Historia
to ważna, gdyż wyraziły się w niej, wpływając na
praktykę, podstawowe cechy samoświadomości Kościoła na
poszczególnych etapach jego rozwoju. Twierdzenie budzi spontaniczną aprobatę katolików,
sprzeciw wierzących inaczej i mnóstwo pytań u wszystkich. Skoro
bowiem zbawienie jest osiągalne tylko w Kościele, to czyżby
większość ludzkości, nawet czyniąc więcej dobra i
traktując bardziej serio własne religie niż chrześcijanie
swoją, miała być skazana i żyć ostatecznie po to, by
pójść na potępienie? Jeśli zaś wszyscy
mają szansę zbawienia, to po co widzialny Kościół? Jeżeli
natomiast jest on niezbędny do zbawienia i dla nieochrzczonych, a
należą doń bezwiednie również ludzie dobrej woli,
poprawi to wręcz wydatnie statystykę Kościoła, lecz
pomniejszy znaczenie widzialnych form przynależności, z sakramentami
i strukturami włącznie. Do tego Kościół byłby
dość osobliwą społecznością, bo
złożoną przeważnie z tych, którzy o tym nie wiedzą,
ani tego nie pragną czy wręcz nie chcą.
Osławiony aksjomat extra Ecclesiam salus
nulla sformułował w połowie III wieku św. Cyprian,
biskup Kartaginy. Przekonanie o zależności zbawienia od przynależności
do nowego Ludu Bożego towarzyszyło jego członkom oczywiście
od początku. Włączające do eklezjalnej
społeczności wiara i chrzest zostały wszak w Pańskim
poleceniu głoszenia Ewangelii każdemu określone wyraźnie
jako warunek zbawienia, do którego Bóg wszystkich chce
doprowadzić (Mk 16,16; 1 Tm 2,4).
Nowy Testament jako
księga Objawienia i pierwotna katecheza, przeznaczona dla uczniów,
skupia się na ich relacjach z Bogiem, kształtując
świadomość zbawienia jako daru i jako zadania. Trudno więc
w Piśmie spodziewać się zbyt licznych wypowiedzi w sprawie
"świętych pogan" i ich zbawienia. Są jednak, i to w
obu Testamentach. W Nowym ten niewielki a doniosły wątek dotyczy
rodzaju anonimowej przynależności do Chrystusa, wyrażony
najdobitniej w obrazie Sądu (Mt 25, 32-46). Eschatologiczny Sędzia
mierzy odniesienie do siebie traktowaniem drugiego człowieka, nawet bez
myślenia o relacji do Chrystusa. Podkreślono wszak reakcję
wybranych: nie przypominają sobie, by widzieli Go głodnym,
spragnionym, przybyszem. Paweł jako misjonarz pogan mówi do
Ateńczyków o Bogu, którego szukają niejako po omacku.
"W rzeczywistości jest On niedaleko od każdego z nas. Bo w Nim
żyjemy, poruszamy się i jesteśmy" (Dz 17, 27-28). Poganie
żyjący według prawa natury, wypisanego w ich sercach, mogą
być usprawiedliwieni i otrzymać życie wieczne od Chrystusa, o
którym nie słyszeli (por. Rz 2, 6-11).
Można wskazać
więcej podobnych tekstów, i to w całej Biblii, gdzie mowa jest
o Bogu jako zbawcy swego Ludu, a jednocześnie zbyt wielkim i
miłosiernym, by miał zapomnieć o reszcie ludzkości. Uwaga
budujących świadomość więzi kościelnej skupiała
się naturalnie nie na tych wypowiedziach o powszechnej woli zbawczej Boga,
lecz na innych, bardziej potrzebnych przy rozwijaniu poczucia wybraństwa słowach
Pisma. Z przekonaniem tym pierwsze pokolenia chrześcijan łączyły
skuteczną żarliwość misyjną. Sytuacja sprzyjała
więc jednoznacznemu i kontrastowemu postrzeganiu beznadziejności
wiecznych perspektyw pogan, nie zaś dociekaniu ich szans. Objawienie
naturalne, przygotowujące wśród pogan drogę Ewangelii,
miało dla świeżo nawróconych, właśnie
przeważnie z pogaństwa, charakter marginalny. Apologeci II wieku,
szczególnie Justyn, powiedzą więcej o drodze zbawienia
wśród nie-Żydów, by wytłumaczyć
chrześcijaństwo przed pogańską religią i
państwem. Na użytek wewnętrzny nie potrzebowano takich
refleksji: Bóg przemawiał przez sumienia i filozofów,
którzy dzięki temu - pisał Justyn - mogli dojść do
części prawdy o Logosie. Każdy zresztą umysł ma
w niej swój udział.
Wizja Justyna nie znajdzie
zbyt wielu bezpośrednich kontynuatorów. Klimatu dla niej nie
stwarzała bowiem ani sytuacja diaspory, wraz z konfrontacją z innymi
religiami oraz własną heterodoksją, ani epoka Kościoła
zwycięskiego i protegowanego przez władców, ani też
później czas reformacyjnego rozłamu. Do atmosfery Dekretu o
ekumenizmie Vaticanum II czy tegoż Deklaracji o stosunku do religii
niechrześcijańskich było wszak daleko.
W miarę, jak młody
Kościół ze wspólnoty świętych stawał
się coraz bardziej polem ćwiczeń dla grzeszników, wielu,
szczególnie w aleksandryjskim ośrodku myśli
chrześcijańskiej, skłaniało się do
rozróżniania między Kościołem widzialnym a
niewidzialnym, który jest idealny. W pierwszym Orygenes dostrzegał wielu
pozornych członków, drugi - bez zmazy, tworzą ci,
którzy na ziemi osiągnęli doskonałość. To platonizujące
a mistyczne teoretyzowanie egipskie kontrastowało z koncepcją
Kościoła, dojrzewającą na Zachodzie. Tej eklezjologii,
skupionej na pragmatyce i legalizmie, Cyprianowe extra Ecclesiam salus nulla
miało się okazać etapem znaczącym. Nie od razu przecież
w rozumieniu, jakie przyjmie się z czasem, gdy pastoralne napomnienie
stanie się artykulacją doktryny.
Aksjomat zawdzięczał
wiele analogiom wziętym z prawa rzymskiego, a został sformułowany
dla potrzeb doraźnych. Cyprian polemizował mianowicie z nowacjanami,
stronnictwem najzupełniej prawowiernych rygorystów,
zalecających biskupowi surowość wobec tych, którzy
odstąpili od wiary podczas prześladowań za Decjusza, a teraz, po
ich ustaniu, chcieli powrócić do Kościoła. Nowacjanie nie
byli heretykami, by można im było przypominać o doktrynie jako
podstawie eklezjalnej jedności. Cyprian pragnął więc
wskazać im inne kryterium przynależności do Kościoła.
Jest nim nie tylko przyjęcie nauczania, za którego apostolskość
ręczy episkopat (tak uczył Ireneusz), ale i podporządkowanie
się biskupowi. Buntujący się przeciw niemu, buntują
się przeciw samemu Bogu. Choćby ktoś był prawowierny i
cnotliwy, podnosząc oręż przeciw Kościołowi, wyrzeka
się Chrystusa. Nauczający poza Kościołem nie jest
chrześcijaninem. Bowiem "nie może mieć Boga za swego Ojca
ten, kto nie ma Kościoła za swą matkę", gdyż
"poza Kościołem nie ma zbawienia"1.
Surowe i autorytarne
stanowisko Cypriana było więc skutkiem nie spekulacji o zbawieniu
ludzkości, lecz chęci oszczędzenia Kościołowi
podziałów. Wynikało nie z teoretycznej, wszechstronnej i
wyważonej refleksji eklezjologicznej, lecz stanowiło narzędzie
bieżącej polemiki, podjętej dla dyscyplinującego celu. Biskup
Kartaginy spotkał się nawet z ostrą opozycją papieża
Stefana z powodu wniosku, jaki wbrew tradycji wyprowadzał konsekwentnie ze
swego extra Ecclesiam, mianowicie, iż chrzest udzielany przez
heretyków i schizmatyków jest nieważny.
Mistrzem średniowiecza w
sztywnym pojmowaniu Kościoła w roli jedynego środka zbawienia
był św. Augustyn. Ludzie nie włączeni do tej
społeczności przez chrzest, albo od niej odłączeni,
pójdą na potępienie. Nawet niemowlęta zmarłe bez
chrztu, jako nie należące do Chrystusa, biskup Hippony
umieścił w piekle, poddając je karom najlżejszym (do jego
czasów przeważało przekonanie, iż Bóg nie będzie
niewinnych dzieci karał odrzuceniem). Kontynuujący myśl
Augustyna Fulgencjusz z Ruspe pisał około 525 roku miarodajną na
długie wieki i przenikającą do potocznej świadomości
wykładnię omawianej formuły: "Nie należy wątpić,
że nie tylko wszyscy poganie, ale i wszyscy Żydzi, wszyscy heretycy i
schizmatycy, umierający poza Kościołem katolickim
pójdą w ogień wieczny, przygotowany dla szatana i
aniołów jego, jeżeli nie połączą się z
Kościołem katolickim przed swoją śmiercią." 2
Tradycja przywiązała
wielką wagę do tej rygorystycznej interpretacji tezy Cypriana.
Fulgencjusza cytuje nawet unijna bulla Eugeniusza IV dla Koptów z 1442 roku.
Różnica między tak długo i wysoko honorowanymi
poglądami tych Ojców Kościoła a naszymi nie jest
prostą pochodną bezwzględności lub tolerancji. Uważali
oni, że nie ma zbawienia inaczej, jak tylko przez Chrystusa. Jako chrześcijanie
wierzymy tak samo. Oni jednak sądzili, że nie da się ocalić
zasady jedynego pośrednictwa Chrystusa bez wykluczenia od zbawienia tych,
którzy Go nie znają lub odrzucają ustanowiony przezeń
Kościół.
Wprowadzane do
Kościoła barbarzyńskie ludy Europy dowiadywały się od
słanych przez władców misjonarzy, iż tkwiły
dotąd w wierzeniach prowadzących wyłącznie na
potępienie. Św. Wojciech, według współczesnego mu Żywota
pióra Brunona z Kwerfurtu, zwraca się do Prusów w
sposób, który charakteryzuje całą epokę:
Przychodzę do
was, aby was wyzwolić z mocy diabła i z otchłani straszliwego
piekła, abyście poznali swego Stwórcę, zaniechali
bezbożnych obrzędów, wyrzekli się do śmierci
wiodących dróg wraz z ich bezwstydem i abyście obmyci w
kąpieli zbawienia stali się chrześcijanami w Chrystusie,
mając w nim odpuszczenie grzechów i wieczne królestwo w
niebie. 3
Nowa religia, aspirując
do wyrugowania dawnej, nie zaczynała od cieniowania ocen, ale od negacji:
zastany system wierzeń i praktyk jest zgubny totalnie, tak w kulcie jak
moralności. Chrześcijańskie piekło pochłonie hurtem
niekatolików. Odwoływanie się do sankcji eschatologicznej
trafiało akurat w pojęciową pustkę, a przygodny
tłumacz, jakim posłużył się Wojciech, miał sobie
poradzić z tuzinem terminów teologicznych. Nie jest to
oczywiście relacja stenografa, ale średniowieczni apostołowie
ludów rzeczywiście mało dbają o rozpoznanie miejscowych
kultur, nie troszczą się o sprawdzenie, czy ich lapidarne pouczenia zostały
zrozumiane, czy nawrócenie jest rzeczywiste a chrzest dobrowolny. Nie wszystko
da się tu sprowadzić do toporności pojmowania świata
psychiki ani do społecznej roli religii, której monopol władca
czynił prawem, szerząc ją skutecznie nie drogą perswazji,
lecz promulgacji i sankcji (nietypowa w tym względzie misja Wojciecha
skończyła się fiaskiem). Z ewangelicznego "kto uwierzy i
ochrzci się", jako warunku zbawienia, zapamiętano przede
wszystkim drugą część, skupiając się na sakralnym
rycie, a sferę przekonań i sumienia traktując zgoła
symplicystycznie. Myśl Fulgencjusza z Ruspe wzmagała zapał
misjonarzy, gotowych mniej nauczać i więcej chrzcić, by
ratować dusze od potępienia. Żarliwość ta przeniesiona zostanie na nowe kontynenty. Przybyli
do Meksyku franciszkanie potrafią we dwóch ochrzcić nawet po
8-14 tysięcy Indian dziennie.
Już w chrześcijańskim Cesarstwie
Rzymskim, a potem w jednorodnym religijnie średniowieczu, panowało
przekonanie, podzielane także przez autorytety uniwersyteckiej teologii,
że jedynie zawiniony upór może kogoś utrzymywać z
dala od Kościoła. Zdawano sobie oczywiście sprawę nie tylko
z istnienia rozproszonych wśród katolików Żydów
czy zwalczanych heretyków, ale i z tego, że poza granicami christianitatis
są inne ludy. Wyobrażenia o nich były jednak mgliste, a ciekawość
poznania ich oraz ochota do refleksji nad ich szansą ostateczną - nikłe.
Dość partykularna w gruncie rzeczy wizja świata - uznanego od
końca ery patrystycznej za chrześcijański z Morzem
Śródziemnym w środku - przekonanie, że Ewangelię
ogłoszono wszystkim, czyli błędy geograficzne i historyczne,
dotyczące oddziaływania Kościoła na ludzkość,
rzutowały na treści teologiczne.
Wielkie odkrycia nowych światów na
przełomie XV i XVI wieku poszerzyły horyzonty, zmuszając do
przemyślenia wielu starych aksjomatów europocentrycznej kultury. Misjonarze
odnajdywali za oceanem społeczności ludzi cywilizowanych i dobrych,
choć nieochrzczonych. Relacje o nich musiały z czasem
wpłynąć i na teologię. Sami przecież autorytarni chrystianizatorzy
raczej oddalali, niż przybliżali korektę pojmowania Cyprianowej
formuły. Powtarzali, jak ich poprzednicy nad Renem czy Wartą, schemat
ostrego przeciwstawiania starego i nowego. Zastane bóstwa uznano po
prostu za kamuflaż samego diabła, a podobieństwa inkaskich czy
azteckich wierzeń i rytów do praktyk chrześcijańskich -
za dokonane przezeń przywłaszczenia i parodie. Demonizowanie
zastanego sacrum miało generalnie przeciąć więź
z przeszłością. Karczunek niszczył przecież i
glebę, określając w dużej mierze losy nowego ziarna.
Wraz z demaskowanym wszędzie szatanem
misjonarze przywieźli do Ameryki gorejące piekło, w
którym umieścili bez wahania wszystkich Indian żyjących
przed nastaniem chrześcijaństwa. Zgodnie z poleceniem pierwszego
synodu w Limie (1551) duszpasterze mieli oznajmić tubylcom, "jako to
wszyscy ich przodkowie, wszyscy ich władcy znajdują się teraz w
miejscu cierpienia, ponieważ nie znali Boga, nie czcili Go, ale czcili
słońce, kamienie i inne stworzenia". Indianom, których cały
system religijno-społeczny związany był mocno z czcią dla
przodków, pokazywano wielkie obrazy przedstawiające raj, do
którego szli nawróceni, i piekło, połykające ich
praojców oraz tych, co trwają przy bałwochwalstwie. Przerażonym
słuchaczom i widzom nie zostawiano złudzeń: "Powiedzcie mi
teraz, moi synowie, ze wszystkich tych ludzi, którzy urodzili się
na tej ziemi, zanim Hiszpanie poczęli głosić
świętą Ewangelię, ilu się uratowało? Ilu
poszło do nieba? - Żaden. Ilu Inków poszło do
piekła? - Wszyscy!" - wołał kaznodzieja. Lęk o los
pogan w wieczności wzmagał żarliwość apostolską
Franciszka Ksawerego, który na wyspach Oceanu Indyjskiego starał
się ochrzcić, po zgoła minimalnym przygotowaniu, jak
najwięcej ludzi. Sam Ignacy Loyola przypominał mu, że chrzest winien
być poprzedzony nauczaniem, a o rozkwicie Kościoła świadczy
bardziej jakość niż ilość członków. 4
Poreformacyjne rozdarcie
chrześcijaństwa sprzyjało wzajemnemu odmawianiu sobie prawdziwej
wiary, dobrej woli i nadziei zbawienia. Mimo sporów i walk wyznaniowych
z czasem rosła przecież wśród katolików
świadomość, że kolejne pokolenia tych, których
pradziadowie odeszli od Kościoła, wychowane w nowych konfesjach,
mylą się bez własnej winy. A były to wszak całe
narody. Nie znaczy to oczywiście, że z katolickich ambon
upowszechniano starochrześcijańską naukę o ważności
chrztu u heretyków i schizmatyków (w Polsce XV-XVI wieku
przyjmujących katolicyzm Rusinów poddawano nawet rebaptyzacji) albo
że popularyzowano Tomaszowe stwierdzenie o Bogu, którego sakramenty
nie wiążą, a Jego łaska działać może i poza
widzialnym Kościołem (STh III, q 68).
Wpływ bezpośredniego
zetknięcia z religijną innością na pogłębienie
refleksji nad szansą zbawienia niekatolików widać choćby
w sporach - przywiązanych do augustyńskiej teorii łaski i
predestynacji - jansenistów z jezuitami, z których wielu
znało Chiny, Indie czy Japonię. Przemiany poglądów
dokonywały się także w wyniku poszerzania kręgu
zwolenników tolerancji i praw sumienia. Idee te zmuszały do
modyfikacji pojmowania Cyprianowego aksjomatu. Fiasko bowiem polemik i
zgorszenie konfesyjną nienawiścią oraz wojnami prowadzonymi pod
wyznaniowymi sztandarami upewniły wielu, iż trzeba znaleźć
inną niż religijna podstawę zbiorowej zgody. Obok
skłóconych chrześcijan przybywało wszak ludzi
obojętnych, nie zawsze przecież stojących moralnie niżej od
tych pierwszych. Przyzwyczajano się do pluralizmu poglądów i
postaw, rozumiejąc coraz lepiej ich podmiotowe i historyczne uwarunkowania.
Oświecenie zobaczy w nietolerancji obrazę praw człowieka i
skutek monopolistycznego traktowania prawdy przez poszczególne konfesje,
które rezerwują niebo wyłącznie dla swych
członków, a całą resztę ludzkości spisują
na piekielne straty. Ludzkość zaś okazała się nie
tylko starsza i liczniejsza, niż sądzono, ale i bardziej zdecydowana
rewidować rozmaite zastarzałe relacje między uprzywilejowanymi a
wydziedziczonymi. Społeczne przemiany i nowe myślenie stawały
się tłem, na którym stara teologia zaczynała razić.
Używany przez nią od wieków model ekskluzywny (kto może
być zbawiony?) miał z wolna ustępować ujęciu
komprehensywnemu (w jaki sposób ludzie dochodzą do zbawienia?). W
tym drugim Kościół mógł nadal nie tylko
znaleźć swoje miejsce, ale określić je w sposób
pełniejszy, bo zróżnicowany.
Katolicka postać
Oświecenia stanowiła próbę wykorzystania dla dobra wiary słusznej
części krytyki teologii, duszpasterstwa czy form religijności.
Nie wystarczało już samo potępianie indyferentyzmu, bez usuwania
jego kościelnych przyczyn. W niektórych listach biskupów,
kazaniach, katechizmach pojawiły się nowe akcenty. Wyrażały
nie tylko chęć przywracania zachwianych proporcji między kultem
a moralnością, czcią Boga i świętych, liturgią a
jej namiastkami i folklorystyczną oprawą, ale także nowe
spojrzenie na rodzaje nieformalnych związków z Kościołem.
Oto jak ukazano je w pierwszym na ziemiach polskich czasopiśmie
teologicznym, wydawanym w latach 1833-40 w Przemyślu5:
Sobór
Florencki zda się wykluczać od zbawienia tych, którzy nie
pozostają w wyraźnym związku z Kościołem, ale dotyczy
to osób świadomie z nim zrywających czy walczących. Skoro
chrzest udzielany przez akatolików jest ważny, to daje
potrzebną do zbawienia łaskę uświęcającą,
którą traci się tylko przez grzech. Można ją
zaś odzyskać przez żal doskonały. Trwanie przy
błędzie często nie wynika ze złej woli, lecz
łączy się ze szczerym przekonaniem. Teologowie
odróżniają przecież herezję formalną i materialną.
Tej drugiej ulega i wielu katolików, pojmując prawdy wiary, bez
zdawania sobie z tego sprawy, inaczej niż uczy Kościół
albo też akceptując całą jego naukę, znaną im
mgliście lub wyrywkowo. A jednak nie przestają być oni
członkami Kościoła. Pełna doń
przynależność wyraża się tak widzialnie, jak
niewidzialnie. Do owej pełni brakuje sporo także wielu katolikom. By
zostać zbawionym, trzeba wszak mieć zarówno wiarę, jak
miłość. Bez nich katolicyzm wyznawcy może być
równie pozorny, jak akatolicyzm tego, kto pragnie prawdy i kocha, mimo
iż różne przeszkody uniemożliwiają mu
zewnętrzny związek z Kościołem. Ale czy "między
braćmi od nas odłączonymi", skoro żyją wśród
katolików, mogą być ludzie trwający przy innych
przekonaniach bona fide? Bóg to wie. Nie chcemy się
wdzierać w Jego sądy, tylko próbujemy zrozumieć, jak to
jest możliwe. Wiemy przecież, jak tępy bywa rozum, ile znaczy
wpływ wychowania, uprzedzenia, występki ludzi Kościoła.
Justyn zwał ongiś chrześcijanami tych, co żyli rozumnie.
Klemens z Aleksandrii pisał, iż jak Żydów
wiódł do Chrystusa Zakon, tak Greków prowadziła
doń filozofia. Erazm z Rotterdamu zaś mógł konsekwentnie
wołać: św. Sokratesie,
módl się za nami! Tak, Pismo uzależnia zbawienie od wiary, ale
i od miłości (J 3,18; 14,21). Chrystus umarł za wszystkich,
Bóg wszystkich chce zbawić, ale nie zobowiązuje do tego, co
niemożliwe. Konieczność wiary i chrztu do zbawienia dotyczy
tych, do których Ewangelia dotarła. U innych warunki te
spełnia gotowość uwierzenia w to, co Bóg objawi, a
pragnienie chrztu zawiera się w doskonałej miłości.
Piękne to zaiste wyprzedzenie niejednej
myśli Vaticanum II. I nie przypadek, że taki tekst
znalazł się w periodyku wydawanym przez biskupa (Michał Korczyński)
wielowyznaniowego państwa, promującego (mimo towarzyszącego temu
etatyzmu) idee katolickiego Oświecenia, nie zaś na przykład w
którejkolwiek bulli ówczesnego papieża Grzegorza XVI. Nieunikniona
i na takich wysokościach zmiana klimatu miała się stopniowo
zaznaczać od czasów Piusa IX. Rozróżnił on między
konieczną do zbawienia przynależnością do
Kościoła Rzymskiego, a nieprzezwyciężalną
nieznajomością prawdziwej religii u ludzi, którzy
"żadnej nie ponoszą winy z tego powodu w oczach Pana. Lecz
któż wobec różnorodnej natury narodów,
krajów, umysłów oraz wielu innych okoliczności
miałby tyle odwagi, by określić granice tej niewiedzy"
(1854). Papież przypominał, że nie wolno stawiać granic
miłosierdziu Boga (już Klemens XI w 1713 roku potępił
twierdzenie jansenistów: "poza Kościołem nie jest
udzielana żadna łaska"), którego tajemniczych
zamierzeń nie znamy. Nie wskazywał, jak pogodzić prawdę o
Kościele jako jedynym środku zbawienia z szansą
innowierców. "Nie stwarzając pozytywnie nowej doktryny,
Kościół pozostawiał jednak furtkę dla
uniknięcia restryktywnej interpretacji starej doktryny, branej
całkiem dosłownie." 6
Owe sposoby
przynależności, harmonizujące z możliwościami
ludzkiego podmiotu, zyskiwały coraz więcej miejsca w teologicznej
refleksji. Ongiś, w monokulturze przedkolumbijskiej i przedreformacyjnej
Europy, przy uproszczonym widzeniu relacji między obiektywnym a
subiektywnym, nie dostrzegano całej subtelności problemu więzi
kościelnej. Jej nietypowe formy i szanse zbawienia pogan rozważali
jedynie autorzy co obszerniejszych rozpraw teologicznych. Ponieważ wręcz
oczywiste było, kto posiada klucze do nieba oraz co czeka po śmierci heretyków
i niewiernych, pytanie "kto zostanie zbawiony?" rozważano
intensywnie na użytek wewnętrzny, nie martwiąc się o
małą, jak mniemano, resztę. Usiłowano nawet
prognozować odsetek zbawionych, szacując go nierzadko zgoła
nisko. Mnożono więc kategorie ciężkich grzechów i
poszerzano opisy mąk piekielnych. Po biblijne teksty o powszechnej woli
zbawczej Boga sięgano niezwykle rzadko. Pedagogika strachu zmierzała naturalnie do obrzydzenia zła,
umoralnienia i zachęcenia do pobożności. O ubocznych skutkach
(deformacja obrazu Boga i modelu chrześcijaństwa,
religijność lękowa, nadmierne znaczenie kleru itd.) wiedziano mało.
W ten sposób ekskluzywnie i sztywno pojmowana zasada o
niemożliwości zbawienia poza Kościołem przenosiła
się poniekąd i do jego wnętrza: im tłumniej ładowano
do tej arki, gwoli ratunku, nieprzygotowanych, a ich przemiany oczekiwano nie
tyle od nauczania i osobistej dojrzałości, co od dość mechanicznie
pojętej skuteczności praktyk religijnych i kontrolowanego spełniania
przepisów, a więc podporządkowania załodze, tym
częściej pasażerowie słuchali o tym, jak łatwo
wypaść za burtę, czyli nie zbawić się w Kościele.
Kościół naucza, ale i uczy
się w kontakcie ze światem lepiej rozumieć własną misję.
Prawda jest ta sama, ale jej ujęcie się zmienia, stając się
bardziej autentyczne w miarę lepszego poznawania człowieka,
przyjmowania dystansu wobec starzejących się formuł, odchodzenia
od praktyk mijających się z dobrem. Naiwne okazały się oto
wyobrażenia średniowiecza, że Ewangelię głoszono
wszystkim. Samo zaś głoszenie - wielce niejednoznaczne: często
zakłócone okolicznościami, mało czytelne, namiastkowe. Urągające
zatem własnym treściom przez ich dysproporcjonalny dobór,
niedbały przekaz, wymuszone przyjęcie. To ostatnie miało
się nie sprzeciwiać wyznawanej zasadzie dobrowolności w
przyjmowaniu chrześcijaństwa dzięki przekonaniu, iż wolno
siłą przełamać opór pogan, jeśli nie
dopuszczają na swoje terytorium misjonarzy. O komunikatywność
ich orędzia dbano mniej.
Indianom w XVI wieku odczytywano po łacinie
lub hiszpańsku manifest, w którym zawarto skrót historii
świata od jego stworzenia oraz informację o założeniu papiestwa
i darowaniu odkrytych ziem królom hiszpańskim przez Aleksandra VI. Po
tak klarownym zaprezentowaniu katolicyzmu żądano następnie od
tubylców uznania "Kościoła jako panującego i pana
całego świata, uznania wielkiego kapłana zwanego papieżem i
w jego imieniu króla hiszpańskiego", a także zgody na nauczanie
mieszkańców religii chrześcijańskiej. W razie
nieposłuszeństwa Indian przybysze mieli prawo brać ich, jako
bałwochwalców, w niewolę i pozbawiać dóbr. 7
Chrystianizacja wsparta rusznicą i batogiem konkwistadorów, jak
kiedyś mieczem Karola Wielkiego czy Krzyżaków, stanowiła najbardziej
przerażający komentarz do zasady extra Ecclesiam... Łatwo
rzec - pojmowanie wypaczone, pretekst do podboju, aż po
eksterminację. A przecież nic nie wskazuje, by czynili to sami
cynicy. Przynajmniej u niektórych z nich troska o saskie, litewskie czy
indiańskie dusze stanowiła nie tylko parawan zaborczości, ale i
motyw rzeczywisty, nawet jeśli nie jedyny. Skrajne interpretacje zasad
miały bowiem swój realny, chociaż niewymierny, udział w skrajnościach
pragmatyki.
O wieczny los dzieci
zmarłych bez chrztu (do dziś brak orzeczenia Kościoła na ten
temat) teologowie spierali się od starożytności niemal do
naszych czasów. Żadne, najbardziej nawet niewyraźne pragnienie
sakramentu, dobra czy prawdy nie wchodziło w grę u niemowlaka.
Albert, Bonawentura i Tomasz w XIII wieku próbowali mitygować
augustyński rygoryzm i lokować małe dusze nie w piekle, a w otchłani
(znów brak autorytatywnej wypowiedzi Magisterium za lub przeciw jej istnieniu),
gdzie miały się cieszyć szczęściem naturalnym. W XVI
wieku kardynał Kajetan uważał, że rodzicielskie pragnienie
chrztu i modlitwa wzywająca Trójcę Św. zastąpi
zmarłemu dziecku skutki sakramentu. Na Soborze Trydenckim opinia ta miała
wielu zwolenników, którzy jednak w głosowaniach okazali
się mniejszością. Synody nakazywały chrzcić noworodki
jak najszybciej. Zmarłe bez chrztu, jako nie zbawione, grzebano w
niepoświęconej ziemi, na niedbałych rodziców
nakładano pokuty. Ból i lęk ojców i matek zakwitły
niesamowitym kwiatem w ogrodach mirakulów średniowiecza i
czasów nowożytnych. Oto do sanktuariów Maryjnych lub grobów
świętych przynoszono, nawet z daleka, martwe ciałka,
błagając o wskrzeszenie, choćby na chwilę. Pilnie
wypatrując znaków życia, zauważano jakiś, by
ochrzcić ożywionego, a potem godnie pochować powtórnie
zmarłe dziecię, w poczuciu, że zapewniło mu się niebo.
Dopiero w XX wieku coraz
więcej teologów, uznawszy, że Bóg ma i wobec dzieci nadzwyczajne
środki zbawienia, o których nawet oni nie wiedzą,
dokonało rozróżnienia między zasadniczą i
możliwą do spełnienia a absolutną koniecznością chrztu
do zbawienia. Tę drugą zakwestionowano, powoławszy się na
to, że Kościół, ucząc o niezbędności tego
sakramentu, nie orzekł, iż zmarłe bez chrztu niemowlęta
zbawienia nie dostąpią. 8 Otwarcie dawno otwartego nieba i
dla najmłodszej części ludzkości odłączało
ją od reszty tak długo wydziedziczanych.
Ongiś Augustyn
ograniczał powszechną wolę zbawczą Boga i odmawiał
zbawienia poganom (massa damnata), by przeciwstawić się
pelagianizmowi, który deprecjonował rolę łaski w dziele
zbawienia. Poglądy biskupa Hippony zaciążyły na długo
w eklezjalnej świadomości. Zaczęto je
przezwyciężać od czasu walki z jansenizmem. Powoli
przebijało się przekonanie, że teza o niemożności
zbawienia poza Kościołem odnosi się do tych, którzy, mimo
świadomości tej jego roli, odrzucają go. Dopiero Pius IX
oświadczył, iż Bóg ofiaruje swą łaskę
każdemu, kto stara się żyć zgodnie z własnym
sumieniem.
W miarę
dokładniejszego rozpoznawania dawnych i bieżących
kontekstów zarówno ewangelizacji, jak dechrystianizacji,
słabła pochopność w orzekaniu złej woli u stojących
z dala od Kościoła. Obecność dobrej - stwierdzano i
doceniano, uchylając dla niej coraz szerzej kościelnych podwoi.
Postawie afirmacyjnej wobec problemu zbawienia poza zasięgiem nauki
chrześcijańskiej dali wyraz papieże Leon XII i Pius X.
Przypomnieli o możliwości zbawienia tych, których
nieznajomość religii chrześcijańskiej jest niepokonalna.
Encyklika Piusa XII Mystici Corporis (1943) rozróżniała
przynależność do Kościoła, tożsamego z
Ciałem Mistycznym, aktualną oraz przez pragnienie. Wśród
teologów północnoamerykańskich rozgorzała
wkrótce dyskusja na ten temat. Niektórzy (zwłaszcza o.
Leonard Fenney TJ) głosili, iż tych, którzy nie
należą jawnie do Kościoła katolickiego, czeka potępienie.
Święte Oficjum skierowało w 1949 roku list do arcybiskupa
Bostonu, Cushinga, przypominając, iż Chrystus ustanowił
Kościół "jako środek do zbawienia, bez
którego nikt nie może wejść do Królestwa
chwały". Jednocześnie potępiano "tych, którzy
wyłączają ze zbawienia wiecznego wszystkich ludzi, złączonych
z Kościołem tylko przez samo ukryte pragnienie", choćby nie
wyraźne, czy postawę, w której zawarta jest gotowość
słuchania Boga. 9 Przypominanie trudnych do zharmonizowania obu
biegunów prawdy - o potrzebnym do zbawienia Kościele i o Bogu
zbawiającym także pozainstytucjonalnie - wyrażało
troskę o ten drugi, tak długo zaniedbany, nie zaś
oczywiście chęć pomniejszania rangi pierwszego.
Próby określania
ekwiwalentów gotowości wiary czy pragnienia Kościoła skupiały
się na jednostce. Tylko indywidualne zachowanie wobec łaski, przyjmowanej
lub odrzucanej, bez względu na przynależność do tego czy
innego wyznania niekatolickiego, miało określać stosunek do
zbawienia. Długo nie wypracowano teologicznej interpretacji
wspólnot religijnych, chrześcijańskich, a tym bardziej innych,
oraz nie przeanalizowano ich ewentualnego związku z Kościołem.
Nauka o konieczności Kościoła do zbawienia wkroczyła w nowy
etap, gdy katolicy i protestanci przekonali się do dialogu. Ekumenizm
sprzyjał zauważeniu i dowartościowaniu eklezjalnych
elementów pozakatolickich społeczności chrześcijańskich.
Zaczęto też z czasem
doceniać rolę innych religii, podejmując porzucony od wieków
trop myśli Justyna. Skoro zbawcza wola Boga ogarnia wszystkich, to
działa zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz
żydowsko-chrześcijańskiej sfery. Poza ramami szczególnego
Objawienia nie ma próżni, a powszechna historia tego samego, jednego
i nadprzyrodzonego, zbawienia jest jedna, a nie dwie. Osiągająca
punkt kulminacyjny w Chrystusie, ześrodkowana przedtem w Izraelu, potem w
Kościele. Rola religii naturalnej byłaby dla należącego do
pozachrześcijańskiej wspólnoty taka, jak dla innych religii
chrześcijańskiej (H.R. Schlette). Karl Rahner wyciągnął
radykalnie prosty, a doniosły w konsekwencjach, wniosek z respektowania
obu części kościelnej nauki: jeżeli wszyscy objęci
są zbawczą wolą Boga, a zbawienie urzeczywistnia się tylko
przez Kościół, to wszyscy muszą być jego
członkami. Jawnymi lub anonimowymi, ale rzeczywistymi. O ich
przynależności decyduje przyjęcie w ten czy inny sposób
Objawienia, wraz z którym Bóg ofiarowuje człowiekowi nowy
wymiar istnienia w porządku łaski, a człowiek odpowiada aktem
wiary nadprzyrodzonej.
Sobór poszedł w
tym kierunku, choć nie tak daleko. Przypomniawszy, iż Chrystus zbawia
w ustanowionym w tym celu Kościele, którego świadome
odrzucenie w tej roli byłoby wyrzekaniem się zbawienia,
określił stopnie związku ludzi z Kościołem. Wcieleni
doń w pełni (katolicy) nie dostąpią jednak zbawienia,
jeśli należąc "ciałem" nie trwają w
miłości. Z pozostałymi chrześcijanami
Kościół jest "związany z licznych
powodów" (Biblia, podstawowe prawdy, życie z wiary, sakramenty).
Także ci, "którzy jeszcze nie przyjęli Ewangelii, w
rozmaity sposób przyporządkowani są do Ludu Bożego" -
przede wszystkim żydzi, także muzułmanie, ale i ci,
"którzy szukają nieznanego Boga po omacku i wśród
cielesnych wyobrażeń". Jeśli bez własnej winy nie
znają Ewangelii i Kościoła, szczerze poszukują Boga i
starają się pełnić Jego wolę, poznaną w nakazach
sumienia, "mogą osiągnąć wieczne zbawienie". Nie
są pozbawieni tej szansy nawet ci, którzy bez własnej winy nie
doszli jeszcze do wyraźnego poznania Boga, a usiłują
żyć uczciwie. "Cokolwiek bowiem znajduje się w nich z dobra
i prawdy, Kościół traktuje jako przygotowanie do
Ewangelii" (LG 14-16, por. NA 2-4). Co by na to powiedzieli Augustyn i
Fulgencjusz?
Tak oto najwyższą
afirmację oficjalną zyskiwała linia Justyna i innych
Ojców Kościoła, nauczających o rozproszonych poza
widzialnym Kościołem ziarnach Słowa (semina Verbi). Inne
religie oceniono wreszcie od strony pozytywnej, przekreślając
tradycje przypisywania im wyłącznie cech ujemnych. Dialog stał
się możliwy.
|