|
Ich podłożem, tak
kiedyś jak dziś, jest ciągłe poczucie zagrożenia teraźniejszością.
Zagrożenia większego niż to, jakiemu człowiek spodziewa
się sprostać. Zagubienie i strach wobec rzeczywistości
otwiera drogę do jej mitologizowania. Granica między tym, co jest,
a tym, co się wydaje, zaciera się, jak w każdej
zresztą panicznej reakcji. Kojącej pewności szuka się tym
bardziej gorączkowo, im ważniejsze obszary życia uzna się
za podważone. Celem staje się wtedy uzyskanie za wszelką
cenę pewności egzystencjalnej, absolutnej. Z pomocą przychodzą
systemy, które pewnością zajmują się wręcz
zawodowo, radykalnie a uniwersalnie: ideologie, światopoglądy,
religie. Oferują co najmniej światło w tunelu
i orientację na bezdrożach ducha i umysłu,
a nawet pokazują sens ukryty czy nadciągający poprzez chaos
rozpadających się światów, osobistych i zbiorowych.
Interpretują one, porządkują, organizują mgławice
wydarzeń, dążeń, działań. Dlatego systemy te -
zarówno polityczne, filozoficzne, jak religijne - stają się
ulubionym miejscem schronienia, podłożem czy narzędziem fundamentalizmu.
Szczególnie łatwo
ulegają mu religie, które swe początki wywodzą z Objawienia.
Nie jest przypadkiem, że przejawy fundamentalizmu spotyka się głównie
w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie. Uzasadniając
swe istnienie otrzymanym wprost od Boga orędziem do przekazania,
oscylują bowiem ciągle w polu napięć między obu
biegunami własnego zadania: między wiernością
świętemu dziedzictwu a koniecznością jego dostosowania
do potrzeb i możliwości nowych pokoleń.
Żywotność religii zależy od twórczego godzenia obu
tych przeciwstawnych, a jednak uzupełniających się funkcji.
Zwolennicy wyraźnej przewagi jednej z nich chętnie
minimalizują racje drugiej strony. Wtedy zamiast wzbogacającej
wszystkich współpracy mamy rozdarcie: spór czy wręcz
walkę strażnika skarbu z siewcą.
Spór to starszy
niż dzieje chrześcijaństwa, znany już z kart Starego Testamentu.
Strażnik powiada dziś tak: Bóg raz na zawsze jasno
wyraził swoją wolę, a od jej wypełnienia zależy
zbawienie ludzi wszystkich pokoleń. Jej zatem należy się
posłuszeństwo, a Objawienie musi pozostać niezmienione
aż do końca świata. Chrześcijaństwo, jeśli nie
chce utracić tożsamości, musi bronić niezmienności
swej nauki.
Owszem, ale i jej
dostosowanie do współczesności jest niezbędne - odpowiada
siewca. Skoro objawione orędzie jest uniwersalne, to nie tylko
w treści, ale i w przeznaczeniu, gdyż dane jest dla
wszystkich, czyli bardzo różnych ludzi. Jeśli więc
mają je przyjąć wszyscy, a nie tylko potakujące
wszystkiemu (do czasu) dzieci i przywiązani do tradycji emeryci,
tudzież przekopujący się do sedna religii, a nie czytani
teologowie, musi ono podlegać adaptacjom. Chrześcijaństwo
przecież ma dać realną szansę zbawienia żywym ludziom,
nie zaś pozostać zbiorem nienaruszalnych twierdzeń,
abstrakcyjnych poglądów i mądrości życiowych,
które - wyliczone w oficjalnych tekstach, a dla
ogółu dość obojętne - znaczą coś
wszędzie a nigdzie. Gdy nie udaje się dosięgnąć
rzeczywistego człowieka, ukształtowanego przez konkretny czas
i kulturę, chrześcijaństwo traci swój cel
i uniwersalną tożsamość jako mało komu potrzebne.
Wszak powiedziano nam, iż sól, która swój smak
utraci, nadaje się tylko do posypywania chodników.
|