|
Trudno ukrywać, iż wielu
wierzących, zarówno ludzi prostych jak i wykształconych, ma
kłopoty z intelektualnym przyswojeniem sobie niektórych zmian mentalności
w Kościele. Przy czym nie chodzi wcale o bulwersujące nieraz a siejące
rzekome spustoszenia opinie teologów, lecz raczej o kierunek
myślenia, jakiemu początek dał Drugi Sobór
Watykański. Oto próbka wewnątrzkościelnego, postsoborowego
zafrasowania. Dzisiejszy chrześcijanin nie jest w stanie uporać się
z tezą głoszącą, że jedyna droga do zbawienia prowadzi
przez chrześcijaństwo, więcej: że nie ma zbawienia poza
Kościołem katolickim. Owo "migotanie w prawej komorze"
wiary prowadzi do innych "arytmii" w prawidłowym pulsowaniu
życia wiary. Czyż powyższa wątpliwość
jednocześnie nie kwestionuje absolutnego charakteru Kościoła a
tym samym i konieczności jego mandatu misyjnego? Czy w kontekście tak
sformułowanej niepewności problematyczne nie stają się
wszystkie żądania, polecenia i dyrektywy Kościoła - podważane
teraz w ich najgłębszych podstawach?
Św. Ignacy Loyola wiernym oddającym
się ćwiczeniom rekolekcyjnym podsuwał "błogą"
myśl o tym, jak to Trójca Święta przypatruje się
widowisku spadania wszystkich ludzi do piekła - oczywiście
łącznie z odprawiającymi święte rekolekcje. Św.
Franciszek Ksawery w żywe oczy prawił muzułmanom, że
cała ich pobożność nie jest nic warta, albowiem -
niezależnie od tego, czy są pobożni lub bezbożni, czy
są przestępcami lub ludźmi cnotliwymi - i tak wszyscy
powędrują do piekła, gdyż nie przynależeli do jedynego
zbawiającego Kościoła.
|