3. Zastanawiał mnie
zawsze sposób ukazywania się Chrystusa po zmartwychwstaniu.
Św. Jan opisuje w rozdziale 21 połów ryb, bezskuteczny mimo całej
nocy pracy, po którym następuje rozmowa Apostołów ze stojącym
na brzegu Jezusem. Nie poznali Go jednak po głosie, tak jak normalnie
bywa. Pierwszy zorientował się "ów uczeń,
którego Jezus miłował", gdy idąc za poleceniem
Jezusa złowili tyle ryb, że nie mogli wyciągnąć sieci.
Uczeń ów (św. Jan?) powiedział Szymonowi Piotrowi:
"To jest Pan" (tak, jakby on sam Go nie słyszał), po czym przybili
do brzegu, gdzie Jezus już przygotował Apostołom posiłek.
Następnie św. Jan powiada: "Żaden z uczniów nie
odważył się zadać Mu pytania: Kto Ty jesteś?,
bo wiedzieli, że to jest Pan" (J 21,12). Cóż za dziwne
zdanie, nie do pomyślenia przed zmartwychwstaniem! Bywało i wtedy,
że ich zaskakiwał, chodząc po jeziorze lub doznając
przemienienia, ale gdy Go w końcu zobaczyli, wątpliwości
znikały i nie można było sensownie powiedzieć, że nikt
nie odważył się pytać, bo wiedzieli, że to Pan.
Przypomnijmy sobie także Magdalenę, która "ujrzała
stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus" (J 20,14)
i rozmawiała z Nim sądząc, że to ogrodnik; uczniów
idących do Emaus, których "oczy (...) były niejako na
uwięzi, tak że Go nie poznali" (Łk 24,16) aż do chwili
łamania chleba. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Jezus
jakby stopniowo wprowadza swych najbliższych w nowy sposób swej
obecności. Jest tym samym, którego widzieli na krzyżu - daje
im włożyć ręce w rany, by nie było co do tego najmniejszej
wątpliwości - ale jest inaczej, jakby coraz trudniej rozpoznawalny wprost.
Jego namacalną obecność zaczynają zastępować
znaki, które - jak połów ryb i łamanie chleba -
nawiązują do tego, co Jezus czynił jeszcze przed swą Paschą.
I znów: pamiętamy
o obecności Chrystusa w Kościele i jego sakramentach, ale czym innym
jest "teoretyczna" znajomość tej prawdy, czym innym
zaś uświadomienie sobie, jak dosłownie i osobiście mamy do
czynienia z żywym i namacalnym Jezusem w znakach, które mają
Go nie tyle ukryć, ile raczej właśnie odsłonić.
Dodajmy jeszcze dwie historie, obie zapisane w Dziejach Apostolskich. Jedna
opowiada o tym, jak Piotr uzdrawia chromego mówiąc: "W
imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!" (Dz 3,6), druga
zaś o tym, jak Jezus ukazał się Szawłowi i na jego pytanie,
kim jest, odpowiedział: "Ja jestem Jezus, którego ty
prześladujesz" (Dz 9,5). To nie Piotr, a sam Jezus uzdrawia,
dokładnie tak samo, jak to czynił przed swą śmiercią.
Chyba każdy ksiądz przeżywa chwile trwogi, kiedy chce za Piotrem
błagać: "Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek
grzeszny" (Łk 5,8), widząc jaskrawą dysproporcję
pomiędzy tym, kim jest - i jaki jest - a tym, co mu zlecono i co z
Bożej woli rzeczywiście czyni. Nie wiadomo, co trudniej:
uwierzyć w prawdziwą obecność Jezusa w kimś, kto
urzędowo zwraca się do mnie w Kościele, domagając się
niekiedy czynów przerastających, jak mi się zdaje, moje
pragnienia i możliwości - czy też we mnie, gdy z racji
sprawowanego w Kościele urzędu to ja mam mówić, a
niekiedy i stawiać wymagania, w imię Chrystusa. Czy wreszcie w tym -
zwłaszcza najmniejszym - z którym w swoim urzędowym i
nieurzędowym życiu mam na co dzień do czynienia. Szaweł pod
Damaszkiem usłyszał: "Dlaczego Mnie prześladujesz?"
(Dz 9,4). Nie: dlaczego niszczysz Moje dzieło, ani nawet: dlaczego
prześladujesz Moich wyznawców, ale właśnie tak: dlaczego
Mnie.
Kościół to
nie tylko i nie przede wszystkim instytucja założona przez Zbawiciela.
Jest on ciałem, którego Głową jest Chrystus (a
Sobór ostatni ten obraz przypomina i podkreśla, por. KK 6),
dzięki czemu chrześcijanin spotyka się nie tylko ze
wspólnotą wierzących, ale nade wszystko osobiście z
Jezusem. Piotra pytał Pan po zmartwychwstaniu: "Szymonie, synu Jana,
czy miłujesz Mnie?" (J 21,16) - i tę osobistą
miłość (większą niż innych) uznał za warunek
konieczny i wystarczający, by mu powierzyć swoje owce.
|