|
Są też inne
próby określenia, czym jest fundamentalizm. Mówi się
o nim jako o tendencji życia społecznego,
w której trzymanie się tradycjonalistycznie pojętych
fundamentów ma służyć przeciwstawieniu się takiemu
czy innemu "modernizmowi". Taka definicja to, moim zdaniem, po prostu masło maślane. Jest
tak ogólna, że nie łączę z nią żadnej
idei. W 1933 roku dla wielu profesorów niemieckich z Martinem
Heideggerem na czele liberalizm - a więc przywiązanie do
swobód demokratycznych - było fundamentalizmem, bowiem wynikało
z trzymania się tradycjonalistycznie pojętych fundamentów
(wolność i godność człowieka), co przeciwstawiało
się postępowi ("modernizmowi") - światowej rewolucji
narodowego socjalizmu.
Według Altermatta "fundamentalizm
religijny chce spowolnić zmianę społeczną (...) artykułuje
zniechęcenie w obliczu tempa przeobrażeń społecznych,
które w ostatnich dziesięcioleciach doznały niebywałego
przyśpieszenia". Co to jednak znaczy? Czy zmiana społeczna
to większa liczba telefonów komórkowych
i samochodów, czy też większa liczba rozwodów
i zabiegów aborcji? Czy "tempo przeobrażeń społecznych"
oznacza szybkość, z jaką ludzie zapominają
o Dekalogu, czy też szybkość, z jaką społeczeństwo
przystosowuje się do nowych warunków technicznych? Jak
w ogóle można formułować takie sądy - oto co
mnie zdumiewa. Jeśli zmiana społeczna jest zła, to chrześcijanin
(ba, każdy uczciwy człowiek) winien się jej sprzeciwić. Czy
Altermatt sądzi, że już sama szybkość przeobrażeń
społecznych, niezależnie od kierunku, jest czymś pozytywnym? Nie
chce mi się w to wierzyć, chociaż nie mogę inaczej
rozumieć jego słów. Szwajcarski autor brnie dalej: "Generalnie,
fundamentalizm można uważać za konserwatywno-regresywną
reakcję na przeciętny wzorzec chrześcijańskiej religijności,
ukształtowany przez warunki nowoczesnego świata." Ile słów,
tyle niewiadomych. A jeśli ów "przeciętny wzorzec
religijności" jest zły? Wówczas negatywna reakcja na
niego, powrót do wzorca prawdziwego, jest nakazem dla chrześcijanina.
Chyba iż uznam, że dla
Altermatta prawdziwego i niepodważalnego wzorca nie ma.
Z kolei dla takich
teologów jak Thomas Meyer (Fundamentalismus in der modernen Welt. Die
Internationale der Unvernunft) fundamentalizm odznacza się wrogością
do Oświecenia i wyraża sprzeciw wobec kultury współczesnej.
I znowu wpadamy w tę samą nieokreśloność. Jeśli
Oświecenie oznacza atak na chrześcijaństwo, wyparcie religii ze
sfery publicznej, relatywizm moralny, to każdy chrześcijanin powinien
być fundamentalistą. Z punktu widzenia przywódców
Rewolucji Francuskiej samo wyznawanie chrześcijaństwa było
szkodliwym zabobonem, a niechęć do złamania przysięgi
wierności papieżowi fanatyzmem karanym śmiercią.
Nie lepiej wypadają
pozostałe próby określenia fundamentalizmu. Powiedzieć, że
fundamentalizm polega na dążeniu do wąsko rozumianej tożsamości
wyznaniowej bez liczenia się z rozwojem historycznym, to nie
powiedzieć nic. Wszystko opiera się bowiem na owym niewinnym "wąsko"
i nieco mniej niewinnym "rozwoju historycznym". Do rodzaju
fundamentalistów można zaliczyć bowiem po prostu
ortodoksyjnych katolików, zwolenników teokracji i sekciarzy.
A przecież grupy te bardzo się od siebie różnią
i nie daje się ich sprowadzić do jednego mianownika. Samo to, że
przyjmuje się istnienie prawd bezwarunkowych, nie jest żadnym
wyróżnikiem. Wszystkie spory w historii chrześcijaństwa
polegały właśnie na tym, co znaczy owo "wąsko"
i jak odróżnić "rozwój historyczny" od
"wypaczenia". Czy św. Paweł był fundamentalistą,
kiedy domagał się od Galatów "wąskiego"
zachowania nauki: "Ale gdybyśmy nawet my albo anioł z nieba
głosił wam Ewangelię odmienną od tej, którą myśmy
wam zwiastowali, niech będzie przeklęty!" (Ga 1,8). Absurdy, do
jakich dochodzimy chcąc używać pojęcia fundamentalizm
w stosunku do historii chrześcijaństwa, potwierdzają tylko,
że nie jest ono pojęciem filozoficznym, ale instrumentem walki.
Apostołowie byli fundamentalistami w stosunku do marcjonitów,
bo nie godzili się odrzucić ksiąg Starego Testamentu,
i postępowcami w stosunku do ortodoksyjnych wyznawców
judaizmu, bo nie chcieli uznać litery Starego Przymierza. Naprawdę
jednak nie byli ani jednymi, ani drugimi: byli świadkami prawdy objawionej
im przez samego Najwyższego, dzięki przyjęciu której człowiek
mógł liczyć na zbawienie.
|