2. Jak się wobec tego
przedstawia kwestia jedyności Kościoła oraz różnorodności
dróg prowadzących do zbawienia? Czy można mówić
o ich paralelizmie i równoważności? Czy tak silnie podkreślany
przez dokumenty soborowe postulat dialogu między wyznaniami i
religiami, a nawet z agnostycyzmem i ateizmem współczesnym, nie
prowadzi do "rozmycia" kościelnej tożsamości?
Nie wydaje się, aby na powyższe pytania
dało się udzielić prostej odpowiedzi. Właśnie dlatego,
że i ci, którzy ufają, iż znajdują się
"wewnątrz", i ci, którzy sami się określają
jako pozostający "na zewnątrz" Kościoła,
nieustannie są w drodze - ku "jedności w różnorodności",
ku pojednaniu w sobie i między sobą, tego, co "własne",
i tego, co "inne", słowem: ku własnej i wspólnotowej
tożsamości. Sądzę, że należy w tej kwestii wziąć
pod uwagę dwie sprawy. Po pierwsze fakt, że brak jedności
"widzialnego organizmu" Kościoła (podział chrześcijaństwa
oraz wszelkie rozłamy i konflikty religijne i pozareligijne ludzkości)
jest świadectwem wspólnej winy, stanowi tajemnicę
"grzechu zbiorowego", którego sprawiedliwe osądzenie
przekracza nasze kompetencje. Po drugie, nie da się też wykluczyć,
iż jest to "szczęśliwa wina" - przynajmniej w tym
sensie, że skłania - wręcz zmusza - do rachunku sumienia, do pogłębionej
refleksji nad dziejami Kościoła i do "powrotu do źródeł",
aby tam szukać i odkrywać podstawy zagubionej jedności oraz
dróg i środków ponownego jej odzyskania w "kształcie
widzialnym".
Równie kontrowersyjna wśród
podzielonych chrześcijan kwestia apostolskości Kościoła
pozostaje tak samo do odkrycia i ponownego uświadomienia. Dlatego dialog
nie jest kurtuazyjnym gestem wobec "konkurencyjnych" - zdaniem
jednych - czy "paralelnych" - zdaniem drugich - sposobów
rozumienia i praktykowania różnych dróg prowadzących do
zbawienia. Nie jest tworzeniem "towarzyskiego", by się tak
wyrazić, klimatu wzajemnych ustępstw i kompromisów, ale rzeczywistym
i szczerym (pokornym) wyrazem rozpoznania i uznania tego, że wszystkim
zainteresowanym "stronom" nie dostaje owej jedności, powszechności,
apostolskości oraz - last not least - świętości, tak
długo, jak chrześcijaństwo i cała ludzkość, a także
każdy poszczególny człowiek podtrzymują podziały i
konflikty na większą czy mniejszą skalę. Rzeczywisty dialog
nie może być prowadzony z pozycji "posiadacza" całej i
jedynej prawdy, którą partner musi po prostu zaakceptować.
Podjęcie uczciwego dialogu zakłada zdolność do rewizji
dotychczasowych pewników i przyzwyczajeń, a nawet wycofania się
z niektórych, uprzednio bezapelacyjnie bronionych pozycji w sprawach
drugorzędnych, słowem, zakłada istnienie quaestiones
disputatae. Punktem odniesienia takiego ekumenicznego dialogu jest dla Kościoła
w ostatecznym rozrachunku (zgodnie z uznaną przez ostatni Sobór
"hierarchią prawd") ewangeliczne dziedzictwo objawienia Jezusa
Chrystusa, a wtórnie dopiero taki czy inny porządek organizacyjny i
administracyjno-prawny, czyli to wszystko, co "należy do obecnego
wieku i przybiera postać tego przemijającego świata". Do
Chrystusowej Pełni, która "napełnia wszystko na wszelki
sposób" (Ef 1,23), do "miary wielkości według Pełni
Chrystusa" (Ef 4,13) stale jeszcze musimy dorastać.
|