4. Nie ma zbawienia poza
Kościołem, ponieważ nie ma zbawienia poza Chrystusem. Uwierzyć
w Jego rzeczywistą, żywą obecność w Kościele jest
zapewne równie trudno, jak Żydom uwierzyć, że w
Człowieku Jezusie objawił się "Ten, Który Jest"
- ale bez tego kroku wiara chrześcijańska traci sens: pozostaje wspomnienie
o historycznym Jezusie, którego idee mogą nas pobudzać do
dobra, lecz ostatecznie do dobra pobudza nas wiele budujących postaci. Jeden
z moich znajomych, katolik, ułożył sobie ranking ważnych
dla siebie osób, wśród których było miejsce
także dla Jezusa, a jakże, ale nie na pierwszym miejscu (tym bardziej
nie na jedynym). O ile pamiętam, wyżej sobie cenił Newtona.
Oczywiście, Sobór wymienia
różne kręgi przynależności do Kościoła,
aż po tych, "którzy bez własnej winy w ogóle
jeszcze nie doszli do wyraźnego poznania Boga, a usiłują, nie
bez łaski Bożej, wieść uczciwe życie" (KK 16). Tak
było i za czasów Jezusa. Szczególną pochwałę
za wiarę uzyskał setnik, Rzymianin, oraz kobieta kananejska. Swoimi
trudnymi drogami szedł Nikodem, w otoczeniu Jezusa znaleźli się
i uczeni w Piśmie, o których powiedział, że są
niedaleko od królestwa Bożego (por. Mk 12,34). Wiary się nie
"ma", jak się ma pieniądze w kieszeni. Szymon Piotr
najpierw usłyszał uroczyste i radosne zapewnienie Jezusa, że
jego wyznanie było natchnione przez Ojca, który jest w niebie - a
zaraz potem, gdy w najlepszej wierze próbował odwieść
Mistrza od czarnych myśli, padły straszne słowa:
"Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo
myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki" (Mt 16,23).
Zdarzenie pod Cezareą Filipową jest tu
szczególnie ważne, streszcza bowiem w sobie dramat, jaki
czekał Apostołów na ich drodze wiary. Drogę tę
wyznaczają trzy kroki, każdy z nich trudniejszy od poprzedniego. Po
pierwsze, musieli uwierzyć, że Jezus jest nie tylko wyjątkowym
nauczycielem czy nawet prorokiem obdarzonym przez Boga szczególną
mocą słowa i znaków, ale Mesjaszem, Synem Błogosławionego.
Wspominałem już, jak trudno to było pojąć
pobożnemu Żydowi. Ale ledwie zaczęli Apostołowie
przyswajać sobie tę niesłychaną prawdę, a już usłyszeli,
że musi umrzeć Ten, w którego niezwyciężoną
boską moc właśnie uwierzyli; co więcej, stali się
świadkami haniebnej śmierci Jezusa, który wskrzeszając
innych tak spektakularnie okazał swą władzę nad
śmiercią. A wreszcie, gdy pouciekali przestraszeni, zagubieni w
poczuciu całkowitej i nieodwołalnej klęski swego Mistrza i
własnej, ujrzeli Go znów i usłyszeli Jego wyrzut, że ich
serca były nieskore do uwierzenia w Jego zmartwychwstanie. Ważne są
nie tylko te etapy (skądinąd kluczowe w procesie dojrzewania
każdego chrześcijanina), w zalążku obecne już w zdarzeniu
pod Cezareą. Bardziej chodzi mi o to, że Chrystus prowadzi swych
wiernych coraz to dalej, stale ich zdumiewając, ukazując nową
rzeczywistość, która nie uchyla poprzedniej, ale odsłania
pełniejszy sens tego, co wydawało się już jasne i
ostatecznie zrozumiałe. Od zmartwychwstałego Chrystusa Szymon Piotr
słyszy raz jeszcze: "Ty pójdź za Mną" (J
21,22). Kościół jest nie tylko ciałem Chrystusa, jest
także pielgrzymującym Ludem, prowadzonym przez Tego, który
powiedział o sobie: "Ja się na to narodziłem i na to
przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy,
kto jest z prawdy, słucha mojego głosu"(J 18,37).
Katolicki czyli powszechny
Kościół musi więc być otwarty na wszelką
prawdę i gotowy do uważnego dialogu także z tymi religiami i
kulturami, które są dotąd słabo w nim obecne i
przyswojone. Mnogość religii i światopoglądów
sprawia, że w poszczególnych grupach wyznaniowych nasilają
się tendencje "integrystyczne", scalające i
porządkujące to, co decyduje o ich tożsamości. Tendencje te
zauważyć można także w Kościele katolickim i mają
one swoje uzasadnienie, jednakże nie mogą być pojęte tak,
by zamykały wiernych na to wszystko, co potencjalnie jest katolickie, ale
co nie znalazło dotąd w nauce Kościoła właściwego
miejsca. Wysiłek zrozumienia tego, co ma do powiedzenia rozmówca,
wraz z pokorną pamięcią o własnej omylności,
która może wykrzywić sens głoszonej przeze mnie prawdy,
nie tylko nie jest sprzeczny z przynależnością do
Kościoła, ale wprost z niej wynika. Nikt, a już zwłaszcza
żaden katolik, nie "posiadł" pełni prawdy tak, by nie
podlegał dalszemu rozwojowi, a raczej dalszemu prowadzeniu przez Tego,
który jest "semper maior" i nie da się
zamknąć w żadnej okrągłej formule teologicznej ani
ludzkiej wizji.
|