|
Na niewiele zda się
próba tłumaczenia, że przekazywanie prawdy wymaga ciągle jej
nowej interpretacji, gdyż każda z nich, również
jedyna znana żyjącym, bo przez nich zastana, nosi na sobie
znamię czasów, w których i dla których jej dokonano.
Myślenie historyczne jest fundamentalistom zgoła obce. Nie są
oni w stanie dostrzec ani wielowiekowej ewolucji dogmatu, ani zmiennych
proporcji norm życia chrześcijańskiego, ani dziejów
kościelnych poszukiwań oraz autokorekt w rozpoznawaniu nauki
objawionej. Sztuka odróżniania spraw istotnych od wtórnych,
nienaruszalnych od względnych, trwałych od czasowych jest im obca.
Chrystianizm zawsze był,
jest i będzie wpisany w konkretną kulturę, nie egzystując
sam w sobie czy w ogóle. Nawet całkiem stałe jego
elementy, prawdy i wymagania zmieniają z czasem miejsce
w szeregu lub schodzą z pola uwagi, bywa, że większe
zostanie przesłonięte przez mniejsze, skupiając na sobie
uwagę wiernych, a za nimi pasterzy. Ta dokonująca się
ciągle synteza tożsamości z aktualnością budzi
równie ciągłą dyskusję o owo pogranicze
stałego i zmiennego, tudzież o tego pogranicza
dopuszczalność, szerokość czy niezbędność.
Spierają się o to konserwatorzy istniejących mostów
łączących z przeszłością i projektanci
nowych, niezbędnych dla przyszłości. Co przy jako tako
właściwej proporcji ilościowej jednych i drugich
całemu Kościołowi Bożemu na zdrowie wychodziło
i wychodzi.
Gorzej, jeśli jedni lub
drudzy są w zdecydowanej mniejszości. Trwoga podpowiada wtedy
strategię: odciąć komunikację, odgrodzić się,
wzmóc czujność. Kto chciałby izolację przebić
od środka, opowiadając o potrzebie otwarcia i dialogu, jest
naiwny lub kupiony. Trwa przecież stan oblężenia.
W otoczonej przez wrogi świat twierdzy nie ma miejsca na dyskusje
i różnicę zdań. Najważniejsza jest dyscyplina
i jednomyślność, gdyż od nich zależy wynik boju. Bo
też w pobożnych pismach o fundamentalistycznej orientacji
pobrzmiewają często tony militarne. Mowa tam ciągle
o zmaganiu się czy walce z, obronie przed, oporze wobec,
o służbie opisywanej w poligonowym stylu, tudzież
o strategii i podstępach wroga, czernionego chętnie
sadzą piekielną.
Bez wroga zaś
fundamentaliści żyć nie potrafią, jako że wtedy
musieliby przestać zwalczać, a zacząć budować, co
i mniej efektowne, i bardziej męczące, a do tego
wymagające kooperacji z myślącymi nieco odmiennie. Nie
mając zaś wystarczająco mocnego poczucia wartości
własnej, nie potrafią zdobyć się na wymianę
poglądów, a tym bardziej na ich korektę, widząc
w niej zagrożenie swojej identyczności. Im ona słabsza, tym
ostrożność większa. Gdyby ów lęk przed zachwianiem
własnej tożsamości był mniejszy, rosłaby
gotowość uczestniczenia w ciągłym procesie uczenia
się w kontakcie i dyskusji, by przyswajać sobie od innych
wszystko, co wartościowe.
Fundamentalizm rzadziej
towarzyszy wierze silnej, a częściej słabej, która zamiast
pogłębiania dającego moc zawierzenia Bogu działającemu
w każdym i zamiast płynącego stąd pokoju
głębi szuka niespokojnie podpórek zewnętrznych. Nie tylko
skłócona rodzina czy targany sporami kraj usiłują czasem
przezwyciężać rozdarcie uderzając na wspólnego
wroga. Potrzebują go także ciągle do sklejania swego
pękniętego wnętrza fundamentaliści. Jednak taka integracja
przeciw komuś przesuwa tylko w inne miejsce własne problemy,
pogłębiając wewnętrzną dezintegrację.
|