2. Dla Żydów
roszczenia Jezusa były niesłychane, wręcz bluźniercze. W rodzinnym
Nazaret o mało nie został ukamienowany, gdy odniósł
prorocze słowa Izajasza do siebie, a potem wyrzucał swym ziomkom,
że Go nie poznali. W Wieczerniku zapewnił uczniów, że bez
Niego nic uczynić nie mogą. Na uroczyste zapytanie Kajfasza
potwierdził, że jest Synem Błogosławionego, co uznano za bluźnierstwo
godne kary śmierci. Stojąc jako skazaniec przed Piłatem
nazwał siebie Prawdą i powiedział, że każdy, kto jest
z prawdy, szuka Jego głosu. Po zmartwychwstaniu obwieścił,
że dana Mu jest wszelka władza na niebie i na ziemi i że tylko
ten, kto uwierzy i ochrzci się, będzie zbawiony.
Wiem, że wszyscy
Czytelnicy "Znaku" znają te zdarzenia i słowa Jezusa. Dlaczego
nas one jednak nie zdumiewają, jak zdumiewały Jemu
współczesnych? Uspokajamy się formułą wiary
ustaloną na Soborach Nicejskim i Konstantynopolitańskim
(zapominając, że i ona wykuwana była w bolesnym sporze, z którego
wynikły pierwsze rozłamy w chrześcijaństwie), tak jakby
miała być nam oszczędzona ta niemożliwość, przed
którą stanęli pobożni, prawowierni Żydzi.
Cóż to dla nich za rozterka: nie mogli zaprzeczyć, że
Jezus czyni rzeczy wielkie i dobre, ale też nie mogli się
zgodzić na detronizację Najwyższego i Niewysłowionego.
"Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za
bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem
uważasz siebie za Boga" (J 10,33). Człowiek po prostu nie jest w
stanie zrozumieć jedności Bóstwa i Człowieczeństwa
Jezusa, dlatego gdy Szymon wyznał pod Cezareą: "Tyś jest
Mesjasz, Syn Boga żywego", Jezus uznał tę odpowiedź za
pochodzącą od Ojca. A my mielibyśmy spokojnie i bezboleśnie
pojąć i przyjąć to, co po ludzku niepojęte?
Próbujemy sobie
niekiedy radzić przenosząc sens wszechpośrednictwa Jezusa na poziom
teologicznych interpretacji, nie pociągających za sobą zbyt
daleko idących konsekwencji praktycznych. Owszem, powiadamy, w jakimś
ostatecznym sensie nie ma innej drogi do Ojca, jak przez Chrystusa; dotyczy to
także tych, którzy Jezusa i Jego Ewangelii nie znają lub nie
uznają. Ale to tajemnicze "przejście przez Chrystusa do
Ojca" nie narusza wielości i różnorodności faktycznego
wędrowania do jedynego Boga, wędrowania podejmowanego przez poszczególnych
ludzi i wspólnoty. Bóg jest, jak mówił św.
Augustyn, "semper maior": zawsze przekracza ludzkie
możliwości poznawcze. Człowiek zaś jest omylny, religii
jest wiele - i to raczej dobrze, ponieważ w tak bogatym świecie myśli
i wyznań każdy może znaleźć swoją wizję Boga
i swój do Niego szlak. Taka pluralistyczna i pełna tolerancji
interpretacja wierności Chrystusowi wydaje się znacznie
sympatyczniejsza od "fundamentalistycznej": ciasnej,
zarozumiałej, podszytej strachem i prowadzącej raczej do pogłębienia
wzajemnych niezrozumień i niechęci niż do ich
przezwyciężenia.
Coś w tej
"otwartej" wizji Kościoła jest rzeczywiście
ważnego i godnego rozwinięcia (o czym niżej), jednakże
trudno nie zgłosić jednego zasadniczego zastrzeżenia:
Bóg, który "mi odpowiada", którego sobie
wybieram, który mieści się w granicach mojej mentalności
i moich pragnień - to bożek nie Bóg, a wszelka rozmowa z nim
sprowadza się do monologu rzekomo modlącego się człowieka.
Bóg prawdziwy, którego znajdujemy na kartach Pisma
Świętego, jest właśnie "semper maior":
stale człowieka zdumiewa, zaskakuje, dla najtęższych
umysłów i najświętszych serc pozostaje niepojęty. I
tu dochodzimy do tajemnicy Kościoła. Znów będę
przypominał prawdy Czytelnikom znane, choć warto może na
niektóre szczegóły ustanawiania Kościoła
zwrócić baczniejszą uwagę.
|