|
Tego typu myślowe scenariusze rozbijają
się dzisiaj już w zderzeniu z nowym pojęciem
człowieczeństwa. Kto uwierzy, że żyjący obok nas
człowiek, jednostka wielkiego formatu, dobra i usłużna,
będzie skazana na piekło, ponieważ nie jest praktykującą
katoliczką lub katolikiem? Kardynał Joseph Ratzinger pisze
gdzieś z emfazą, że u kresu czasów nie będziemy
sądzeni z poprawnej znajomości katechizmu; Sędzia wieków
nie zapyta o treść żadnego z dogmatów, nie padnie jakiekolwiek
pytanie dotyczące rozumienia prawdy o prymacie czy nieomylności papieskich
orzeczeń; Sąd będzie przebiegał jedynie i
wyłącznie w oparciu o wielką mowę Jezusa Sędziego
zarejestrowaną przez św. Mateusza: "Zaprawdę powiadam wam:
Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście
i Mnie nie uczynili" (Mt 25,45). Tak ateistycznie wyglądać
będzie Sąd Ostateczny, konkluduje Ratzinger.
Przekonanie, że wszyscy dobrzy ludzie
będą zbawieni, jest dziś dla normalnego chrześcijanina
zrozumiałe samo przez się, jak dawniej przeświadczenie
przeciwne. O sforsowaniu bram niebios zadecyduje samo bycie
"porządnym człowiekiem", inspirowane oczywiście
Bożą łaską. Drugi Sobór Watykański wzniesie
się na wyżyny tej wypowiedzi: "Nie odmawia też
Opatrzność Boża koniecznej do zbawienia pomocy takim,
którzy bez własnej winy w ogóle jeszcze nie doszli do
wyraźnego poznania Boga, a usiłują, nie bez łaski
Bożej, wieść uczciwe życie" (KK 16). Takie stwierdzenia
czyta się z uczuciem ogromnej ulgi - na odległym już dziś
tle straszliwej wręcz dawnej sentencji, z wszystkimi jej restryktywnymi konsekwencjami:
"Poza Kościołem nie ma zbawienia".
A zatem jednak: "Poza
Kościołem jest zbawienie"! Istnieją więc
chrześcijanie poza obrębem Kościoła, można
mówić o istnieniu tzw. "chrześcijan anonimowych", by
zacytować sławetne już sformułowanie Karla Rahnera,
które swego czasu wzbudziło ostre kontrowersje. Powiedzmy, na
przykład, dobrze i uczciwie prowadzącemu się buddyście,
że jest krypto-chrześcijaninem. Z miejsca odpowie, że wszelkie
więzi z chrześcijaństwem są mu z gruntu obce.
Pozostańmy jednak w
kręgu chrześcijaństwa. Na wieść, że do zbawienia wystarcza
sama moralność (już nie sama wiara, sola fides, lecz
właśnie li tylko sama etyka, sola moralitas!), iż za samo
łaską wiedzione życie wrota niebios będą się
otwierały samoczynnie, zaambarasowany wierzący chrześcijanin
zacznie pewnie pytać: dlaczego ci stojący na zewnątrz
stąpają po tak lekkich i miękkich kobiercach, podczas gdy nam
tak się sprawę utrudnia? Czy poczciwy nasz chrześcijanin nie
przybliży się do wniosku, że wiara to raczej ciężkie
brzemię, a nie łaska i szczęście? W każdym
bądź razie nie pozbędzie się wrażenia o istnieniu dwu
dróg zbawienia: jednej przebiegającej ścieżkami, może
i krętymi, subiektywnie pojmowanej moralności (dla stojących
poza Kościołem); drugiej - wyboistego szlaku ku zbawieniu,
przeznaczonemu dla członków Kościoła z metryką.
Ochrzczony w Kościele zapewne niełatwo pozbędzie się nieco
smętnego poczucia zawodu, iż sam nie załapał się na
podróż trasą przyjemniejszą, środkiem bardziej
komfortowym. Jak by nie było, istnienie nie-kościelnej
możliwości zbawienia pozostawia osad spleenu.
|