|
W roku 1977 Adam Michnik w książce Kościół,
lewica, dialog1 zaklinał Kościół w swoim
kraju, by wyszedł z fałszywego dylematu, który wydawał
mu się katastrofalny. Istniało ryzyko, że Kościół,
nie mogąc już być "konstantyńskim", ze względu
na reżim komunistyczny, a więc nie mogąc wprost narzucać
władzy politycznej swojego autorytetu moralnego i religijnego,
ulegnie pokusie trwałego przyjęcia postawy przeciwnej, lecz
symetrycznej, Kościoła "juliańskiego" (przez
porównanie z sytuacją z czasów cesarza Juliana
Apostaty w IV wieku). Postawa "juliańska" w Kościele
polega na tym, że od strony społecznej jawi się on jako jedyna
ucieczka w obliczu władzy politycznej, nie tyle dlatego, że ta
ostatnia jest zła w porządku naturalnym, ile dlatego, iż
przywłaszcza sobie bezpośrednią kuratelę nadprzyrodzoną.
Michnik, w przededniu komunistycznego zamachu, ustanawiającego w roku
1981 stan wojenny, obawiał się, by polska hierarchia nie uległa
pokusie raczej wypracowania sobie jakiegoś sposobu na przeżycie pod władzą
sowiecką niż zaangażowania się w bytowanie
w wolnym społeczeństwie, pod rządami nowego państwa
demokratycznego, w którym nie znajdowałaby już uznania
postawa "konstantyńska". Dwuznaczna w latach stanu
wojennego postawa prymasa Polski, kardynała Glempa, później zaś
próby narzucenia przez polską hierarchię wolnemu społeczeństwu
niepopularnej kurateli klerykalnej, co przyczyniło się w fatalny
sposób do powrotu do władzy dawnej komunistycznej nomenklatury,
obnoszącej się ze swym prestiżem świeckości - wszystko
to potwierdziło obawy Michnika.
Kościół w Polsce
powtórzył w skrócie drogę, jaką przebył
na Zachodzie od upadku systemów ancien régime’u. Upadek
ten zwiastował schyłek pozycji "konstantyńskiej",
utrzymującej się przez wieki, nawet jeśli była ona zawsze
mniej lub bardziej poddana kontestacji przez monarchiczne rewindykacje ze
strony władzy politycznej. Nie mogąc być już ani
"konstantyńskim", ani "juliańskim", skoro społeczeństwo
odrzuciło szantaż "wszystko albo nic", Kościół
znalazł się na marginesie gry wpływów politycznych i
w życiu społecznym poczuł się zepchnięty
w sferę prywatności. Wszystko dzieje się tak, jakby Kościół
tam, gdzie jeszcze rozporządza rzeczywistym wpływem społecznym,
podejmował, wykorzystując licytacje polityczne, grę najbardziej
radykalnej laickiej części społeczeństwa, pozwalając
się jej zamknąć w domenie opinii indywidualnych.
Problem umiejscowienia Kościoła
w społeczeństwie obywatelskim jest równie stary jak on
sam, gdyż tkwi w samej istocie jego bytu. Chrystus postawił
swoich uczniów wobec eschatologicznego oczekiwania na przyjście
Królestwa Bożego; ono jednakże, jeszcze przed ostatecznym
przyjściem Chrystusa "z mocą wielką i chwałą"
(Łk 21, 27), już jest "tajemniczo obecne w Kościele"
(Lumen gentium, 3) jako "zalążek i zaczątek"
(tamże, 5). 2 Niemniej Chrystus uprzedził
w swojej przypowieści o kąkolu i pszenicy: na
przestrzeni dziejów kąkol moralnego zła będzie rósł
równocześnie z dobrym ziarnem królestwa, którego
Kościół jest zalążkiem, Kościół
jednak nie ma próbować wyrywać go w całości pod
groźbą, "byście zbierając chwast, nie wyrwali razem
z nim i pszenicy" (Mt 13, 29). Inaczej mówiąc, Kościół
ma być królestwem na podobieństwo zaczynu w cieście,
"aż się wszystko zakwasi" (por. Mt 13, 33), bez prób
stosowania przymusu dla wytępienia zła, to bowiem mogłoby się
dokonać jedynie przez zniszczenie wolności moralnej
i religijnej, będącej nieodzownym warunkiem wzrostu pszenicy. W wierności
temu nauczaniu Chrystusa papież Jan Paweł II w przeddzień
wielkiego jubileuszu Wcielenia w roku 2000 domaga się od
katolików rachunku sumienia: "Innym bolesnym zjawiskiem, nad
którym synowie Kościoła muszą się pochylić
z sercem pełnym skuruchy, jest przyzwolenie - okazywane zwłaszcza
w niektórych stuleciach - na stosowanie w obronie prawdy metod
nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą" (Tertio
millennio adveniente, 35).
|