|
Wielka dyskusja o zagrożeniu
fundamentalizmem pojawiła się na Zachodzie w związku
z wybuchem rewolucji islamskiej w Iranie. Rozumiem niepokój
dziennikarzy i protesty obrońców praw człowieka. Ja
również nie zgadzam się z wyrokiem śmierci wydanym
na Salmana Rushdiego. Zadaję tylko proste bądź co bądź
pytanie: jak te fakty mają się do rzekomego zagrożenia chrześcijańskim
fundamentalizmem religijnym w krajach liberalnych? Nie bardzo pojmuję,
jak można przy pomocy jednego pojęcia opisywać zupełnie
różne fenomeny. Dziennikarze tak czynią, zdarza się to
również znanym publicystom, nie powinni jednak tego robić myśliciele
poważni. Dziennikarze mają mało czasu i mało miejsca
w gazetach (albo czasu na antenie), publicyści lubują się w zaskakiwaniu
czytelnika, ale teologowie, którzy mają dużo czasu, dużo
miejsca i nie muszą nikogo zaskakiwać - co się z nimi
dzieje? Jak mogą nie dostrzegać oczywistej różnicy między
pojęciem fundamentalizmu w odniesieniu do krajów islamskich
i chrześcijańskich?
W krajach islamskich trudno mówić
o rozdziale państwa i Kościoła choćby z tego
banalnego powodu, że Koran jest nie tylko prawem religijnym, ale i świeckim.
Innymi słowy, gdyby uznać, że każde podporządkowanie
sfery świeckiej (prawa rodzinnego, cywilnego, niekiedy karnego) przepisom
religijnym może już być fundamentalizmem, to cały islam
i cały judaizm z natury byłyby religiami
fundamentalistycznymi. Ta konsekwencja umyka większości dziennikarzy
zajmujących się rejonem Bliskiego Wschodu. I tak prasa pisze często
o fundamentalistach algierskich czy egipskich, rzadko jednak wspomina
o fundamentalizmie choćby w Arabii Saudyjskiej. A jak
wiadomo, w tym właśnie kraju szariat, czyli prawo koraniczne,
obowiązuje bezwzględnie - do tego stopnia, że nagminnie stosuje
się wyroki śmierci za kradzież.
Można sądzić, że ci,
którzy piszą o fundamentalistach islamskich, mają na myśli
po prostu terrorystów, którzy mordują w imię
religii. To, że rozumienie religii u tych terrorystów jest fałszywe
i że wyznawcy islamu wcale nie są dziką hordą
morderców, to inna sprawa. W każdym razie zgadzam się, że
istnieje zjawisko, rozpowszechnione szczególnie w krajach
islamskich, które polega na tym, iż przy pomocy gwałtu narzuca
się inaczej wierzącym koncepcję prawdy religijnej oraz normy
prawa. W tym przypadku (i tylko w tym) można używać
pojęcia fundamentalizm. Znaczy ono tyle co "terroryzm"
lub "fanatyzm religijny". Innymi słowy uważam, że
o fundamentalizmie można mówić wprost tylko
wówczas, gdy łączy się z nim skłonność
do przemocy, gwałt i terroryzm. W pewnym sensie
fundamentalistami można także nazwać osoby, które
odmawiają innym prawa do wolności sumienia. I tak w wielu
krajach muzułmańskich przejście z islamu na przykład
na chrześcijaństwo może zostać ukarane śmiercią
(choćby ostatnio głośny przypadek w Kuwejcie). Samo słowo
"fundamentalizm" powstało jednak dla określenia odłamu
protestantów, którzy pod koniec XIX wieku sprzeciwili się
postępowi teologii liberalnej. Twierdzili oni, iż niezależnie od
zmian i rozwoju religijnego pewne twierdzenia wiary (fundamenty) są
niepodważalne. Na pierwszy rzut oka widać zatem, że współczesne,
potoczne rozumienie fundamentalizmu w odniesieniu do krajów
islamskich (a więc skłonność do przemocy, narzucanie
innym swej wiary) i znaczenie tradycyjnie określające postawę
niektórych protestantów (zachowanie prawd objawionych) są całkiem
różne. W pierwszym wypadku chodzi o zastosowanie przemocy
państwowej albo dla nawracania, albo dla podtrzymywania wiary,
w drugim o wewnątrzreligijną kontrowersję. Dlatego za
fałszywe uważam twierdzenie Ursa Altermatta, autora książki
Katolicyzm a Nowoczesny Świat, iż "w ostatnich
trzech dekadach XX wieku to typowo amerykańskie zjawisko przerodziło
się w ogólnoświatowy fenomen, sięgający od
islamu po judaizm". To nie "typowo amerykańskie zjawisko"
przerodziło się w ogólnoświatowy fenomen, ale elity
intelektualne i opiniotwórcze zaczęły używać
tego samego słowa w różnych, nie przystających
znaczeniach i określać nim sprzeczne fenomeny. Jak to się
stało, że jednego pojęcia zaczęto używać opisując
tak różne zjawiska, jak terror wobec innych i wierność
nakazom Objawienia? Co ma wspólnego Dżihad i programowo
wstrzymujące się od uprawiania polityki Opus Dei, Hamas i przywiązane
do Mszy łacińskiej Bractwo św. Piotra, GIA (Islamskie Grupy
Zbrojne) i krytykujący Sobór Watykański II Marcel
Lefebvre?
Sądzę, że słowo
fundamentalizm nie zrobiłoby takiej kariery, gdyby nie sprytny zabieg
współczesnych relatywistów zachodnich, którzy
wykorzystali je w polemice z obrońcami wartości
tradycyjnych. Pojęcie to było wygodne dla liberałów, bo
budziło odpowiednie skojarzenia (krew niewinnych ofiar zamachów
bombowych, prześladowanie wolnej myśli, przemoc, terror). Miało
służyć wytworzeniu wśród opinii publicznej
spontanicznego podejrzenia, iż osoba uznająca istnienie bezwzględnej
prawdy religijnej i niezmiennych wartości (a więc choćby
przeciwnicy aborcji, eutanazji czy legalizacji związków
homoseksualnych) jest potencjalnym zabójcą i terrorystą.
Jak wiadomo, skojarzenia nie zależą od refleksji. Powołam się
tu na jedną z wypowiedzi znanej piosenkarki Kory. Powiedziała
ona, ni mniej, ni więcej, iż słysząc słowo
"konkordat", czuje zapach dymu ze stosów inkwizycji. Piszę
to nie dlatego, aby podkreślić subtelność powonienia
piosenkarki, ale by wskazać mechanizm powstania debaty
o fundamentalizmie. Jedyny zabieg, jaki tu zastosowano, polegał na
przeniesieniu określenia fundamentalizm (stosowanego w odniesieniu do
terrorystów z krajów islamskich) na Zachód, przy
równoczesnym poszerzeniu jego zakresu znaczeniowego.
Chrześcijaństwo
z samej zasady nie jest religią prawa objawionego, jak islam czy
judaizm. Dawno już także minęły czasy, kiedy poważnie
można było mówić o zakusach teokratycznych w Kościele,
jeśli przez teokrację rozumieć poddanie instytucji świeckich
pod kontrolę władzy duchownej. Jednak przeniesienie pojęcia
zrobiło swoje. W praktyce wygląda to tak, że każda
osoba występująca w sferze publicznej w imię racji
religijnych zyskuje sobie miano fundamentalisty. Liberałowie definiują
sferę publiczną w opozycji do religii i niezmiennych wartości
moralnych, zatem każdy, kto owej neutralności nie uznaje, obwoływany
jest fundamentalistą.
Fundamentalistami okazują
się nie ci, którzy, jak w krajach islamskich, narzucają normy
życia religijnego (a niekiedy wręcz wyznanie) osobom świeckim,
ale ci, którzy bronią dla siebie prawa do publicznego wyznawania
religii oraz uznają, iż prawa i obyczaje świeckie podlegają
niezależnej mierze moralnej. Z liberalnego punktu widzenia
fundamentalistami byli zarówno Bawarczycy występujący
w obronie krzyży w szkole, jak przeciwnicy rozpowszechniania
plakatu reklamującego film Skandalista Larry Flynt. W wizji
liberalnej można być osobą religijną tylko we wnętrzu
sumienia; manifestując przekonania religijne na zewnątrz,
w przestrzeni publicznej, jest się już fundamentalistą. Sądzę,
że chrześcijanin nie może się pogodzić z takim
stanowiskiem. Ma on obowiązek bronić słusznych moralnie praw,
a także występować przeciw tym, którzy publicznie
obrażają jego religię.
|