|
Myśliciele liberalni
mówią, iż fundamentalistami są osoby, które wierzą,
że są w posiadaniu prawdy, czyli uważają, iż
nauka, jaką głoszą, jest prawdziwa, nienaruszalna, pochodzi
z góry i obowiązuje wszystkich. Nazwanie kogoś
posiadaczem prawdy wywołuje od razu negatywne skojarzenia. Czy prawda jest
rzeczą, którą jedni mają, jak na przykład starą
szafę, a inni nie? Przyjrzyjmy się tej opinii bliżej.
Posiadać to - dosłownie - móc swobodnie dysponować daną
rzeczą oraz chcieć ją zachować dla siebie. Nie mogę
zrozumieć więc, jak można nazwać posiadaczem prawdy kogoś,
kto neguje swobodę rozporządzania objawieniem i chce je
przekazywać nienaruszone innym.
O co więc chodzi?
O to, jak mniemam, że teologowie liberalni w ogóle negują
możliwość na tyle wyraźnego poznania prawdy religijnej, aby
można było domagać się jej przyjęcia od innych.
Dlatego starają się przedstawić swych oponentów jako
posiadaczy prawdy, a więc jako osoby głoszące arbitralność
tego, czym jest objawienie.
Faktycznie jednak nowi
teologowie dokonują nadużycia. Jeśli ktoś mówi, iż
posiada prawdę, ma na myśli to, iż ją przechowuje
i przekazuje w całości. W tym pochodnym sensie
posiadaczami prawdy byli nauczyciele Kościoła. Uważali oni, iż
prawda objawienia jest wyrażona w zdaniach racjonalnych, oddających
rzeczywistość, i podana do wierzenia. Nie różni się
ona niczym od każdej innej prawdy (fizycznej, przyrodniczej,
matematycznej, historycznej), poza tym jednym, iż jej źródłem
nie jest dociekanie naturalne, ale samoobjawienia Boga. Jeśli więc,
jak chcą tego dzisiejsi nauczyciele religii, takie rozumienie oznacza
fundamentalizm, to fundamentalistami byli i powinni być, jak się
wydaje, wszyscy katolicy. To, że Jezus urodził się
z Dziewicy, umarł na krzyżu i zmartwychwstał
w ciele, jest dla katolika prawdą nie podlegającą dyskusji.
I obiektywną: jej wyznawanie jest obowiązkiem moralnym
wszystkich ludzi, o ile mieli szansę ją rozpoznać - "I
rzekł im: Idąc na cały świat, głoście ewangelię
wszystkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie
zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony" (Mk 16, 15-16).
Widać, iż przy
takiej definicji do grona fundamentalistów można by zaliczyć
zarówno Apostołów, jak i samego Mistrza z Nazaretu.
Założyciel chrześcijaństwa nie tylko uważał
siebie za Prawdę, ale co gorsza domagał się od współczesnych
uznania tego faktu. "Kto nie oddaje czci Synowi, nie oddaje czci Ojcu,
który Go posłał" (J 5, 23). Wszystkie argumenty, jakie
przedstawiają walczący z fundamentalizmem teologowie, mogłyby
doskonale zostać użyte przez arcykapłanów. W końcu
to oni występowali przeciw fundamentalistycznej pokusie Jezusa,
który od wyznania wiary w swoje posłannictwo uzależniał
możność poznania Najwyższego. Co gorsza, jego przyjazd do
Jerozolimy, jak doskonale pokazał John Bowker w książce Sens
śmierci, musiał być odebrany przez arcykapłanów,
najwyższą instancję religijną judaizmu, jako prowokacja.
Gdyby Jezus nie ruszał się z Galilei, mógłby
w spokoju głosić swą doktrynę.
Czy faktycznie nie podburzał
on ludu przeciw starszym i kapłanom? Dla współczesnego
czytelnika fundamentalistyczny duch - mówiąc językiem
teologów zachodnich - jakim przepojona jest Ewangelia, nie ulega wątpliwości:
niechęć do wyznania, iż Jezus jest Mesjaszem, określana tam
bywa jako większe umiłowanie chwały ludzkiej i zdrada Boga.
W Ewangelii nie ma dwóch
prawd na temat Jezusa. Jest jedna, a jej wyznanie jest dla zbawienia
i poznania Boga rzeczą konieczną - "Bo jeśli ustami
wyznasz, że Jezus jest Panem, i uwierzysz w sercu swoim, że
Bóg wzbudził go z martwych, zbawiony będziesz" (Rz
10,9). Niestety, Jezus ani jego uczniowie nie zechcieli zająć
miejsca, jakie gotowi im są przyznać teologowie współcześni.
Dlatego tak trudny jest dziś dialog religijny i tak łatwo
powoływać się fundamentalistom na święty tekst.
Identyczne podejście do prawdy przewija się od samego początku
historii Kościoła. Przynależność do Kościoła
zawsze uzależniano od wyznania prawdziwej wiary. Nie widzę tu
zasadniczej różnicy między św. Atanazym ("każdy,
kto chce być zbawiony, musi wyznawać...") a kardynałem
Ratzingerem, który od teologa ze Sri Lanki, potem ekskomunikowanego, zażądał
wyznania Credo. Gdyby do historii Kościoła przyłożyć
miarę proponowaną przez wielu teologów współczesnych,
to poza nimi samymi wszyscy doktorzy i nauczyciele okazaliby się
fundamentalistami.
|