|
Zostawiając to pytanie
otwarte, wróćmy do fenomenów bardziej
współczesnych. Zacząć należy od tego, że
już od kilku wieków chrześcijaństwo egzystuje nie jako jeden
globalny Kościół, jak w czasach apostolskich czy podczas
Soboru w Nicei. Chrześcijański fundamentalizm nosi więc
cechy konfesyjne - jest katolicki, protestancki, prawosławny itd.
Wyznaniowe warianty postawy fundamentalistycznej mają oczywiście
różne wyznaczniki treściowe, mimo wspólnego
podłoża psychologicznego, jakim jest wspomniana lękliwa
chwiejność gorączkowo poszukująca ostoi pewności. Nie
znaczy to, że ów syndrom może się przyoblekać wyłącznie
w szaty chrześcijańskie. Gdy zaś to czyni, broni na wszelki
sposób wszystkiego, co może wzmocnić jedynie
współcześnie dostępną, czyli wyznaniową postać
chrześcijaństwa. Jego fundamentalistyczne wersje są więc
antyekumeniczne, ekskluzywne wobec innych religii, niezdolne do dialogu
z pozakościelnymi prądami duchowymi. W katolicyzmie
wyraża się to najczęściej w odrzucaniu II Soboru Watykańskiego,
który zmierzał do położenia kresu takiemu myśleniu. 4
Jego przedstawiciele czynią to wprost lub dyskretnie: zarzucając
konsekwentnym realizatorom Soboru jego zniekształcenie.
Pokusa przykucia Boga do
symbolu, przeszłości czy litery jest pokusą fundamentalistyczną.
W ulegającej jej religijności "symbol staje się
fetyszem. Zabezpieczenie symbolu i jego wprowadzenie w kulturę
i społeczeństwo jako najwyższy cel usprawiedliwia takie
środki, które poza nim nie dałyby się usprawiedliwić.
Łatwo dostrzec, jak mało ma to wspólnego z duchem
Jezusa", który w obronie swej prawdy odwołał
się do niej samej, nie wspierając jej ani przymusem, ani
uprzywilejowaniem. Absolutyzacji ulega zarówno symbol, jak i przeszłość,
której Tradycja zastąpiona zostaje tradycjonalizmem, czyli
postawą pojmującą wierność dziedzictwu nie jako
pielęgnację czegoś żywego, lecz na sposób
łańcucha robotników podających sobie z rąk do
rąk te same martwe cegły - pisał o "wiecznie
wczorajszych" Hans Urs von Balthasar. Taki fundamentalizm, ciągle
przywołując Tradycję, zaprzecza jej samej, neguje bowiem jej
żywotność. Nawet nie podaje dalej owych cegieł, tylko siada
na nich, by się nie potłukły. Jeśli zaś podejmuje
się już misji, to nie umie się powstrzymać od rzucania
owymi cegłami w okna innych kultur. 5
Łatwo tu więc
zauważyć wyraźnie własnościową, nie zaś
pokornie poznawczą postawę wobec prawdy, monopolizację etyki,
czarno-białą wizję rzeczywistości, niezdolność do
dialogu, skłonność do agresji wobec wrogów na
zewnątrz i wewnątrz twierdzy. W ferworze walki
o literę wyparowuje z niej duch. Najpierw duch Kazania na
Górze (za nim wyprowadza się z reguły i duch
zwykłej miłości bliźniego, i jeszcze zwyklejszej
sprawiedliwości), zalecający cichość, czynienie pokoju,
znoszenie prześladowań, nie zaś obracanie gorliwości
w fanatyzm i zrażanie sympatyków chrześcijaństwa
własnym awanturnictwem. Wojnę o własne konstrukcje
i samopoczucie fundamentaliści zwą obroną
Kościoła, nie pytając go o aprobatę.
Rycerze prawdy mało
bowiem dbają o to, do jakiej opinii o Kościele przyczyniają
się swoim wojowaniem albo ilu mądrzejszych, lepszych, uczciwszych od
siebie ludzi w tymże Kościele zrażą lub zniszczą
publicznym ich osądzaniem i pomawianiem na łamach
arcykatolickiej prasy czy antenie takiegoż radia. Obrona nienaruszalnego
skarbca prawd i norm, łącznie z ich zastanym kształtem,
barwą, umiejscowieniem, opakowaniem itd. - usprawiedliwia przypisywanie
najgorszych nawet intencji tym, co kwestionują którąkolwiek
z właściwości owego skarbca. Jego stróże
są czujni, ale nie w ewangelicznym sensie gotowości na niespodziewane
przyjście Pana, którego obecność trzeba rozpoznać
w każdej prawdzie i dobru, a zawsze w drugim
człowieku, ale czujni podejrzliwością i węszeniem
spisków.
|