4. Pytanie o granice parafii
i odpowiedzialność także za ludzi niewierzących jest w
gruncie rzeczy uszczegółowieniem i konkretyzacją
ogólniejszych kwestii, o których była wyżej mowa: tożsamości
i misji Kościoła. Kościoły lokalne: parafialne, środowiskowe,
zawodowe i rodzinne są "kształtem wcielenia" tego posłannictwa,
które Chrystus zlecił Ludowi Bożemu. Na tym terenie sprawdza
się funkcja "zaczynu" czy też "duszy", jaką
Kościół ma spełniać w "świecie". W
tych podstawowych wspólnotach objawia się żywotność
Kościoła i owocowanie jego apostolstwa - lub przeciwnie: stagnacja i
martwota. Odeszliśmy już od "triumfalistycznego" wyobrażenia
pochodu Kościoła poprzez ludzkie dzieje. Ale czy przyswoiliśmy
sobie obraz Kościoła - ziarna gorczycznego; Kościoła -
schronienia dla życia i dobra, gdziekolwiek się one poczynają;
Kościoła "pracy organicznej" i ofiarnej służby
wszystkim ludziom, nawet w warunkach, które nie zapewniają
spektakularnych sukcesów jego instytucjom?
Jakie są nasze parafie - każdy widzi. A
to, co się widzi, skłania przede wszystkim do rachunku sumienia i do
postulowania rewizji stylu administrowania owymi wspólnotami, z jednej
strony, z drugiej zaś, stylu uczestnictwa ogółu wiernych w życiu
kościelnych społeczności. Pytanie podstawowe: czy kwestia współodpowiedzialności
za ich kształt i rozwój jest na serio stawiana i wspólnie
rozważana? Czy "konsumpcyjny" sposób korzystania z
"usług religijnych" nie znajduje po obydwu stronach: szafarzy i
"konsumentów" szczególnego wzmocnienia w postaci głęboko
zakorzenionych, rutynowych nawyków instytucjonalnoô-obyczajowych?
Czy rozmaite ruchy i stowarzyszenia działające w Kościele są
w stanie wyrwać parafialne struktury z inercji? Czy w samych tych
strukturach nie kryją się mechanizmy "gaszące ducha" i
wywołujące zniechęcenie u entuzjastów "odnowy"?
Czy potrafimy wspólnie wyciągnąć wnioski z
obserwowanego dziś zjawiska odchodzenia - zwłaszcza młodzieży
- od "widzialnej" wspólnoty Kościoła i poszukiwania
"azylu" w sektach i różnych ugrupowaniach tzw.
kontrkultury? Czy potrafimy w tych zjawiskach dostrzec "znak czasu" i
ostrzeżenie, że coś istotnego zostało w Kościele
zaniedbane?
Jeżeli się nawet mówi (niezwykle
rzadko!) o różnorodności i o "dopełnianiu się
charyzmatów" we wspólnocie Ludu Bożego, to bywa to
jedynie wątłym echem tego, co miał na ten temat do powiedzenia św.
Paweł w dwunastym rozdziale Pierwszego Listu do Koryntian. Sądzę,
że właśnie świadomość owego charyzmatycznego
wymiaru kościelnej wspólnoty znalazła się dzisiaj w
kryzysie. Dlatego soborowy powrót do źródłowego
pojmowania Kościoła jako Ludu Bożego pozostaje nadal "pobożnym
życzeniem" i pustą etykietką. Wygląda bowiem na to, że
poza charyzmatem "urzędu" miejsce w Kościele
"widzialnym" (w tym: parafialnym) znajduje wyłącznie
"charyzmat posłuszeństwa" i biernego wykonawstwa poleceń
płynących "z góry". Jeżeli więc dialog
wewnątrz Kościoła napotyka na takie trudności, to cóż
powiedzieć o dialogu z inaczej wierzącymi lub niewierzącymi? Czy
w ogóle w dostatecznym stopniu dochodzi do głosu w Kościele
troska o zdolność do rozmowy?
Zdaję sobie sprawę, że powyższe
pytania zostały podyktowane wizją "przeciętnej" życia
Kościoła w Polsce. Jednakże sądzę, że właśnie
to życie, mimo spektakularnych pielgrzymek, pompatycznie
celebrowanych uroczystości i statystycznej liczebności
"zarejestrowanych", wciąż w znacznej mierze powiela schemat
infantylnej deklaratywności co do "przynależności" do
Kościoła, zaś na co dzień znajduje się w stanie
hibernacji. Wyjątkowo na czasie wydaje się to Pawłowe ostrzeżenie:
"rozumiejcie chwilę obecną, teraz nadeszła dla was godzina
powstania ze snu" (Rz 13,11).
|