Epoka ekumenizmu jest owocem
dojrzewania Kościołów chrześcijańskich do nowego stosunku
najpierw do podzielonego chrześcijaństwa, a w rezultacie także
do innych religii. To dojrzewanie w dialogu dotarło także do
Kościoła katolickiego i znalazło wyraz w dokumentach soborowych,
tak w Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium, jak i w dokumentach
dotyczących ekumenizmu i innych religii. Zmiana mentalności z
apologetycznej i walczącej na ekumeniczną i dialogową przyniosła
też zakwestionowanie powiedzenia św. Cypriana z Kartaginy, że
"poza Kościołem nie ma zbawienia". Powiedzenie to, brane
dosłownie i w takim sensie rozumiane przez wiele wieków, skierowane
było bezpośrednio nie tyle przeciw poganom, co przeciw tym, którzy
oddzielali się od Kościoła macierzystego tworząc nowe
Kościoły. Przez wiele wieków przeważało takie
właśnie, restryktywne rozumienie tego powiedzenia. Różne
jednak były granice pojmowania owego wyłączenia od zbawienia. Tak
chociażby uznawana przez św. Tomasza z Akwinu zasada, że
obowiązuje sumienie w sposób niezawiniony błędne,
kazała wierzyć w zbawienie owych niezawinienie
błądzących. Niemniej, nie bardzo wierzono w niezawinienie
błędów, które jedne Kościoły zarzucały
drugim, a wszystkie Kościoły ludziom innych religii - na
przykład żydom czy muzułmanom, nie mówiąc już o
religiach uznających wielobóstwo. Toteż jednym z
powodów inspirujących żarliwość misyjną
była chęć zbawienia ludzi narażonych na potępienie z
powodu nienależenia do Chrystusowego Kościoła. Podobnie,
usiłowanie nawracania braci z innych Kościołów
wywodziło się z chęci zapewnienia zbawienia tym, którzy
nie należą do jedynie prawdziwego Kościoła - a każdy z
Kościołów za takowy uważał siebie. Niewątpliwie,
istnieje głęboka sprzeczność między postawą apologetyczno-walczącą,
wynikającą z dosłownego i restryktywnego rozumienia powiedzenia
św. Cypriana, a postawą otwartą, dialogową,
ekumeniczną. Sformułowania soborowe starają się
pokonać tę sprzeczność odwołując się do ciągłości
doktryny, a czynią to sięgając do możliwie
najgłębszych warstw jedności kościelnej.
Znaczenie słowa
"Kościół" miało zawsze dwa wymiary: jeden to
organizacja widzialnej społeczności religijnej, a drugi to
niewidzialna jedność ludzi z Bogiem i z Jezusem Chrystusem. Wierzymy,
że Jezus Chrystus przyszedł zbawić wszystkich ludzi; On sam
powiedział, że ma owce, których jeszcze nie zgromadził w
jednej owczarni. Wymiar duchowy jedności z Chrystusem to wymiar eschatologiczny.
Kościół czyli synagoga, ekklesia, zgromadzenie wierzących
wokół Chrystusa, ma ogarnąć w zmartwychwstaniu
całą zbawioną ludzkość i jest z nią tożsamy.
Z wiary w Jezusa Chrystusa, jako w Słowo Boże wcielone w człowieka,
wynika, że do duchowej wspólnoty należy każdy, kto
słucha głosu Boga (słowa Bożego tak, jak ono do niego
dochodzi) i kto czyni dobro bliźniemu (bowiem Chrystus utożsamił
sam siebie z każdym "najmniejszym" człowiekiem, gdy zapowiedział
"cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście
uczynili"). Stanowiska
podobnego do sformułowanego przez św. Cypriana nie znajdujemy
wcześniej - na przykład u św. Pawła, który w
Liście do Rzymian pisał, że poganie, słuchając swego
sumienia, wypełniają prawo Boże, którego nie znają z
Objawienia, i że Chrystus pozna swoich na końcu świata (Rz 2, 14-16;
3, 27-30). Ruch ekumeniczny i wraz z nim wykładnia soborowa są o
wiele bliższe ujęciu Pisma Świętego niż dawne
rozumienie Cyprianowego powiedzenia. Sądzę też, że same
sformułowania soborowe świadczą o pewnym etapie samorozumienia
Kościoła i wskazują kierunek dalszego rozwoju. Profesor Gustaw
Thils z Louvain, ekspert soborowy, zwracał w swych wykładach
uwagę na spór, jaki toczył się był o określenie,
że Kościół Chrystusowy jest w Kościele katolickim. Pierwotnie
przygotowana formuła brzmiała, że Kościół
katolicki jest po prostu Kościołem Chrystusowym w sensie
pewnej wyłączności. Przyjęte sformułowanie "subsistit"
nie wyklucza tego samego przebywania w innych Kościołach i utwierdza
pewien dystans i pojęciową różnicę między
Kościołem eschatologicznym wypełnienia się jedności
ludzi z Bogiem a Kościołami widzialnymi.
Drugim niezwykle ważnym momentem jest
umieszczenie wśród znaków rozpoznawczych bycia
Kościołem nie tylko takich cech jak doktryna i instytucja, ale nie
dających się zmierzyć cech duchowych - posłuszeństwa
Duchowi Świętemu, żarliwości wiary i miłości. Kościół
katolicki pretenduje do realizowania pełni instytucjonalnej i
doktrynalnej. Ale nie może pretendować ani do większego od innych
Kościołów napełnienia Duchem Świętym, ani do
większej żarliwości. Siłą rzeczy musi przyznać,
że pod jakimiś względami - czy to Kościół
katolicki jako całość, czy poszczególne
Kościoły lokalne - mogą w tych duchowych cechach ustępować
innym Kościołom. Sobór nie doszedł jeszcze do tego, by
przyznać, że pod względem instytucji czy doktryny bogactwo
Kościoła może zawierać nadmiar elementu ludzkiego -
sądzę jednak, że Sobór uczynił wielki krok ku
uznawaniu partnerstwa i większej niż dawniej równości
innych Kościołów z nim samym. Sądzę, że od
czasu Soboru wiele uczyniono w tym kierunku: tak w kierunku przyznawania się
Kościoła katolickiego do winy za podział - do
współwiny a więc współschizmy - jak w kierunku
wsłuchiwania się też w krytykę ze strony innych
Kościołów i szukania wspólnego rozumienia, czym ma
być Kościół i chrześcijaństwo w myśli Bożej.
Określając kręgi
przynależności do Kościoła, Sobór miał na
względzie określanie pewnej bliskości także doczesnej i
instytucjonalnej. Z Kościołami chrześcijańskimi
wiąże nas chrzest i istotne elementy doktryny wiary. Z innymi religiami
określone elementy ich teologii. Są to elementy także
intelektualne, nie tylko duchowe. Ale w dokumentach soborowych mówi
się o łączności w szerszym planie zbawienia - a więc w
tej jedności, którą ma się stać ludzkość zmartwychwstała
po powrocie Chrystusa.
Nie sądzę, by
było to zawłaszczeniem zbawienia dla swego Kościoła, dla
swojej instytucji. Jeżeli wierzymy, że Jezus Chrystus jest
Bogiem-Człowiekiem, który zbawiał całą
ludzkość, to wszystko, co jest z dobra, uznajemy za Jego dar w mocy posyłanego
przez Niego Ducha Świętego. To dobro jest darem Boga a nie
Kościoła i jest przygotowaniem do spotkania Chrystusa a nie
instytucji - Kościoła eschatologicznego, a niekoniecznie ziemskiego.
Jan Paweł II w swych podróżach do krajów innych
niż chrześcijańska religii powtarza nieraz, że w owych
religiach Duch Święty działa i je prowadzi. Zadawane w tym
kontekście pytanie, czy Kościół ma prawo orzekać, co
z dobra i z prawdy znajduje się w innych religiach, jest chyba
niefortunnie sformułowane. Każdy Kościół czy wyznawcy
danej religii mają prawo rozpoznawać, co z prawdy i dobra przez nich
poznanego znajduje się w innych religiach czy Kościołach i
odkrywać w ten sposób jedność Bożego działania i
ludzkich dróg do Prawdy i Dobra. To samo prawo przysługuje
Kościołowi katolickiemu i jego Urzędowi Nauczycielskiemu. Jak
więc w świetle Soboru rozumieć działanie misyjne
Kościoła? Pozostawiamy samemu Bogu to, czy chce On doprowadzić
ludzkość do jedności religijnej i w jakiej formie - wierzymy,
że tę jedność osiągniemy w eschatologii, w
Królestwie Bożym - i że w tej eschatologii Panem i Pasterzem
Kościoła zbawionego jest Jezus Chrystus.
Dlaczego zatem nadal
głosimy Jezusa Chrystusa wszystkim narodom, skoro należenie do
Kościoła widzialnego nie jest konieczne dla zbawienia? Ponieważ Jezus
Chrystus posłał nas na cały świat mówiąc,
że mamy iść do wszystkich narodów i czynić je Jego
uczniami. Nie jest też możliwe, by uwierzywszy w Jezusa Chrystusa
jako Zbawiciela objawiającego nam miłość Ojca,
posyłającego w nasze serca Ducha Świętego, nie
głosić tak wielkiego szczęścia, tak wspaniałej Dobrej Nowiny
całemu światu. Wreszcie - ponieważ mamy przetwarzać oblicze
tego świata na wzór obietnicy eschatologicznej i na wzór
Ewangelii Jezusa Chrystusa i Jego życia, śmierci i zwartwychwstania.
Dla chrześcijan
pełnią Objawienia jest osoba Jezusa Chrystusa, sama Osoba jako
Słowo Boże w Człowieku - jako Bóg-Człowiek.
Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa objawia nam boskość
Słowa Bożego, a przez to zarazem i Ojca, i Ducha. Wierzymy, że
wszyscy ludzie u końca świata odnajdą się w spotkaniu z
Jezusem Chrystusem. Nie jesteśmy jednak właścicielami Jezusa
Chrystusa - to On nas posiada i pozwala nam być uczestnikami Jego misji.
Kręgi należenia do Kościoła, o których piszą
dokumenty soborowe, to zarazem kręgi należenia do Jezusa Chrystusa
jako Pana i Zbawiciela. A opierając się na Ewangelii wierzymy,
że każdy człowiek czyniący dobro innym ludziom, czyni dobro
Chrystusowi, ponieważ Jezus utożsamia się z każdym
człowiekiem, w szczególności z biednym i cierpiącym (por.
Mt 25, 31-46). Czy zatem narzucamy niewierzącym nową
interpretację ich niewiary? Nie twierdzimy, że człowiek
mówiący "nie wierzę w Boga" mówi o sobie nieprawdę.
Sądzimy, że odrzuca on intelektualne pojęcie takiego Boga,
jakiego mu zaproponowano. I być może słusznie - być
może pod imieniem Boga zaproponowano mu karykaturę Boga -
jakiegoś idola, wielkiego policjanta lub dobrą
wróżkę czy filozoficzną koncepcję
zamkniętą w określonych terminach, czy wreszcie ideologię polityczną.
Nie twierdzimy, że dany człowiek wierzy w Boga, lecz że jego spojęciowana
niewiara nic nie mówi o tajemnicy jego bliskości wobec Boga
żywego. Podobnie jak samo przyznawanie się do wiary nie mówi o
wewnętrznej jedności z Bogiem lub o jej braku.
Rozróżniamy dziś bowiem między intelektualnym pojmowaniem
wiary a rzeczywistością Boga, w którą wierzymy, a
która jest zawsze ponad czy przed nami.
My, katolicy, wierzymy
wspólnie z innymi chrześcijanami w Tego samego Boga w
Trójcy; wierzymy wspólnie w Jezusa Chrystusa jako Pana i
Zbawiciela - ale wierzymy w Niego inaczej - różnimy się w
doktrynie i w organizacji kościelnej. Nasze różnice są
przede wszystkim natury kulturowej. Często wierzymy tak samo, a tylko
inaczej to wyrażamy. Sobór Watykański II jako sobór
katolicki określał wspomniane kręgi bliskości ze swego
punktu widzenia. Każdy z Kościołów mógłby nakreślić
analogiczne kręgi bliskości względem siebie. Dialog ekumeniczny
może doprowadzić do szeregu uzgodnień doktrynalnych, do
zbliżenia kultur i języków, a zarazem do zaakceptowania
różnic tradycji kultury religijnej każdego z Kościołów.
Zwróćmy uwagę na przykład na to, że katolików
i prawosławnych najmniej dzieli teologicznie, a najwięcej kulturowo.
Ewangelicy są nam bliżsi kulturowo - ale więcej jest między
nami problemów teologicznych, które zrodziły się z
różnic filozoficznych i różnic struktury
kościelnej. Sądzę, że Kościół katolicki
musi dojść do uznania, że Kościołem Chrystusowym na
ziemi są wszystkie Kościoły i wspólnoty
chrześcijańskie razem wzięte, tak samo jak ludem Izraela były
dwa królestwa Judy i Samarii. Kościół katolicki jest
tak samo jak inne winien istniejącego podziału. Winni jesteśmy
schizmy, bośmy się do podziałów przyczynili. I winni
jesteśmy herezji. Nie w naszym ujmowaniu doktryny, w której akcentujemy
pełnię - niczego nie odrzucamy. Ale w rozumieniu ewangelików,
którzy słusznie zarzucają nam traktowanie jako "z prawa
Bożego" także spraw i instytucji ludzkich. Nasza pełnia
jest czasem zbyt wielka, za bardzo chcielibyśmy Pana Boga chwycić w
siatkę pojęć, a strukturę organizacyjną naszego Kościoła
uznać za jedyną zgodną z Objawieniem.
Obraz kół
koncentrycznych, w których centralne miejsce zajmuje
Kościół katolicki, być może w przyszłości
ustąpi miejsca obrazowi kół przenikających się wzajemnie,
tworzących wspólnie tkankę Kościoła Chrystusowego na
ziemi. Byłby to pierwszy krok do zrozumienia także tego, jakiej formy
jedności żąda od nas Bóg. Dążąc do tego
zrozumienia, nie chcemy w dialogu nawracać się wzajemnie, ale wzajemnie
się wzbogacać poprzez ukazywanie sobie bogactw kultury religijnej i tradycji
wiary każdego z Kościołów i szukanie tego, co
wspólne, a także poprzez nawracanie się każdego z
Kościołów do Chrystusa i do lepszego rozumienia tego, czego On
od nas oczekuje.
Nie chodzi więc o
zrównanie wszystkich "prawd", ale o uznanie, że
pełna Prawda jest zawsze większa niż nasze jej poznanie,
zaś to, co nazywamy prawdami różnych ludzkich koncepcji
świata czy różnych religii, jest aspektowym przybliżaniem
się z różnych stron do tej jednej, wiecznej, rzeczywiście
istniejącej Prawdy. Uznanie tego stało się możliwe
także dzięki lepszemu poznaniu ludzkiej psychiki i ograniczeń
poznawczych oraz uwarunkowań ludzkiego poznania. Żadna filozofia,
żaden system odniesień w danej kulturze - także kulturze
religijnej - nie może objąć wszystkich możliwych
aspektów. Stąd w dialogu z innymi religiami możemy dostrzec
nowe dla nas aspekty i wzbogacić o nie rozumienie naszej wiary. Z drugiej
strony, nasi rozmówcy mogą zbliżyć się do osoby
Jezusa Chrystusa tylko dzięki zetknięciu ich kultury religijnej z
Nim, a nie przyjmując nasz sposób widzenia i nasze
formułowanie wiary wyrosłe w naszej kulturze. W dialogu nie chodzi
więc o odrzucanie tego, co dobre, ani narzucanie kultury, ale o
współszukanie Prawdy i wzajemne wzbogacanie się. To natomiast,
czy i kiedy znajdziemy wspólnie Chrystusa, czy stanie się to
udziałem całych religii, czy poszczególne jednostki
przejdą z jednej religii do drugiej - zostawiamy samemu Bogu. Bowiem - jak
kilkakrotnie mówił Jan Paweł II - wierzymy, że Duch
Święty działa we wszystkich religiach i we wszystkich ludziach -
także w niewierzących.
Jaki jest więc sens
misyjnej działalności Kościoła? O wiele szerszy niż pozyskiwanie
dla niego nowych członków. Nie wyklucza to tego celu, jakim jest czynienie
wszystkich ludzi uczniami Jezusa Chrystusa. Jednakże uczniem Jezusa Chrystusa
można być na różne sposoby i do Boga należy plon
misyjnego działania Kościoła. Ponieważ wierzymy, że
Jezus Chrystus jest pełnią Objawienia się Boga w człowieku,
przeto we wspólnym dążeniu całej ludzkości do Prawdy
i Dobra mamy sobie zlecone posługiwanie się słowem i dawanie
świadectwa o Jezusie Chrystusie i Jego Dobrej Nowinie. Jest
radością Kościoła, gdy szeregi wyznawców Chrystusa się
powiększają, ale wiemy, że nie jesteśmy jedyną
owczarnią Pana, ani jako Kościół katolicki, ani nawet
jako Kościół całego chrześcijaństwa. Misja to
także sposób spotkania w dialogu - i gdy to spotkanie staje
się owocne dla obu stron tak, że obie stają się
bliższe Boga, cel misji jest osiągnięty. Stąd do zadań
misyjnych należy świadectwo prostej służby ludom i narodom,
wśród których chrześcijanie żyją i
pracują.
Misyjność
Kościoła wyraża się nie tylko w wysyłaniu misjonarzy
do innych krajów, ale i w roli Kościoła wobec całego
społeczeństwa w krajach o większości chrześcijańskiej.
Myślę tu o parafiach. Sądzę,
że pod jednym względem rola parafii jest coraz lepiej rozumiana -
mianowicie, gdy chodzi o pomoc charytatywną wszystkim ludziom
potrzebującym, którzy trafiają do ośrodków parafialnych.
W tej służbie w większości parafii nie czyni się
różnic między ludźmi rozmaitych przekonań. Natomiast
praca typu diakonii jest w naszych parafiach o wiele za słabo
rozwinięta. Odpowiedzialność parafii powinna obejmować nie
tylko to, by dzieci uczyły się religii, by kwitło życie sakramentalne
wiernych, ale winna się także rozciągać na istniejące
na jej terenie domy dziecka, samotnych i chorych, duszpasterstwo
małżeństw nie mogących zawrzeć ślubu
kościelnego, winna obejmować poszukujących i
wątpiących, młodzież bez opieki i zagrożoną
demoralizacją... Jest ogrom spraw wymagających pilnego podjęcia.
Sądzę jednak, że ruch społeczny, jaki powoli w Polsce
narasta czy to w parafiach, czy takich działaniach jak Equilibre
lub Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, nie jest związany z
odpowiedzialnością Kościoła za społeczeństwo, a
raczej ze zwyczajnie ludzkim poczuciem współodpowiedzialności za
drugiego człowieka. Ludzie czujący tę
współodpowiedzialność często korzystają z
instytucji parafialnej jako bazy dla swej pracy społecznej.
Sądzę, że w Polsce świadomość
odpowiedzialności za ludzi dokoła nas, jakkolwiek wykształcona
także i głównie przez chrześcijańską
miłość bliźniego, jest niezależna od stopnia wiary i
od stopnia uświadomienia sobie współodpowiedzialności za
Kościół. Na ogół jesteśmy o wiele bardziej
świadomi odpowiedzialności za naród, za społeczeństwo,
za państwo, niż za kształt życia w Kościele. Potrzeba
nam pogłębienia świadomości, że bycie
chrześcijaninem zobowiązuje do miłości bliźniego i
czynienia dobra wszystkim, a szczególnie cierpiącym i słabym.
Nie wiąże się
to jednak z odpowiedzialnością za parafię, gdyż
świecki ma praktycznie mały wpływ na to, co się w jego
parafii dzieje. Jak bowiem można czuć odpowiedzialność za
coś, na co nie ma się wpływu? Dopóki nasi
księża nie zrozumieją, że nie muszą o wszystkim w
parafii decydować sami i nie zdecydują się na dzielenie się
władzą i odpowiedzialnością z osobami świeckimi, z
radami parafialnymi i duszpasterskimi, mówienie o
współodpowiedzialności świeckich za parafię
będzie sloganem. Jeżeli zaś nie ma u nas poczucia
odpowiedzialności świeckich za parafię, to jak mówić
o szerszym poczuciu odpowiedzialności parafii za to, co się dzieje w
świecie świeckim na jej terenie? Dla większości
Polaków słowo "Kościół" oznacza
wciąż kler i biskupów, a nie ogół wiernych wraz z
klerem i biskupami zgromadzony dokoła Chrystusa jako Pasterza i Pana
Kościoła. Dlatego też tak łatwo u nas o swoisty
antyklerykalizm ludzi wierzących a z czegoś niezadowolonych. Jest to
wynik bierności.
Niestety, równie
łatwo u nas o swoisty katolicyzm polityczny - ten wydaje się poważnie
traktować zdanie, że "poza Kościołem nie ma
zbawienia", w politycznej wersji: "nie ma Polaka". Swoista
prawica katolicka, jak się wydaje, zatrzymała się na Vaticanum
Primum i nie bierze pod uwagę szerokości widzenia misji Kościoła
przez Vaticanum Secundum. O ile ruch ten w niewielkiej mierze występuje
w postaci skrajnej, to w mniej skrajnej ma wpływ na dużą
ilość tak wiernych, jak i księży. Nawet w
łagodniejszej formie nurt narodowo-tradycyjny grozi takim pojmowaniem
ortodoksji katolickiej, które kładzie nacisk na tradycyjne
sformułowania i na identyfikację instytucjonalną, a pomija
wspólną wiarę w Osobę Jezusa Chrystusa i
wspólną wiarę w Jedynego Boga. Granice identyfikacji z
Kościołem stają się węższe nawet od samej
przynależności do Kościoła katolickiego, bowiem zaczyna
się ocenianie, czy katolicy o odmiennych poglądach na sprawy
Kościoła i narodu są wystarczająco ortodoksyjni. W ten sposób
granice ludzkiej solidarności zacieśniają się do
katolików i Polaków równocześnie. Nie ma tu wprawdzie
niebezpieczeństwa przywłaszczania sobie wszystkiego, co dobre w
innych wyznaniach czy innych religiach - bowiem te inne uważa się za
niedobre. Ale nie ma tu żadnego
otwarcia. Natomiast w propozycjach otwarcia soborowego, jak sądzę,
nie ma niebezpieczeństwa przywłaszczania sobie cudzych wartości
- w każdym razie nie w idei soborowej, byłoby to opaczne rozumienie
intencji Soboru. Natomiast jest otwarcie na wszystkie wartości ludzkie i
religijne a także uznanie, że wszystkie one pochodzą od Boga i
jeśli są czyjąś "własnością", to
tylko i wyłącznie samego Boga, który pozwala nam w swoim dobru
uczestniczyć.
|