Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library
Pawel Lisicki
Uwiedziona teologia

IntraText CT - Text

  • Chorzy na duszy
Previous - Next

Click here to show the links to concordance

Chorzy na duszy

Skoro nie udało się ująć fundamentalizmu filozoficznie, teologowie uciekają się do psychologii. Tu, trzeba przyznać, osiągają efekt odwrotny od poprzedniego. O ile zastosowanie filozoficznego pojęcia fundamentalizmu do historii chrześcijaństwa nie udaje się, to użycie psychologiczne udaje się aż nadto. Ci znawcy psychiki ludzkiej twierdzą, iż fundamentalizm wynika z poczucia zagrożenia współczesnością, jest ucieczką przed życiem, dążeniem do pewności egzystencjalnej. Często używają takich słów, jak lęk przed nieznanym, strach przed nowym, obawa przed utratą tożsamości itd. Oto doskonały wręcz przykład takiego żargonu, zaczerpnięty z Altermatta: "Uczucie opuszczenia w wielkim, złożonym świecie prowadzi do utraty pewności. Ludzie bronią się przed procesami decyzyjnymi o nieprzewidywalnych konsekwencjach i tęsknią do osłaniającej pewności, jaką gwarantuje zwarty obraz świata i prosta forma życia."

Myśliciele zwalczający fundamentalizm bardzo lubią mówić o tym, jak skomplikowana jest rzeczywistość. Nie wyjaśniają jednak, o jaką konkretnie rzeczywistość im chodzi. Przestrzeganie przykazań i walka ze słabością były dla człowieka zawsze trudne. Nie sądzę, aby pod tym względem nasza sytuacja się zmieniła. Równie enigmatyczna jest ich nauka pozytywna. Mówią o potrzebie rzucenia się w nieznane, o przepaściach i otchłaniach wiary. Nie jestem w stanie odkryć pod tymi tajemniczymi formułami nic więcej poza sloganami, jakie są w obiegu wśród bywalców seminariów teologicznych i wypełniają teksty profesorów teologii. Przepaść wiary - to sformułowanie wręcz stworzone na miarę wyobraźni przeciętnego teologa Zachodu, aby zapewnić mu odpowiednią dozę emocji religijnej.

Każdy może wprawdzie utrzymywać, iż to, że coś jest, wynika z tego, iż chce się, aby tak było. Wierzysz, że piekło istnieje? To znaczy, że chcesz, aby było, i nie lubisz bliźnich. Wierzysz w Boga? To znaczy, iż potrzebujesz, aby był, i nie radzisz sobie z własnym życiem. Nie rozumiem jednak, jak tego rodzaju rozumowania można traktować jako argument filozoficzny. Odwoływanie się do psychiki, przekonanie, iż u podnóża tego, co jawne - sądów i zachowań - tkwią pierwotne i ukryte mechanizmy psychologiczne, jest zabiegiem cokolwiek wątpliwym. To broń obosieczna. I tak doskonała, że uderza w każdego, a jej skuteczność zależy wyłącznie od siły retoryki. Każdy sąd o rzeczywistości możemy sprowadzić do przyczyn psychologicznych choćby z tego banalnego powodu, że są one przed nami ukryte. Na temat tego, o czym nic nie wiemy, potrafimy sformułować doskonale wiele teorii i wszystkie będą równie prawdopodobne. Na przykład osoba A uwierzyła w Boga, bo zmarł jej ojciec, albo przyśnił się jej zły duch, albo spotkał ją zawód miłosny, albo... (tu zostawiam miejsce dla domysłów czytelnika). Oczywiście, wszystkie te tłumaczenia zakładają wtórność aktu wiary w stosunku do rzeczywistego, biologiczno-psychologicznego motywu. Być może tak się zdarza. Ale powód przyjęcia pewnego sądu za prawdziwy bynajmniej nie wpływa na samą słuszność tego sądu. Dla prawdy twierdzenia matematycznego nie ma znaczenia, czy uczeń przyjmuje ją ze strachu przed nauczycielem, czy wskutek zrozumienia.

Pewne postawy psychologiczne pojawiają się niezależnie od poglądów. Zadufanie, pycha, pogarda, nadmierna pewność siebie, wrodzona lękliwość, małoduszność, fanatyzm - to wszystko cechy naganne. Tylko że nie rozumiem, co mają wspólnego z religią. Można być agresywnym katolikiem (chociaż jest to sprzeczne z wyznawaną doktryną) i fanatycznym relatywistą. Są osoby głęboko ortodoksyjne i pokorne oraz ortodoksyjne i pyszne; są agnostycy pewni siebie; są lękliwi ateiści.

Z tego, że ktoś uważa, iż głosi prawdę, wcale nie wynika gotowość stosowania przymusu wobec innych. Prawda wiary może być przyjęta tylko w wolności. Wolność nie znosi prawdy, ale jest warunkiem koniecznym jej odkrycia i świadomego przyjęcia. Uznawać to jest czymś zupełnie różnym od rezygnacji z pewności. Wolność nie jest tym samym co arbitralność decyzji, nie jest po prostu stanem niezdecydowania. Inaczej musiałbym przystać na to, że jestem tym bardziej wolny, im bardziej się waham i im więcej mam wątpliwości. Wynikałoby z tego, iż jestem tym bardziej wolny, im mniej jestem w stanie dokonać wyboru i przyjąć obiektywne dobro. Wolność byłaby wówczas obojętnością wobec prawdy.

Czym innym jest także być pewnym prawdy, z czego wynika nietolerancja dla błędu, a czym innym zmuszać kogoś do jej przyjęcia. Kościół ma obowiązek pilnować depozytu wiary, a z tego wynika obowiązek jasnego określenia i odrzucenia tych poglądów i opinii, które owej wierze szkodzą. Czy z postawą taką łączy się skłonność do przemocy? Aby przyjąć to twierdzenie, trzeba by najpierw dowieść, że osoby, które uznają nieomylność papieża w kwestiach religijnych i etycznych oraz stosują się do jego nauki, są bardziej skłonne używać gwałtu wobec bliźnich niż inni. Kto pokusi się przedstawić dowody?

Także twierdzenie, że fundamentalizm oznacza poszukiwanie pewności, a posiadanie pewności wynika ze słabości wewnętrznej, jest zwyczajnie fałszywe. Każdy człowiek szuka pewności, bowiem dąży do prawdy. "Czegóż pragniesz, duszo moja, więcej niż prawdy" - te słowa św. Augustyna, które towarzyszyły mu w całej drodze nawrócenia, mówią więcej o naturze człowieka niż rozważania dzisiejszych znawców dusz. Gdybyśmy byli aniołami, mielibyśmy jasną intuicję prawd o Bogu. Nie mamy jej, lecz nasza godność istot rozumnych spełnia się, gdy do tych prawd docieramy. Szczęście to radość z osiągnięcia prawdy, pewność, że się ją ma. Wątpliwość to niezdecydowanie lub kwestionowanie owej prawdy. Jak mogę być chrześcijaninem i wątpić, czy modlę się do istniejącego Boga, albo kwestionować fakt ofiary Jezusa? Dlatego kardynał Newman twierdził, iż nie można jednocześnie być katolikiem i mieć wątpliwości. Pewność, iż wyznaje się wiarę prawdziwą, jest nieodzowna dla katolicyzmu. Wiara bowiem to nie opinia, nie przypadkowe mniemanie, ale trwałe, całym sercem przyjęte przeświadczenie, iż znajdujemy się wobec Najwyższego, wobec osoby Pana, który nas widzi, słyszy i pragnie zbawić. Przyjąć rozumowanie współczesnych teologów (w tym wypadku występują jako psychologowie) to uznawać za normalny stan choroby duszy. To twierdzić, że pewność egzystencjalna - a więc wiedza, po co żyję, jaki jest mój cel, co winienem czynić - jest czymś chorym.

Powiem jeszcze więcej. To właśnie wyznawanie prawdy chrześcijańskiej wymaga ogromnej mocy duszy. Mówi ona choćby o możliwości potępienia wiecznego, które współczesnym chrześcijanom zdaje się nieprawdopodobne. Śmiem twierdzić, że to człowiek, który wierzy w Sąd Ostateczny, naprawdę jest odważny i naprawdę gotów jest na ryzyko. Jego pewność jest tylko dowodem siły charakteru, tego, iż nie ucieka przed prawdą objawienia i przyjmuje słowo Boga w całości.

Odwoływanie się do psychologii jest dla współczesnych teologów bardzo wygodne. Zachowują pozory obiektywności, podczas gdy faktycznie ich opis jest zbiorem epitetów. Przedstawiają swych oponentów jako niedojrzałe dzieci kurczowo trzymające się ojcowskiej dłoni w świecie rozchwianych wartości, sugerując dyskretnie własną dojrzałość i odpowiedzialność. Mogą nie odnosić się do sądów, ale leczyć dusze. Unikają dania racji i z góry już zajmują w debacie, której warunki sami ustalili, uprzywilejowane stanowisko. Opowiadają się przeciw autorytaryzmowi, a za dialogiem, otwarciem, pluralizmem, polifonicznością, tylko nie potrafią powiedzieć, na czym to konkretnie polega. Łatwo jest stwierdzić, że potrzebna jest otwartość, o wiele trudniej dyskutuje się o granicach.

Pluralizm opinii sam w sobie jeszcze nie jest rzeczą dobrą. Wielość odpowiedzi w stosunku do równań matematycznych jest po prostu błędem. Różnorodność opinii politycznych jest rzeczą naturalną, najczęściej dobrze służącą interesowi wspólnoty. A w religii? Nikt nie zmusza nas, abyśmy byli katolikami. Natomiast nie można być katolikiem w inny sposób, niż tego naucza Kościół. Dlatego dla katolika w najważniejszych kwestiach miejsca na pluralizm nie ma. Przykładowo, musi on wierzyć w Boga, uznawać zmartwychwstanie Jezusa i wszystkie podstawowe prawdy objawione. Wielość sądów dopuszczalna jest tam, gdzie żadna z nich nie została uznana przez Kościół za część objawienia. Kwestią otwartą w historii pozostawało na przykład pytanie, czy Jezus przyszedłby na świat, gdyby nie było grzechu pierworodnego (jak wiadomo, zarówno tomiści uznający, iż grzech był powodem koniecznym, jak szkotyści wierzący, że wcielenie i tak by się dokonało, tworzyli dwie równouprawnione szkoły w obrębie jednego Kościoła).

Krótko mówiąc, uważam, iż podział na fundamentalistów i niefundamentalistów w odniesieniu do kwestii religijnych jest fałszywy i niczego nie opisuje. Co gorsza, wprowadza pojęcia obce chrześcijaństwu i, szczególnie dzisiaj, wręcz szkodliwe dla tej religii. Możemy różnie dzielić ludzi: na wyznawców prawdziwej religii i czcicieli bożków, prawowiernych i heretyków, chrześcijan i pogan, ludzi odważnych i tchórzliwych. Wszystkie te podziały mają swoje zalety: wyraźnie opisują dwie kategorie, i wady: są niepełne, a przez to niekiedy niesprawiedliwe. Tym niemniej każdy z nich jest nieskończenie lepszy niż podział na fundamentalistów i resztę świata.

 




Previous - Next

Table of Contents | Words: Alphabetical - Frequency - Inverse - Length - Statistics | Help | IntraText Library

Best viewed with any browser at 800x600 or 768x1024 on Tablet PC
IntraText® (V89) - Some rights reserved by EuloTech SRL - 1996-2007. Content in this page is licensed under a Creative Commons License