|
Skoro nie udało się
ująć fundamentalizmu filozoficznie, teologowie uciekają się
do psychologii. Tu, trzeba przyznać, osiągają efekt odwrotny od
poprzedniego. O ile zastosowanie filozoficznego pojęcia
fundamentalizmu do historii chrześcijaństwa nie udaje się, to użycie
psychologiczne udaje się aż nadto. Ci znawcy psychiki ludzkiej twierdzą,
iż fundamentalizm wynika z poczucia zagrożenia współczesnością,
jest ucieczką przed życiem, dążeniem do pewności
egzystencjalnej. Często używają takich słów, jak lęk
przed nieznanym, strach przed nowym, obawa przed utratą tożsamości
itd. Oto doskonały wręcz przykład takiego żargonu,
zaczerpnięty z Altermatta: "Uczucie opuszczenia w wielkim,
złożonym świecie prowadzi do utraty pewności. Ludzie bronią
się przed procesami decyzyjnymi o nieprzewidywalnych konsekwencjach
i tęsknią do osłaniającej pewności, jaką
gwarantuje zwarty obraz świata i prosta forma życia."
Myśliciele zwalczający
fundamentalizm bardzo lubią mówić o tym, jak
skomplikowana jest rzeczywistość. Nie wyjaśniają jednak,
o jaką konkretnie rzeczywistość im chodzi. Przestrzeganie
przykazań i walka ze słabością były dla człowieka
zawsze trudne. Nie sądzę, aby pod tym względem nasza sytuacja się
zmieniła. Równie enigmatyczna jest ich nauka pozytywna. Mówią
o potrzebie rzucenia się w nieznane, o przepaściach
i otchłaniach wiary. Nie jestem w stanie odkryć pod tymi
tajemniczymi formułami nic więcej poza sloganami, jakie są
w obiegu wśród bywalców seminariów teologicznych
i wypełniają teksty profesorów teologii. Przepaść
wiary - to sformułowanie wręcz stworzone na miarę wyobraźni
przeciętnego teologa Zachodu, aby zapewnić mu odpowiednią dozę
emocji religijnej.
Każdy może wprawdzie
utrzymywać, iż to, że coś jest, wynika z tego, iż
chce się, aby tak było. Wierzysz, że piekło istnieje? To
znaczy, że chcesz, aby było, i nie lubisz bliźnich.
Wierzysz w Boga? To znaczy, iż potrzebujesz, aby był, i nie
radzisz sobie z własnym życiem. Nie rozumiem jednak, jak tego
rodzaju rozumowania można traktować jako argument filozoficzny. Odwoływanie
się do psychiki, przekonanie, iż u podnóża tego, co jawne
- sądów i zachowań - tkwią pierwotne i ukryte
mechanizmy psychologiczne, jest zabiegiem cokolwiek wątpliwym. To broń
obosieczna. I tak doskonała, że uderza w każdego,
a jej skuteczność zależy wyłącznie od siły
retoryki. Każdy sąd o rzeczywistości możemy sprowadzić
do przyczyn psychologicznych choćby z tego banalnego powodu, że
są one przed nami ukryte. Na temat tego, o czym nic nie wiemy,
potrafimy sformułować doskonale wiele teorii i wszystkie będą
równie prawdopodobne. Na przykład osoba A uwierzyła
w Boga, bo zmarł jej ojciec, albo przyśnił się jej zły
duch, albo spotkał ją zawód miłosny, albo... (tu
zostawiam miejsce dla domysłów czytelnika). Oczywiście,
wszystkie te tłumaczenia zakładają wtórność
aktu wiary w stosunku do rzeczywistego, biologiczno-psychologicznego motywu.
Być może tak się zdarza. Ale powód przyjęcia pewnego
sądu za prawdziwy bynajmniej nie wpływa na samą słuszność
tego sądu. Dla prawdy twierdzenia matematycznego nie ma znaczenia, czy
uczeń przyjmuje ją ze strachu przed nauczycielem, czy wskutek zrozumienia.
Pewne postawy psychologiczne
pojawiają się niezależnie od poglądów. Zadufanie,
pycha, pogarda, nadmierna pewność siebie, wrodzona lękliwość,
małoduszność, fanatyzm - to wszystko cechy naganne. Tylko że
nie rozumiem, co mają wspólnego z religią. Można być
agresywnym katolikiem (chociaż jest to sprzeczne z wyznawaną
doktryną) i fanatycznym relatywistą. Są osoby głęboko
ortodoksyjne i pokorne oraz ortodoksyjne i pyszne; są agnostycy
pewni siebie; są lękliwi ateiści.
Z tego, że ktoś uważa,
iż głosi prawdę, wcale nie wynika gotowość stosowania
przymusu wobec innych. Prawda wiary może być przyjęta tylko
w wolności. Wolność nie znosi prawdy, ale jest warunkiem
koniecznym jej odkrycia i świadomego przyjęcia. Uznawać to
jest czymś zupełnie różnym od rezygnacji z pewności.
Wolność nie jest tym samym co arbitralność decyzji, nie
jest po prostu stanem niezdecydowania. Inaczej musiałbym przystać na
to, że jestem tym bardziej wolny, im bardziej się waham i im więcej
mam wątpliwości. Wynikałoby z tego, iż jestem tym
bardziej wolny, im mniej jestem w stanie dokonać wyboru i przyjąć
obiektywne dobro. Wolność byłaby wówczas obojętnością
wobec prawdy.
Czym innym jest także być
pewnym prawdy, z czego wynika nietolerancja dla błędu,
a czym innym zmuszać kogoś do jej przyjęcia. Kościół
ma obowiązek pilnować depozytu wiary, a z tego wynika obowiązek
jasnego określenia i odrzucenia tych poglądów
i opinii, które owej wierze szkodzą. Czy z postawą
taką łączy się skłonność do przemocy? Aby
przyjąć to twierdzenie, trzeba by najpierw dowieść, że
osoby, które uznają nieomylność papieża
w kwestiach religijnych i etycznych oraz stosują się do
jego nauki, są bardziej skłonne używać gwałtu wobec
bliźnich niż inni. Kto pokusi się przedstawić dowody?
Także twierdzenie, że
fundamentalizm oznacza poszukiwanie pewności, a posiadanie pewności
wynika ze słabości wewnętrznej, jest zwyczajnie fałszywe.
Każdy człowiek szuka pewności, bowiem dąży do prawdy.
"Czegóż pragniesz, duszo moja, więcej niż
prawdy" - te słowa św. Augustyna, które towarzyszyły
mu w całej drodze nawrócenia, mówią więcej
o naturze człowieka niż rozważania dzisiejszych
znawców dusz. Gdybyśmy byli aniołami, mielibyśmy jasną
intuicję prawd o Bogu. Nie mamy jej, lecz nasza godność
istot rozumnych spełnia się, gdy do tych prawd docieramy. Szczęście
to radość z osiągnięcia prawdy, pewność, że
się ją ma. Wątpliwość to niezdecydowanie lub
kwestionowanie owej prawdy. Jak mogę być chrześcijaninem
i wątpić, czy modlę się do istniejącego Boga,
albo kwestionować fakt ofiary Jezusa? Dlatego kardynał Newman
twierdził, iż nie można jednocześnie być katolikiem
i mieć wątpliwości. Pewność, iż wyznaje się
wiarę prawdziwą, jest nieodzowna dla katolicyzmu. Wiara bowiem to nie
opinia, nie przypadkowe mniemanie, ale trwałe, całym sercem przyjęte
przeświadczenie, iż znajdujemy się wobec Najwyższego, wobec
osoby Pana, który nas widzi, słyszy i pragnie zbawić.
Przyjąć rozumowanie współczesnych teologów
(w tym wypadku występują jako psychologowie) to uznawać za
normalny stan choroby duszy. To twierdzić, że pewność
egzystencjalna - a więc wiedza, po co żyję, jaki jest
mój cel, co winienem czynić - jest czymś chorym.
Powiem jeszcze więcej. To
właśnie wyznawanie prawdy chrześcijańskiej wymaga ogromnej
mocy duszy. Mówi ona choćby o możliwości potępienia
wiecznego, które współczesnym chrześcijanom zdaje się
nieprawdopodobne. Śmiem twierdzić, że to człowiek,
który wierzy w Sąd Ostateczny, naprawdę jest odważny
i naprawdę gotów jest na ryzyko. Jego pewność jest
tylko dowodem siły charakteru, tego, iż nie ucieka przed prawdą
objawienia i przyjmuje słowo Boga w całości.
Odwoływanie się do
psychologii jest dla współczesnych teologów bardzo wygodne.
Zachowują pozory obiektywności, podczas gdy faktycznie ich opis jest
zbiorem epitetów. Przedstawiają swych oponentów jako
niedojrzałe dzieci kurczowo trzymające się ojcowskiej dłoni
w świecie rozchwianych wartości, sugerując dyskretnie własną
dojrzałość i odpowiedzialność. Mogą nie
odnosić się do sądów, ale leczyć dusze. Unikają
dania racji i z góry już zajmują w debacie,
której warunki sami ustalili, uprzywilejowane stanowisko. Opowiadają
się przeciw autorytaryzmowi, a za dialogiem, otwarciem, pluralizmem,
polifonicznością, tylko nie potrafią powiedzieć, na czym to
konkretnie polega. Łatwo jest stwierdzić, że potrzebna jest
otwartość, o wiele trudniej dyskutuje się o granicach.
Pluralizm opinii sam
w sobie jeszcze nie jest rzeczą dobrą. Wielość
odpowiedzi w stosunku do równań matematycznych jest po prostu
błędem. Różnorodność opinii politycznych jest
rzeczą naturalną, najczęściej dobrze służącą
interesowi wspólnoty. A w religii? Nikt nie zmusza nas, abyśmy
byli katolikami. Natomiast nie można być katolikiem w inny
sposób, niż tego naucza Kościół. Dlatego dla
katolika w najważniejszych kwestiach miejsca na pluralizm nie ma.
Przykładowo, musi on wierzyć w Boga, uznawać
zmartwychwstanie Jezusa i wszystkie podstawowe prawdy objawione. Wielość
sądów dopuszczalna jest tam, gdzie żadna z nich nie została
uznana przez Kościół za część objawienia.
Kwestią otwartą w historii pozostawało na przykład
pytanie, czy Jezus przyszedłby na świat, gdyby nie było grzechu
pierworodnego (jak wiadomo, zarówno tomiści uznający, iż
grzech był powodem koniecznym, jak szkotyści wierzący, że
wcielenie i tak by się dokonało, tworzyli dwie
równouprawnione szkoły w obrębie jednego Kościoła).
Krótko mówiąc,
uważam, iż podział na fundamentalistów
i niefundamentalistów w odniesieniu do kwestii religijnych
jest fałszywy i niczego nie opisuje. Co gorsza, wprowadza pojęcia
obce chrześcijaństwu i, szczególnie dzisiaj, wręcz
szkodliwe dla tej religii. Możemy różnie dzielić ludzi:
na wyznawców prawdziwej religii i czcicieli bożków,
prawowiernych i heretyków, chrześcijan i pogan, ludzi
odważnych i tchórzliwych. Wszystkie te podziały mają
swoje zalety: wyraźnie opisują dwie kategorie, i wady: są
niepełne, a przez to niekiedy niesprawiedliwe. Tym niemniej każdy
z nich jest nieskończenie lepszy niż podział na
fundamentalistów i resztę świata.
|