|
W obliczu tej
"pokonstantyńskiej" sytuacji Kościół powinien
wybrać między dwiema możliwymi postawami. Pierwsza polega na
zaakceptowaniu porządku z przypowieści o kąkolu
i pszenicy: Kościół ewangelizuje osoby i rodziny,
przekształcając poprzez nie obyczaje społeczne, i
w konsekwencji wywiera pośredni wpływ na ustawodawstwo państwowe.
Wymaga to Kościoła dość silnego duchowo
i intelektualnie, by nie dopuścić do rozmycia się prawdy,
o jakiej świadczy pośród otaczających go opinii,
z których wszystkie mają prawo obywatelstwa w demokracji.
Alain Besançon przejrzyście zanalizował wyzwania, jakim dziś
taki Kościół musi stawić czoło.3 . Faktycznie,
zajmując takie stanowisko Kościół musi zaakceptować
przedstawicielską zasadę demokracji w instytucjach państwa
liberalnego, równocześnie z całą mocą moralnie
i intelektualnie przeciwstawiając się sofizmatom "ducha
demokratycznego", który rości sobie pretensje do wykraczania
poza właściwy sobie porządek, wchodząc we wszystkie sfery życia
społecznego i osobistego w postaci jakiegoś totalitaryzmu, łagodnego,
lecz przenikającego wszystko.
Zgodnie z tą pierwszą
postawą Kościół wcale nie ma przyjąć, że
prawda i dobro są jedynie przedmiotem opinii, tylko dlatego, że
uznaje, iż władza nie ma narzucać przemocą najwyższej
prawdy i dobra, o których Kościół świadczy
na mocy objawienia. Według niego osobowe sumienie obowiązane jest
poszukiwać prawdy i dobra, tkwiących w naturze
bytów, a zwłaszcza tego bytu duchowego, jakim jest człowiek,
którego ostateczny cel Kościół odsłania poprzez
objawienie. W mierze, w jakiej w systemie demokratycznym
prawodawca koniec końców, jako parlament, konstytuuje się na
mocy wyboru przez elektorat złożony ze wszystkich obywateli, Kościół
powinien czynić wszystko, żeby osoby, które go tworzą, były
najbardziej oświecone, zarówno w wierze, jak i rozumie,
by móc podejmować decyzje w swoim sumieniu, a nie zależnie
od nieodpowiedzialnych opinii.
To na tym polega "pośrednia
władza", jakiej Kościół nie może nie posiadać
z samego faktu ewangelizowania osób i rodzin, stanowiących
społeczeństwo obywatelskie. W ten sposób przypomina on
temu społeczeństwu, jak niegdyś monarchom, że lud jest
"suwerenem" w wyborach politycznych jedynie wtedy, gdy przekłada
na konkret dobro wspólne i poszukuje dobra najwyższego.
Poprzez prawo, które wypływa z demokratycznej większości,
społeczeństwo powinno dostrzegać etyczną niezawisłość
tego najwyższego dobra, które stale jest poszukiwane, choć
nigdy nie daje się osiągnąć w stopniu doskonałym
w porządku politycznym; dobra, które w ostatecznej
instancji oddziela to, co sprawiedliwe, od tego, co niesłuszne. Kościół,
stanowiąc żywe przypomnienie tych prawd, pełni w społeczeństwie
władzę adekwatną do swojej misji. Jest to władza
w zupełnie innym porządku niż bezpośrednia władza
typu "konstantyńskiego", jakiej jeszcze mógłby chcieć
się domagać - lecz teraz już na próżno - od władzy
politycznej, co byłoby równie śmieszne, jak domaganie się
dziś przez pretendenta do tronu dynastycznego praw do monarchii
absolutnej.
Kościół,
zgodnie z tą pierwszą postawą, którą uznajemy
za swoją, znajduje się w stanie duchowej i intelektualnej
walki, analogicznej do tej, w jakiej trwał za cesarstwa rzymskiego.
Jak przypomina w encyklice Evangelium vitae Jan Paweł II, nie
powinien on a priori wątpić w zasadę
demokratyczną, lecz bronić jej przed jej własnymi skrzywieniami
(20), przeciwstawiając się z całą moralną mocą
"duchowi demokratycznemu" (68-70), aż do non possumus,
sprzeciwu sumienia i męczeństwa (por. encyklikę Veritatis
splendor, 90-94). Istotnie, "duch demokratyczny" jako nowa
ideologia, szerząca pewnego rodzaju łagodny totalitaryzm, prowadzi do
"demokratyzmu" bez miary ni granic, oderwanego od fundamentalnych
praw osoby i rodziny jako zależnych od obiektywnego porządku
prawa naturalnego. Oczywiście prawa te rozpoznawane są
i stosowane przez wolne i odpowiedzialne sumienie osobowe człowieka,
nie są to jednakże "wartości", które ten miałby
tworzyć wedle swojej indywidualnej i zbiorowej subiektywności,
w sposób niezależny i nieodpowiedzialny. Oto co Kościół
winien nieustannie przypominać osobom, które stanowią
elektorat, pierwszego prawodawcę w demokracji.
|