności.
Gdy zaprojektowana z tego
punktu widzenia teologia filozoficzna próbuje coś więcej
powiedzieć o "Bogu filozofów", wnet musi zaniemówić.
Mistycy, jak Dionizy Areopagita i Mistrz Eckhart, nie byli, jak się zdaje,
dalecy od tajemnicy, którą Bóg pozostaje dla filozofowania,
gdy Jego istotę widzieli w paradoksalnej równoczesności bycia
i nicości, światła i ciemności - w pojęciach,
które w swym sprzecznym wyrazie same się znoszą i tym sposobem
wskazują poza siebie. Również czcigodne pojęcie Deus
absconditus mogłoby tu znów odzyskać swą odnowioną
siłę wypowiadania. Albo zamiast "Bóg" można by
mówić o "tajemnicy" jako o ukrywającym się
Stamtąd, z perspektywy którego wszelka rzeczywistość
wchodzi w stan zawieszenia. Każdemu słowu grozi tu jednak, że będzie
chciało ustalić coś, co z istoty wymyka się wszelkiemu
ustaleniu. Być może należałoby przyjąć za punkt
wyjścia, że problematyczność wprowadza pytającego w
najgłębszą niemoc, a następnie, w przeciwieństwie do
tego, owo Stamtąd jako źródło problematyczności określić
jako absolutną moc. Znów musielibyśmy z troską baczyć,
by tajemnica owego Stamtąd nie zakrzepła w pojęciu mocy,
które, nawet gdy się je rozumie dynamicznie, zachowuje charakter
rzeczywistości substancjalnej. Mając dalej na względzie, że
problematyczność wyzywa zapytywanie, można by "Boga"
rozumieć jako Stamtąd, skąd pochodzi wyzwanie do zapytywania, a
tym samym jako źródło ludzkiej wolności - źródło
oczywiście nie w sensie stworzenia, lecz w sensie wyłaniania. Ale
również takie - pozostające w stanie zawieszenia - słowa
są trafne i nietrafne zarazem. Prawdziwie filozoficzna teologia
filozoficzna, która ma za podstawę doświadczenie radykalnej
problematyczności, musi być - w stopniu większym niż
jakakolwiek z wcześniejszych teologii - teologią negatywną. Nie
dlatego jednak, iżby "Boga" określała jako nicość;
nie jest On nicością, lecz pochodzeniem problematyczności. Stąd
też słowo "negatywna" nie znaczy: z jakiegoś stałego
punktu negująca coś innego, lecz absolutnie negująca siebie samą
i poprzez to wskazująca na absolutny czynnik negujący, który
jako źródło wszelkiej problematyczności jest właściwym
i jedynym momentem pozytywnym.
Wszystko to musiałby
powiedzieć człowiek, który w postawie filozofowania trwa mimo
całego przerażenia problematycznością. Na koniec otworzy się
przed nim także możliwość zaprojektowania zarysów
etyki, opartej na teologii filozoficznej. Jest to możliwe, gdyż
autonegacja nie jest rzeczą samego myślenia. Filozofowaniu w sensie
teologii filozoficznej brak byłoby powagi, gdyby nie wpływało
ono na egzystencję filozofującego i gdyby o niej nie stanowiło.
Ponieważ źródłem teologii filozoficznej jest rozbicie w
obliczu problematyczności, która dotyczy nawet filozofowania,
przeto filozofujący musi uwzględnić to także w swej
egzystencji. Musi on przystać na rozłąkę: rozłąkę
z rzeczywistością i rozłąkę ze sobą. Nie wymaga
ona wprawdzie odrzucenia ciężaru istnienia, oznacza jednak, iż
filozofujący przedkłada sobie w decyzji podstawowej egzystencję
rozłąkową, wyrzeka się wszelkich powierzchownych
zabezpieczeń, nie trzyma się uporczywie rzeczy ani siebie, przyjmuje
głęboką skończoność jako stałe uproblematycznianie
się wszystkiego, pojmuje niemoc jako swą najrdzenniejszą istotę,
odmawia sobie dumy i pretensji, uczy się cierpliwości, stateczności,
ciszy. W najgłębszym sensie rozłąka oznacza - rozłąkę
także z Bogiem. Kto, filozofując w cieniu nihilizmu jako radykalnej
problematyczności, rozprawia o Bogu, czynić to może jedynie w geście
rezygnacji.
Gdy tym sposobem rozwiewa się
wszelka własna możliwość filozofującego, gdy nawet język
musi w końcu doświadczyć rozłąki, to cóż
innego pozostaje prócz milczenia? Ale i milczenie nie może sądzić,
że uda się mu ujść konieczności rozłąki. Także
milczenie, gdy chce musnąć Boga, musi pojąć swą głęboką
problematyczność. Albowiem, jak powiada neoplatonik Proklos:
"Bóg jest... niewymowny bardziej niż wszelkie milczenie"53.
|